Zapomniane sylwetki II wojny światowej – część 3: Volkssturm, Isergebirge grudzień 1944

Ofiarnie i z ochotą odpowiedzieli mieszkańcy naszych umiłowanych gór na zarządzenie gaulateira Śląska – Hankego o utworzeniu niemieckiego Volkssturmu. Nie dość, że w ciągu niespełna dwóch tygodni powstały niezbędne struktury zbrojne, to jeszcze nie zabrakło chętnych do ćwiczenia się w wojennym rzemiośle! Jak słusznie mówi instrukcja Volkssturmu: „żadnych rozwlekłych gadek, same praktyczne ćwiczenia!” I oto ochotnicy z okręgu Hirschberg stanęli w miniony piątek na zbiórce przy stacji kolejowej w Jacobstahl. Plan działania – manewry terenowe w zimowych górach. Pierwszy głos zabrał wyśmienity
mówca, stary towarzysz partyjny Kneipp. Nasze ukochane góry – mówił – staną się opoką, na której roztrzaskają się dzikie bolszewickie hordy. Niczym krew wsiąka w piach, tak i oni wsiąkną w nasze cudne doliny, by znaleźć w nich jedynie mękę i zgon. Niech każdy dzielny mieszkaniec gór – wezwał – nie ulęknie się nawet najcięższych ofiar i trudów, z wiarą w ostateczne zwycięstwo. Nie powstrzyma nas
nawet srogi mróz i głęboki śnieg, będziemy nieugięci, twardzi i zahartowani jak stal ! – po wygłoszeniu tych podniosłych słów towarzysz partyjny Kneipp udał się saniami do gospody w Karlstahl, natomiast żołnierze Volkssturmu przystąpili do ćwiczeń.

Jako pierwszy czekał ich długi, nocny marsz narciarski na szczyt Tafelfichte. Wszyscy uczestnicy znieśli te trudy nad podziw dzielnie, nawet instruktorzy – podoficerowie strzelców alpejskich – z uznaniem wypowiadali się o umiejętnościach narciarskich naszych górali. Następnie cała grupa zjechała przez Gross Iser do Karlstahl, gdzie zaplanowano dalsze wojskowe ćwiczenia. Strzelanie, okopywanie się w głębokim śniegu, rzuty granatem i obsługa pięści pancernych – zajęło to czas do wczesnego  popołudnia. Na koniec ogłoszono zawody w biegu narciarskim, do którego zgłosiło się kilkunastu
najsprawniejszych narciarzy. Dzień zakończył się w gospodzie Schneidera w Karlstahl. Strudzeni lecz dumni volksturmiści, nad tradycyjną niemiecką kiełbasą i przy kuflu wyśmienitego lwóweckiego piwa do późna w noc śpiewali piękne wojenne i partyjne pieśni. Możemy być spokojni o losy naszej małej ojczyzny, gdy strzegą jej tacy obrońcy !

Rubezahl 12 grudnia 1944

Prezentowana sylwetka przedstawia żołnierza Volkssturmu  z okręgu Hirshberg (Jelenia Góra) z okresu końca 1944 r. Volkssturm na Śląsku powołany został zarządzeniem gaulaitera Hankego z października 1944 r. Zgodnie z zarządzeniem, volkssturmiści mieli we własnym zakresie zapewnić sobie ubiór i wyposażenie (w tym buty, menażkę, koc i plecak). Prezentowany volksstrumista wyposażył się odpowiednio do spodziewanych walk w terenie górskim. Jako doświadczony turysta i narciarz ma na sobie bawełniane kalesony do kolan, bawełnianą grubą koszulę wkładaną przez głowę, wełniany sweter i wełniane spodnie górskie (tzw. pumpy), odpowiednie i do wędrówki i do jazdy na nartach. Do narciarskich butów o charakterystycznym kwadratowym nosie założył wysokie cienkie podkolanówki oraz grube wełniane skarpety. Brezentowa kurtka typu anorak to również górska klasyka.

Przynależność do formacji wojskowej podkreśla standardowa niemiecka czapka feldmutze (chociaż bez armijnych insygniów), zaś oznaką rozpoznawczą volkssturmu jest opaska na lewej ręce. Reszta dobytku mieści się w plecaku. Volkssturmista używa swoich prywatnych nart i kijków.

Objaśnienie nazw geograficznych:
Jacobstahl – Jakuszyce
Karlstahl – Orle
Gross Iser – obecnie nieistniejąca wieś na Hali Izerskiej
Tafelfichte – Smerek

Fotografie wykonano w rejonie Orla.

Tekst z gazety „Rubezahl” (Liczyrzepa) jest literacką
fikcją.

Autor tekstu: Marcin Morawski

Rekonstrukcyjnie na GF POINT 2016

Już rok temu nosiłem się z zamiarem powtórzenia wyczynu Marcina z roku 2014 ,
ale z trochę innymi założeniami. Planowałem wystartować w niższej kategorii (BASIC, kategorię NAVIGATOR w 2015 już zlikwidowano,  w kategorii PRO wymagana była sprawna replika ASG, a takowej nie miałem),  w oficerkach zamiast trzewików i z płaszczem zamiast kurtki watowanej.  Los jednak chciał inaczej i ostatecznie wylądowałem wówczas jako uzupełnienie reprezentacji grupy PARASIM startującej w kategorii TEAM. Odmienne wymagania tej kategorii oraz nieco inne priorytety sprawiły, że w ubiegłym roku wziąłem udział wykorzystując dalece nowocześniejszy mundur i ekwipunek. Ale idea nie umarła i jako że w tym roku innych planów nie było, zgłosiłem się na początku zapisów.

Jak na złość, na początku stycznia skręciłem kostkę, co skutecznie wybiło mi z głowy start w oficerkach, a pogoda (temperatura dochodząca do 8 stopni) sprawiła że płaszcz okazał się zbędny. Wystąpiłem w związku z tym w umundurowaniu letnim (kurtka i spodnie drelichowe, letnia koszula i kalesony) podporucznika 1AWP wzbogaconym o zdobyczny sweter niemiecki, z minimalnym oporządzeniem (pas z koalicyjką i pistoletem, manierka z wodą, torba zawierająca dodatkową manierkę i zapas pożywienia – kiełbasę, czekoladę i
landrynki). Jako obuwie wykorzystałem trzewiki juchtowe z owijaczami, a całości dopełniała pałatka – złożona i przewieszona prze ramię tak, że osłaniała trochę szyję przed wiatrem, jednocześnie tworząc z przodu coś na kształt dużej kieszeni, w której idealnie mieściła się mapa i inne potrzebne przedmioty. Plan miałem niezbyt ambitny – zaliczyć wszystkie punkty kontrolne i zmieścić się w czasie (tj. dotrzeć do mety przed zamknięciem)

W tym roku GF POINT odbywał się na obszarze Rudaw Janowickich i Gór Lisich. Trasa dla kategorii BASIC ustalona byłą na 25km przy czym była to odległość najkrótsza – mierzona po liniach prostych, tymczasem w rzeczywistości nie było tak łatwo.


Mapa dostarczona przez organizatora, na której zaznaczyłem swoją trasę. 

Bieg rozpoczął się 30 stycznia o godzinie 9:25 w parku w Kamiennej Górze. Na hasło „Start!” wszyscy uczestnicy ruszyli biegiem.
Najkrótsza trasa do pierwszego punktu kontrolnego wiodła przez most nad stawem,
tam też początkowo pobiegłem. Widząc jednak jak wiele osób pobiegło w tę stronę
i obawiając się zatoru na moście, zdecydowałem się obiec staw z prawe strony. Nie wiem czy słusznie, ale do pierwszego punktu, mieszczącego się a szczycie wzgórza, dotarłem mniej
więcej w połowie stawki. Chwila w kolejce i stałem się posiadaczem „przepustki do kompleksu Arado”. Dalej biegiem w dół, przez park, mijając po drodze ustawione tam działa i inny sprzęt wojskowy zbiegłem do miasta. I tu pierwszy mój błąd – zobaczywszy, że większa grupa przede mną obejrzała mapę i pobiegła w prawo, postanowiłem podążyć za nimi, nie sprawdzając, czy to dobra droga. Duży błąd. Na tyle duży, że po przebiegnięciu ładnej pętli po centrum miasta, do drugiego punktu – kompleksu Arado – dotarłem jako ostatni. Przeklinając własną głupotę i obiecując sobie, że od tej pory będę sam sprawdzał trasę odczekawszy swoje w kolejce, okazałem przepustkę i wziąłem się za wypełnianie testu wiedzy o kompleksie – na szczęście dzień wcześniej powtórzyłem sobie informacje na ten
temat i na większość pytań byłem w stanie odpowiedzieć prawidłowo. Szybkie wypełnienie testu pozwoliło mi wyprzedzić kilka osób, ścięcie kilku zakrętów w dalszej drodze przez miasto – jeszcze kilka. Najprostszą drogą dotarłem do punktu trzeciego – strzelnicy ASG. Biegłem bez okularów, do tego silny wiatr, spora kolejka chętnych … Usłyszawszy, że za niestrzelanie nie ma karnych minut, podbiłem kartę i ruszyłem dalej w kierunku punktu nr 6. Decyzja była słuszna – udało mi się wyprzedzić kilka kolejnych osób, dalej jednak nie było już tak różowo – z punktu szóstego planowałem dostać się do „czwórki” – niby według mapy sprawa prosta – dwie drogi przez las, nawet jak wybiorę złą, to i tak powinienem dotrzeć w krótkim czasie. Niestety rzeczywistość okazała się nieco inna. Krótko mówiąc – w lesie było więcej dróg, a ja wybrałem tę niewłaściwą. Nie chcąc iść na azymut (teren dawnej fabryki amunicji, duża szansa na połamanie nóg) dotarłem ostatecznie do punktu drogą bardzo okrężną. Na szczęście do kolejnego punktu na mojej trasie – nr.5 droga była znacznie
prostsza. Jedyny problem po drodze – pęknięty pasek w spodniach. Szybkie przeszukanie kieszeni ujawniło kawałek sznurka – chwila postoju i metodą adekwatną do warunków odtwarzanej epoki udało mi się zapobiec opadnięciu dolnej części garderoby.

Na „piątce” – kolejka. Kara za niewykonanie zadania – 90 karnych minut. Nawet nie było co się zastanawiać, karnie stanąłem w kolejce.
Zadanie polegało na wejściu po drabince speleo na linę rozwieszoną między drzewami, dotarciu do drugiego jej końca, gdzie zawieszony był „dziurkacz”, podbiciu karty i zjeździe na linie w ciągu 3 minut. Wszystko oczywiście z asekuracją. Zaraz po wykonaniu zadania chwyciłem znowu sprzęt i czapkę i zbiegłem na dół, kierując się na punkt siódmy. Już w połowie drogi pięty bolą – nie ma wątpliwości – pierwsze obtarcia zaliczone. Od tej pory starałem się już nie biegać i wybierać łagodne podejścia.

W punkcie siódmym kolejny test – tym razem z zakresu pierwszej pomocy. Większość pytań łatwa, ale w trzech musiałem strzelać, test wypełniony w dwie minuty, zrezygnowałem z możliwości napicia się herbaty, złapałem tylko przydziałowego wafelka ruszyłem dalej i pogryzając go w marszu.
Na drodze spotkałem uczestnika, który z powodów zdrowotnych zmuszony był wrócić do punktu 7. Podobno przede mną bardzo ostre podejście. Postanowiłem wziąć sobie to ostrzeżenie do serca i chcąc oszczędzać stopy zdecydowałem się na łagodniejszą drogę okrężną, by najpierw trafić do punktu nr 9 na szczycie Wielkiej Kopy. Pomysł może nie był zły, ale dwie rzeczy uświadomiły mi, że lepiej było iść krótszą drogą – oznaczenie skrętu na szczyt było od tej strony niewidoczne, na szczęście szybko zorientowałem się, że jestem za daleko. Do punktu 10 zbiegłem z góry i… niestety poznałem drugi powód dla którego wybór
dłuższej trasy był błędem. Czeka tu kolejny test – z bronioznawstwa, tym razem na czas, obciążony dużą karą za niewykonanie, a kolejka dłuuuga. Ponad 20 minut stania, minuta na test i można ruszać dalej. Pięty zaczynały coraz bardziej dokuczać, ale świadomość, że większość trasy już za mną dodała sił. W krótkim czasie dotarłem do położonego nad Błękitnym Jeziorkiem punktu czternastego – tu dwa zadania przygotowane przez Akademię Marynarki Wojennej – wystukać w alfabecie morse’a swój numer zawodnika (miałem łatwo – 448) a następnie bieg (2 okrążenia) z obciążeniem – norma: 1,5 minuty. Niestety – przekroczyłem o 3 sekundy, a to oznacza karne minuty. Kolejny punkt, nad Purpurowym Jeziorkiem przynosi miłe zaskoczenie: można się napić herbaty i odpocząć na hamaku, a czas odpoczynku zostanie odjęty od końcowego wyniku. Mając jednak na uwadze, że
przede mną jeszcze cztery punkty a do zamknięcia mety mało czasu, nie zdecydowałem się na postój. Do punktu nr 11 (brak zadań, tylko podbicie karty) dotarłem bez przeszkód, stamtąd jednak trzeba się było cofnąć do „ósemki” (tu także tylko podbijali karty).

Po doświadczeniach z czwórki miałem pewne obawy przed pójściem „prostą drogą przez las” do ostatniego punktu, ale tu spotkało mnie pozytywne zaskoczenie – droga była rzeczywiście prosta, a większość bocznych dróg zaznaczonych na mapie – całkowicie zarośnięta. Dwunasty punkt kontrolny… test wiedzy ASG. Na stole 10 części replik  (w tym tak małe jak zawór gazowy – wielkości zaworu w zapalniczce!), a do każdej z nich 3 możliwe odpowiedzi na karcie. Nie wiedziałem – śmiać się, czy płakać?
Ostatecznie wybrałem trzecią opcję – strzelać na chybił-trafił. Szybkie podbicie karty i w drogę! Ostatnie półtora kilometra udało mi się przebyć w miarę dobrym tempem, na mecie zostałem powitany słowami: „Za mundur to powinny być dodatkowe punkty.”

Podsumowując – plan udało się zrealizować, w klasyfikacji zająłem 34 miejsce w swojej kategorii (na 130 startujących i 108 sklasyfikowanych), co biorąc pod uwagę skromne założenia, kiepską kondycję i sprzęt w standardzie lat 40. było wynikiem całkiem dobrym. Przebyta trasa wyszła mi około 28km. Nowa lokalizacja oferuje teren znacznie bardziej zróżnicowany niż ubiegłoroczna (Góry Sowie i masyw Włodarza), w moim odczuciu jednak była nieco mniej wymagająca – góry jednak niższe, podejścia mniej strome, i choć miejscami
zalegał śnieg i lód, nie było – w przeciwieństwie do trasy ubiegłorocznej – takich miejsc gdzie konieczne byłoby użycie raków. Trudniejsze jednak było wyszukiwanie skrótów – mało szlaków, punktów orientacyjnych, tereny „niebezpieczne” jak ten na Antonówce…


Nowość w tym roku – pamiątkowy dyplom dla każdego uczestnika, który ukończył bieg 

Co ciekawe – jak do tej pory nie załapałem się na ani jedno zdjęcie z samego biegu. O tym, żeby wziąć własny aparat człowiek oczywiście nie pomyślał.

Autor: Kamil Szustak

Przełamanie Pommernstellung 2016


Ktoś czuwa, aby odpoczywać mógł ktoś… 

Jest zimny lutowy wieczór. Słońce zaszło kilka godzin temu, na niebie lśnią metalicznie i zimno gwiazdy. Nieprzyjemny, wilgotny chłód rozpełza się po lesie, znad pobliskiego jeziora wstaje lekka mgiełka. U zbiegu piaszczystych dróg w wysokopiennym sosnowym lesie stoi duży głaz z pamiątkową
tablicą – to właśnie tutaj, dokładnie 71 lat temu żołnierze 11 Pułku Piechoty
ze składu 4 DP jako pierwsi przełamali główną pozycję Wału Pomorskiego. Stoimy
przed pomnikiem w szeregu, z zapalonymi pochodniami, w leśnej ciszy
rozbrzmiewają słowa apelu poległych. „Chwała bohaterom !” – odpowiada echo znad
jezior i mokradeł. Dźwięki pieśni „Śpij kolego” odegranej na trąbce kończą tę
podniosłą uroczystość, niknąc wśród odległych leśnych ostępów.


Bunkier obserwacyjny niedaleko przesmyku Morzyca 

W ten sposób rozpoczęliśmy swój udział w cyklicznym
projekcie SH ERIKA, poświęconym przełamaniu Pozycji Pomorskiej. Następnego
ranka o świcie stanęliśmy na zbiórce, przygotowując się do najważniejszej
części imprezy – marszu szlakiem walk sprzed 71 lat. Wszyscy umundurowani, w pełnym
oporządzeniu, z wypakowanymi workoplecakami. Na początku odwiedzamy tzw.
„przesmyk śmierci” pomiędzy jeziorami Smolno i Zdbiczno, gdzie zapalamy znicz
przed pamiątkowym kamieniem. Wkrótce nadjeżdża willys z polową kuchnią, której
obsługa serwuje gorącą zbożową kawę. Dalsza droga wiedzie w kierunku
miejscowości Golce. Po dłuższej wędrówce leśnymi przecinkami docieramy nad
jezioro Golce, gdzie zaplanowano dłuższy popas. Kuchnia tym razem wydaje gęstą
zupę, wszyscy z ulgą zdejmują plecaki i rozsiadają się pod drzewami na skraju
plaży. Po obiedzie odwiedzamy pobliską miejscowość, w której zapalamy kolejny
znicz pamięci. Stamtąd idziemy w kierunku przesmyku Morzyce, omijając szerokim
łukiem rozległe bagno. Przy drodze ze Zdbic do Golców odwiedzamy ukryty w lesie
bunkier obserwacyjny. Wreszcie docieramy do Zdbic, gdzie najpierw odwiedzamy
skansen wojskowego sprzętu, a później stajemy w środku wsi – czeka tam na nas
ognisko i niezwykle miłe przyjęcie mieszkańców. Zostaliśmy ugoszczeni pysznym
jedzeniem, ciastem i różnymi napojami. Dobrze po zmroku część rekonstruktorów
wyrusza do miejsca zakwaterowania rzutem kołowym, my natomiast – i jeszcze
czterech kolegów – decydujemy się przebyć ten ostatni odcinek pieszo. Gdy
wracamy do bazy, wieczór dopiero się rozkręca. Do późnej nocy gra akordeon i
rozbrzmiewają wojenne i wojskowe piosenki.


Przesmyk śmierci – jezioro Smolno 

Niestety nie możemy wziąć udziału w ostatnich zaplanowanych
częściach imprezy, pilne sprawy zmuszają do powrotu do domu w niedzielny
poranek. Ominie nas zatem niedzielne zwiedzanie schronów na terenie jednostki
wojskowej w Wałczu, Muzeum Grupa Warowna Cegielnia oraz wizyta na wojennym
cmentarzu.


Przesmyk śmierci – jeden ze zniszczonych niemieckich bunkrów 

„Przełamanie Pommernstellung” z pełnym przekonaniem zaliczam
do ekstraklasy rekonstrukcyjnych imprez. Zarówno organizatorzy, jak też
uczestnicy pojmują rekonstrukcję podobnie do mnie – jako odtworzenie warunków
życia i służby, trudu i znoju żołnierzy oraz jako hołd dla bohaterów sprzed
lat. Dodajmy do tego perfekcyjną organizację, zaangażowanie i niezwykle przyjazną
atmosferę, bez śladu zadęcia, krytykanctwa i złośliwości. Jest to impreza, na
którą z pewnością i wielką ochota powrócę jeszcze nie raz.


Chwila odpoczynku w marszu 

Autor: Marcin Morawski


Skansen w Zdbicach 

Ciekawy pomnik na który natknęliśmy się po drodze do Wałcza. W 2018r. pomnika już nie było…

Zapomniane sylwetki drugiej wojny światowej – część 2: Robotnik Kolejowy, Połtawa, wiosna 1945

– Zachodźcie, Władysławie Piotrowiczu, śmiało! – siwy jak gołąbek staruszek w posklejanych przylepcem okrągłych okularach machnął zapraszająco szerokim gestem – czaju może pokosztujecie, jak raz świeżego zaparzyłem?

Władek przytupnął kilkukrotnie w progu, podejmując beznadziejną próbę pozbycia się z butów grubej warstwy żółtawego błota. W końcu, w obliczu całkowitej bezowocności swoich starań, zdjął czapkę i podszedł do stojącego w kącie samowara.

– Cukier mam, Aleksieju Iwanowiczu – wyjął z kieszeni brudnego waciaka lniane zawiniątko – prawdziwy cukier!

 – O ho-ho – staruszek ucieszył się jak dziecko – to przy takiej okazji i ja chętnie się napiję !

Po chwili siorbali wrzący napar z talerzyków, przytrzymując w zębach drobne kawałeczki cukru.

– O to jest już dobrobyt, jak w komunizmie – stary rozmarzył się, przewracając oczami – czaj i cukier i nawet do chleba tłuszcz ! A wiecie, że w gazecie o tym waszym polskim wojsku czytałem? Gdzież ja to… O, jest ! Słuchajcie – na rozkaz generalissimusa Stalina, salwą z …. Dział uczczono zdobycie przez Polaków niemieckiej twierdzy Kolberg. Może to i wasz brat tam teraz pierś do orderu wypina ?

Władek nie odpowiedział, nagle zmarkotniał i ponuro spojrzał przez okno, na tonące w wiosennym deszczu, niekończące się rzędy torów, wagonów i kolejowych budynków.

– No, nie smućcie się! Na froncie z karabinem każdy jeden potrafi walczyć. A wy jesteście specjalista, kolejarz! Wasza praca tutaj więcej dla zwycięstwa znaczy, niż tam na froncie. Wojna się skończy, do Polski wrócicie. A teraz lepiej już idźcie, sprawdzić te towarowe na jutro rano, bo jak kierownik się napatoczy, to znowu będzie was od jaśniepanów i kontrrewolucji wyzywał….

               Chociaż w ZSRR zdawano sobie sprawę z tego, że w Europie toczy się wojna, to aż do 22 czerwca 1941r. tylko niewielka część społeczeństwa dotknięta była w jakkolwiek sposób toczącym się za granicą konfliktem. Gdy jednak niemieckie wojska przekroczyły granice Związku Radzieckiego, każdy obywatel totalitarnego państwa odczuł – w mniejszym lub większym stopniu – skutki tego wydarzenia. Większość męskiej populacji (i pewna część żeńskiej) ZSRR została wcielona do Armii Czerwonej. Istniało jednak wiele powodów dla których pewni ludzie, mimo właściwego wieku i dobrego stanu zdrowia uniknęli mobilizacji – i nie miało to zwykle wiele wspólnego z narodowością bądź poglądami. Najczęściej powodem było wykonywanie pracy niezbędnej dla właściwego funkcjonowania państwa w stanie wojny. Dla wielu było to błogosławieństwo, pozwalające uniknąć wysłania na front i dużego prawdopodobieństwa śmierci, dla innych – w tym również wielu Polaków próbujących wstąpić do armii Andersa czy później 1DP – przekleństwo, uniemożliwiające wzięcie udziału w walkach. Tym niemniej, wielu robotników przemysłowych, górników czy kolejarzy pozostawało przy swojej dotychczasowej pracy. W tej części to właśnie na kolejarzach się skupimy.

                Tak jak wcześniej w Imperium Rosyjskim, tak też w Związku Radzieckim kolej odgrywała zawsze wielką rolę. Przypomnijmy, że to właśnie niewydolność kolei była jednym z czynników decydujących o klęsce w wojnie rosyjsko-japońskiej, zaś opóźnienia w transporcie żywności były ostatnią iskrą, która podpaliła rewolucyjną beczkę prochu i położyła kres panowaniu carów. Nowi władcy Rosji Radzieckiej, a później ZSRR doskonale rozumieli znaczenie kolei dla funkcjonowania kraju. Od chwili utworzenia Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich koleje pozostawały w gestii Ludowego Komisariatu Dróg Komunikacji (ros. Народный комиссариат путей сообщения, w skrócie NKPS lub Narkomput’, odpowiedzialny również za transport wodny) i tak pozostało do chwili przemianowania go na ministerstwo w 1946 r. Jakkolwiek był to resort cywilny, przez cały okres funkcjonowania był instytucją umundurowaną i silnie związaną z wojskiem i resortami odpowiedzialnymi z bezpieczeństwo państwowe – co nie może dziwić w ogromnym państwie o słabo rozwiniętej sieci dróg. Przez cały czas kolej dostarczała zapasów i siły żywej Siłom Zbrojnym ZSRR a także służyła do transportu więźniów, którzy w owym czasie stanowili ważny element siły roboczej – bez ich niewolniczej pracy wiele stalinowskich „cudów” nigdy by nie powstało. Dość powiedzieć, że pierwszym Ludowym Komisarzem Dróg Komunikacji ZSRR został Feliks Dzierżyński. Po wybuchu wojny znaczenie kolei wzrosło jeszcze bardziej – w dalszym ciągu pozostawała ona najszybszym środkiem by dostarczyć na front ludzi, sprzęt czy żywność. Nic więc dziwnego, ze pracownicy kolei uważani byli za swego rodzaju elitę, chętnie nagradzaną przez władze, a od 1932 trwała modernizacja dróg żelaznych w całym kraju.

Robotnik kolejowy, zdjęcie z numeru magazynu USSR in Construction z lipca 1938r., poświęconego radzieckim kolejom

                W chwili ataku na ZSRR, niemieckie dowództwo zakładało wykorzystanie zdobytej infrastruktury kolejowej i taboru. Plany te jednak trzeba było szybko zrewidować – zniszczenia mostów, torów, wyposażenia stacji oraz samego taboru na zajętym terytorium, spowodowały konieczność odbudowy. Przy tej zaś okazji tory na remontowanych trasach przestawiano na zachodnioeuropejski standard. Rozwiązanie to z jednej strony powodowało spore koszty, z drugiej jednak pozwalało uniknąć konieczności przeładowywania transportów na dawnej „granicy” na składy szerokotorowe. Uznano przy tym, że łatwiej wymienić tory niż od zera produkować wagony i lokomotywy dostosowane do lokalnego standardu. W związku z tym, jeszcze kilka lat po wojnie w zachodnich regionach Związku Radzieckiego funkconowały obok siebie trasy szerokotorowe i „zachodnioeuropejskie”.

Właściwie każdy pracownik radzieckiej kolei był co najmniej robotnikiem wykwalifikowanym – nawet robotnik torowy musiał zdać ministerialny (Komisariatalny?) egzamin. Choć w chwili ataku Niemiec na ZSRR większość pracowników radzieckiej kolei średniego i niższego szczebla miała już długi staż pracy, to fakt, że stacje kolejowe, mosty czy wreszcie same składy były częstym celem niemieckiego lotnictwa sprawiał, że śmiertelność wśród kolejarzy była wyższa niż w innych grupach zawodowych.

Każdemu pracownikowi kolei przysługiwał mundur. Do 1943 r. były to mundury wz. 32, zmodyfikowany następnie w 1934 r. Od 1943 r. był to już mundur nowego wzoru, o bardziej militarnym wyglądzie (choć de facto wygląd mundurów wzorowany był raczej na carskich mundurach kolejarskich). Jednak z racji toczącej się wojny przemundurowanie pracowników kolejowych przebiegało bardzo powoli. O ile wyżsi urzędnicy czy pracownicy bardziej widoczni (naczelnicy i dyżurni na dużych stacjach, personel obsługi pociągów pasażerskich itp.) otrzymali nowe mundury dosyć szybko, o tyle szeregowi pracownicy – od których również wymagano noszenia munduru – zwykle otrzymywali tylko czapki lub nawet tylko odznaki nowego typu, które często mocowali na starych czapkach wz.32 lub na cywilnych czapkach zakupionych prywatnie. Resztę ich ubioru stanowiły często dostosowane elementy mundurów starego wzoru wymieszane z elementami ubioru cywilnego. Dostępne zdjęcia wskazują, że taka sytuacja utrzymywała się jeszcze kilka lat po wojnie.


Grupa radzieckich szeregowych pracowników kolejowych, ok.1945. Zdjęcie wykonane raczej wkrótce po wojnie, o czym świadczy wojskowa gimnastiorka wz.43 u mężczyzny na pierwszym planie. Warto zwrócić uwagę na różnice kolorystyce czapek i rozmaitość nieregulaminowej odzieży. 

Prezentowana sylwetka to właśnie typowy szeregowy pracownik kolei – robotnik taborowy zatrudniony w Połtawskich Zakładach Remontu Taboru Kolejowego – przywracanych do użytku po odbiciu miasta z rąk Niemców półtora roku wcześniej.

Jego ubiór stanowi typowa dla robotników kolejowych mieszanka – nieregulaminowa czapka w kolorze bardzo ciemnego granatu z lamówką w takim samym kolorze (jak wiele czapek kolejarskich z lat 30. I 40. ta jest tak ciemna, że wydaje się czarna), na której obowiązujący do 1943r. emblemat w postaci czerwonej gwiazdy z wizerunkiem nadjeżdżającego parowozu zamieniono na nowy zestaw oznak – skrzyżowany klucz i młotek (do tej pory występujący tylko na korpusówkach i guzikach kolejarskich) oraz umieszczoną wyżej małą gwiazdkę z sierpem i młotem  – identyczną jak stosowana w Armii Czerwonej. Spodnie to wprowadzone w 1932r. spodnie do butów w kolorze granatowym – wyjątkowo nawet w poprawnym, regulaminowym odcieniu granatu. Buty to typowe oficerki ze skóry juchtowej wzoru wojskowego wydawane kolejarzom z powodu niedoboru regulaminowych oficerek z gładkiej skóry. Zielona koszula w tradycyjnym kroju to element cywilny, podobnie jak ciemnogranatowa kamizelka. Pas główny typu oficerskiego stanowi nie do końca zgodny z regulaminem element umundurowania – wedle regulaminów przysługiwał starszym stanowiskiem (szeregowym pracownikom przysługiwał pas identyczny jak szeregowym w Armii Czerwonej). Na kamizelce widoczna jest odznaka członka Komsomołu – wstąpienie do młodzieżówki było znacznie prostsze niż do partii, a w podobnym stopniu ułatwiało życie i poprawiało możliwości awansu. Jako wierzchnie okrycie robotnik wykorzystuje mocno wysłużoną watowaną kurtkę dwurzędową typu wojskowego – pochodzącą prawdopodobnie z tego samego źródła co większość wydawanej robotnikom przemysłowym odzieży zimowej – z frontowego odzysku – stąd liczne uszkodzenia naprawione byle jak widoczne na tej kurtce. Robotnik wykorzystuje typowy młotek rewizyjny do sprawdzenia działania hamulców w kołach wagonów skierowanych na remont – tu akurat zdobycznych wagonów niemieckich (jak wspomniano, w 1945r. wiele torów na terenie Ukranińskiej SRR funkcjonowało jeszcze w rozstawie europejskim, co umożliwiało wykorzystywanie na tym obszarze niemieckiego taboru).

W kieszeni robotnika możemy znaleźć głównie najpotrzebniejsze rzeczy – bilety pozwalające na dojazd do miejsca pracy, przepustkę na tren zakładów, Dyplom NKPS potwierdzający zdanie egzaminu państwowego pozwalającego na pracę w charakterze robotnika taborowego oraz książeczkę wojskową.

Bibliografia:

Bałtraszewicz, M. A., Formiennyj Kostium Sowietskich Żelieznodorożnikow 1932-1934 godow, [w:] Mundir, 1(10), 2013r., http://www.vedomstva-uniforma.ru/mundir10/nkps32/index.html

USSR In Construction, 7, 07.1938r.

http://undertheredstar.com/nonmvdrr.htm

Bezpośrednią inspiracją do napisania tego artykułu był znajdujący się w moim posiadaniu zestaw dokumentów po pewnym Polaku – pracowniku radzieckich kolei, który właśnie ze względu na wykonywaną pracę, pomimo przeszkolenia wojskowego w charakterze sanitariusza, nie został zmobilizowany ani do Armii Czerwonej ani do Wojska Polskiego. Z zestawu tego pochodzą widoczne na zdjęciach książeczka wojskowa, świadectwo egzaminu oraz bilety kolejowe.

Autorem wszystkich zdjęć poza zdjęciami archiwalnymi jest Sebastian Sroka.

Autorem beletryzowanego wstępu do artykułu jest Marcin Morawski

Dziękuję Maciejowi Mądremu za konsultację oraz Muzeum Kolejnictwa i Przemysłu na Śląsku za udostępnienie pleneru.

Autor: Kamil Szustak

SUMMARY

The text above is a part of a series of articles presenting the “Forgotten Characters of the WW2”. In this case it is a worker of the Soviet Railways from Poltava in the spring of 1945. The worker is wearing a mixture of regulation and non-regulation clothing and he is checking the brakes of a captured German railway cars -those were used in the Soviet Union after Germans rebuilt most of the tracks destroyed in the combat operations in the “Western” size – narrower than those used in the Soviet Union.

Zapomniane Sylwetki Drugiej wojny światowej – cz. I: Robotnik Przymusowy

Wilgotny ziąb wciskał się pod ubranie. Niebo na wschodzie powoli zaczynało jaśnieć, rosa przed świtu osadzała się błyszczącymi kroplami na każdej gładkiej powierzchni. Franek zadrżał, postawił kołnierz marynarki i wcisnął dłonie pod pachy, próbując zachować przynajmniej odrobinę ciepła. Patrzył na budynek parowozowni, z którego powoli wytaczała się lokomotywa, buchając kłębami pary i dymu. Żółtawy blask żarówek z wnętrza hali niknął w mieszających się, czarno-białych obłokach i podświetlał gruby korpus parowozu oraz cienie kilku robotników. Do tego dochodziła czerwona poświata z wnętrza budki maszynisty, rozjarzająca się silnie w chwilach, kiedy dorzucał on węgla do paleniska. Maszyna wjechała na stalowy pomost i zatrzymała się, na znak kulawego kolejarza. Kuternoga pociągnął jakąś wajchę i cała konstrukcja drgnęła ze metalicznym zgrzytem, a następnie zaczęła się obracać niczym wskazówka gigantycznego zegara. Po chwili zatrzymała się, a skierowana na właściwy tor lokomotywa sapnęła głośno, zahuczała i potoczyła się do przodu.
– Ruszże się człowieku – zagderał z tyłu jakiś głos po niemiecku – czego stoisz i gapisz się jak ten wół?

– Cholerny Polak – odpowiedział ktoś inny – pewnie w życiu nie widział pociągu…
Franek obejrzał się i zobaczył dwóch starszych mężczyzn, ubranych w wybrudzone smarami kombinezony i czarne czapki z daszkiem. 
– No dalej – powiedział wyższy z nich – do roboty! Tu nie fabryka porcelany, tu się pracuje! Rozumiesz po niemiecku?
– Tak jest – odpowiedział – już idę.

Rozmyślnie powoli skierował się w stronę warsztatów. Osiem miesięcy temu trafił do Koenigszelt, niewielkiego miasteczka na Dolnym Śląsku i zaczął pracę w tutejszej fabryce porcelany. Gdy jednak front zaczął upominać się do coraz więcej mężczyzn, pobór dotknął część nietykalnych do tej pory robotników kolejowych. Dlatego pewnego dnia niemieccy nadzorcy wybrali kilku Polaków, najlepiej obznajomionych z techniką, i skierowali ich do pracy w tutejszej parowozowni. Koenigszelt było ważnym węzłem kolejowym i parowozownia była naprawdę duża.



Niemiecka gospodarka czasu wojny trawiona byłą przez pewną zasadniczą bolączkę – brak rąk do pracy. Większość mężczyzn w wieku produkcyjnym trafiała do służby w formacjach wojskowych. Uzupełnienie braków siły roboczej spadło wiec na państwo, które nie kwapiło się do wydawania wielkich sum na ten cel. Dlatego też powstał pomysł, ażeby do pracy na rzecz Trzeciej Rzeszy zatrudnić ludność z terenów okupowanych. Ludność tę starano się do pracy na rzecz okupanta przekonać zarówno poprzez aparat propagandy jak i zmusić poprzez aparat represji. Na terytorium okupowanej Polski już od 1939r. funkcjonował przymus pracy dla wszystkich w wieku 18-60 lat (później dolną granicę obniżono do 14 lat). Osoby niezatrudnione, lub takie, które w miejscu zatrudnienia nie zostały uznane za niezbędne brano na roboty w pierwszej kolejności. Choć takie osoby starano się wyszukiwać i przekonywać, grożąc represjami wobec samego zainteresowanego (z wysłaniem do KL włącznie) lub jego rodziny, jednocześnie starano się jednak nakłonić Polaków do dobrowolnego zgłaszania się na roboty. Później „chętnych” do pracy znajdowano w łapankach. Złapanych lub „przekonanych” polaków kierowano do pracy na terenie Rzeszy jako tak zwanych „pracowników cywilnych” (Ziwilarbeiter) – pracownicy tacy mieli bardzo ograniczoną swobodę poruszania się (godzina policyjna, zakaz uczestniczenia w wydarzeniach kulturalnych i religijnych razem z Niemcami, zakaz korzystania z transportu publicznego, zakaz opuszczania miejscowości zatrudnienia bez przepustki), nie mieli także praw urlopowych, czas ich pracy zależny był od decyzji pracodawcy. Polacy z tej Kategorii, w celu identyfikacji, mieli obowiązek nosić na odzieży naszywkę z literą „P”.

Zaopatrzenie w żywność i odzież zazwyczaj było niedostateczne, również warunki mieszkaniowe pozostawiały wiele do życzenia (zakwaterowanie budynkach gospodarskich, piwnicach lub barakach, rzadziej w wydzielonych mieszkaniach), toteż robotnicy z reguły cierpieli z niedożywienia i braku opieki medycznej (choć stworzono im możliwość ubezpieczenia zdrowotnego).

Większość „pracowników cywilnych” trafiała do rolnictwa, choć w miarę ubywania specjalistów na front, nazistowskie władze kierowały coraz więcej robotników do przemysłu, przy czym odsetek Polaków kierowanych na roboty przymusowe w przemyśle nigdy nie przekroczył 35%. Jakby w opozycji do powyższego, większość dostępnych zdjęć robotników przymusowych przedstawia osoby dobrze ubrane i zadbane. Trzeba jednak pamiętać, ze była to mniejszość – głównie wyspecjalizowani robotnicy zatrudnieni w przemyśle i usługach bądź jako służący w miastach, dodatkowo do zdjęć starano się zawsze wyglądać możliwie najlepiej – w końcu miały one być pamiątką.
Oczywiście, prócz Ziwilarbeitrów praca niewolnicza Polaków na rzecz okupanta miała też inne przejawy – takie jak skoszarowana Służba Pracy (Baudienst), niewolnicza praca jeńców wojennych, czy przymusowe świadczenia pracy na rzecz okupanta na miejscu. Oprócz tego część Polaków z terenów w 1939r. wcielonych do ZSRR po 1941r. trafiła do kategorii Ostarbeitrów – traktowanych jeszcze gorzej niż Ziwilarbeitrzy.



Prezentowana sylwetka to robotnik przymusowy z kategorii Ziwilarbeitrów, zatrudniony na „lepszym” stanowisku – jako pracownik warsztatu w parowozowni w Koenigszelt na Dolnym Śląsku. Ów lepszy status zapewniło mu doświadczenie w pracy w charakterze ślusarza w PKP przed wojną.
Ubiór jest dość typowy dla robotników, którym nie zapewniano zazwyczaj specjalistycznej odzieży – tania sukienna marynarka z naszywką „P” na piersi, Modne wówczas szerokie spodnie – również sukienne oraz biała koszula noszona z wywiniętym kołnierzem (na sposób często spotykany na zdjęciach „bez krawata”. Całości dopełniają znoszone, cywilne trzewiki w kolorze brązowym oraz pas skórzany. 
Robotnik nie posiada zbyt wielu przedmiotów osobistych – co bardziej wartościowe (jak zegarek) zostały już dawno przehandlowane, przedmioty zabronione – skonfiskowane, w pracy nosi ze sobą wyłącznie dokumenty – Książeczkę pracy dla obcokrajowców oraz dokument tożsamości.



Autorem beletryzowanego wstępu jest Marcin Morawski
Autorem Zdjęć jest Sebastian Sroka
Dziękujemy Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa na Śląsku (http://muzeumtechniki.pl/) za udostępnienie plenerów.
Autor: Kamil Szustak

SUMMARY

The text above is a part of a series of articles presenting the “Forgotten Characters of the WW2”. This part concentrates on the fate of Polish forced labor workers. The character shown is an example of Polish “Zivilarbeiter” sent to work in the railway works in Koenigszelt, Lower Silesia in 1944.

KBW – Kika słów o Wojskach Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz uwagi odnośnie rekonstrukcji


Podziękowanie od dowództwa WBW za udział w walkach przeciwko UPA – 1947r.

Wraz ze wzrostem popularności tematu powojennej partyzantki antykomunistycznej w ostatnich latach, wzrosło także zainteresowanie rekonstrukcją takich oddziałów. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać lepsze lub gorsze grupy odtwarzające oddziały podziemia, lub choćby tylko specjalne sekcje przy już istniejących grupach. Zaraz też zaczęły się, organizowane głównie w okolicach ustalonego na 1 marca – rocznicę egzekucji członków IV ZG WiN – nowego święta, inscenizacje prawdziwych bądź fikcyjnych działań antykomunistycznego podziemia. Większość z tych inscenizacji – nawet teraz, po czterech latach – trapią dwie poważne bolączki. Pierwsza to brak odpowiedniego przeciwnika dla partyzantów. Drugą zwykle jest scenariusz, który nijak nie przystaje do realiów.

Pierwsza bolączka bierze się stąd, że nie ma praktycznie grup odtwarzających polskie powojenne siły bezpieczeństwa (choć na forum portalu www.dobroni.pl swego czasu jeden z użytkowników podzielił się pomysłem stworzenia GRH KBW). Nie byłoby to problemem – wszak niemal równie często (a w początkowym okresie nawet częściej) zdarzały się walki z oddziałami WP. Można by też wykorzystać oddziały MO lub ORMO, które zwłaszcza na początku swego istnienia przypominały z wyglądu oddziały partyzanckie, odróżniając się od nich wyłącznie opaską na ramieniu (to był też powód, dla którego partyzantka po wojnie szybko zrezygnowała z opasek w barwach narodowych). Jednak z jakiegoś powodu organizatorzy takich imprez upierają się zwykle, żeby przeciwnikiem partyzantki po stronie polskiej były WW/KBW, mimo że ich rolę powierzają grupom odtwarzającym 1/2AWP. Nieco lepiej wygląda sprawa w przypadku inscenizacji potyczek z oddziałami Armii Czerwonej/Radzieckiej lub WW NKWD/MWD/MGB – grup odtwarzających radzieckie formacje jest znaczni więcej, choć i tu, bez względu na wszystko stronę tę nazywa się najczęściej „NKWD”. Głównym problemem wydaje się tu postawienie na głównego bohatera (partyzantów), dla którego cała reszta stanowi jedynie mgliste tło, a zatem może być niedopracowana. Cóż, gdy w Polsce zaczęła się rekonstrukcja, nawet w grupach odtwarzających WH czy SS na wiele rzeczy przymykano oko.

Bolączka druga ma chyba podobne podłoże. Dochodzi do tego drugi powód, który trudno mi określić inaczej niż jako ignorancję. Stąd KBW w 1944r., stąd niezliczone UBP rozbijane przez partyzantów, niezliczone zasadzki na dobrze uzbrojone oddziały KBW… Wymieniać można długo. Oddając jednak sprawiedliwość organizatorom muszę nadmienić, że w tych rzadkich przypadkach, gdy inscenizacja aspiruje do rekonstrukcji konkretnego, prawdziwego wydarzenia, wierność realiom jest zwykle o wiele wyższa.

Celem tego artykułu nie jest obrażanie kogokolwiek – choć znając życie niektórzy zacząwszy czytać poprzedni akapit obrażą się i od razu walną „1/5” pod artykułem – ani tym bardziej wyśmiewanie. Nie chcę też nikogo na siłę przekonywać do swoich racji. Pragnąłbym jedynie, żeby takie inscenizacje – skoro już się je robi – trzymały dostatecznie wysoki poziom by zasłużyć na miano rekonstrukcji. Dlatego też poniżej znajdzie czytelnik nie tylko mocno skróconą historię polskich Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego ale także garść uwag o ich umundurowaniu, wyposażeniu oraz roli w imprezach rekonstrukcyjnych wraz z propozycjami wykorzystania.

W artykule używam wymiennie nazw Wojska Wewnętrzne i Wojska Bezpieczeństwa Wewnętrznego w odniesieniu do całości formacji, bez względu na to jaką nazwę nosiła ona w danym okresie. Natomiast nazwy KBW czy PSBS są używane jako prawidłowa nazwatych formacji w danym okresie.

Początki Polskich Wojsk Wewnętrznych

Trzech żołnierzy KBW i harcerz (?), około 1946-1948, drugi z lewej – kapral Ż.
Warto zwrócić uwagę na niejednolite mundury i pas niemiecki

Na początek warto odpowiedzieć sobie na pytanie: po co w Polsce stworzono taką formację jak Wojska Wewnętrzne?

Już słyszę odpowiedzi, że do walki z podziemiem, konwojowania jeńców itp. Ale odpowiedź na to pytanie jest znacznie prostsza – wszak wszystkie te zadania można było powierzyć formacjom działającym w ramach WP, MO, czy Straży Więziennej – bez potrzeby tworzenia nowego bytu. Formację tą powołano do życia dlatego, że taka sama istniała w ZSRR. Po prostu „doradcy” wysłani do nowo tworzącego się Resortu Bezpieczeństwa Publicznego PKWN i późniejszego MBP chcieli by resort funkcjonował tak, jak do tego przywykli. A zatem brak jednego – i to kluczowego – elementu był nie do pomyślenia.

Zalążkiem przyszłych WW był Polski Samodzielny Batalion Specjalny. Formacja ta w trakcie wojny zajmowała się głównie szkoleniem żołnierzy do zrzucenia za linie wroga, a po podporządkowaniu nowo utworzonemu Polskiemu Sztabowi Ruchu Partyzanckiego(późniejsza Baza Zaopatrzenia Materiałowo-Technicznego rozformowana dopiero w marcu 1945r.) – utrzymywanie łączności z oddziałami partyzanckimi i przygotowanie grup partyzanckich do dalszych działań. W sierpniu 1944r. (data dzienna pozostaje nieznana – podaje się różne daty: od 4 do 24 sierpnia) PSBS, przekazany RBP PKWN, w Lublinie znalazł się już 14 sierpnia, zaś następnego dnia wziął udział w defiladzie z okazji święta Wojska Polskiego (przebieg jego obchodów w Lublinie dziś wzbudza spore, choć nie do końca zrozumiałe emocje). Jeszcze w tym samym miesiącu zaczęła się krystalizować koncepcja przekształcenia batalionu w Wojska Wewnętrzne. W tym celu zapadła decyzja o reorganizacji i uzupełnieniu składu batalionu. W ramach reorganizacji podzielono go na trzy kompanie (wedle niektórych źródeł miały przejść przyspieszone szkolenie w zakresie walk w mieście i być przerzucone  do Warszawy – w tym celu przynajmniej jedna kompania miała zostać rzekomo przetransportowana do Otwocka, gdzie oczekiwała na rozkaz, który nigdy nie nadszedł, zaś po około tygodniu miała wrócić do Lublina, epizod ten jednak ma wątłe potwierdzenie w źródłach) i utworzono nowe jednostki organizacyjne, których powstanie wskazywało na postawienie przed batalionem nowych zadań – Centrum Wyszkolenia oraz Wydział Budowlany. Zaczęto też pobór do jednostki – początkowo w miejscu stacjonowania – Świdniku – później pisma w sprawie poboru do PSBS wysłano do nowo tworzonych RKU. W tym okresie starano się przyjmować – tak jak do MO czy MBP głównie byłych partyzantów, choć PSBS stawiał przede wszystkim na byłych AL-owców oraz członków dawnych grup partyzanckich podległych PSzRP i byłych członków radzieckich oddziałów partyzanckich narodowości polskiej. Mile widziano także żołnierzy mających za sobą już frontowe doświadczenia, choć ze względu na pierwszeństwo walki z Niemcami, musiano ich wyszukiwać w jednostkach zapasowych i szpitalach.

Początkowo RBP nie miał konkretnego pomysłu na wykorzystanie PSBS – resort wszak dopiero się organizował – a i sam batalion zajmował się głównie dostosowywaniem miejsca zakwaterowania i nie był zdolny do wykonywania jakichkolwiek poważnych zadań. Dopiero na początku września ruszyło szkolenie rekrutów. Wtedy też batalion przekazał grupę 37 osób do ochrony PKWN – grupa ta stała się zalążkiem przyszłego Batalionu Ochrony PKWN. W tym czasie głównym problemem PSBS były braki sprzętu i problemy z zaprowiantowaniem – jednostka pozostająca daleko od frontu, o niejasnych zadaniach siłą rzeczy musiała się znaleźć na samym końcu listy zaopatrzeniowej.

Po zakończeniu pierwszego cyklu szkolenia w CW, w batalionie przeprowadzono kolejną reorganizację – utworzono dwie kompanie szkolne (podchorążych i podoficerów), trzy plutony szkolne (łączności, kobiecy sanitarny oraz oficerów polityczno-wychowawczych, dziewięć kompani strzeleckich (piechoty) oraz kompanię wart wewnętrznych PKWN.

Pierwszym zadaniem, które powierzono batalionowi było ściąganie świadczeń rzeczowych na całym obszarze wyzwolonym  przez Armię Czerwoną. W tym celu z batalionu – stacjonującego wówczas w Jastkowie koło Lublina – wydzielono grupy dla poszczególnych powiatów. Żołnierzy batalionu kierowano również do działań propagandowych (agitacja) oraz do pomocy przy pracach rolnych i realizacji reformy rolnej.

Na początku listopada żołnierze batalionu zostali też wykorzystani przez RBP do realizacji październikowej uchwały KC PPR o „aresztowaniu volksdeutschów, reichsdeutschów i innych opornych obszarników oraz reakcji”. Wedle dostępnych danych w pierwszych dniach listopada dokonywali aresztowań volksdeutschów. W zakresie obowiązków batalionu była również zabezpieczanie listopadowej wizyty w Lublinie delegacji radzieckiej (przybyłej podpisać umowę odnośnie zarządu nad kolejami w Polsce).

Oprócz tego żołnierze batalionu prawdopodobnie brali udział w wyłapywaniu dezerterów  z 31pp w połowie października. Również w październiku PSBS podporządkowany został Samodzielny Batalion Ochrony Jeńców Wojennych – był to kolejny sygnał, że przebudowywana jednostka miała pełnić takie same funkcje jak radzieckie WW.

Jak na ironię, pierwsze walki tej jednostki z podziemiem miały miejsce przy wykonywaniu „bezpiecznych” zadań jak ściąganie świadczeń czy działania polityczno-propagandowe. Wynikało to z tego, że słabo uzbrojone i zaopatrzone niewielkie grupy operacyjne były dla oddziałów podziemia łatwym celem. W tym czasie batalion nie prowadził akcji skierowanych przeciwko podziemiu (polskiemu i mniejszości narodowych). Anna Grażyna Kister w swojej książce wspomina tylko jedną akcję w powiecie siedleckim. Akcja ta zorganizowana została ad hoc i stanowiła odwet za zamordowanie przez oddział podziemia grupy milicjantów – przy czym sprawa miała podobno wątek osobisty (wśród milicjantów mięli znajdować się krewni któregoś z oficerów batalionu). O motywie osobistej zemsty świadczyć może fakt, że wszyscy członkowie podziemia ujęci podczas akcji zostali zastrzeleni – rzekomo przy próbie ucieczki.

Już 19 października kierownictwo PPR zadecydowało o uznaniu PSBS za zalążek Wojsk Wewnętrznych, wzywając do dalszej rozbudowy jednostki. W związku z tym dowództwo batalionu wystąpiło z prośbą do dowództwa WP o zezwolenie na mobilizację dalszych 4 tysięcy żołnierzy, Przy czym poborowych miał osobiście wskazywać dowódca batalionu, płk. Henryk Toruńczyk. Jego plan zakładał powołanie do nowej jednostki głównie byłych partyzantów z AL i oddziałów radzieckich.

Decyzja o stworzeniu na bazie PSBS Brygady Wojsk Wewnętrznych zapadła w pierwszej połowie listopada 1944r., jednak dopiero z dniem 1 grudnia jednostka przeszła na nowy etat. Datę tą należy uznać za datę powołania Wojsk Wewnętrznych, jednak jeszcze przez dłuższy czas w dokumentach pojawiała się nazwa Samodzielny Batalion Specjalny. W skład brygady początkowo wchodziły następujące jednostki: dowództwo, Centrum Wyszkolenia, Batalion Ochrony PKWN, batalion Wartowniczy (powstały na bazie SBOJW) i dwa Bataliony Operacyjne. W grudniu doszły do tego jeszcze kwatermistrzostwo, Wydział Budowlany, Wojskowa Administracja Garnizonu, Wydział Sanitarny i sztab brygady. W ramach brygady stworzono też – z „synów pułku”, których nagromadziło się dużo w PSBS – batalion małoletnich, który wiosną 1945r. przekształcono w szkołę kadetów im. Gen. K. Świerczewskiego.

 Do końca 1944r. planowano utworzenie trzech brygad zmotoryzowanych WW po 5000 ludzi każda, jednak do tego czasu nawet pierwsza brygada nie zdołała osiągnąć pełnego stanu. Głównym powodem takiego stanu rzeczy były bardzo ścisłe kryteria doboru materiału ludzkiego, ale także fakt, że w tym czasie również Wojsko Polskie potrzebowało siły ludzkiej, a wobec toczącej się wojny nowe władze na pierwszym miejscu stawiało potrzeby walki z Niemcami, a nie utrzymanie porządku na tyłach. Z tego też powodu przez cały czas istnienia WW, borykały się one z brakami nie tylko w sprzęcie i umundurowaniu, ale nawet w produktach żywnościowych.

Zadania wojsk wewnętrznych definiowano kopiując wzorce radzieckie – stąd np. Batalion Wartowniczy. O naturze jego zadań najlepiej świadczy fakt jego stacjonowania na terenie dawnego obozu koncentracyjnego na Majdanku (w styczniu przeniesiony został do Krzesimowa). Batalion zajmował się eskortowaniem jeńców, ochroną obozów jenieckich, obozów internowania dla volksdeutschów oraz Obozu Specjalnego w Skrobowie gdzie kierowano żołnierzy WP podejrzanych o działalność szpiegowską lub konspiracyjną – pretekstem do powołania obozu było wykrycie grupy byłych partyzantów w WP, która prowadziła „działalność spiskową” oraz zdobycie przez NKWD dokumentów świadczących, że w Lubelskiej Komendzie Okręgu AK istniał referat specjalny, którego zadaniem było organizowanie konspiracji w strukturach WP. W marcu 1945r. z obozu doszło do masowej ucieczki, co przyczyniło się do jego zamknięcia. Z innych obozów ochranianych w tym czasie przez żołnierzy batalionu warto wymienić obóz pracy w Krzesimowie, jego podobóz w Poniatowej oraz obóz w Błudku (26 marca obóz, z którego dzień wcześniej wywieziono wszystkich więźniów został rozbity przez oddział „Wira”, archiwum obozu zniszczono, zaś schwytanych oficerów – w tym komendanta obozu, kpt. Władysława Konowałowa – zamordowano). W gestii batalionu pozostawała również ochrona więzienia w Lubelskim Zamku (w lutym 1945r. część żołnierzy stacjonującej tam 4 kompanii wartowniczej zorganizowała ucieczkę więźniów skazanych na śmierć).

Bataliony Operacyjne WW skierowano do walki z podziemiem, jednak ze względu na ich niewielką wartość bojową (słabe wyszkolenie, kiepskie uzbrojenie) początkowo kierowano je głównie do zadań ochronnych, ciężar akcji przeciwko oddziałom podziemia zrzucając na jednostki WW i PW NKWD, jednak od końca listopada 1944r. do połowy stycznia 1945r. bataliony zaangażowane zostały do tzw. „akcji rozbrajania terenu”. W założeniach chodziło o wynajdywanie „elementów niebezpiecznych” (członków i – często domniemanych – współpracowników partyzantki polskiej i ukraińskiej oraz band rabunkowych a także volksdeutschów i dezerterów) oraz konfiskowanie broni. W tym celu żołnierze KBW dokonywali rewizji, aresztowali podejrzanych, konfiskowali broń, zaś wsie, których mieszkańców uznano za „aktywnie wspierających” oddziały UPA – palili w całości lub częściowo. W ramach akcji przeprowadzono też kilka zasadzek i przeszukano obszary leśne, jednak z marnym skutkiem. Już na początku akcji oba bataliony poniosły poważne straty, co zapewne przełożyło się na dalsze działania (brutalne traktowanie mieszkańców, unikanie, w miarę możliwości, walki). Ponieważ spisy aresztowanych musiały być wypełniane bardzo skrupulatnie, należy przypuszczać, że większość aresztowanych zatrzymano na mocnych podstawach. Początkowo zatrzymanych wszystkich kategorii kierowano do obozów, jednak już 5 grudnia 1944 dowódca WW, płk. Toruńczyk wydał instrukcję, która nakazywała aresztowanych volksdeutschów kierować do miejsca internowania w Zamościu a stamtąd do obozu w Błudku, dezerterów – do prokuratury wojskowej, a członków i współpracowników podziemia w uzasadnionych przypadkach kierować  do resortu BP, resztę zwalniać.

Pomimo niedoborów siły ludzkiej od stycznia 1945r. starano się rozszerzać WW i powierzać im nowe zadania. W tym celu przeprowadzono dodatkowy pobór, w ramach którego przyjęto do brygady nowych żołnierzy, pozyskano także żołnierzy z jednostek WP (choć byli to głównie żołnierze z jednostek rezerwowych i „ozdrowieńcy”). W połowie stycznia powierzono Wojskom Wewnętrznym nowe zadanie – podążanie za przemieszczającymi się jednostkami frontowymi i zabezpieczanie obiektów przemysłowych oraz zapewnienie ochrony nowo organizującym się władzom administracyjnym. Wraz z przemieszczaniem się frontu, batalionom operacyjnym powierzano też zadania rozbrajania nowo wyzwalanych terenów, choć  w znacznie mniejszym zakresie niż miało to miejsce na Zamojszczyźnie – pierwszeństwo przyznano zadaniom ochronnym i zabezpieczeniu obiektów przemysłowych. W tym też czasie na bazie batalionu ochrony utworzono samodzielny pułk ochrony rządu.

12 lutego 1945r. Brygadę WW rozformowano a na jej podstawie stworzono dwie samodzielne brygady – które miały stacjonować  w Łodzi i Katowicach – oraz Dowództwo Główne Wojsk Wewnętrznych. Później  – w początkach marca – przystąpiono także do tworzenia trzeciej brygady.

W tym okresie działania przeciwko podziemiu były bardzo nieliczne – o ile nie liczyć akcji rozbrajania – gdyż WW skupiały się na zadaniach ochronnych. Walki z nieujawnionymi oddziałami podziemia na Lubelszczyźnie powierzono 3 brygadzie, która jednak nie była zdolna do jakichkolwiek działań przeciwpartyzanckich. Na terenach zachodnich oddziały WW walczyły głównie z pozostałościami rozbitych jednostek niemieckich, na wschodzie większe znaczenie miały tylko walki z UPA (przy wsparciu jednostek WP) – podczas tej akcji oddziały WW spaliły wieś Masiuki oraz przeprowadziły aresztowania i rekwizycje w kilku innych wsiach. Z okresu tego znane jest tylko 7 akcji skierowanych przeciwko oddziałom polskiego podziemia antykomunistycznego. Zdarzały się natomiast akcje oddziałów podziemia przeciwko mniejszym oddziałom WW.

Powstanie Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego

26 marca 1945r. zapadła decyzja o przekształceniu Wojsk Wewnętrznych w Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Planowano, że nowa formacja do 1 maja osiągnie liczebność 32 000 ludzi. Zakładano stworzenie szesnastu pułków kawalerii, dziesięciu samodzielnych batalionów ochrony i samodzielnego batalionu łączności. Oprócz tego w ramach korpusu miały działać jeszcze Dowództwo Główne, Centrum Wyszkolenia i trzy szpitale okręgowe. Zakładano scentralizowany system dowodzenia i terytorialność (jednostka KBW w każdym z 16 województw). Choć Korpus miał podlegać MBP, jego formowanie powierzono Ministerstwu Obrony Narodowej (zadanie poboru żołnierzy i wydzielenie kadry oficerskiej na potrzeby Korpusu) oraz Ministerstwu Przemysłu i Aprowizacji (zaopatrzenie KBW według norm dla WP). Bazę dla KBW stanowiły rozformowane WW. Przeprowadzono dodatkowo pobór, który jednak przerwano o osiągnięciu stanu ok. 20 000 ludzi ze względu na brak mundurów, broni, amunicji, kadry oficerskiej a także brak możliwości wyżywienia żołnierzy.

 Nowo tworzoną formację nękały w tym czasie liczne dezercje, jednak wbrew powszechnemu obecnie mniemaniu (i ówczesnym  przedstawianiu tego problemu przez dowództwo KBW), w niewielkim stopniu wynikały one z działalności agitacyjnej podziemia oraz ogólnej niechęci do formacji. Prawdziwym problemem był fakt, że dla większości poborowych zostanie żołnierzem KBW zmieniało w ich życiu jedynie to, że musieli żyć w marnych warunkach z dala od rodziny i nie mieli co jeść – wielu z nich nie dostało ani broni (wg. stanu na 30.04.1945r. na łączną sumę 28 448 żołnierzy było tylko 7566 sztuk broni!) ani mundurów. O takich przyczynach dezercji świadczy fakt, że wielu żołnierzy którzy oddalili się samowolnie dość szybko wracało do jednostek zaspokoiwszy głód. Uzbrojenie – jak wspomniano wyżej – w dalszym ciągu było niedostateczne – KBW dysponowało głównie bronią zdobyczną – niemiecką, do której coraz trudniej było zdobyć amunicję. Również niewielka ilość oficerów przy tak wielkich rzeszach szeregowców nie sprzyjała utrzymaniu dyscypliny. Najgorzej jednak przedstawiała się sytuacja z końmi. Na 16 organizowanych pułków kawalerii w kwietniu 1945r. było tylko 68 koni, zaś konie wierzchowe stanowiły tylko niewielką ich część. Właśnie niedobór koni zadecydował o ostatecznej rezygnacji z planu oparcia KBW o jednostki kawaleryjskie.

Skład nowej formacji wyraźnie wskazywał, że za główne zadanie zreformowanych WW uznano tym razem walkę z podziemiem – wszak w operacjach przeciwpartyzanckich, toczonych często w trudnym terenie, jednostki konne sprawdziłyby się lepiej niż jakiekolwiek pojazdy. Na takim zdefiniowaniu zadań zaważyła nie tylko działalność polskiego podziemia antykomunistycznego i UPA, ale również poważne traktowanie przez nową władzę zagrożenia ze strony podziemia niemieckiego – choć Werwolf na terenie Polski okazał się w rzeczywistości kilkoma niewielkimi oddziałami bez większego znaczenia, pozbawionymi centralnego dowodzenia (łączne siły niemieckich grup podziemnych w 1945r. wynosiły ok. 3000 ludzi, z tym że liczebność każdej z nich wynosiła kilkadziesiąt osób – największa grupa – „Edelweiss-Piraten” – liczyła około 200 dobrze wyszkolonych ludzi, ale był to wyjątek w skali kraju) i jakiegokolwiek wsparcia, to w 1945r. zagrożenie to traktowano poważnie –  zwłaszcza na Ziemiach Odzyskanych. To właśnie ta obawa stanowiła jeden z powodów wzmożenia akcji wysiedleńczej z jednej, a osadnictwa wojskowego z drugiej strony. W tym czasie jednak KBW pozostawał niezdolny do prowadzenia jakichkolwiek działań przeciwpartyzanckich, skupiając się jedynie na zadaniach ochronnych. Jest to o tyle ważne, ze wiosną 1945r. nastąpił wzrost aktywności podziemia i poza wykorzystywanymi doraźnie jednostkami WP oraz będącymi w stadium organizacji MO i Urzędów BP, nowa władza nie dysponowała siłą mogącą przeciwdziałać atakom.

Zmiana koncepcji

24 maja władze dostrzegły że dotychczasowe plany formowania KBW zakończyły się porażką. Jednocześnie zakończenie działań wojennych dało większe pole manewru i pozwoliło wykorzystać wracające z frontu jednostki do nowych zadań. 25 maja dowództwo KBW przekazano generałowi dywizji B. Kieniewiczowi – dotychczasowemu dowódcy 4DP. Jednocześnie całą dywizję przekazano do dyspozycji Korpusu, z jednoczesną demobilizacją z 4DP i jednostek KBW szeregowych z roczników 1917-1920 i starszych oraz podoficerów z rocznika 1905 i starszych. Reorganizację zakończono w sierpniu 1945r. W jej toku stworzono 15 specjalnych pułków bezpieczeństwa (zachowano przy tym ich rozdział terytorialny), 2 pułki zmotoryzowane, 10 samodzielnych batalionów ochrony, samodzielny batalion łączności, samodzielną kompanię samochodową, Centrum Wyszkolenia, Sąd Wojskowy i Prokuraturę. Jesienią zorganizowano także centralny szpital KBW w Warszawie i włączono do korpusu Samodzielną Eskadrę Lotnictwa Łącznikowego. Tym razem formowanie KBW zakończyło się większym sukcesem, choć wszystkich trudności nie przezwyciężono. W chwili ponownego przejęcia KBW przez MBP w sierpniu 1945r. na 2559 oficerów KBW 1000 pochodziło z 4DP, a tylko 552 z poprzedniego formowania korpusu. 700 przybyło ze szkół oficerskich (w tym 162 z CW KBW). Udało się zapewnić w miarę jednolite umundurowanie i wyposażenie żołnierzy (choć w dalszym ciągu 50% oficerów było bosych, a wielu chodziło w obuwiu cywilnym!). Rozwiązano również problem uzbrojenia zapewniając broń praktycznie wszystkim żołnierzom i ostatecznie wycofując z użytku broń zdobyczną. Problemem było jednak dostarczenie środków transportu – w sierpniu 1945r. KBW posiadał tylko 31% stanu etatowego samochodów i motocykli. Źle wyglądała również sytuacja żywnościowa – jednostkom polecano ściągać kontyngenty i wykorzystywać je na własny użytek.


Przykład wojskowego źródła kadr dla KBW – 4DP. Legitymacja medalu “Za warszawę” sierżanta łączności KBW Michała R. Podpis płk Orkan-Łęckiego świadczy, że za enigmatycznym numerem poczty polowej kryje się prawdopodobnie Dowództwo WBW Olsztyn. 

Wobec uaktywnienia się podziemia zbrojnego, we wrześniu 1945r. podjęto decyzję o kolejnej reorganizacji KBW. Korpus „zdecentralizowano”, przekazując odpowiednio duże oddziały do dyspozycji szefów WUBP oraz dodając jednostki przewidziane do działań  innych niż przeciwpartyzanckie. Powołano zatem do życia czternaście dowództw Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego, 14 batalionów operacyjnych, 10 samodzielnych batalionów ochrony, pięć samodzielnych batalionów ochrony kolei, 14 samodzielnych kompanii konwojowych, Samodzielny Pułk Zmotoryzowany, Samodzielny Pułk Ochrony Rządu, Samodzielny Batalion Łączności, Centrum Wyszkolenia KBW, Remontową Bazę Samochodową, Samodzielną Eskadrę Lotnictwa Łączności, Szpital KBW, Zakład Tresury Psów Służbowych, kompanię karną, kompanię gospodarczą i kompanię samochodową.

Działania KBW

Właściwie dopiero jesienią 1945r. KBW uzyskało gotowość bojową i zostało skierowane do walki z podziemiem – o ile przedtem to Wojska Wewnętrzne były w defensywie, wykonując głównie zadania ochronne, o tyle teraz mogły przystąpić do działań ofensywnych. Zapewne wielu żołnierzy KBW – bez względu na sympatie polityczne –  paliło się do wzięcia odwetu na podziemiu. Od listopada 1944r. do końca maja 1945 zginęło w walce z partyzantką 94 żołnierzy WW-KBW, z czego 92 w okresie marzec – maj, a więc w czasie gdy Korpus nie prowadził żadnych działań przeciw podziemiu. Wiązało się to ze wspomnianym już wzrostem aktywności partyzantki – rozbijano więzienia i obozy, napadano na pociągi i instytucje państwowe, których ochroną zajmowali się żołnierze Korpusu, organizowano zasadzki na żołnierzy WW-KBW ściągających kontyngenty lub prowadzących działalność Polityczno-propagandową, które najczęściej kończyły się rozstrzelaniem rozbrojonych żołnierzy. O zmianie rodzaju prowadzonych działań zadecydowało też tymczasowe ograniczenie działalności podziemia po sierpniowej amnestii. Warto dodać, ze w tym czasie często jako wsparcie przydzielano KBW jednostki WP.


Podziękowanie za służbę w KBW dla sierżanta R. – miły, choć mało znaczący gest na zakończenie służby. 

Oprócz działań typowo przeciwpartyzanckich, ochronnych i ściągania kontyngentów, KBW prowadził działalność propagandową, organizując wiece, pomagając w pracach rolniczych czy budowlanych, a także wspierał organizowanie lokalnych komórek partii (głównie PPR i PPS, choć nie tylko) i organizacji młodzieżowych. Działalność propagandowa nasiliła się zwłaszcza przed referendum 1946 roku i wyborami w roku następnym. Grupy propagandowe KBW były w tym czasie dość łatwym celem dla oddziałów podziemia, choć w tym okresie skupiało się ono jednak w działaniach ofensywnych na atakowaniu posterunków MO oraz mniejszych grup WP i formacji radzieckich. W trakcie referendum i wyborów żołnierze KBW odpowiadali również za ochronę części lokali wyborczych, jednocześnie w ramach działań prewencyjnych przeczesywano lasy i organizowano obławy na żołnierzy podziemia.


Zaświadczenie o demobilizacji sierżanta R. – bardziej wymierna korzyść ze służby – WUBP i PUBP miały za zadanie pomagać demobilizowanym żołnierzom KBW w organizowaniu sobie dalszego życia -np. przez służbę w UBP lub MO. Niestety, brak danych o dalszych losach sierżanta R. 

Sfałszowane referendum i wybory wraz z ogłoszoną w 1947r. amnestią znacząco uspokoiły sytuację w kraju poważnie osłabiając podziemie. Dlatego też od tego momentu działalność KBW przeciwko „oddziałom leśnym” przyjęła formę w pełni ofensywną. Głównym zadaniem KBW w tym okresie stała się jednak służba ochronno-konwojowa.

Od 1948r. podziemie było właściwie w stanie zaniku, i chociaż KBW prowadził działania przeciwko oddziałom partyzanckim, to większość jego działań ofensywnych wymierzona byłą w „grupy bandyckie bez zabarwienia politycznego” oraz grupy UPA. W okresie tym w akcjach przeciwpartyzanckich często stosowano siły niewspółmierne do potrzeb (przeciw oddziałom liczącym kilkadziesiąt osób wysyłano nierzadko kilka tysięcy żołnierzy), co rodziło pytania o zasadność takich działań. Coraz więcej jednostek KBW kierowano jednak do ochrony obiektów przemysłowych, bojąc się akcji sabotażowych, jednak obawy te okazały się bezzasadne – mimo zaangażowania ogromnych sił i środków w ochronę obiektów przemysłowych nie zanotowano ani jednego aktu sabotażu któremu KBW mogłoby zapobiec.

Od 1956r. właściwie zabrakło już pomysłu na Wojska Wewnętrzne – większość zadań, które  w ZSRR wykonywały Wojska Wewnętrzne, w Polsce powierzono odpowiednim służbom mundurowym, zaś po wydarzeniach poznańskich niechętnie patrzono na możliwość wykorzystania KBW w tłumieniu  zamieszek. Także klimat pierwszych lat rządów Gomułki sprzyjał odchodzeniu od bezmyślnego kopiowania wzorców radzieckich. Pomysł wykorzystania KBW do walki grupami dywersyjnymi był raczej abstrakcyjny – do 1956r. zanotowano tylko dwa przypadki „zrzutu grup dywersyjnych” na teren Polski. Dlatego też kierowano KBW do prac budowlanych, a ostatecznie w 1965r. rozformowano, włączając oddziały Korpusu do jednostek OT.

Kto służył w Wojskach Wewnętrznych?

PSBS był de facto pierwszą polską jednostką elitarną. Poza pierwszą kadrą instruktorską – oficerami Armii Czerwonej i Hiszpanami – całość kadry oficerskiej wybierał osobiście dowódca – płk. Toruńczyk. Właściwie większość żołnierzy batalionu została na jego i innych oficerów batalionu prośbę skierowana z pozostałych jednostek WP do tej właśnie jednostki. Później w jednostce znaleźli się także byli członkowie oddziałów partyzanckich, zaś od chwili przekazania PSBS RBP, koncepcja dowódcy zakładała rekrutowanie do batalionu przede wszystkim byłych partyzantów AL, Dąbrowszczaków oraz elementu „wyrobionego politycznie” mającego doświadczenie bojowe. Szybko jednak zabrakło odpowiedniego materiału ludzkiego, toteż po przekształceniu WW w KBW do formacji przyjmowano wszystkich (chętniej witając jednak żołnierzy spełniających pewne kryteria). Ciekawostką jest fakt, że w tym czasie do KBW trafiło 35 byłych partyzantów AK oraz nieco mniejsza liczba byłych partyzantów BCh – początkowo postrzeganych przez wszystkie organa MBP jako dobry materiał do służby – szybko jednak, na fali wietrzenia spisków, przeniesiono ich do jednostek WP. W okresie późniejszym osoby mające za sobą służbę w Armii Krajowej czy nawet Batalionach Chłopskich nie mogły pełnić służby w KBW. Można zatem między bajki włożyć opowieści o żołnierzach KBW ujawniających się jako byli partyzanci i przejawiających chęć wstąpienia do oddziału podziemnego. Wraz przekazaniem dowództwa gen. Kieniewiczowi, do KBW trafili doświadczeni żołnierze frontowi, zaś po przekazaniu KBW do dyspozycji MBP zaczęto prowadzić pobór kwalifikowany.

Mile widziano zatem osoby „wyrobione politycznie” (członkowie partii lub organizacji młodzieżowych), robotniczego pochodzenia, ale chętnie też witano poborowych z jak najlepszym wykształceniem. Do służby nie dopuszczano poborowych z wyrokami za przestępstwa pospolite (bez względu na to, jak poważne byłyby to przewinienia). Drzwi Korpusu były otwarte także dla ochotników – tych najwięcej przybywało z rodzin osiedlających się na Ziemiach Zachodnich, ale także z Lubelszczyzny i Polski północno-wschodniej, a więc obszarów gdzie najaktywniejsze było podziemie zbrojne.

Dobrym przykładem najbardziej pożądanego materiału ludzkiego jest tutaj kapral Ż. (kilka pamiątek po nim można znaleźć w zdjęciach dołączonych do artykułu). Mamy zatem osobę z pochodzeniem robotniczym, nadprzeciętnym wykształceniem dającym dodatkowo przydatne umiejętności (7 klas szkoły powszechnej, szkoła typu technicznego ze specjalnością ślusarz), wyrobioną politycznie (członek PPS), mającą w dodatku doświadczenie w zawodzie. Jego umiejętności zostały szybko wykorzystane (został rusznikarzem), zaś wyrobienie polityczne pozwoliło mu wykonywać obowiązki z zaangażowaniem i inicjatywą, co zostało docenione przez dowództwo.


Charakterystyka służbowa kaprala Ż. – jak widać, dowództwo było z niego zadowolone. Niewykluczone, że jego wzorowa służba w KBW stała się początkiem jego przyszłej, niewątpliwie błyskotliwej kariery zawodowej i politycznej (był między innymi posłem na sejm). Dokument ten stanowi jeden z dowodów na dbałość jednostek KBW o przyszłość demobilizowanych żołnierzy. 

Umundurowanie i wyposażenie Wojsk Wewnętrznych

Niewiele zachowało się fotografii żołnierzy PSBS, a znane przedstawienia pokazują głównie członków grup dywersyjnych, w związku z czym trudno rozpoznać szczegóły umundurowania. Wydaje się jednak, że jego żołnierze nosili takie mundury jak pozostałe jednostki WP (choć ze względu na niejasną podległość tej jednostki we wczesnym okresie, możliwe że początkowo wydawano żołnierzom umundurowanie radzieckie). Należy przyjąć, że w czasie gdy batalion podporządkowany był RBP PKWN, umundurowanie żołnierzy niczym nie różniło się od umundurowania WP, również barwy broni odpowiadały tym stosowanym w innych jednostkach. Wygląda nawet na to, że co najmniej do połowy 1946r. żołnierze KBW nosili mundury nie różniące się niczym od ogólno wojskowych – w moim posiadaniu znajduje się fotografia kaprala Ż. – zmobilizowanego w kwietniu 1946r. – z okresu jego służby w KBW jako rusznikarza i nosi on na kołnierzu jednolicie czarne proporczyki służby uzbrojenia wz.45!


Zdjęcie kaprala Ż. z początku służby w KBW – jeszcze w stopniu szeregowca. Warto zwrócić uwagę na proporczyki służby uzbrojenia wz.45 

Należy jednak pamiętać, że do maja 1945r. żołnierze WW-KBW wyglądali raczej jak oddział partyzancki – wielu w ogóle nie miało mundurów, lepiej sytuacja wyglądała tylko w batalionie ochrony. W lutym 1946r. dla niektórych jednostek WP oraz batalionu ochrony PKWN wprowadzono jako służbowe nakrycie głowy czapki okrągłe w miejsce rogatywek (miękkie rogatywki pozostawiono do munduru polowego), prawdopodobnie wkrótce potem to nakrycie głowy stało się standardowym w KBW. Trudno powiedzieć kiedy granatowy kolor stał się barwą WBW – prawdopodobnie dopiero w 1948r., wraz z reformą mundurową, tak przynajmniej wynikałoby z dostępnej literatury. Wtedy to barwą wojsk lądowych stał się czerwony (amarantowy), wydaje się zatem, że znane czapki okrągłe  z otokiem granatowym wyprodukowane między 1949 a 1952r. (wcześniej obowiązujące w piechocie) muszą być czapkami KBW. Wskazywałyby też na to pasy galowe z granatową lamówką oraz granatowe patki z tego okresu, dostępne czasem na rynku kolekcjonerskim.  Należy także pamiętać, że w 1948r. zmieniły się mundury szeregowców i podoficerów – o ile oficerom pozostawiono kurtki siedmioguzikowe i bryczesy z oficerkami, to większość szeregowców i podoficerów nosiła teraz trzewiki, proste spodnie ze spinaczami nogawek i bluzy pięcioguzikowe. Przynajmniej część tych zmian dotknęła także KBW, jednak jeszcze przez kilka lat donaszano stare sorty. W 1952r. wprowadzono nowe mundury w całych siłach zbrojnych. Mundury wszystkich rodzajów dla  oficerów i podoficerów zawodowych zaopatrzono w lamówki wzdłuż szwów spodni i wokół mankietów. Dla KBW lamówki były granatowe. Lamówki zniknęły ponownie w 1956r.,choć zdarzało się donaszanie mundurów wz.52 do 1960r. W 1960r. również w KBW przeprowadzono reformę mundurową. Choć zachowano dla nich mundury oparte na mundurach wz. 36, to wprowadzono guziki plastikowe. KBW otrzymało też czapki nowego wzoru, z plecionym otokiem z tym że zachowano jego barwę granatową. Trudno ocenić na ile barwa granatowa wynikała z chęci kopiowania radzieckiego wzorca, a na ile byłą nawiązaniem do tradycji piechoty.


Mundur polowy oficera KBW wz.52. Zapinany na 7 guzików i dwie haftki (rozpięte ze względu na rozmiar szyi manekina). Warto zwrócić uwagę na lamówki wokół mankietów i szwu bryczesów. 

Mundur galowy oficera KBW wz.52 – zwracają uwagę lamówki wokół mankietów i pasa galowego wz.49. Niestety, mundur zbyt mały by wyeksponować go na manekinie, ew. modelu. 

Zanim zakończę temat umundurowania, chciałbym wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy – mianowicie odznaczeniach z wysługę lat. Chociaż wydawać by się mogło, że KBW, jako formacja podległa resortowi Bezpieczeństwa Państwowego powinna otrzymywać wprowadzone w 1954r. odznaki „W służbie narodu”, to jednak z całą pewnością przynajmniej do 1954r. żołnierze WW-KBW otrzymywali medale „Siły zbrojne w służbie ojczyzny”. W chwili obecnej nie jestem z całą pewnością stwierdzić, że tak samo było po 1954r., wydaje się jednak, że chciano podkreślić  fakt, że wielu oficerów zaczęło służbę wojskową przed 1944r.,  czego przy odznaczaniu „W służbie narodu” nie przewidziano. Do artykułu dołączyłem zdjęcie legitymacji medalu „Siły zbrojne w służbie ojczyzny” nadanego oficerowi KBW w 1954r. Dowodzi to, że przynajmniej do tego momentu takie medale „wewnętrzniakom” wręczano. Z drugiej strony, najniższa klasa medalu nadawana była wówczas za 5 lat służby, podczas gdy najniższa klasa odznaki „W służbie narodu” przewidziana była dopiero za 10 lat.


Legitymacja brązowego medalu “Siły Zbrojne w Służbie Ojczyzny” (za 5 lat) dla por. U. – oficera łączności KBW. W tle zaświadczenie o ukończeniu kursu oficerów politycznych KBW, potwierdzające przynależność oficera do Korpusu. 

Jeżeli chodzi o wyposażenie i uzbrojenie żołnierzy Wojsk Wewnętrznych, to wyglądało to różnie w zależności od okresu. Choć PSBS był początkowo jedną z lepiej wyposażonych jednostek WP, to w chwili przekazania go do dyspozycji RBP PKWN większość posiadanego uzbrojenia została zdana na potrzeby RON PKWN, zaś na potrzeby RBP – w tym i PSBS-WW – zaczęto przekazywać broń niestandardową – głównie zdobyczną niemiecką. Co za tym idzie, przeciętny żołnierz PSBS-WW wysyłany do wykonania jakichkolwiek zadań początkowo (tj. do połowy 1945r.) uzbrojony był najczęściej w karabin Mausera, rzadziej w któryś z niemieckich pistoletów maszynowych. Jako oporządzenie dostawał zwykle pas oraz radziecki workoplecak, łopatkę, ew. maskę p-gaz wraz z torbą. Choć na stanie były ładownice, rzadko z nich korzystano – niewiele ładownic wzoru radzieckiego można było wykorzystać do przenoszenia niemieckiej amunicji, której i tak zwykle brakowało. Dodać należy, że większość żołnierzy nie opuszczała koszar – raczej starano się nie afiszować z faktem, że znaczna część szeregowych nie ma nie tylko broni, ale nawet munduru czy butów. Jeżeli chodzi o oficerów, to większość kadry z PSBS zachowała pistolety TT i rewolwery Nagant, ale nowa kadra najczęściej także otrzymywała broń „niestandardową”. Pomimo, że były one wśród żołnierzy WP popularnym trofeum, niemieckie pistolety P08 i P38 były dostępne w ilościach pozwalających uzbroić nieliczny korpus oficerski Wojsk Wewnętrznych.

Właściwie sytuacja pozostała niezmieniona do maja 1945r. Wtedy to wraz z przybyciem do Korpusu żołnierzy 4DP, trafiły też znaczne ilości uzbrojenia radzieckiego. Bardzo szybko też zaczęto wymieniać broń niemiecką na bardziej standardową – mając na uwadze nowe zadania korpusu stawiano raczej na uzbrojenie żołnierzy pistolety maszynowe. Od 1946r. oddziały KBW należały już do najlepiej uzbrojonych jednostek wojskowych w Polsce.

Jak wykorzystać Wojska Wewnętrzne w rekonstrukcji historycznej

Tak jak wspomniano na początku, organizatorzy inscenizacji działań powojennego podziemia antykomunistycznego, w roli przeciwnika stawiają partyzantom KBW. Choć Wojska Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie były jedynym adwersarzem partyzantki, niewątpliwe da się je wykorzystać. Trzeba jednak pamiętać o realiach konkretnego okresu. Zakładam tu, że z powodu nikłego zainteresowania tematem, działania WW-KBW przeciwko UPA czy grupom niemieckim raczej nie doczekają się w najbliższym czasie imprez rekonstrukcyjnych.

Dla roku 1944 i początku 1945 należałoby się skupić na działaniach, gdzie KBW będzie defensywie. Najprostszym  wydaje się wykorzystanie wątku „rozbrajania terenu” Gotowy scenariusz mógłby wyglądać następująco: Do wsi przybywa wzmocniony oddział PSBS (należy pamiętać o uzbrojeniu niemieckim, ale do roli żołnierzy wykorzystać można grupy odtwarzające 1/2AWP). Zaczynają się przeszukania, aresztowania i rekwizycje. Kilku mieszkańców ucieka do lasu, po pewnym czasie wracają z grupą partyzantów. Zaczyna się walka, której wynikiem może być: całkowite zwycięstwo partyzantów zakończone rozstrzelaniem nielicznych jeńców; całkowite zwycięstwo oddziały PSBS (wspartego posiłkami) zakończone rozstrzelaniem nielicznych jeńców bądź oddaniem ich w ręce pracowników organów BP, ew. spaleniem części zabudowań.

Inna możliwość (do wykorzystania również później) to grupa żołnierzy PSBS-WW, która przybywa do wsi (lub jest w drodze do wsi/ze wsi) celem zebrania dostaw obowiązkowych i przeprowadzenia akcji propagandowej. Grupa jest nieliczna i słabo uzbrojona (jeżeli powraca, to ma dodatkowo jakiś wóz lub samochód wyładowany produktami spożywczymi). W pewnym momencie wpada w zasadzkę. Po krótkiej walce żołnierze Wojsk Wewnętrznych widząc beznadziejność swojej sytuacji postanawiają się poddać. Partyzanci przeszukują ich, zabierają broń i mundury, zabraną żywność, zabijają agitatora i dowódcę, resztę żołnierzy puszczają wolno. W przypadku małych grup zbierających kontyngenty rolę WW można spokojnie powierzyć grupom odtwarzającym partyzantkę – będzie to dobrze oddawało wygląd ówczesnych „wewnętrzniaków”.

Inna jeszcze możliwość to napad grupy partyzanckiej na siedzibę władz gminnych lub miejskich: Partyzanci atakują ochraniany przez nieliczne siły MO (tę rolę można także powierzyć partyzantom, uprzednio zaopatrzywszy ich w opaski biało-czerwone). Zabijają członków partii, niszczą spisy, zabierają pieniądze. W chwili gdy mają opuścić budynek, na miejsce przybywa wezwany oddział WW. Wynik walki zależy od fantazji organizatorów.

Kolejna wreszcie możliwość w tym okresie to napad grupy partyzanckiej na więzienie lub obóz – gotowym scenariuszem wydaje się tutaj rozbicie obozu w Błudku. Choć w omawianym okresie miały miejsce także napady na więzienia w Rzeszowie, Zamościu, Tarnobrzegu i Białej Podlaskiej, brakuje jednak informacji na temat tego, czy obiekty te były ochraniane przez KBW.

W tym okresie możliwe są również ulubione przez organizatorów napady na placówki organów BP, trzeba jednak pamiętać, że nie były one tak częste.

Od lata 1945r. zwiększa się liczba działań ofensywnych KBW – dlatego też w tym okresie warto skupić się na mniejszych akcjach przeciwpartyzanckich Korpusu czyniąc z niego siłę ofensywną. W tym okresie żołnierze KBW mogą być odtwarzani przez grupy odtwarzające WP na Wschodzie, należy jednak pamiętać o zmianach barwy broni w WP w 1945r.Typowy scenariusz mógłby zakładać atak KBW na obóz partyzancki. W dalszym ciągu jednak możliwe są zasadzki podziemia na grupy propagandowe KBW – nie wolno przy tym zapomnieć, że sytuacja się zmieniła i żołnierze Korpusu są już lepiej uzbrojeni i wyszkoleni.

Dla lat 1946-1948, oprócz dalszych działań przeciwpartyzanckich i zasadzek na szczególnie aktywne przed referendum i wyborami grupy agitacyjne KBW (pokusić się można nawet o odtworzenie teatrzyku zorganizowanego w mieście przez taką grupę), ciekawym pomysłem wydaje się rekonstrukcja którejś z demonstracji siły ze strony podziemia (opanowanie Parczewa w lutym 1946 czy Radomska kwietniu), choć ze względu na specyfikę tych działań niewiele wiązało się z nimi akcji zbrojnych z udziałem KBW (praktycznie tylko pościgi za rozpraszającymi się grupami) a także ataków na lokale wyborcze i komisje obwodowe podczas referendum  – pomimo prowadzenia w tym czasie przez KBW intensywnych działań przeciwko oddziałom leśnym (celem zablokowania jakichkolwiek działań partyzantki skierowanych przeciwko referendum) – przypadków takich zanotowano 100, w ich wyniku zginęło 14 pracowników komisji, a 7 zostało rannych, jednak najpoważniejszy atak na lokal wyborczy nastąpił w Gilowicach powiat Żywiec w nocy z 29 na 30 czerwca 1945r. Choć atak został odparty przez żołnierzy KBW, tego typu akcja aż prosi się o rekonstrukcję.

Po 1948r. działalność przeciwpartyzancka KBW to jedynie wielkie obławy na oddziały leśne. Standardowy scenariusz to wielka obława (z psami!) na obóz partyzantki czy zasadzka na niewielką grupę partyzancką wracającą z akcji rekwizycyjnej w pobliskiej wsi. Pamiętać jednak należy, że w tym okresie mundury wojskowe różniły się już znacząco od wojennych, toteż do odtwarzania takich akcji należałoby powołać grupę odtwarzającą jednostki KBW. Pozostaje otwartym pytanie, czy ktokolwiek (włącznie z grupami odtwarzającymi partyzantkę)chciałby odtwarzać działania z tego okresu.


Tablica rozmów radiowych – de facto mini książka kodów do łączności radiowej dla KBW. Wydana w liczbie 300 egzemplarzy, ten akurat, o numerze 58 należał prawdopodobnie do sierżanta R, który po wycofaniu tegoż wziął go na pamiątkę. 

Jak zawsze chętnie wysłucham wszelkich uwag merytorycznych na temat powyższego tekstu.

Podstawę bibliograficzną dla powyższego artykułu stanowiły trzy poniższe opracowania:

  1. Kister, A.G., Pretorianie. Polski Samodzielny Batalion Specjalny i Wojska Wewnętrzne 18 X 1943-26 III 1945, Warszawa 2010.
  2. Jaworski, M., Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego 1945-1965, Warszawa 1984.
  3. Żołnierz Polski. Ubiór uzbrojenie i oporządzenie od wieku XI do 1965 roku, Tom V – Od 1939 do 1965 roku, (Praca zbiorowa),  Warszawa 1965r.

Autor: Kamil Szustak

Artykuł został pierwotnie opublikowany 1.03.2015r. (data publikacji wyszła przypadkowo, nie była to zamierzona prowokacja) na portalu dobroni.pl. Poniżej zamieszczam komentarze, które znalazły się pod oryginalnym artykułem – warto zapoznać się z galerią stworzoną przez jednego z czytelników.

SUMMARY

In 1944, with the creation of pro-Soviet temporary Polish government (PKWN), the Department of Interior affairs was created. As it was supervised by the Soviet state security “advisors”, it was equipped with most of the institutions that existed within the NKVD/NKGB. Thus, the polish Iterior Troops were created. This text describes the genesis and history of the Polish Interior Security Troops as well as their role in the reenactment. An English translation of the above text will be available on the website soon.

Prelekcja dla młodzieży w MDK Wrocław Fabryczna 2015

Przy MDK “Fabryczna” we Wrocławiu działa sekcja survivalu. To właśnie młodzi adepci sztuki przetrwania poprosili nas o podzielenie się z nimi naszą wiedzą o życiu, służbie i walce żołnierzy I Armii WP. Postanowiliśmy jak najbardziej powiązać tematykę prelekcji z zainteresowaniami słuchaczy i skoncentrowaliśmy na tym wszystkim, co można by nazwać technikami przetrwania stosowanymi przez żołnierzy (choć oni sami zapewne nigdy by takiej nazwy nie użyli). Do tego wybraliśmy to wszystko, co może zostać z powodzeniem zastosowane i dzisiaj.

Prezentacja spotkała się ze sporym zainteresowaniem, młodzi ludzie zadawali wiele konkretnych pytań i byli wymagającymi odbiorcami. Szczególnie ciekawiły ich konkretne informacje – jak przy pomocy sznura obwiązać buty i zabezpieczyć je przed poślizgiem, jak działały owijki, jak konstruować schronienie z płaszcza-namiotu… Pokazaliśmy też, że konstrukcja radzieckiego workoplecaka jest tak naprawdę genialnym sposobem skonstruowania zasobnika z dowolnego worka i kawałka sznura. Godzina prelekcji minęła błyskawicznie, a nawiązana współpraca będzie zapewne kontynuowana – być może już w terenie.

Autor: Marcin Morawski

SUMMARY

In 2015 our reenactors gave a “lecture” in the survival section of the local Youth Club, where the elements of the equipment of the WW2 soldier were shown as well as many practical lesons to be learned from the WW2 experiencefor the modern survivalists.

Łabiszyńskie Spotkania z Historią 2015

Przygodę w Łabiszynie zaczęliśmy od nocnej gry terenowej dla rekonstruktorów. Po dwóch z nas przydzielono do każdej ze startujących drużyn (oczywiście po stronie aliantów). Noc była wyjątkowo gorąca i parna. Gra opierała się na ciekawym scenariuszu, polegała na odnajdywaniu kolejnych przedmiotów w terenie i unikaniu pododdziałów niemieckich, szukających tych samych artefaktów. Na zakończenie grupy alianckie połączyły siły i zaatakowały tajny ośrodek niemiecki, w celu przejęcia konstruktora Wunderwaffe. Kiedy zziajani i zadowoleni stanęliśmy na końcowej zbiórce było już zupełnie jasno, różowe niebo zwiastowało pogodny dzień.

Przespaliśmy kilka godzin w przytulnej szkolnej klasie, troszkę posnuliśmy się po okolicy i zaczęliśmy  przygotowania do wieczornej inscenizacji. Już sam przemarsz kolumny rekonstruktorów ulicami Łabiszyna, ze śpiewem na ustach był niezłym przeżyciem. Sceną pokazu była szeroka leśna droga, a właściwie dwie równoległe, piaszczyste drogi przedzielone pasem trawy. Ilość broni palnej wydanej rekonstruktorom była imponująca, udało nam się też załapać jako desant na jednym z czołgów T-34. Inscenizacja była dynamiczna, kolejne sceny zazębiały się płynnie, różnoraki sprzęt jeżdżący i strzelający został wykorzystany najlepiej, jak tylko można. Gwoździem programu był atak dwóch samolotów ucharakteryzowanych na szturmowe Iły, który powstrzymał niemiecki kontratak. Zakurzeni i spoceni poszliśmy na kwaterę, gdzie czekała nas smaczna kolacja. Dwóch kolegów oczyściło mundury i wyruszyło na wieczorną zabawę taneczną, pozostali wybrali odpoczynek po nieprzespanej poprzedniej nocy.

Sobota również zapowiadała się pogodna i gorąca. Po śniadaniu przeszliśmy na łabiszyński rynek. Sceneria robiła niezłe wrażenie – pozakrywano współczesne elementy, wywieszono stylizowane szyldy na sklepach, współczesną kostkę betonową zakryto wysypaną ziemią i śmieciami. Na rynku odbyły się trzy małe inscenizacje – dwie z maja 1945 i jedna związana z podziemiem zbrojnym okresu tuż powojennego. Trzeba przyznać, że inscenizacje nazywane „małymi” mogłyby być spokojnie głównym punktem programu niejednej pomniejszej imprezy historycznej. Kolejną atrakcją była defilada, do której stanęli wszyscy uczestnicy spotkań z historią. Przy dźwiękach szkockich dud i bębnów przeszliśmy wokół rynku, przy aplauzie zgromadzonych widzów.

Zespół dudziarzy i doboszów zrobił na nas wielkie wrażenie. Z przyjemnością obejrzeliśmy koncert na wyspie, a po jego zakończeniu zajęliśmy najlepsze możliwe miejsca przed zbliżającą się inscenizacją z frontu zachodniego. Rekonstrukcja „Varsity” wbiła nas w ziemię i spowodowała opadnięcie szczęki. Wrażenia widza były chyba nawet lepsze niż wrażenia uczestników… Dla mnie niezapomniany będzie moment, w którym Szkoci płynęli kanałem, z dudziarzem na dziobie pierwszej łodzi. Podwodne wybuchy obrzucały widzów wodą i błotem, zrywając liście z nadbrzeżnych drzew. Długo w wieczór omawialiśmy wrażenia przy grillu, a później pobawiliśmy się na kolejnej zabawie tanecznej.

W niedzielny poranek pomagaliśmy przy załadunku łodzi desantowych przy młynie – wczoraj służyły Szkotom, dzisiaj miały przewieźć nas przez Kanał Hohenzollernów. Po trudzie i znoju załapałem się na pancerz T-34, wrażenia z długiej przejażdżki ulicami Łabiszyna i podmiejskimi drogami były niezapomniane. Wreszcie nadszedł czas ostatniej inscenizacji. Przygotowania były długie, konkretne i szczegółowe. Kilkukrotnie ćwiczyliśmy na sucho załadunek do łodzi i desant na przeciwległym brzegu. Kiedy wszystko wydawało się już jasne, pozostało tylko czekać na sygnał do rozpoczęcia ataku. Na początku przebiliśmy się przez liściasty młodnik w ślad za dwoma czołgami. Na rozległej polanie natarcie utknęło, z prawej strony zaatakowała niemiecka Pantera. Udało się jednak ją unieszkodliwić i ruszyliśmy do przodu, dopadliśmy naszej łodzi. Teraz pozostało tylko przenieść ją kilkadziesiąt metrów, opuścić na wodę i przepłynąć kanał. Na drugim brzegu ruszyliśmy w ślad za drużynami, które przepłynęły przed nami i wkrótce osiągnęliśmy drugą linie niemieckich pozycji.

Prezentacja rekonstruktorów biorących udział w inscenizacji zakończyła tę część spotkań z historią. Dla nas również udział w imprezie zbliżał się do końca. Pożegnaliśmy się z organizatorami, zjedliśmy smaczny obiad i wyruszyliśmy w bardzo długą drogę powrotną.

Łabiszyńskie spotkania z historią można z całą pewnością zaliczyć do ekstraklasy polskiej rekonstrukcji. Impreza niewątpliwie wyznacza kierunki i jest wzorem do którego powinni dążyć wszyscy organizatorzy podobnych wydarzeń.

Oficjalny film z imprezy:

Oficjalny reportaż z imprezy:

Autor: Marcin Morawski

IV Piknik Historyczno-Militarny w Wodzisławiu Śląskim 2014

3 maja 2014 r. odbył się kolejny – czwarty już – piknik historyczno-militarny w Wodzisławiu Śląskim. Tym razem impreza została umiejscowiona na wodzisławskim rynku – niestety, chyba na dobre pożegnaliśmy się już pięknym i klimatycznym parkiem. Zmiana lokalizacji okazała się – moim zdaniem – zmianą na niekorzyść.

Obawialiśmy się, żeby nasza diorama nie przypominała stoiska na bazarze (auto, pałatka, stolik, na stoliku eksponaty). Dlatego postanowiliśmy przygotować coś miejskiego – dioramę przedstawiającą uliczne walki w Kołobrzegu.

Przywieźliśmy całą przyczepę pełną cegieł, kawałków betonu, starych drewnianych okien, popalonych desek, skrzyń, kolczastego drutu. Pogniecione kanistry, dziurawy niemiecki hełm, jeden but, podarty radziecki szynel i sztuczna krew pozwoliły zrobić całkiem niezłe tło. Do tego worki z piaskiem, ckm, lorneta nożycowa, przedwojenna walizka i różne drobiazgi.  No i jeszcze opis, pokazujący zwiedzającym, na co tak właściwie patrzą.

Niestety, program nie przewidywał żadnej inscenizacji z udziałem WP na Wschodzie. Tym niemniej nasza diorama cieszyła się sporym zainteresowaniem odwiedzających piknik.

Autor: Marcin Morawski

III Piknik Historyczno-Militarny w Wodzisławiu Śląskim 2013

W święto 3 maja 2013 r. w Wodzisławiu Śląskim odbył się III Piknik Militarno-Historyczny. Jest to stosunkowo młoda impreza o zasięgu lokalnym, jednakże zwraca tutaj uwagę zaangażowanie organizatorów, wspaniała – niemal rodzinna – atmosfera wśród uczestników oraz duże zainteresowanie mieszkańców miasta. 
Piknik jak w poprzednich latach odbywał się w parku miejskim, wśród starych drzew, pagórków i w sąsiedztwie niewielkiego stawu. Program obejmował dioramy grup rekonstrukcyjnych, paradę pojazdów wojskowych ulicami Wodzisławia, prezentację grup na Rynku oraz trzy inscenizacje – potyczki husarii z artylerzystami najemnymi, walki na froncie zachodnim (żołnierzy amerykańskich z Niemcami) oraz zasadzki na froncie wschodnim. Do tego z pokazem wyszkolenia wystąpił wodzisławski oddział Strzelca OSW.

GRH Osiemnasty Kołobrzeski był jedyną grupą odtwarzającą żołnierzy 1 AWP. Zaprezentowaliśmy widzom dioramę zatytułowaną „odpoczynek po bitwie”, która w założeniu miała obrazować grupę żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego tuż po zakończonej bitwie – zdobyciu niemieckiego punktu oporu wiosną 1945 roku na terenie Rzeszy (w rejonie Starej Odry i Kanału Hohenzollernów). Pokazaliśmy chwilę wytchnienia po walce – czas na zajęcie się rannymi (w oczekiwaniu na ich ewakuację przez służby sanitarne), wyczyszczenie broni, uzupełnienie amunicji i granatów, doprowadzenie do porządku siebie i swojego umundurowania, próbę przygotowania czegoś do jedzenia. Diorama cieszyła się sporym zainteresowaniem zwiedzających. 
Mała delegacja grupy wzięła także udział w paradzie pojazdów, korzystając z zaproszenia zaprzyjaźnionego kierowcy willysa. Do tego zaprezentowaliśmy się całością na wodzisławskim rynku.

Psikusa sprawiła wszystkim pogoda – około południa rozpadał się ulewny deszcz, zamieniając w błoto rozjeżdżone i rozdeptane trawniki. Z jednej strony deszcz utrudnił życie zwiedzającym (choć trzeba powiedzieć, że liczba oglądających nie zmalała), z drugiej jednak dodał wiele klimatu do dioram i inscenizacji. Przemoczone, zabłocone mundury, wyraźnie widoczna w powietrzu wilgoć, zszarzałe kolory – wszystko to dało o wiele lepsze wrażenia, niż rekonstrukcja w cukierkowej, słonecznej pogodzie.

Inscenizacja walk z frontu wschodniego kończyła całą imprezę. Odtwarzała sytuację z samego końca wojny, kiedy żołnierze polscy, radzieccy i czescy (bo trzeba wspomnieć, że w imprezie brali udział także rekonstruktorzy z Czech) wpadają w zasadzkę przygotowaną naprędce przez improwizowany oddział niemiecki na obszarze już po przejściu frontu. Nasza grupa wmaszerowała na teren inscenizacji w szyku marszowym, ciężkim krokiem i zwieszonymi głowami, zmęczonymi głosami śpiewając „Rozmaryn”. Nagle odezwał się niemiecki karabin maszynowy, padły pierwsze strzały, straciliśmy pierwszych zabitych. Po nieudanej próbie ataku wycofaliśmy się do ruin budynku i wezwaliśmy na pomoc oddział radziecki. Po dłuższej walce górę wzięli jednak Niemcy, którzy ostatecznie zlikwidowali wszystkich swoich przeciwników. 
Inscenizacja odbyła się z dużym poświęceniem, wszyscy uczciwie zalegali, czołgali się w błocie, padali nie bojąc się pobrudzić. Dość wspomnieć, że po zakończeniu „walki” byłem całkowicie pokryty warstwą czarnego błota, łącznie z twarzą i orzełkiem na czapce. Sprawili się także pirotechnicy, którzy tak sprytnie pozakładali ładunki, że każdy wybuch obrzucał wszystkich (łącznie z widzami) fontannami błota i rozmiękłej ziemi.

Wodzisławski piknik stał się już znaczącym śląskim wydarzeniem rekonstrukcyjnym, a widząc zaangażowanie organizatorów można spodziewać się dalszego rozwoju tej imprezy.

Zapraszamy także do obejrzenia reportażu z lokalnej telewizji:

Autor: Marcin Morawski