Rekonstruktorzy „Osiemnastego Kołobrzeskiego” dotarli do podgostyńskiego folwarku Podrzecze w piątek wieczorem. Do tego okazało się, że kłopoty z dojazdem pozbawiły nas niemal połowy planowanego stanu osobowego. Na miejscu, po zapoznaniu się z przeznaczoną dla nas lokalizacją stwierdziliśmy, że jest ona bardzo dobra – w zasadzie na wprost wejścia na teren zlotu, u zbiegu dwóch głównych tras komunikacyjnych. Niestety, możliwości w stworzeniu dioramy mieliśmy więcej niż skromne. Jako pierwszy stanął przepisowy namiot z czterech płaszczy-namiotów, wyłożony słomą. Następnie zabraliśmy się za kopanie okopu – stanowiska obserwacyjnego. Zapadł zmierzch i większość prac musiała zostać wykonana przy świeczce i to saperkami. Z lekką zazdrością patrzyliśmy na porządne, pełnoprofilowe okopy sąsiadów, wykopane koparką i oszalowane drewnem. W porównaniu z tymi umocnieniami nasz mikro-dołek wyglądał raczej smutno. Było już dobrze po północy, kiedy – po wizycie na klimatycznej imprezie w wietnamskiej bazie Amerykanów – położyliśmy się spać.
W sobotę wczesnym rankiem przygotowaliśmy naszą dioramę. Rozstawiliśmy wojennej produkcji AST i przygotowaliśmy przy nim stanowisko obserwatora. Do tego urządziliśmy niewielki kącik bytowy, gdzie na stoliku ze skrzynek stał przedwojenny węglowy samowar i różne inne przedmioty. Samowar okazał się zresztą niezwykle przydatnym elementem dioramy, zapewniając nam gorąca herbatę przez cały czas trwania imprezy. Ruch zwiększał się z minuty na minutę, zwiedzających było coraz więcej i prawie wszyscy zatrzymywali się choć na chwilę przy naszym obozie. Spowodowane to było zapewne w głównej mierze korzystnym usytuowaniem, ponieważ trzeba uczciwie przyznać, że większość innych dioram była o wiele bardziej imponująca. Tym niemniej zainteresowanie widzów powodowało konieczność ciągłej „obsługi” zwiedzających. Udało się jedynie wygospodarować krótkie przerwy, kiedy to kolejno zmienialiśmy się, aby odwiedzić dioramy innych uczestników i wysłać listy z niezwykłej poczty polowej. Na obejrzenie inscenizacji już niestety czasu zabrakło. Okazało się także, że nie została przewidziana żadna inscenizacja, w której moglibyśmy wziąć udział – spory potencjał grup odtwarzających I i II Armię Wojska Polskiego nie został niestety wykorzystany. Sobota mijała pracowicie, zainscenizowaliśmy nawet opatrywanie rannego. Wreszcie pod wieczór dwóch z nas wzięło udział w retro turnieju bokserskim. Spodziewaliśmy się – szczerze mówiąc – zabawy i udawania, a okazało się, że poziom sportowy imprezy jest wysoki, zaś zgłoszeni zawodnicy prezentują spore umiejętności bokserskie. Skończyło się zatem tak, jak musiało się skończyć, czyli dwoma nokautami naszych rekonstruktorów… Z bólem poobijanych głów przygotowaliśmy obozowisko na wieczór, a po zapadnięciu ciemności obejrzeliśmy ciekawy spektakl typu światło i dźwięk dotyczący „Bitwy o Anglię”.
Niedzielny poranek był już czasem zwijania dioramy, zasypywania okopu i pakowania sprzętu. Pierwszy udział GRH „Osiemnasty Kołobrzeski” w Strefie Militarnej był udany, przynosząc nowe doświadczenia i pozwalając poznać wielu interesujących ludzi. Na pewno pozwoli także przygotować atrakcyjne dla zwiedzających formuły udziału grupy w przyszłorocznej imprezie.
Autor: Marcin Morawski
SUMMARY
The text resumes our participation in one of the largest reenactment fairs in Poland – “Strefa Militarna” (Military Zone) in Gostyń. The fairs are no longer organised there.
W dniu 10 marca 2012 r. w Orlu, osadzie pięknie położonej w Górach Izerskich, odbył się IX Bieg Retro. Jest to impreza sportowa o charakterze – jakby na to nie patrzeć – rekonstrukcji historycznej, związanej z dawnym narciarstwem i turystyką zimową. Sam bieg odbywa się na dystansie 3,5 km, zaś warunkiem uczestnictwa jest wykorzystanie nart drewnianych, z wiązaniami typu paskowego lub kandaharowego, drewnianych kijków oraz odpowiadających nartom butów. Znacząca część uczestników biegu kompletuje na tę okazję historyczne stroje, z reguły zgodne z zachowanymi wizerunkami narciarzy z okresu do II Wojny Światowej. Wielu z nich robi z taką dbałością o szczegóły, że mogliby z powodzeniem spełnić wymagania najbardziej ortodoksyjnych rekonstrukcji w zakresie ludności cywilnej.
Udział w biegu – niezależnie od jego rozrywkowej i rekreacyjnej formuły – jest bardzo wartościowym doświadczeniem dla wszystkich, którzy chcą wykorzystywać historyczny sprzęt narciarski. Na miejscu można skonsultować się z prawdziwymi znawcami dawnych nart (często właścicielami sporych ich kolekcji), wymienić uwagi dotyczące technik smarowania czy też jazdy. Przede wszystkim zaś można spróbować własnych sił w sportowej rywalizacji na własnoręcznie przygotowanych, kilkudziesięcioletnich nartach.
W tym roku – dzięki środkom Unii Europejskiej – udział w imprezie był całkowicie darmowy. GRH ‘Osiemnasty Kołobrzeski’ wystawiła do biegu trójkę uczestników. Wystawiliśmy także malutkie stoisko promocyjne, które cieszyło się sporym zainteresowaniem. Niestety, trzeba uczciwie wspomnieć i to, że sportowo nie udało się osiągnąć sukcesu, co było spowodowane błędem w smarowaniu popełnionym przez piszącego te słowa. Z drugiej strony jednak jest to kolejne doświadczenie i na tym polega też w sumie urok rekonstrukcji.
Autor: Marcin Morawski
SUMMARY
The text describes the participation of the group members in a retro ski run in Iserengebirge in 2012.
21 maja 2011r. nasza grupa po raz pierwszy zaprezentowała się publicznie podczas otwartej imprezy rekonstrukcyjnej „Bitwa Wyrska 2011”. Ponieważ program przewidywał inscenizację bitwy z okresu września 1939r., udział nasz ograniczył się do wystawienia dioramy. Zdecydowaliśmy się pokazać tymczasowe obozowisko leśne drużyny piechoty oraz stanowisko obserwatora naprowadzającego artylerię na cele.
Na ograniczonej przestrzeni stoiska nie było miejsca na rozmach, toteż rozbito namiot z pałatek (za podłogę posłużył płaszcz) i rozłożono na ziemi pałatkę pełniącą funkcję „stołu” – zarówno do posiłków, jak i dla potrzeb dowództwa. Już wkrótce „stół” zapełniły mapy sztabowe i zdobyte na wrogu dokumenty. Znalazła się również menażka i prowiant (słonina, jabłka, cebula i ciemny chleb) oraz coś dla zabicia czasu – gazety z 1945 i zdobyczne domino. Choć do wieczora było jeszcze daleko, nie zabrakło „koptuchy” – lampki naftowej wykonanej z łuski artyleryjskiej.
Żołnierze wyciągnęli z workoplecaków kubki, otworzyli manierki i zaspokoiwszy pragnienie i głód, wzięli się do pracy. Na początek przygotowali i zamaskowali stanowisko obserwacyjne, na którym następnie umieszczono instrument PAB. Służba łączności doprowadziła kabel telefoniczny i podłączyła aparat polowy TAJ-43 celem zapewnienia łączności z dowództwem. Po krótkiej odprawie żołnierze zajęli się powierzonymi zadaniami. W międzyczasie obozowisko odwiedzili sojusznicy z Armii Czerwonej, którym przekazano pozyskane informacje.
Ogółem, grupę „Osiemnasty Kołobrzeski” reprezentowało siedmioro członków, w tym podporucznik piechoty, Sierżant i szeregowy służby łączności, dwóch strzelców, fizylier i kierowca. Chociaż nasze stoisko nie prezentowało się może tak okazale jak stoiska innych grup (o czym w dużej mierze przesądził brak atrakcyjnego sprzętu, zwłaszcza cięższego uzbrojenia), to jednak cieszyło się sporą popularnością wśród zwiedzających. Zwłaszcza najmłodszych bardzo cieszyła możliwość zrobienia sobie zdjęcia w hełmie wz.40 i z „pepeszą” lub na stanowisku obserwacyjnym.
SUMMARY
The text describes in short the first public appearance of our reenactment group in 2011 in Wyry (Upper Silesia).
Pięknie położona na stokach górskich nad Tyliczem leśna strzelnica stała się areną zmagań rekonstruktorów – uczestników I Międzynarodowych Zawodów Strzeleckich Grup Rekonstrukcyjnych o Puchar I Pułku Strzelców Podhalańskich Armii Krajowej. Impreza została zorganizowana przez GRH 1 Pułku Strzelców Podhalańskich AK. Przewidziano trzy konkurencje: karabin, pistolet maszynowy oraz pistolet. Rekonstruktorzy mogli wybrać historyczną broń, odpowiadającą odtwarzanym sylwetkom – między innymi były to karabiny Mosin, SWT i Mauser, pistolety maszynowe Thompson czy PPSz, a także pistolety Luger P08 i TT 30 oraz rewolwer Smith&Wesson.
Strzelanie z karabinu odbyło się z postawy stojąc, na dystansie 100 metrów, na celność i skupienie. Piszący te słowa zdecydował się strzelać z wolnej ręki z karabinu SWT. Broń ta jest bardzo przyjazna strzelcowi, ale pomimo tego nie udało się osiągnąć dobrego wyniku. Większość uczestników strzelała używając drugiej ręki wspartej o słup jako podpórki, i tam wyniki były już zdecydowanie lepsze.
Konkurencję pistolet maszynowy rozegrano także z postawy stojąc, na dystansie 50 metrów, ogniem pojedynczym, na celność i skupienie. Natomiast z broni krótkiej zawodnicy strzelali na dystansie 25 metrów.
Niezależnie od punktowanych strzelań wszyscy mieli możliwość rekreacyjnego strzelania z wszystkich dostępnych modeli broni, z czego wielu z nich skwapliwie skorzystało. Przez cały czas zawodów działał wspaniale zaopatrzony bufet, oferujący gorące i zimne napoje oraz wielki wybór pieczonych na grillu mięs. Przy grillu rekonstruktorzy integrowali się, wymieniali doświadczenia i umawiali się na wspólne przedsięwzięci w przyszłości.
Ogłoszenie wyników okazało się dla naszej grupy miłym zaskoczeniem. Osiągnięte wyniki pozwoliły na zajęcie punktowanych miejsc we wszystkich kategoriach. I tak były to: piąte i trzecie miejsce w kategorii karabinu, piąte i trzecie miejsce w kategorii pistoletu maszynowego oraz piąte miejsce w kategorii pistoletu (a właściwie rewolweru).
Część nieoficjalno-gastronomiczna rozkręcała się w najlepsze, lecz my niestety musieliśmy pożegnać organizatorów i wyruszyć w bardzo długą drogę powrotną. Można szczerze przyznać, że zawody zostały zorganizowane na najwyższym poziomie i bardzo chętnie weźmiemy udział w ich kolejnej edycji.
The text relates a reenactors shooting competition that was organised in Tylich shooting range by the 1st Highland Rifle Regiment of the Home Army reenactment group in 2015.
Gdy trzy miesiące wcześniej pisałem recenzję Pierwszego tomu
monumentalnej pracy Wojciecha Steli, na koniec zaznaczyłem, że gdy sytuacja
finansowa pozwoli, zakupię tom 2, obejmujący lata 1946-1992. Tak się złożyło,
że w zeszłym miesiącu miałem akurat wolne fundusze, toteż postanowiłem
zainwestować w rzetelne opracowania zamiast rozwoju kolekcji. W związku z tym
udałem się na stronę znanego wszystkim portalu aukcyjnego, gdzie zakupiłem
egzemplarz bezpośrednio u autora.
Na zdjęciach książka sprawiała wrażenie wydanej w większym
formacie, jednak mając już w rękach tom pierwszy wiedziałem już, że zdjęcia
potrafią być mylące. Książka ma taki sam format jak pierwsza część, jest
natomiast o wiele obszerniejsza – ma aż 639 stron. Czyni to traktowanie tego
tomu jako źródła podręcznego nieco problematycznym, ale nie niemożliwym. Trudno
też byłoby to rozwiązać inaczej przy ilości zamieszczonych dużych zdjęć.
W porównaniu do tomu pierwszego, okładka wypada blado –
przód ma nawiązywać do PRL-owskich plakatów na murach, w przeciwieństwie jednak
do większości z nich nie przyciąga wzroku. Trudno mi również zrozumieć, czemu z
tyłu znalazł się fragment radzieckiego plakatu przedstawiający czerwonoarmistów
w latach 30.
Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy po otwarciu książki jest…
errata. Znacznie dłuższa niż w tomie pierwszym. Nie należy tego jednak uznawać
za zły znak – w książce jest znacznie mniej literówek niż w tomie pierwszym
(gdzie błąd był nawet na okładce w rosyjskim tytule), a rozmiary erraty
wynikają z objętości książki.
Podobnie jak w części pierwszej – tekstu jest prawie
wyłącznie tyle ile potrzeba. Wszystko pisane jest skrótowo, co nie oznacza, że
niewiele z niego wynika – wprost przeciwnie, autor w kilku miejscach
przedstawia wnioski, które obalają krążące wśród kolekcjonerów mity. Oczywiście
największym atutem książki są ilustracje – dokładne zdjęcia odznaczeń i
zeskanowane w dobrej rozdzielczości dokumenty są właśnie tym, czego szukają
kolekcjonerzy próbujący ocenić autentyczność odznaczenia lub jego odmianę. Na
szczególną uwagę zasługuję część poświęcona odznaczeniom produkowanym w
prywatnych zakładach grawerskich. Autor poświęcił również kilka słów produkcji
mennicy państwowej na rzecz innych państw, ujął w książce również odznaczenia
organizacyjne i resortowe (oczywiście nie wszystkie – na to zabrakłoby w
książce miejsca).
Nie chcę pozbawiać czytelników przyjemności lektury, toteż
nie zdradzę tu ciekawostek, które można znaleźć w książce – dość powiedzieć, że
jest ich naprawdę sporo.
Jeśli miałbym wykazać wady, to oprócz oczywiście wskazanych
w recenzji pierwszego tomu (jak choćby brak informacji o osobach
przedstawionych na zdjęciach czy obecność reklam), właściwie przyczepić się
można jedynie do niektórych stwierdzeń zawartych w tekście – jak choćby
informacja, że byli żołnierze AK nie byli przyjmowani do ZBoWiD (czemu przeczą
choćby przedstawione przez autora wnioski weryfikacyjne), czy przedstawianie
faktu odznaczania żołnierzy 1 i 2 AWP medalami radzieckimi jako dowodu na to,
że formacje te były de facto częścią Armii Czerwonej (o ile zapewne dałoby się
przedstawić argumenty na poparcie tej tezy, to jednak przyjmując ten tok
rozumowania, należałoby uznać żołnierzy PSZ za część brytyjskiej armii – wszak
oni również otrzymywali brytyjskie odznaczenia).
Również tom drugi zasługuje na najwyższą ocenę – opracowanie Wojciecha Steli jest, i zapewne jeszcze długo pozostanie, najlepszym źródłem wiedzy dla kolekcjonerów polskich odznaczeń tego okresu. Nikt poważnie myślący o kolekcjonowaniu odznaczeń okresu powojennego nie obejdzie się bez tej pozycji w bibliotece podręcznej.
Siedzę sobie wygodnie w ciepłym
autokarze i spoglądam na ciemny świat za oknem. Gra muzyka, obok
Iwan już pochrapuje, mi też powoli zamykają się oczy. Niestety,
autobus parkuje na wielkim opustoszałym parkingu pod lasem i trzeba
się zbierać. Prawdziwy wygwizdów, po brukowanym placu hula zimny
wiatr, szczelniej owijam szyję szalikiem i podnoszę kołnierz
płaszcza. Organizacja i ustawianie kolumny marszowej trwają i
trwają, zastanawiam się, czy aby nie opuścić nausznika rogatywki.
Dobrze, że chociaż nikt nie widzi i można ukradkiem schować
dłonie do kieszeni.
Wreszcie długa kolumna rusza w noc.
Jakoś tak samorzutnie decyduję, że nasza piątka będzie szła w
ariergardzie, pilnując tego interesu z tyłu. Wchodzimy w las, wiatr
cichnie i robi się nawet całkiem ciepło – niestety leśny dukt
jest mocno oblodzony. Wielkie połacie lodu sprawiają spory kłopot,
co chwila ktoś z przodu przewraca się, błogosławiąc warunki
drogowe ciepłymi słowami. Tempo nie jest w związku z tym zbyt
szybkie i można nacieszyć się nocną wędrówką.
Mijają kolejne kwadranse, trakt jest
prosty jak strzelił i nic się nie dzieje. Z nudów liczę kolejne
odchodzące na boki przecinki, później zaczynam liczyć parokroki.
Wreszcie spotykamy grupę niemiecką, jej dowódca deklaruje, że od
tej pory to oni będą szli na końcu. No i fajnie, można trochę
przyspieszyć. Idziemy i idziemy, płyną kwadranse i godziny,
wyprzedzamy grupy i pojedynczych żołnierzy… Po drodze są dwa
postoje, na których wychodzimy mocno przed odpoczywającą kolumnę
i zalegamy w przydrożnym rowie. Wreszcie docieramy do pierwszych
zabudowań wioski, przez którą prowadzi ulica oświetlona
latarniami. Nie obchodzimy jej, tylko wbijamy prosto przez środek. W
pewnym momencie łapiemy się na tym, że parami przebiegamy mocniej
oświetlone odcinki, przeskakując od cienia do cienia. Wreszcie wieś
się kończy i zaczyna asfaltowa szosa. Podkute buty nieprzyjemnie
zgrzytają, robiąc hałas na pół pommernstellungu, ale za to jest
z górki i można troszkę podgonić. Chłopaki zgadzają się ze mną
– nie ma na co czekać, każda zmitrężona w drodze minuta, to
minuta mniej spania.
Wreszcie docieramy do budynku szkoły w
Dębołęce. Ładujemy się do pierwszej z brzegu klasy i zajmujemy
miejsce pod ścianą. Jest trochę po trzeciej nad ranem – rzucam
na podłogę płaszcz i kładę się na nim, podsuwając pod głowę
mieszok. Trzeba zasnąć jak najszybciej, póki twarde deski nie
zaczną uwierać – osłaniam twarz czapką i zamykam oczy.
Budzę się po godzinie, wstrząsany
dreszczami. Mokra od potu koszula zrobiła się lodowata a płaszcz
to nie śpiwór – albo leżę na nim albo się nim przykrywam.
Trzeba coś zrobić, albo od razu wstać i czekać świtu. Trzęsącymi
się rękami rozwiązuję mieszok, wyciągam wełniany trofiejny
pulower i złożony płaszcz-namiot. Naciągam sweterek, kładę się
na pałatce i tak ciasno zwijam w kłębek, że cały mieszczę się
pod płaszczem. Niemal natychmiast zasypiam. Około szóstej rano
otwieram oczy i ze zdziwieniem stwierdzam, że jest wcale ciepło.
Chłopaki nie tylko się zbudzili, ale nawet zdążyli pozwiedzać –
Mały znalazł kuchnię i stołówkę. Zbieramy się raz-dwa i
zasiadamy do śniadania. Humory znakomite, apetyt dopisuje. Zajadamy
nasz specjalnie zamówiony rekonstrukcyjny chleb oszczędnościowy,
obficie obkładając go małpą z żelaznej porcji. Właśnie
popijamy śniadanie herbatą, kiedy Arnold przekazuje nam zadanie –
mamy jechać z kuchnią polową i przygotować ją do wydawania
śniadania na leśnym stanowisku w okolicy Dobrzycy.
Fucha jak złoto! Zapinamy kuchnię na
Gaza, nabieramy wody i ładujemy się na willysa. Jak wiadomo,
siedzących z tyłu nie osłania szyba i pod koniec krótkiej drogi
jesteśmy dokumentnie przewiani. Ale nic to, po chwili ogień trzaska
już pod kotłami, a po kilku chwilach dalszych – częstujemy się
gorącą zbożówką.
W ciągu kolejnych kilku godzin dociera
całość stanu, gorące zupy i kawa poprawiają morale. Wkrótce
zostaje wydana broń i amunicja – nauczeni zeszłorocznym
doświadczeniem zamówiliśmy tyle, żeby na pewno nie zabrakło.
Kilkukrotnie sprawdzamy działanie mechanizmów, ładujemy magazynki,
pozostawiając puste komory. Nie zdecydowaliśmy się przestrzelać
naszych Mosinów, co zemści się już niedługo.
Wreszcie zaczynają się działania.
Nasza drużyna rusza w szpicy, spodziewamy się kontaktu z
przeciwnikiem przy każdym potencjalnie niebezpiecznym miejscu. W
pewnym momencie wychodzimy szerokim łukiem, docierając na skraj
jeziora, po czym odbijamy na północ. Po chwili okazuje się, że
siły główne ścięły ten zakręt, wyszły przed nas i tam
spostrzegły przeciwnika. Dowódca wysyła mnie i Bygila na
rozpoznanie, przemykamy po grzbiecie połogiego pagórka. Jest
nieciekawie, praktycznie brak podszycia, proste jak zapałki sosny
sterczą z gładkiego mchu. Do tego niskie, zachodzące słońce
podświetla nasze sylwetki. Trochę pełzamy na czworaka, trochę
czołgamy się i wreszcie zauważamy charakterystyczne niemieckie
hełmy. Niemcy wycofują się i nie za bardzo wiadomo, co robić –
ścigać ich we dwóch? Wrócić do sił głównych? Na szczęście
szybko pojawia się kilku żołnierzy wzmocnienia. Ścigamy
przeciwnika i wreszcie dochodzimy go – spora grupa zaległa na
podłużnym wale biegnącym równolegle do drogi. Zasadzka? Kolumna
maszerująca drogą bez ubezpieczeń bocznych nie miałaby szans. Na
szczęście my wchodzimy w linie niemieckie po skosie. Gdzieś z
lewej padają pierwsze strzały, na niemieckiej linii zaczyna się
nieco nerwowy ruch. Nie ma na co czekać, przecież na bagnety nie
pójdziemy – spokojnie celuję w garnkowaty hełm i delikatnie
ściągam spust. Zamek Mosina rzyga mi prosto w prawe oko ciepłym
smarem. Szlag, trzeba było przestrzelać! Lewym okiem widzę, że
Mały także przeciera oczy dłonią. Dobra, nie ma co się użalać
– kolejna postać w szarej dwustronnej kurtce truchta gdzieś
pochylona. Zgrać przyrządy, wyprzedzenie, wystrzał. Akurat jak raz
„szarak” zanurkował do rowu. Przeciwnik cofa się na całego,
wskakujemy mu na plecy i dusimy w ciągłym kontakcie. Ładuję
magazynek z łódki i kiedy kończę muszą nieźle wyciągać nogi,
żeby dogonić tyralierę. Wreszcie pada komenda do zatrzymania,
niedobitki „Niemców” znikają w gęstym młodniku.
Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej.
Kolumna dostaje silny ostrzał z lewej, grupa przeciwnika skryła się
w bocznej przecince. Ruszamy szybkim truchtem, starając się ich
oskrzydlić. Niestety, kiedy wychodzimy na tyły przeciwnika, okazuje
się, że potyczka została już w zasadzie zakończona frontalnym
atakiem sił głównych.
Przed kolejnym spotkaniem z
przeciwnikiem postanawiam wyjść od razu na skrzydło, działając
jako ubezpieczenie boczne. Maszerujemy forsownie, ale uważnie,
obchodząc młodniki i uprawy, przebiegając polanki i przeskakując
przecinki. Wreszcie idący na szpicy Bygil zatrzymuje drużynę i
wskazuje cel. Są! Przyjemny widok, wszystkie hełmy zwrócone do nas
tyłem, nikt się na razie nie obejrzał. Rozwijamy się po cichu w
tyralierę. Teraz najważniejsze to wskazać siłom głównym
lokalizację przeciwnika. Zaczynamy ostrożne natarcie skokami, w
parach, pod osłoną ognia. Z lewej słychać wystrzały i komendy –
to siły główne włączyły się do walki. Nad niemieckimi
pozycjami pojawia się dym – myślimy, że „Niemcy” osłaniają
w ten sposób swój odwrót (później okaże się, że to tło dla
fotografa) i ruszamy biegiem naprzód. Gdy docieramy do drogi,
wszystko jest już pozamiatane – siły główne poradziły sobie
bez nas. To już koniec działań – szarówka zmierzchu
nieubłaganie zmienia się w ciemność nocy. Zdajemy broń i ruszamy
do miejsca zakwaterowania – to jeszcze ładnych parę kilometrów.
Teraz i szyk i krok jest swobodny, można porozmawiać, pożartować
i się pośmiać. Po niemal dwóch godzinach docieramy do szkoły w
Nadarzycach. Tak kończy się część „taktyczna”.
W części oficjalnej na cmentarzu
wojennym nie możemy niestety wziąć udziału. Wczesnym rankiem
wyruszamy w drogę powrotną, aby chłopaki z Rybnika mieli szansę
złapać we Wrocławiu jakiś pociąg o sensownej godzinie.
Projekt „Przełamanie Pommernstellung” jest od lat jednym z najciekawszych przedsięwzięć rekonstrukcyjnych w Polsce. Dzięki wprowadzeniu elementów gry wojennej stał się prawdziwym ewenementem i – mam nadzieję – drogowskazem wyznaczającym nowe standardy rekonstrukcji. Nie możemy się doczekać przyszłorocznej edycji. Mam nadzieję, że będzie jeszcze więcej, jeszcze trudniej i jeszcze ciekawiej!
Niniejszy artykuł adresowany jest przede wszystkim do
chcących badać archiwa wojskowe w poszukiwaniu informacji o przodkach. Może on
jednak okazać się przydatnym również dla osób zainteresowanych archiwistyką
wojskową czy nawet tylko ludzi ciekawych jak Wojsko Polskie funkcjonuje „od
kuchni”. Jakkolwiek opisany wzór teczki jest raczej współczesny, niewiele różni
się od stosowanych w okresie PRL. Również fakt, że opisano tu teczkę podoficera
nie ma wielkiego znaczenia – teczki oficerskie nie różnią się zbytnio.
Przedstawiony
wzór teczki osobowej podoficera zawodowego pochodzi prawdopodobnie drugiej
połowy lat 90. (lub nawet z początku XXIw.), jednak jej układ wskazuje, że wzór
ten – z niewielkimi zmianami, przede wszystkim w nazewnictwie i symbolice –
używany była również wcześniej – od lat 70., a być może nawet od lat 50.
Jednocześnie istnienie w niej rubryk, które obecnie siłą rzeczy muszą
pozostawać puste wskazywałoby na to, że ten wzór nie jest już wykorzystywany
przez Wojsko Polskie.
Teczka z zewnątrz wygląda dość tradycyjnie, ale solidnie.
Gruba kartonowa okładka w zielonej okleinie imitującej skórę nie posiada
żadnych napisów na grzbiecie, jednak od frontu znajduje się wytłoczony
wizerunek orła w koronie, napis „SIŁY ZBROJNE RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ”,
poniżej zaś większą czcionką wytłoczono tytuł „AKTA PERSONALNE”. Poniżej
znajdują się rubryki opisane „nazwisko”, „Imię i imię ojca” oraz „Rok
urodzenia”. Prawdopodobnie rubryki te miały być wypełniane poprzez wytłoczenie,
jednak powszechną praktyką było
naklejanie tam pasków papieru z nadrukowanymi danymi.
Na wewnętrznej stronie okładki znajduje się miejsce na
fotografię podoficera oraz potwierdzenie przez dowódcę tożsamości osoby
przedstawionej na fotografii.
Dalsza zawartość teczki jest spinana razem metalowym
klipsem. Rozwiązanie to jest na pewno wygodniejsze niż często praktykowane
wcześniej zszywanie, gdyż ułatwia uzupełnianie teczki na bieżąco, jednak ma też
zasadnicze wady, z których nie najmniejszą jest postępująca degradacja papieru
wraz z utlenianiem się metalu. Rozwiązanie to dziwi trochę, gdyż w obecnych
czasach w archiwach państwowych dąży się do usuwania wszelkich elementów
metalowych (klipsy, spinacze, szpule do mikrofilmów) i zastępowania ich
elementami nie wpływającymi na stan papieru (plastik, sznurek itp.).
Zasadnicza zawartość teczki dzieli się na trzy rozdziały.
Pierwsza niezmiennie od czasów przedwojennych nosi nazwę zeszytu ewidencyjnego
i jest najważniejszym elementem akt osobowych, gdyż zawiera najważniejsze
informacje o żołnierzu.
Pierwsza strona zeszytu ewidencyjnego zawiera miejsce na
numer kolejny w rejestrze alfabetycznym, personalia podoficera oraz pewne novum
– rubrykę na PESEL ewidentnie stanowiącą dość późny dodatek do tradycyjnego
układu rubryk. Poniżej znajduje się tabelka zawierająca listę awansów na
kolejne stopnie podoficerskie, oraz druga informująca o przynależności do
konkretnych korpusów osobowych oraz numerze specjalności wojskowej.
Dalsze dwie strony zawierają dane personalne podoficera.
Oprócz dość oczywistych danych, takich jak data i miejsce urodzenia,
narodowość, zawód, czy wykształcenie cywilne, znajdziemy również rubryki mniej
spodziewane – takie jak przynależność do organizacji społeczno-politycznych;
będące ewidentnie pozostałością po wcześniejszych wzorach – np. informacja o
udziale w ruchu partyzanckim w latach 1939-1945; a nawet będące reliktem
wpływów radzieckich, takie jak informacja o pobycie za granicą. W części tej
znajdują się także informacje o sytuacji rodzinnej żołnierza.
Kolejne trzy strony zeszytu ewidencyjnego zawierają
informacje o przebiegu służby wojskowej przed wstąpieniem do WP i pracy
cywilnej. Również tutaj część rubryk wynika raczej z powielenia wcześniejszych
wzorów, trudno bowiem oczekiwać od obecnych podoficerów zawodowych udziału w
wojnie 1939r. czy służby w polskich formacjach wojskowych za granicą. Na pewno
jednak mogą być wypełniane rubryki dotyczące wyszkolenia wojskowego (poza WP),
służby w armiach obcych i oczywiście tabela opisująca przebieg pracy zawodowej
i służby wojskowej przed wstąpieniem do WP. Zgodność danych ze stanem
faktycznym miał podoficer potwierdzić własnoręcznym podpisem, zaś
własnoręczność podpisu miał potwierdzić dowódca.
Dalsze cztery strony zeszytu ewidencyjnego dotyczą już
służby w Wojsku Polskim. Znajdziemy tu informacje o powołaniu do służby
czynnej, odbytych kursach, udziale w bojach, odniesionych ranach oraz
otrzymanych odznaczeniach. Dwie strony zajmuje tabela przebiegu służby,
następnie zaś znaleźć można informacje o orzeczeniach komisji lekarskiej oraz o
wydanych wojskowych dokumentach osobistych, a także miejsce na uwagi.
Ostatnie dwie strony zawierają instrukcję wypełniania rubryk
zeszytu ewidencyjnego.
Drugi rozdział, to miejsce na materiały opiniodawcze. Za
okładką znajduje się spis załączonych dokumentów. W części tej zwykle znaleźć
można okresowe charakterystyki/opinie służbowe, wnioski awansowe, a w rzadkich
przypadkach (dotyczy starszych teczek) również wnioski odznaczeniowe.
Przykład charakterystyki okresowej – typowego dokumentu, które zwykle można znaleźć w tym rozdziale.Przykłąd uproszczonej charakterystyki dla podoficera WP z lat 40.
Rozdział trzeci teczki osobowej to miejsce na materiały
uzupełniające. Również tutaj znajduje się okładka i spis dokumentów. W części
tej znajdziemy właściwie wszystko to, co powinno się znaleźć w teczce osobowej,
ale nie jest materiałem opiniodawczym – np. świadectwa ukończonych kursów,
orzeczenia lekarskie.
Przykład dokumentów, jakie znaleźć można w ostatnim rozdziale.
Autor: Kamil Szustak
SUMMARY
The article discusses the structure of an NCO personnel file of the Polish Army – based on an original folder from 1990’s, but quite typical for all the post-war period.
Płk. Piotr Karpowicz po powrocie do ZSRR, ok. 1947r.
Jednym z
podstawowych problemów, z jakimi borykały się w latach 1943-1945 polskie
formacje wojskowe w ZSRR był brak doświadczonej kadry oficerskiej – zwłaszcza
oficerów starszych. Jak wiadomo, znaczną ilość wziętych do niewoli w 1939r. przedwojennych
polskich oficerów władze radzieckie kazały wymordować. Spośród tych, którzy
przeżyli, większość opuściła Związek Radziecki z Armią Andersa. Nielicznymii
oficerami pozostałymi w ZSRR byli głównie ci, którzy – z różnych przyczyn –
„nie zdążyli do Andersa”, chorzy pozostawieni na terytorium ZSRR przez
ewakuujące się Wojsko Polskie oraz niewielka grupa, która zdecydowała się
pozostać na terytorium Związku Radzieckiego z własnej woli. Niedobór oficerów
młodszych starano się zaspokoić organizując
kursy oficerskie i przyspieszone kursy chorążych dla przedwojennych podoficerów
i żołnierzy posiadających lepsze wykształcenie, Jednak głównym źródłem oficerów
dla nowoformowanych jednostek polskich musiała być Armia Czerwona. Jako
pierwszych kierowano oficerów narodowości polskiej, Jednak nawet
oficerów-Polaków nie przekazywano do dyspozycji polskiego dowództwa, jeżeli
zajmowali odpowiednio ważne stanowiska lub po prostu byli dobrymi specjalistami
w rzadkich dziedzinach. Szybko też okazało się, że to wciąż za mało – ze
wzrostem liczebności polskich formacji braki oficerów stawały się palące. W
związku z tym do WP zaczęto kierować oficerów innych narodowości (przy czym w
pierwszej kolejności starano się znaleźć oficerów, którzy mieli jakąkolwiek
styczność z językiem polskim – głównie Ukraińców i Białorusinów). Problem
polegał jednak na tym, że Armia Czerwona – sama zaangażowana w wojnę – niechętnie
oddawała doświadczonych dowódców. Nic dziwnego zatem, że do WP trafiało dużo oficerów,
którzy dla Armii Czerwonej byli „problematyczni”, lub też ze względu na stan
zdrowia lub inne przyczyny byli dla radzieckich sił zbrojnych „mniej
wartościowi”. Przykładem oficera z tej ostatniej grupy może być pierwszy
dowódca 18 Pułku Piechoty ppłk. Piotr Karpowicz.
W dostępnej
literaturze polskojęzycznej – powstałej w czasach PRL – znaleźć można nieco informacji
o tej postaci, opartych zarówno na dokumentacji archiwalnej z Centralnego
Archiwum Wojskowego, jak i na wspomnieniach żołnierzy pułku. Co ciekawe, Piotr
Karpowicz jawi się jako lubiany przez żołnierzy stary frontowiec, co więcej –
dowódca kompetentny i nieskory do poświęcania swoich żołnierzy. Można to
oczywiście odczytać jako propagandę, ale warto zwrócić uwagę, że np. autorzy
pułkowych monografii nie byli tak łaskawi względem każdego z oficerów.
Przykładowo, następca Karpowicza w 18pp, płk Ziarkowski nie zyskał sobie,
mówiąc delikatnie, takiej przychylności historyków – Juliusz Malczewski w
„Osiemnastym Kołobrzeskim”[1] nie zostawił na nim suchej
nitki. Również dowódca 6DP – generał Szejpak – nie uzyskał wysokiej oceny w
oczach dowódcy Armii, który parokrotnie dał temu wyraz w swych wspomnieniach.[2]
Jest jednak
jedno źródło, z którego polscy autorzy, z powodu ograniczeń w dostępie, skorzystać
w czasach PRL nie mogli – są to dawne archiwa radzieckie. W niniejszym artykule
to właśnie w oparciu o radzieckie archiwalia postaram się przybliżyć postać
pułkownika Karpowicza.
Niestety,
pomimo podjętych starań, nie udało mi się uzyskać dostępu do teczki akt
osobowych oficera. W związku z tym jedyne dokumenty, na których mogłem się
oprzeć to trzy dostępne wnioski odznaczeniowe i dwa arkusze ewidencyjne
oficera. Te ostanie oferują nam szereg podstawowych informacji o samym oficerze
i skrócony przebieg jego służby, tworząc niejako „szkielet” historii, zaś
dzięki wnioskom odznaczeniowym możemy bliżej przyjrzeć się określonym wycinkom
jego wojennej drogi, co pozwala tchnąć w ów szkielet nieco życia. Pierwszy
arkusz ewidencyjny został sporządzony w 1947r., po powrocie Karpowicza do ZSRR,
przez Naczelnika 4 Oddziału Kadr Leningradzkiego Okręgu Wojskowego podpułkownika
gwardii Fiłatowa i był uzupełniany aż do roku 1953. Drugi sporządzony został po
przejściu pułkownika do rezerwy w 1953 roku przez pułkownika Szapowa,
Komendanta Frunzewskego RWK w Leningradzie, i od chwili sporządzenia nie był aktualizowany.
Jaka historia wyłania się z tych dokumentów?
Piotr
Trofimowicz Karpowicz urodził się 20 grudnia 1896r. w Nowej Wsi w Rajonie
Lubczańskim (od miejscowości Lubcza), wówczas w Obłasti Baranowickiej, w białoruskiej
rodzinie chłopskiej. W 1915r. ukończył wyższą szkołę powszechną* w Nowogródku.
Praktycznie bezpośrednio po ukończeniu szkoły – już w sierpniu 1915r. – trafił
do wojska. Niestety dokumenty, do których udało mi się dotrzeć, nie precyzują
czy zgłosił się na ochotnika, czy też kontynuowanie nauki uniemożliwiła mu
mobilizacja. Wiadomo natomiast, że szybko trafił do oddziału szkolnego przy 174
Zapasowym Batalionie Marszowym. W tym też roku ukończył 2 Oranienbaumską Szkołę
Chorążych. Służył w armii carskiej do sierpnia 1918r., zaś ostatnim piastowanym
przez niego stanowiskiem było stanowisko dowódcy batalionu 765 pułku na Froncie
Południowo-Zachodnim. Ta data zakończenia służby jest jednak dyskusyjna, gdyż ten
sam arkusz ewidencyjny podaje, że do służby w Armii Czerwonej zgłosił się już 9
maja 1918r., zaś drugi podaje datę 10 czerwca 1918r. jako dzień rozpoczęcia
służby w nowym wojsku. W żadnym z dokumentów odznaczeniowych niestety nie
wskazano daty miesięcznej wstąpienia do Armii Czerwonej, wydaje się jednak, że
data sierpniowa stanowi pomyłkę urzędniczą, data majowa może być datą
zgłoszenia się do Rostowskiego RWK, zaś 10 czerwca to data objęcia pierwszego
stanowiska w wojsku – Dowódcy Wojskowego na Wołost** Ilinsko-Chowańską w
Ujeździe Rostowskim w Guberni Jarosławskiej w Moskiewskim Okręgu Wojskowym.
Funkcję tę piastował do 30 grudnia, kiedy to mianowano go dowódcą kompanii w
Jarosławskim Pułku Terytorialnym. Następnie, 1 maja 1920r., jako dowódca kompanii
w 1 terytorialnym pułku strzeleckim 1 Terytorialnej Dywizji Strzeleckiej,
znalazł się na Karelskim Odcinku Bojowym. Od 6 marca 1921r. pełnił podwójną funkcję
w 93 i 81 pułkach strzeleckich (oba w składzie 11 Leningradzkiej Dywizji
Strzeleckiej), gdzie był jednocześnie dowódcą kompanii i naczelnikiem szkoły
pułkowej – trudno powiedzieć, czy był to efekt braku wykwalifikowanego
personelu u czerwonych, czy poprostu dziwaczny rezultat demokratycznych
porządków, które wówczas panowały w Armii Czerwonej. W każdym razie okres od
sierpnia 1920r. do sierpnia 1922r. zapisany mu został jako udział w Wojnie
Domowej na Przesmyku Karelskim, można jednak mieć wątpliwości co do
wiarygodności tego zapisu. Dostępna dokumentacja odznaczeniowa niestety nie
wspomina o jego udziale w wojnie domowej, zaś drugi arkusz ewidencyjny nie ma
takiego zapisu – wprost przeciwnie, w odpowiedniej rubryce znajduje się
informacja, że w Wojnie Domowej udziału nie brał. Można jednak założyć, że ten
zapis to bład i Karpowicz rzeczywiście w wojnie uczestniczył. Według obu arkuszy
ewidencyjnych podwójny przydział zachował zaskakująco długo, bo aż do września
1926r. 3 września tego roku trafił do szkoły „Wystrieł” w Moskwie, którą
ukończył 25 sierpnia 1927r.
Po
zakończeniu kursu powrócił do 11 Leningradzkiej Dywizji Strzeleckiej, tym razem
do 31 pułku strzeleckiego na stanowisko dowódcy batalionu. Niecałe 3 lata
później, 30 kwietnia 1930r. powołany został na stanowisko zastępcy dowódcy
pułku do spraw gospodarczych w 2 pułku czołgów stacjonującym w Leningradzkim
Okręgu Wojskowym. Tę funkcję piastował aż do 31 stycznia 1933r., kiedy to
zwolniono go do rezerwy.
Niestety,
żaden z dostępnych dokumentów nie podaje przyczyn, dla których nastąpiło
przejście do rezerwy – nigdzie nie znalazłem podstawy prawnej.
Nieprawdopodobnym wydaje się przeniesienie ze względu na wiek, w końcu 37 lat
to nie tak dużo jak na zastępcę dowódcy pułku. Nie wydaje się też, żeby zadecydowały
jakieś względy polityczne – Karpowicz wprawdzie członkiem WKP(b) wówczas nie
był, ale z drugiej strony był uczestnikiem Wojny Domowej, ochotnikiem do Armii
Czerwonej i chyba nienajgorszym dowódcą, o ile da się to wysnuć z
wcześniejszego przebiegu służby. W związku z tym wydaje się, że zajść mogła
jedna z trzech przyczyn – własna prośba lub stan zdrowia. O trzeciej możliwości
– za chwilę.
Niewiele
wiadomo o tym, co robił jako rezerwista. Prawdopodobnie już wtedy mieszkał w
Leningradzie przy ul. Dostojewskiego 9/8, jednak o życiu zawodowym wspomina
tylko późniejszy arkusz ewidencyjny – jego specjalność cywilna opisana jest
jako „pracownik administracyjno-gospodarczy” – trudno orzec czy zapis ten
dotyczy pracy po roku 1933, czy po 1953. Z kolei wcześniejszy dokument podaje,
że nie posiadał żadnej specjalności cywilnej, jego status socjalny określając
mianem „rolnik”. Wyjaśnienie tej zagadki może jednak okazać się bardziej
prozaiczne, gdyż w obu kartach ewidencyjnych znalazł się zapis o wyroku – 5 lat
łagru na podstawie zarzutów z zakresu „nadużycie władzy – zaniedbanie” i
informacja o przedterminowym zwolnieniu w 1937r. Nie ma informacji, kiedy Karpowicz
do łagru trafił, jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę, że z radzieckich obozów
więźniów niezbyt szybko wypuszczano przed terminem, to można się domyślać, że
skazany został już w 1933r. – wówczas wyrok kończyłby się w 1938r., więc data
1937 oznaczałaby wyjście rok przed terminem. Chociaż prawdopodobny moment
skazania wypada przed czystką w wojsku, to nie należy zapominać, że były to
mimo wszystko czasy terroru stalinowskiego i choć nie można wykluczyć, że
Karpowicz faktycznie dopuścił się jakiegoś poważnego przestępstwa, możliwe jest
także, że był jedną z wielu przypadkowych ofiar walki z „wrogami ludu”. W
dalszym ciagu nieznane jednak pozostają jego losy po wyjściu na wolność, nawet
jeżeli przyjmiemy, że początkowo przebywał na zesłaniu. We wcześniejszym arkuszu
ewidencyjnym znajduje się dość enigmatyczna informacja o nienadaniu stopnia
kapitana w 1940r. – bez dodatkowych informacji trudno tę wiadomość właściwie
zinterpretować, czy choćby wysnuć jakiekolwiek wnioski o miejscu przebywania,
jednak wniosek odznaczeniowy z grudnia 1941r. podaje stopień Karpowicza jako
„kapitan”. Wiadomo natomiast, że w lecie 1941 roku przebywał już w
Leningradzie, ponieważ 1 lipca 1941r. został zmobilizowany przez Frunzewski RWK
w Leningradzie i skierowany na stanowisko dowódcy pułku – 7 i 8 – Frunzewskiej
Dywizji Pospolitego Ruszenia. Jednak już we wrześniu trafił do rezerwy
oficerskiej do 36 Zapasowej Brygady Strzeleckiej w Leningradzie i na następny
przydział musiał czekać miesiąc, gdyż dopiero 9 października 1941r. mianowany
został dowódcą batalionu 25 pułku strzeleckiego 44 dywizji strzeleckiej. Na tym
stanowisku przebywał do 3 listopada, kiedy został ranny w obie ręce. Sporządzony
6 grudnia 1941r. wniosek odznaczeniowy na Order Czerwonej Gwiazdy zawiera dość
dokładny opis okoliczności:
„Tow.
Karpowicz w walkach o Kiszczkino pod Tichwinem [jako] dowódca 3 batalionu,
dowodząc batalionem dał się poznać jako śmiały i zdecydowany dowódca. On sam,
widząc zamieszanie w 1. Kompanii strzeleckiej pod silnym ogniem z moździeży,
karabinów maszynowych i automatów poprowadził 1 kompanię do ataku i oczyścił
ziemiankę z nieprzyjaciół.
Będąc
dwukrotnie ciężko rannym, wydał niezbędne rozkazy i dopiero po tym, w ciężkim
stanie został wyniesiony z pola walki.”
Co ciekawe,
wniosek ten w odpowiedniej rubryce podaje, że Karpowicz był ranny trzykrotnie.
Albo więc jest to jakaś pomyłka, albo musiał być ranny wcześniej. Wniosek ten
przeszdł długą drogę, gdyż ostatecznie dopiero 5 sierpnia 1942 roku wydany
został rozkaz, na mocy którego
odznaczenie zostało nadane.
Wniosek na Order Czerwonej Gwiazdy
Po
wyniesieniu z pola walki kapitan Karpowicz trafił do szpitala ewakuacyjnego w
mieście Czerepowiec, a 25 grudnia przeniesiono go do szpitala ewakuacyjnego nr
3591. Po opuszczeniu szpitala 17 lutego 1942r. został dowódcą batalionu w 107
zapasowym pułku strzeleckim 30 Zapasowej Brygady Strzeleckiej w Moskiewskim
Okręgu Wojskowym. Stanowisko to piastował do 9 maja, kiedy ponownie trafił do
szpitala ewakuacyjnego nr 2031 (Późniejszy arkusz podaje nr 2081) – tym razem z
powodu zachorowania na tyfus. Spędziwszy w szpitalu prawie dwa miesiące, objął
stanowisko zastępcy dowódcy pułku do spraw liniowych w 3593 zapasowym pułku
strzeleckim 30 Zapasowej Brygady Strzeleckiej. Tam też, 22 maja 1943r. otrzymał
awans na majora. We wrześniu tego roku został kandydatem na członka WKP(b), a 4
sierpnia tegoż roku, dowódca pułku sporządził wniosek odznaczeniowy, w którym
wnosił o odznaczenie majora Karpowicza medalem „Za zasługi bojowe”:
„Tow.
KORPOWICZ [pisownia oryginalna] pracując jako zastępca dowódcy pułku dołożył
wielu starań by zapewnić normalne warunki dla przygotowania bojowego dowódców i
żołnierzy. Pod jego przewodnioctwem wyposażono pola szkoleniowe i zgromadzono
pomoce naukowe. Dąży do przekazania posiadanej wiedzy swoim podkomendnym.
Za sumienną
pracę, wzorową organizację przygotowania bojowego, zorganizowanie dobrej bazy
materialnej zasługuje na państwowe odznaczenie – medal „Za zasługi bojowe”.”
Wniosek na Medal “Za zasługi bojowe”
Odwrotna strona wniosku z rekomendacja zmiany odznaczenia na Order “Znak Honoru”.
4 sierpnia
1943r. zastępca dowódcy wojsk Moskiewskiego Okręgu Wojskowego, generał-lejtnant
Sokołow zadecydował o zmianie odznaczenia na Order „Znak Honoru”, będący raczej
odznaczeniem cywilnym, ale z całą pewnością wyższym niż medal „Za zasługi
bojowe”. Jednak sam Karpowicz musiał na order trochę poczekać, bo aż do 12
listopada 1943r. W tym czasie już od dwóch miesięcy był dowódcą 10 zapasowego
pułku strzeleckiego 1 Gorkowskiej Dywizji Zapasowej w Moskiewskim Okręgu
Wojskowym. Stanowisko to pełnił do 27 maja 1944r. Warto zwrócić uwagę, że –
bądź, co bądź – doświadczony dowódca zajmował wprawdzie dość wysokie
stanowiska, ale jednak w jednostkach zapasowych. Choć nie ma na temat przyczyn
takiego stanu rzeczy żadnej wzmianki w dostępnych dokumentach, to znając
wojenną praktykę radziecką, polegającej na obsadzaniu stanowisk w jednostkach
szkolnych i zapasowych oficerami zakwalifikowanymi jako niezdolni do służby
liniowej, można domyślać się, że taką kwalifikację otrzymał również Karpowicz –
długoletnia służba wojskowa, pobyt w łagrze, rany i choroba nie mogły pozostać
bez wpływu na zdrowie oficera. Prawdopodobnie zatem błąkałby się po kolejnych
pułkach zapasowych i szkołach wojskowych do końca wojny, gdyby nie chroniczny
brak kadry oficerskiej w Wojsku Polskim. Trudno powiedzieć, czy zadecydował
fakt pochodzenia z terenów zamieszkanych w znacznej mierze przez ludność polską,
czy może chociaż podstawowa znajomość języka polskiego***, czy po prostu nie
było specjalnie pomysłu na dalszą karierę czterdziestoośmioletniego majora, ale
3 czerwca 1944r. został Karpowicz dowódcą Samodzielnego Polskiego Zapasowego
Pułku Piechoty, by już miesiąc później zostać dowódcą 18 pułku piechoty 6
Dywizji Piechoty 1AWP. Już jako polski oficer otrzymał 1 grudnia 1944r. awans
na podpułkownika, a w lutym 1945r., po walkach na Wale Pomorskim, został przez
dowódcę dywizji gen. Szejpaka przedstawiony
do odznaczenia Orderem Wojny Ojczyźnianej I klasy:
„Podpułkownik
Karpowicz w walkach o Rederitz [obecnie Nadarzyce] i o obóz jeniecki dał się
poznać jako śmiały, zdecydowany i odważny dowódca pułku. Bezposrednio kierował
walką o wymienione [wyżej] punkty, znajdując się w szeregach piechoty osiągnął
dobre rezultaty. Niezważając na przeważające siły przeciwnika w sile i technice
i na silny ogień artyleryjsko-moździeżowy i ogień karabinów maszynowych
zagrzewał żołnierzy do bohaterskich czynów, samemu służąc przykładem
nieustraszoności, z minimalnymi stratami dla pułku zdobył te punkty. Przy czym
przy zajęciu koszar szkoły artylerii, zdobyto sztandar pułkowy szkoły, trzy
składy i uwolniono z obozu jenieckiego ponad 2000 jeńców – oficerów i żołnierzy
polskich, rosyjskich, angielskich, amerykańskich i innych.
Za męstwo,
odwagę i fachowe dowodzenie pułkiem podpułkownik KARPOWICZ zasługuje na
państwowe odznaczenie – Order Wojny Ojczyźnianej I klasy.”
Wniosek na Order Wojny Ojczyźnianej za walki na Wale Pomorskim.
Karpowicz
przeszedł z 18 pułkiem piechoty aż do Kołobrzegu kiedy to, ze względu na
problemy zdrowotne (ponoć natury kardiologicznej) trafił do szpitala. Co
ciekawe, w żadnym z arkuszy ewidencyjnych pobyt w szpitalu nie został
odnotowany. Ponieważ pod jego nieobecność dowódcą 18pp mianowano płk.
Ziarkowskiego, Karpowicz po wyjściu ze szpitala w marcu otrzymał stanowisko
dowódcy 16 pp – również z 6DP – zastępując pełniącego od 19 lutego obowiązki
dowódcy mjr. Diergunowa. 4 maja 1945r.**** został z kolei skierowany na
stanowisko dowódcy 3 pułku zapasowego 1AWP, gdzie 7 maja 1946r. otrzymał awans
na pułkownika. Trzy miesiące później objął
stanowisko dowódcy 11pp stacjonującego w Kaliszu. Pułkiem tym dowodził do maja
1947r., kiedy to powrócił do ZSRR. Brak jest informacji o przyczynach,
prawdopodobnie jednak stało się tak w wyniku własnej prośby Karpowicza. Co
prawda w tym czasie jeszcze starano się w miarę możliwości zastępować oficerów
radzieckich oficerami polskimi (powracającymi z niewoli lub zagranicy oficerami
przedwojennymi lub dokształcanymi na bieżąco młodymi oficerami pochodzącymi z 1
i 2 AWP), ale radzieckie dowództwo niechętnie reagowało na sugestie
zmniejszania ilości oficerów radzieckich w WP.
Początkowo
nie było dla niego przydziałów, gdyż pozostawał w rezerwie Naczelnego Dowództwa
Wojsk Lądowych aż do listopada. Dopiero 6 listopada otrzymał stanowisko
naczelnika 5 oddziału Nowogrodzkiego OWK, które piastował do końca sierpnia
1950r. W międzyczasie, 25 września 1948r., otrzymał uznanie stopnia pułkownika
(awans otrzymał tylko w WP), z zachowaniem daty uzyskania stopnia 7 maja 1946r.
W 1949r. przyjęto go też ostatecznie do partii – nie wiadomo czy długi (6 lat!)
staż kandydacki spowodowany był służbą w WP, czy też raczej wątpliwościami
wobec byłego skazańca.
31 sierpnia
skierowano go na stanowisko wykładowcy przygotowania ogólnowojskowego Katedry
Wojskowej przy Lenigradzkiej Akademi Techniki Leśnej (LLTA) im. Kirowa –
skądinnąd uczelni, której historia sięga początków XIXw., a która pod zmienioną
nazwą, choć z tym samym patronem działa do dziś.
Płk. Karpowicz, ok. 1953r.
Stanowisko
wykładowcy na LLTA zachował do kwietnia 1953r., kiedy skierowano go do
dyspozycji dowódcy wojsk Leningradzkiego Okręgu Wojskowego. Dwa miesiące
później zwolniono go do rezerwy w związku z osiągnieciem limitu wieku. Granica
wieku emerytalnego dla pułkowników była wówczas ustalona na 50-55 lat, toteż
Karpowicz, w wieku lat 57 granicę tę i tak już wówczas przekroczył. Można też
domniemywać, że o zwolnieniu do rezerwy zadecydowały czynniki ekonomiczne – w
1953r. Karpowicz kończył 25 rok służby. Oznaczało to, że jego dowódca powinien
złożyć wniosek o nadanie kolejnego odznaczenia za wysługę lat – w tym wypadku
byłby to Order Lenina. Abstrahując od kosztów samego odznaczenia (wykonanego ze
złota i platyny), odznaczonym przysługiwał jeszcze wówczas szereg przywilejów.
Było zatem dość powszechną praktyką „wypychanie” do rezerwy oficerów, którym
taki order by przysługiwał. Aby uniknąć takich problemów, pod koniec lat 50. Zaprzestano
nadawania odznaczeń bojowych za wysługę lat wprowadzając specjalne odznaczenia,
z którymi nie wiązały się żadne korzyści.
Na temat
dalszych losów pułkownika Karpowicza niestety brak danych. Z późniejszego arkusza
ewidencyjnego wywnioskować można, że nie był wzywany na żadne ćwiczenia
rezerwistów. Znajduje się tam również wpisana ołówkiem (a zatem uznana za
tymczasową) informacja, że został emerytem. Jednak w ZSRR niewielu emerytów
wojskowych rezygnowało z podjęcia dalszej pracy. W arkuszach nie odnotowano też
daty śmierci, ale fakt, że nie udało się znaleźć informacji o nadaniu Orderu
Wojny Ojczyźnianej w 1985r.***** wskazuje, że musiał umrzeć przed tym rokiem. W
żadnym z dokumentów nie odnotowano też co prawda nadań medali jubileuszowych w latach
1958, 1965, 1968 i później, ale też uzupełnianie arkuszy ewidencyjnnych dla
oficerów rezerwy nie wzywanych ponownie do służby nie było powszechną praktyką.
Wiadomo natomiast, że bezposrednio po przejściu do rezerwy mieszkał w
Leningradzie – świadczy o tym zarówno wpisany w obu arkuszach adres, jak i
fakt, że drugą kartę sporządzono we Frunzewskim RWK w Leningradzie i na
ewidencję tego komisariatu został wpisany.
Z arkuszy da
się także odtworzyć listę posiadanych odznaczeń – niestety aktualną tylko do
1953r.
Odznaczenia radzieckie:
– Order Czerwonego Sztandaru –
nadany prawdopodobnie za wysługę lat (20) w 1947 lub 1948r.
– Order Wojny Ojczyźnianej I
klasy – nadany 19.03.1945r.;
– Order Znaku Honoru – nadany
12.11.1943r.;
– Order Czerwonej Gwiazdy –
nadany 05.08.1942r.;
– Order Czerwonej Gwiazdy –
nadany 03.11.1944r. (a więc już w trakcie służby w 18pp) za wysługę lat (15);
– Medal „Za Obronę Leningradu” – 1944;
– Medal „Za Zwycięstwo nad
Niemcami w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej 1941-1945”;
– Medal „Za Wyzwolenie
Warszawy”;
– Medal „Za Zdobycie Berlina”;
– Medal „30 lat radzieckiej
armii i marynarki wojennej”.
Odznaczenia Polskie:
– Krzyż Srebrny Orderu Virtuti
Militari – nadany w 1946r.;
– Krzyż Walecznych – nadany w
1945r.;
– Srebrny Krzyż Zasługi – w
1945r.;
– Srebrny Krzyż Zasługi – w
1946r.;
– Srebrny Krzyż Zasługi – w
1946r.prawdopodobnie na podstawie rozkazu NDWP nr 54 z 23.02.1946r.
– Medal „Za Warszawę”;
– Medal „Za Odrę, Nysę,
Bałtyk”;
– Medal Zwycięstwa i Wolności
– w obu arkuszach opisany jako medal „Za zwycięstwo nad Niemcami”;
– Odznaka Grunwaldzka.
Akt nadania medalu “Za obronę Leningradu, mjr. Karpowicz wymieniony na pierwszej pozycji. Dokument wystawiony w Marcu 1944r. w 30. Brygadzie Zapasowej.
Z
dodatkowych informacji, które dają nam dostępne dokumenty wynika, że około roku
1925 Piotr Karpowicz ożenił się z urodzoną w 1902r. Anną Wasiliewną Makiną. W
1926r. urodził im się syn Wiktor, który prawdopodobnie w czasie drugiej wojny
światowej służył jako radiooperator we Flocie Bałtyckiej i w 1945r. odznaczony
został medalem Nachimowa******.
Oba arkusze
ewidencyjne podają także, że Karpowicz przebywał za granicą – w Polsce w
składzie Wojska Polskiego.
Z dostępnych dokumentów wyłania się obraz zdolnego oficera, który najwyraźniej sprawdzał się na każdym powierzonym stanowisku – jako dowódca batalionu osobiście prowadzący żołnierzy do walki, jako oficer w jednostce zapasowej z równym oddaniem przygotowujący bazę szkoleniową czy wreszcie jako dowódca pułku zaangażowanego bezpośrednio w ciężkie starcia. Niewątpliwie praktycznie całe dorosłe życie poświęcił Karpowicz karierze wojskowej – najpierw w Armii Carskiej, później w Armii Czerwonej. Brał udział w trzech wojnach, otrzymał wiele odznaczeń i ostatecznie przekazał swoje doświadczenia innym, już jako wykładowca. Jednocześnie trudno powiedzieć, że był to człowiek bez skazy – fakt, że skazany został w latach stalinowskiego terroru nie znaczy wcale, że wyrok musiał być bezzasadny. Niestety, dostępny materiał nie pozwala stwierdzić czy rzeczywiście cieszył się sympatią i szacunkiem podwładnych. Tu odpowiedzi pośredniej mogłyby dostarczyć akta oficera, do których niestety nieprędko możliwy będzie dostęp, oraz oczywiście wspomnienia żołnierzy pułku. Tych jednak z każdym rokiem pozostaje coraz mniej.
Autor: Kamil Szustak
* Wyższa Szkoła Powszechna – w
przedrewolucyjnej Rosji stopień szkoły podstawowej przygotowujący do
kontynuowania nauki w szkole średniej. Do WSP można było trafić po zakończeniu
Szkoły powszechnej, obejmujacej klasy 1-4, nauka w WSP trwała również 4 lata.
** Wołost – włość, w Rosji od
XVIII w. Najniższa jednostka administracyjna, zniesiona w 1929r. Odpowiednik
polskiej gminy.
***Nie ma o niej słowa w
arkuszach ewidencyjnych, ale wiele wskazuje na to, że to znów błędna informacja
– choćby fakt, ze każdy oficer WP musiał uczęszczać na kursy języka polskiego,
jeśli go nie znał wcześniej. Pamiętać także należy, że dorastając w rejonie
zamieszkałym w dużym stopniu przez ludność polską, oraz ucząc się w Nowogródku
(nawet w szkole rosyjskiej) musiał sie z językiem polskim zetknąć
niejednokrotnie.
****Według polskich autorów
Karpowicz miał opuścić 16pp już w kwietniu. W monografii 6DP autorstwa Adolfa
Stachuli pada nawet data 4 maja. Późniejszy arkusz ewidencyjny podaje datę
„05.1945”, jeżeli zatem data z pierwszego arkusza jest błędna, to ta data może
być zwykłym powieleniem błędu.
*****W 1985r., w czterdziestą
rocznicę zwycięstwa Przyznano specjalne, jubileuszowe Ordery Wojny Ojczyźnianej
wszystkim obywatelom ZSRR – uczestnikom działań wojennych. Ordery I klasy miały
być nadane wszystkim weteranom, którzy brali bezpośredni udział w walkach i
uzyskali odznaczenia bojowe (minimum Medal „Za zasługi bojowe”) lub odnieśli
rany. Ordery II klasy miały być nadawane weteranom, którzy odznaczeń bojowych
nie otrzymali lub w czasie wojny byli w służbach tyłowych. W praktyce zasad
tych nie przestrzegano zbyt rygorystycznie. Nowe ordery wizualnie nie różniły
się od standardowych, ale charakteryzowały się uproszczoną, jednoczęściową
konstrukcją, zaś do ich wykonania nie użyto metali szlachetnych.
******Osoba o której mowa to
urodzony w 1926r. matros Wiktor Pietrowicz Karpowicz, pochodzący z Leningradu.
Nie udało mi się potwierdzić czy to napewno syn akurat tego Piotra Karpowicza,
ale zgodność danych jest na tyle duża, że zbieg okoliczności jest mało
prawdopodobny.
[1]
Juliusz Malczewski, Osiemnasty Kołobrzeski. Z dziejów 18 Kołobrzeskiego pułku
piechoty, Warszawa 1974r.
[2] Stanisław Popławski, Towarzysze Frontowych Dróg, Warszawa 1970r.
SUMMARY
This text is an attempt on re-constructing the biography of the 1st commander of the 18th Infantry Regiment – col. Petr Karpovich, based on the documents obtained from the Soviet military archives.
Na początku marca 2017 roku dostałem dość nietypową prośbę ze strony zastępcy dyrektora zaprzyjaźnionego z naszą grupą Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa na Śląsku w Jaworzynie Śląskiej. Dla celów promocyjnych oraz jako urozmaicenie spotkania grupy instagramerów „Wroclovers” pojawił się pomysł nietypowej prezentacji części obiektów Fundacji Ochrony Dziedzictwa Przemysłowego Śląska, w tym Młyna Hilberta w Dzierżoniowie. Jako że muzeum dysponuje egzemplarzem protokołu przekazania młyna władzom polskim przez Północną Grupę Wojsk Armii Radzieckiej, pomysł polegał na odtworzeniu tego wydarzenia. Prośba brzmiała więc: załatw mundury dla strony radzieckiej na 25 marca.
Na codzień nie zajmuję się odtwarzaniem radzieckich
formacji, ale lata kolekcjonowania radzieckich mundurów pozostawiły mi spory
zasób „kostiumologiczny”. Potraktowałem więc tę prośbę jako lekkie wyzwanie.
Wspomniany już protokół stanowił dobre źródło podstawowych
informacji. Przekazanie młyna miało miejsce 26 lipca 1951r., do tego czasu obiektem
zarządzała jednostka wojskowa nr 08617, którą dowodził pułkownik słuzby
kwatermistrzowskiej Nacwałow, sam jednak, jak wynikało z dokumentu, przy
przekazaniu obecny nie był. Obecnych za to było trzech oficerów z jednostki,
którzy złożyli pod protokołem swoje podpisy: podpułkownik służby
kwatermistrzowskiej M. I. Kuźmin, kapitan gwardii S. A. Gaszunin i młodszy
lejtnant służby kwatermistrzowskiej M. S. Miercałow. Potrzeba było więc
odtworzyć sylwetki trzech konkretnych oficerów Armii Radzieckiej z połowy roku
1951.
Pierwszą zatem rzeczą, którą należało było zrobić, było przygotowanie odpowiednich mundurów. W 1951r. w zasadzie poza wojskami lotniczymi i pancernymi obowiązywały mundury wz.43. Tu mieliśmy do czynienia z jednostką gospodarczą, toteż nie trzeba się było przejmować wyjątkami, ale powstawał nowy problem – w służbie kwatermistrzowskiej funkcjonowały węższe pagony niż w jednostkach wypowo bojowych.Gaszunin nie miał w dokumencie zapisanego stopnia kwatermistrzowskiego, więc mógł posiadać normalne, szerokie pagony, w dalszym ciągu jednak potrzebne były dwa mundury zaopatrzone w węższe naramienniki. Fakt, że przekazanie było sprawą oficjalną (ale niekoniecznie uroczystą) wskazywał, że prawidłowe będzie użycie mundurów służbowych. Zasadniczo mundur służbowy oficera w owym czasie składał się z kurtki mundurowej (ros. kitiel) ze stójką wz.43 lub gimnastiorki oficerskiej wz.43 z pagonami w pełnych barwach i z baretkami odznaczeń, granatowych bryczesów z oficerkami oraz czapki okrągłej w pełnych barwach. Analiza zdjęć pokazuje jednak, że częste były odejścia od normy – używanie polowych bryczesów w „kolorze ochronnym”, stosowanie polowych pagonów i czapek oraz noszenie na mundurze odznaczeń zamiast baretek. Dysponowałem akurat trzema kurtkami wz.43, jednak był problem z dopasowaniem rozmiarów do modeli. Miało nas być trzech: pan Arnold Kordasiewicz z Muzeum Miejskiego w Dzierżoniowie w roli podpułkownika Kuźmina, pan Maciej Mądry, zastępca dyrektora Muzeum w Jaworzynie Śląskiej w roli kapitana gwardii Gaszunina i ja jako najmłodszy stopniem młodszy lejtnant Miercałow. Niestety, dopasowane kurtki były tylko dwie – dla „podpułkownika” i „młodszego lejtnanta”. Uznałem zatem, że skoro kapitan będzie występował w gimnastiorce (akurat dysponował własnym radzieckim mundurem młodszego oficera), to i młodszemu lejtnantowi nie wypada świecić wielkimi złotymi guzikami. W efekcie oficer starszy wystąpił w bardziej eleganckim mundurze, a oficerowie młodsi zadowolić się musieli mniej „wyjściowymi” gimnastiorkami. Na podpułkownika udało się dopasować kurtkę starszego oficera służby sprawiedliwości, w związku z czym nie było potrzeby wymiany pagonów (były identyczne jak w służbie kwatermistrzowskiej) oraz granatowe bryczesy oficerskie. Trochę większy problem był z czapką, gdyż oryginalna wojenna czapka z „łopatokształtnym” daszkiem okazała się za mała, udało się jednak dopasować czapkę z końca lat 50. Z daszkiem okrągłym, która zresztą była bardziej prawdopodobna w 1951r., kiedy to daszki „łopatokształtne” widywało się już dość rzadko. Całości dopełnił pas oficerski i pamiętające lata 50. oficerki z lakierowanej skóry (co prawda w służbach tyłowych raczej wydawano jedynie oficerki juchtowe, ale oficer miał prawo sobie zakupić buty za własne pieniądze) Dla siebie dobrałem gimnastiorkę oficerską z lat 50. Z mosiężnymi guzikami, dopasowane kolorystycznie bryczesy i czapkę już wprawdzie z lat 60., ale nieróżniącą się od stosowanych wówczas. Trochę problemów sprawiło mi znalezienie właściwych pagonów, przypomniałem sobie jednak o kupionych pod kątem innego projektu replikach pagonów młodszego oficera milicji wz.44. Wymiary miały odpowiednie, kolor pola również, uznałem zaś, że na zdjęciach czarno-białych nie będzie widać, że lamówki i prześwity są granatowe.
Drugim etapem przygotowań był dobór odpowiednich baretek i
odznak. Na zrobienie dokładnych badań na temat tych trzech oficerów nie
starczyło czasu ani… pieniędzy, cały projekt bowiem przygotowywałem
nieodpłatnie. Udało mi się jednak przeprowadzić skrócone badania na bazie wojennego
materiału odznaczeniowego, które przyniosły garść informacji o dwóch spośród
trzech oficerów.
Pułkownik służby kwatermistrzowskiej Michaił Iwanowicz
Kuźmin urodził sie w 1910r. i wstąpił do Armii Czerwonej w roku 1932. W czasie
wojny odznaczony był medalem „Za odwagę”. Prawdopodobnie też, podobnie jak jego
zwierzchnik, pułkownik Nacwałow, w czasie wojny walczył na kierunku berlińskim,
zatem z braku informacji o odznaczeniu innymi medalami kampanijnymi
zdecydowałem się dołożyć do zestawu baretek medale „Za zdobycie Berlina” i „Za
zwycięstwo nad Niemcami”. Z okresu służby wynikałoby także, że w 1951r. służył
w wojsku już 19 lat, zatem powinien dostać odpowiednie odznaczenia za wysługę
lat: medal „Za zasługi bojowe” za 10 oraz Order Czerwonej Gwiazdy za 15. Całość
uzupełniłem medalem „30 lat Radzieckiej Armii i Marynarki” nadawanym w 1948r.,
co dało zestaw sześciu baretek.
Kapitan gwardii Siergiej Afanasijewicz Gaszunin urodził się
w 1918r., a w Armii Czerwonej służył od 1939r. i odznaczony został dwoma
Orderami Czerwonej Gwiazdy oraz medalem „Za zasługi bojowe” (ten ostatni
dogonił go z pięcioletnim opóźnieniem, w 1948r.). Brak było informacji o
medalach kampanijnych, założyłem więc, ze jako wojenny oficer służby
samochodowej mógł żadnego nie dostać. Całość wymagała tylko uzupełnienia
baretką medalu „Za zwycięstwo nad Niemcami” i „30 lat Radzieckiej Armii i
Marynarki”. Przy standardowym wówczas 1-2 letnim opóźnieniu w nadawaniu
odznaczeń za wysługę lat, uznałem, że drugiego medalu „Za zasługi bojowe” mógł
w 1951r. jeszcze nie otrzymać. Ponieważ Gaszunin miał stopień gwardyjski już w
czasie wojny, całości dopełniła odznaka gwardyjska z lekko obtłuczoną emalią.
Z młodszym lejtnantem Miercałowem sprawa była już o wiele
trudniejsza. Młodszy lejtnant to mógł być albo wyjątkowo mało zdolny absolwent
szkoły oficerskiej (a takiego by raczej za granicę nie wysłano) albo wojenny
szeregowiec lub podoficer, absolwent wojennych lub wczesnopowojennych kursów
młodszych lejtnantów. Mając do dyspozycji jedynie dość popularne nazwisko,
inicjały i stopień napewno nadany później niż jakiekolwiek odznaczenia bojowe
mogłem conajwyżej zgadywać. Postanowiłem więc tę postać stworzyć niejako od
zera. Zdecydowałem się na podoficera z „późnych roczników” (1925-27), który
miał za sobą służbę w jednostkach tyłowych, w której wykazał się na tyle, że
trafił na kursy oficerskie, ale nie na tyle, żeby go obwieszono orderami jak
choinkę. Założyłem też, że jak wielu oficerów w PGW przeszedł w czasie wojny
przez terytorium Polski w kierunku Niemiec. Taki zmobilizowany pod koniec wojny
żołnierz nie miałby za sobą w 1951r. nawet 10 lat służby, mógłby się jednak
wykazać na tyle, by najniższe odznaczenie bojowe – medal „Za zasługi bojowe”
otrzymać. Dalej naturalne byłyby oczywiście medale „Za zwycięstwo nad Niemcami”
i „Za zdobycie Berlina”. Niestety zabrakło mi już baretek medalu „30 lat
Radzieckiej Armii i Marynarki”, jednak zdarzało się, że przyznawano je z
kilkuletnim opóźnieniem, toteż uznałem – nie bezpodstawnie – że niższy oficer
mógł zostać w 1948r. przeoczony. Jako „smaczek” dodałem zegarek kieszonkowy –
taka „pamiątka z wojny”.
Jako ciekawostkę na koniec dodam, że szukając pagonów
natknąłem sie na dnie pudła na zapomniany… portret Stalina. Cóż, nie da się
ukryć, że ten „gadżet” – w 1951 roku wciąż jeszcze obowiązkowy element wystroju
wnętrz wszelkich radzieckich instytucji – wzbogacił nieco zdjęcia wewnątrz
budynku.
Zdjęcia można zobaczyć w materiałach promocyjnych młyna, do którego zwiedzania chciałbym przy okazji gorąco zachęcić – praktycznie całe wyposażenie stanowią maszyny produkcji przedwojennej.
Więcej zdjęć można także zobaczyć na profilu facebookowym
Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa na Śląsku w Jaworzynie Śląskiej.