Młodszy lejtnant milicji, zachodnia Ukraina, wrzesień 1944r.

Pociąg zwolnił, zjechał na boczny tor, a po chwili zatrzymał się. Kostia otworzył walizkę i wyjął kurtkę mundurową. Choć była określana jako „letnia” i wykonana została z lekkiej bawełny, nowa fala potu zalała go zanim jeszcze zapiął guziki. Nic dziwnego – duszny wagon towarowy wypełniony grupą żołnierzy, ze słońcem niemiłosiernie nagrzewającym stalowy dach… W normalnych warunkach jego towarzysze podróży przywitaliby zapewne pojawienie się białego munduru w takim otoczeniu salwą śmiechu, ale chociaż był niewiele starszy od większości z nich, dla młodych rekrutów zdążających na front pozostawał „towarzyszem lejtnantem”.

Gdy usłużny jerajtor otworzył drzwi wagonu, Kostia zeskoczył i założył czapkę. Oczywiście pociąg jak zwykle zatrzymał się poza peronem, więc skacząc omal nie skręcił sobie kostki, zdołał jednak złapać równowagę i życząc żołnierzom by bili hitlerowców dzielnie, odebrał podaną mu walizkę.

Rozejrzał się w koło, ale choć głównie otaczały go pociągi, i tak wiedział, ze okolica go nie zachwyci. A miało być tak pięknie.

***

Jeszcze na kilka miesięcy przed promocją cieszył się życiem i nadziejami na przyszłość. Nie miał ambicji zostać pracownikiem MURa, ale liczył na ciekawą służbę w Stolicy, gdzie mógłby się wykazać i zainteresować swoją osobą milicjantki z poboru, którymi NKWD zapychało braki kadrowe. Niestety, potem Sania Kartaszow wpadł na jeden ze swoich „genialnych” pomysłów i, co gorsza, dali się przyłapać. Tak naprawdę chyba tylko dobre opinie z Komsomołu i Osoawiachimu, dobre wyniki w nauce, oraz permanentne braki kadrowe, z jakimi borykała sie milicja, zadecydowały, że nie został wyrzucony ze szkoły i wysłany na front. Zamiast tego na promocji dostał tylko jedną gwiazdkę i od razu skierowano go do jakiejś zabitej dechami dziury, gdzie jeszcze niedawno Niemcy hulali w najlepsze. Choć miał objąć stanowisko naczelnika miejscowego posterunku, wcale nie uważał tego za wyróżnienie.

A potem było już tylko gorzej. Najpierw zamiast mundurów dostali ekwiwalent na zakup. Jak się okazało – kompletnie bezwartościowy, bo w Moskwie akurat zabrakło granatowego materiału. Dlatego też zdołał jedynie zamówić letni mundur, a promocję przyjmował w tej samej gimnastiorce szeregowego, którą nosił od półtora roku. W dodatku nowy regulamin nie przewidywał noszenia starych odznak Osoawiachima, których Kostia miał kilka na swoim koncie, toteż prezentować mógł tylko odznakę Komsomołu, która na jego szerokiej piersi wyglądała dość żałośnie

Potem okazało się, że choć rozkaz mówił, że na miejscu miał się stawić za pięć dni, dotarcie do miasteczka daleko na południowym zachodzie graniczyło z niemożliwością. Spodziewał się podróży pociągiem osobowym, musiał jednak tłuc się wojskowymi składami, za każdym razem uciekając się do próśb lub gróźb pod adresem załogi, aby tylko móc uzyskać wątpliwy przywilej podróży w zatłoczonym wagonie bydlęcym, przypadkiem jadącym we właściwym kierunku. W dodatku część torów dalej nie nadawała się do użytku, więc nierzadko jechali dziwnymi objazdami, nadkładając drogi. W rezultacie, podróż, która powinna była trwać może dwadzieścia kilka godzin, zajęła mu kilka dni.

***

Teraz musiał pilnie zgłosić się w miejscowej radzie, a następnie przejąć posterunek.

Spojrzał na zegarek – będący obiektem zazdrości naręczny czasomierz był w rzeczywistości sprytną konwersją damskiego zegarka kieszonkowego – było już na tyle późno, by zastać kogoś z miejscowych władz.

***

Spotkanie z przedstawicielem miejscowej administracji przebiegło sprawnie i lepiej niż się spodziewał. Towarzysz Kurgato, który go przyjął wydał mu kartki i tymczasowy dokument i skierował na posterunek, gdzie Kostia miał od tej pory pracować i mieszkać, przejąwszy przedtem obowiązki od p.o. naczelnika starszego sierżanta Stawitskiego.

Teraz, idąc w kierunku posterunku, mógł bliżej przyjrzeć się miasteczku. Większość domów była murowana,w stylu zupełnie niepodobnym do tego, który znał z Rosji. Niektóre ulice były nawet wyasfaltowane (choć na większości leżał bruk przechodzący stopniowo w drogi gruntowe). Choć miasto nie ucierpiało szczególnie w czasie wojny (poza kilkoma dziurami po kulach w centrum i wysadzoną przez partyzantów mleczarnią), sprawiało wrażenie na wpół wymarłego, a mieszkańcy ponad wszelką wątpliwość klepali biedę. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco, ale też nie było tragedii, biorąc pod uwagę, że raptem dwa miesiące temu przetoczył się tutaj front.

Sam posterunek prezentował się dość solidnie, choć widać było, ze gmach pamięta jeszcze XIXw. Na prawo od drzwi wisiała pomalowana na czerwono deska z prostym napisem „Milicija”, nad i pod nią widać było ślady po kilku starszych oznaczeniach, szczególnie interesująco wyglądał owalny ślad powyżej. Nie pasował do przedwojennych tablic, ani, o ile Kostia wiedział, do niemieckich.

Pchnął drzwi i wszedł do hallu. Pomieszczenie było dość duże, ale jego jedyne wyposażenie stanowiło biurko i krzesło w rogu, zajmowane przez młodego chłopaka w granatowej gimnastiorce bez pagonów. Chłopak najpierw uniósł wzrok, uparcie starając się nadać twarzy wyraz poważny i groźny (co wyszło mu nie najlepiej), a następnie, ujrzawszy oficerski mundur, wyprężył się jak struna (przewracając przy tym krzesło) i przesadnie sprężystym ruchem wykonał salut, zdał sobie sprawę, ze jego czapka dalej spoczywa na biurku, błyskawicznie nasadził ją na głowę(nie zważając na wystające spod czapki kosmyki włosów) i powtórnie zasalutował. Usiłował coś powiedzieć, ale najwyraźniej odjęło mu mowę, więc tylko stał na baczność z niezbyt mądrą miną i ręką przy daszku czapki.

Cały ten komiczny pokaz zaskoczył Kostię, więc minęła dłuższa chwila nim odpowiedział na salut.

– Spocznij! – rzucił – Ja do sierżanta Stawitskiego.

Chłopak, najwyraźniej dalej nie mogąc wykrztusić z siebie słowa, skinął głową i dał mu znak, by poszedł za nim. Choć było to wbrew regulaminowi, Kostia podążył za chłopakiem do gabinetu.

Młody otworzył drzwi, wszedł przodem, ponownie stanął na baczność i zasalutował, zwracając się do mężczyzny siedzącego za dość solidnym, drewnianym biurkiem na środku pokoju.

– Towarzyszu starszy sierżancie, oficer do Was! – zakrzyknął głosem, który pod koniec zdania przeszedł w falset. Kostia nie sądził, by chłopak miał więcej niż 17 lat.

Mężczyzna za biurkiem podniósł wzrok znad papierów i spojrzał na Kostię znad okularów do czytania. Mógł mieć około 30-35 lat, miał czarne włosy i takież wąsy. Ubrany był w milicyjną gimnastiorkę starego wzoru, w opadającym kołnierzem, do której doszyto pozbawione szyfrówki naramienniki starszego sierżanta.

Podoficer wstał niespiesznie, gestem nakazał chłopakowi opuścić gabinet po czym podszedł do Kostii i wyciągnął rękę.

– Stanisław Piotrowicz Stawicki – powiedział z szerokim uśmiechem. Był prawie o głowę niższy od Kostii, ale uścisk dłoni miał mocny. Mówił po rosyjsku z lekkim akcentem – Jak sądzę mam przyjemność z naszym nowym naczelnikiem, młodszym lejtnantem Mołczanowem?

– Zgadza się, Konstantin Filippowicz. Mam objąć posterunek.

– A zatem witam towarzysza Naczelnika – nie wypuszczając dłoni Kostii, drugą ręką powiódł do okoła – Jak widać nie ma tu wiele do obejmowania.

Mołczanow podążył wzrokiem za gestem Stawitskiego. W gabinecie nie było nic prócz biurka, krzesła, jednej szafy na akta, przedwojennego portretu Stalina i wmurowanego w ścianę niewielkiego sejfu.

– W zbrojowni mamy kilka karabinów i rewolwerów pozostałych po polskiej Policji w 1939r., kilka pamiątek po Niemcach, którzy też mieli tu siedzibę policji, a ostatnio dostaliśmy z Kijowa całkiem dużo amunicji 7,62×25, której akurat kompletnie nie mamy jak wykorzystać. Mundurów, jak widać, brak, a to co dostajemy jest raczej przypadkowe. Budynek nadaje się do użytku, włącznie z aresztem i kwaterą towarzysza naczelnika, ale mebli prawie nie ma – hitlerowcy wywieźli co się dało. Brakuje nam ludzi. Poza mną i Fiedią, którego już mieliście okazję poznać, mamy jeszcze dwie dziewczyny i starego Stiopę – to emeryt, ale w 1920 robił przyspieszony kurs milicyjny – wszystko ochotnicy spośród miejscowych, swój czas dzielą między służbę i naukę z tego, co jest pod ręką. Ja mam staż najdłuższy, bo przed wojną zdążyłem tu przesłużyć prawie dwa lata. W mieście przestępczości prawie nie ma – czasem ktoś kartki ukradnie, czasem ktoś po pijaku chwyci za siekierę… Poza miastem, to inna historia, podejdźcie proszę…

Nie przestając mówić sierżant podszedł do biurka i odsunął dokumenty leżące na wierzchu. Oczom Kostii ukazała się mapa z opisami alfabetem łacińskiem.

– Na wschód, południe i zachód – palec Stawitskiego przesuwał się szybko po mapie – jak okiem sięgnąć, nie ma nic – pola, pastwiska i step. I gdzie-niegdzie wioska. Latem pył, jesienią błoto, a zimą śnieżne pustkowie. Prawdziwy problem jest tu, na północy – palec przesunął się wskazując na spory kompleks leśny – tu siedzą bandy.

– Jakie bandy?

Stawitski wzruszył ramionami.

– Wszelakie. Ukraińskie, polskie, maruderzy, niemieckie niedobitki… Do niedawna jeszcze walczyli z Niemcami, z nami, lub między sobą, ale teraz głównie zajmują się rabunkiem. Jesień niedługo – wiedzą, że trzeba zapasy na zimę zrobić. Ale czasem jakiś zamach zorganizują, wioskę spalą, konwój ostrzelają… – Kostia patrzył na mapę. Znał trochę niemiecki, ale był pewny, że opisy są w innym języku.

– Poparcie wśród miejscowych mają?

– Po wsiach – tak, zwłaszcza UPA. Polskie wsie w większości wyrżnięte, a ludność schroniła się tutaj. Choć przyznać trzeba, że i Polacy akcje odwetowe robili. W mieście spokojnie, nawet kler nie burzy ludzi przeciw władzy radzieckiej.

– Kler? Macie tu czynną cerkiew? Pozwalacie na to?

– Cerkiew, kościół, nawet luterański zbór. Towarzysz Stalin pozwolił na nabożeństwa… A już towarzysz Rakowskij pisał, że pierwsi chrześcijanie byli prawdziwymi komunistami – sierżant puścił do kostii oko i uśmiechnął się kpiarsko. Mołczanow nie drążył. Mimo wysokich not z historii WKP(b), nie miał pojęcia kim był towarzysz Rakowskij.

– Teren dobrze znacie?

– Nawet bardzo. Ja miejscowy jestem, jeszcze przed 1939…

– Polak? – zapytał Kostia starając się nie pokazać po sobie, że jeszcze przed chwilą nie miał pojęcia, że przed 1939r. te tereny należały do Polski.

Stawitski przytaknął.

– To co, za chwilę do ojczyzny?

– Moja ojczyzna tutaj. Tu się urodziłem. Jak przyszła władza radziecka, to miałem za sobą dwa lata studiów prawniczych we Lwowie i wyrok za działalność komunistyczną. Od razu wzięli mnie do milicji. Dzięki temu mogłem tu zostać… – Stawitski zrobił pauzę, ale Kostia nie zrozumiał aluzji – A potem przyszli Niemcy i poszedłem do partyzantki. Stopień mam stamtąd, ale dostałem uznanie z UNKWD. Ale na razie wystarczy o mnie. Chodźcie towarzyszu lejtnancie, pokażę Wam Waszą kwaterę. Ten biały kitel proponuję jednak odłożyć do szafy, za prędko się nie przyda. Jak mówiłem, latem pył, jesienią błoto. Myślę, że znajdziemy Wam jakąś kurtkę skórzaną…

Historia formacji

Po rewolucji, komuniści błyskawicznie rozwiązali ludową milicję podległą Rządowi Tymczasowemu i w jej miejsce postanowili powołać „milicje robotnicze”, które miały być wcieleniem w życie leninowskich idei, w myśl których każdy robotnik miał być jednocześnie obrońcą swojej ojczyzny i stróżem porządku (tak, choć niektórym może się to nie mieścić w głowie, Lenin swego czasu był za powszechnym dostępem do broni; dopiero zderzenie z rzeczywistym poparciem społecznym jakim cieszyli się bolszewicy skutecznie wybiło mu te pomysły z głowy). Początkowo więc były to niewielkie grupki, dowodzone przez nie mających żadnego doświadczenia pracowników politycznych, podległe miejscowym radom. Słabo zorganizowane, uzbrojone i niewyszkolone oddziały luźno powiązane ze sobą nie były do końca tym, o co chodziło Ludowemu Komisariatowi Spraw Wewnętrznych, toteż już w kwietniu 1918r. powołano do życia milicję państwową – Radziecką Robotniczo-Chłopską Milicję. Rok później stworzono bardziej wyspecjalizowane służby – milicję kolejową i wodną, które w historii ZSRR pojawiały się i znikały kilkukrotnie. W październiku 1918 roku utworzono także wydziały kryminalne – „Ugołownyj Rozysk”.

Największym problemem milicji radzieckiej były kadry, szczególnie, że prawo zakazywało zatrudniania pracowników carskiej policji. Radzono sobie z tym różnie – na przykład pierwszy Naczelnik Moskiewskiego Wydziału Kryminalnego (Moskowskij Ugołownyj Rozysk; MUR), Aleksandr Triepałow, świadom swoich braków, ignorował ten zapis całkowicie, obsadzając najważniejsze stanowiska byłymi policjantami (Później wykorzystano te działania jako dowód w procesie przeciwko niemu; Triepałow został rozstrzelany za udział w antyradzieckiej organizacji terrorystycznej w 1937r.). Nie wszędzie jednak naczelnicy mięli na tyle rozsądku i ogólny poziom kadr pozostawiał wiele do życzenia.

Choć od początku tworzono milicyjne kursy dowódcze, dopiero w1921r. otwarto pierwszych siedem oficjalnych szkół i, choć plany zakładały początkowo dwie, otwarto jedną wyższą szkołę milicji – w Piotrogrodzie. Po zakończeniu pierwszego, rocznego cyklu, szkołę przemianowano na Pierwszą Piotrogrodzką Szkołę Średniej Kadry Dowódczej Milicji i rozpisano nowy, tym razem dwuletni cykl nauczania. Do 1925r. utworzono na jej wzór trzy kolejne w różnych częściach RSFRR.

Pod koniec lat 20. radziecka milicja mogła już poszczycić się całkiem dobrze przygotowanymi kadrami, zwalczyć udało się także zjawisko korupcji trapiące tę formację w pierwszych latach istnienia.

Po 1941r. wielu milicjantów powołano do wojska, pozostawiając na stanowiskach najbardziej niezbędny i doświadczony personel, głównie oficerów. Braki kadrowe starano się uzupełniać na każdy możliwy sposób – werbowano ochotników i przeprowadzano mobilizację do jednostek milicji wśród kobiet nie objętych obowiązkową służbą wojskową.

Aby uzupełnić braki wznowiono też milicyjne kursy oficerskie, które, podobnie jak wojskowe, działały w trybie przyspieszonym.

Milicjanci oprócz standardowych działań, musieli także wspierać jednostki obrony przeciwlotniczej w miastach, a także radzić sobie z problemami przedtem niespotykanymi – na przykład w Leningradzie w 1942 roku lawinowo rosła liczba przypadków „bandytyzmu kategorii szczególnej”. Pod nazwą tą krył się kanibalizm, a konkretniej przypadki morderstw popełnianych celem zjedzenia ofiary. O tym jak poważny był to problem świadczy fakt, że w ciągu pierwszego półrocza tego roku, za przestępstwa tego typu miesięcznie zatrzymywano od kilkuset do półtora tysiąca ludzi.

W miarę wyzwalania przez Armię Czerwoną terenów Białorusi i Ukrainy, starano się, o ile to możliwe, jak najszybciej odtwarzać lokalne struktury milicji, często jednak było to niewykonalne i wiele miast musiało na cywilnych stróżów porządku poczekać nawet do połowy 1945r., w międzyczasie tworząc tymczasowe oddziały ochotnicze.

Ze względu na ograniczone siły wojskowe na tyłach, milicjanci często brali udział w odpieraniu ataków partyzantki Polskiej i UPA na terytoriach zajętych przez ZSRR w 1939r. O ile w początkach wojny były to przypadki rzadkie, o tyle po wyparciu Niemców zdarzały się coraz częściej.

Umundurowanie milicji

Milicyjne mundury w ZSRR przechodziły liczne zmiany. Początkowo oddziały milicji nosiły odzież wojskową lub ubiór cywilny. Później kilkukrotnie eksperymentowano z mundurami w kolorze granatowym, szarym, czarnym, szaroniebieskim i zielonym. W 1928 roku osiągnięto pewien kompromis, gdy nakazano szeregowym nosić mundury czarne, dowódcom – granatowe, a wszystkim w okresie letnim – zielone. Podstawowym elementem munduru miała być gimnastiorka o kroju identycznym z wojskową bluzą wz.27. Niestety, kompromis nie utrzymał się długo, bo już w 1931r. milicjanci otrzymali mundury w kolorze szaroniebieskim z kaskiem wzorowanym na nakryciu głowy brytyjskiej policji. Jedynym odstępstwem kolorystycznym był tu mundur letni w kolorze białym. Oznaczenia stopni – błękitne z czerwoną lamówką – upodobniono do wojskowych. Na czapki opracowano nowy wzór odznaki – błękitną gwiazdę z naniesionym na nią herbem ZSRR.

W 1936 roku w milicji przywrócono stopnie oficerskie, a ich oznaczenia, chociaż pozostały na kołnierzach, upodobniono do carskich pagonów, zachowując układ belek, gwiazdek i prześwitów. Odznakę na czapkę zamieniono na sam herb ZSRR, dodatkowo identyczną odznakę naniesiono na rękawy mundurów.

W 1938r. Ponownie zaczęto eksperymentować z kolorami, wprowadzając zielone płaszcze i zmieniając kolorystykę czapek.

Rok później milicyjne oznaczenia stopni powtórnie upodobniono do stosowanych w Armii Czerwonej, przywrócono także na czapkę odznakę z gwiazdą, zmieniając jednak jej kolor na czerwony, herb pozostawiając jednak na rękawie.

W 1940r. milicyjne mundury ponownie zyskały kolor granatowy, zaś czapki uzyskały wygląd, który pozostał w użyciu jeszcze po wojnie – granatowa tulia z czerwoną lamówką, błękitny otok i odznaka wz.39. Białe czapki w wersji letniej nie posiadały lamówek.

W lutym 1943r. stalinowska reforma zawitała także do milicji, przywracając carski styl.

Milicjantom dano pagony nieco węższe od wojskowych, z błękitną lamówką i polem granatowym dla szeregowców i podoficerów, i srebrnym dla oficerów i komisarzy.

Szeregowym wydawano bawełniane gimnastiorki granatowe z prostymi naszywanymi kieszeniami, czapkę według wzoru z 1940r., na lato zaś – pozbawione kieszeni białe gimnastiorki (kroju identycznego jak gimnastiorki szeregowych w Armii Czerwonej) i białe czapki z błękitnym otokiem, pozbawione lamówek. Zestaw uzupełniały granatowe bryczesy z tkaniny bawełnianej, pozbawione lamówek oraz oficerki kirzowe bądź juchtowe. Zimą nosić mieli także płaszcze dwurzędowe koloru granatowego i brązowe kubanki z granatowym kołpakiem. Jako mundur galowy stosowano pozbawioną kieszeni kurtkę ze stójką, w kolorze granatowym z lamówką wokół kołnierza. Przy mundurach szeregowych i podoficerów stosowano guziki wykonane z białego metalu

Oficerom Wydano podobne gimnastiorki (zwykle z tkaniny wełnianej), z tym że zarówno granatowe, jak i białe miały kieszenie z zaszewkami i mosiężne guziki. Stosowano bryczesy z błękitną lamówką lub bez lamówki, a także spodnie prostego kroju z lamówką. W zależności od rodzaju spodni, noszono oficerki ze skóry gładkiej lub takież trzewiki. Zamiast gimnastiorki oficerowie często nosili kurki mundurowe ze stójką, zaopatrzone w kieszenie na piersi i pięć mosiężnych guzików. Kurtki były odpowiednio granatowe i białe. Do munduru galowego stosowano kurtki podobnego kroju jak podoficerskie, z lamówką wzdłuż linii guzików, kołnierza i mankietów, z patkami na kołnierzu i mankietach. Płaszcze oficerskie od podoficerskich różniły sie jedynie użyciem mosięznych guzików.

Oporządzenie było identyczne z wojskowym, wykonane z brązowej skóry.

Uzbrojenie milicjantów w tym czasie stanowiła zwykle broń krótka – rewolwery Nagant i pistolety TT, choć w rejonach niebezpiecznych (np. w oblężonym Leningradzie i strefach przyfrontowych, później zaś także w rejonach działalności wrogiej partyzantki, milicjantom wydawano broń długą.

Sylwetka

Przedstawiona sylwetka to młodszy lejtnant milicji w mundurze letnim, przygotowujący się do objęcia obowiązków naczelnika w prowincjonalnym miasteczku na zachodniej Ukrainie. Ponieważ oficer pozostaje poza służbą, nie nosi pasa z koalicyjką ani broni. Na głowie nosi czapkę letnią z charakterystycznym emblematem milicyjnym. Spodnie to regulaminowe bryczesy bez lamówek, wpuszczone w cholewy oficerek ze skóry gładkiej. Kurtka to biała służbowa kurtka letnia. Nad prawą kieszenią widoczna odznaka Komsomołu.

W zwykłej fibrowej walizce oficer przewozi swój skromny dobytek – czapkę służbową, gimnastiorkę (dla szeregowych) granatową i gimnastiorkę letnią; broń wydaną na czas podróży – pistolet TT, nieco odzieży cywilnej, przybory do pisania, dokumenty – legitymację, książeczkę wojskową i rozkaz wyjazdu – oraz odznaki uzyskane w toku działalności w Osoawiachimie – „Woroszyłowski Strzelec” i „Woroszyłowski jeździec” oraz „Gotów do obrony przeciwlotniczej i przeciwchemicznej”.

Wykorzystanie sylwetki

Sylwetka milicjanta nadaje się do wykorzystania podczas inscenizacji skupiających się na działaniach podziemia powojennego, pozostałego na terytorium zajętym przez ZSRR. Posterunki milicji były jednym z bardziej oczywistych celów dla grup partyzanckich, zaś naczelnicy stanowili wdzięczny cel zamachów.

Sylwetka, naturalnie, może być także użyta w wersji „bojowej” – tj. granatowej. Wybór munduru letniego na potrzeby prezentacji podyktowany był chęcią odróżnienia tej sylwetki od dwu poprzednich. Wszak na pierwszy rzut oka mundury kolejowe i milicyjne były w owym czasie dość podobne.

Autor: Kamil Szustak

Bibliografia:

L. Tokar’, Istorija Rossijskogo Formiennogo Kostiuma. Sowietskaja Miliccija 1918-1991, Sankt Petrsburg, 1995r.

Dos’e kollekcija (Sekretnyje Materiały), specialnyj wypusk, nr 8, 2010r.

http://www.vedomstva-uniforma.ru/history-1.html, Dostęp 05.07.2020r.

http://army.armor.kiev.ua/, Dostęp 05.07.2020r.