Ćwiczenie Volkssturm 2020

Jako że ten rok nie był dla ruchu rekonstrukcyjnego (i, w sumie, to chyba dla nikogo) zbyt łaskawy, postanowiliśmy trochę ponadrabiać organizując zajęcia wewnętrzne. Pojawił się też pomysł tchnięcia nieco życia w te rzadziej używane obszary naszych zainteresowań. Na styku tych dwu pomysłów w ostatni weekend września zorganizowaliśmy krótkie ćwiczenie w masywie Ślęży.

Choć pierwotny plan zakładał także nocleg w terenie, brak czasu sprawił, że ostatecznie ograniczyliśmy się do jednego dnia. Aby było inaczej niż zwykle, postanowiliśmy wyjść tym razem jako Volkssturm z 1945r. Naprędce udało się nam dopasować lokalizację tak, aby uzasadnić obecność volkssturmistów stosunkowo daleko od terenów zabudowanych – otóż na stoku Czernicy działał kiedyś kopalnia chromitu. Choć już na początku lat 40. Straciła większe znaczenie, to w 1945r. obiekt był na tyle ważny, że został przez Niemców wysadzony. Uznaliśmy, że ochrona części obiektów kopalnianych mogła zostać pod koniec wojny powierzona właśnie volkssturmistom, żeby nie odciągać od ważniejszych zadań jednostek regularnych.

Żeby uniknąć chodzenia wyłącznie w cywilnych ciuchach, zdecydowaliśmy się na bardziej wyraziste sylwetki:

– były rezerwista skreślony z ewidencji z powodu złego stanu zdrowia – kurtka m36 pozbawiona insygniów, koszula w paski z charakterystycznym –wysokim i ostrym kołnierzem, szeroki krawat w paski, spodnie szare gabardynowe. Do tego robocze trzewiki z grubymi skarpetami, pas z klamrą cechu murarzy i kaszkiet.

– Zmobilizowany pracownik Deutsche Reichsbahn – kurtka kolejarska z lat 20. (wybarana by oszczędzić aktualny mundur m41), spodnie robocze z zielonkawego drelichu, furażerka służbowa DRB, pas mundurowy i cywilne trzewiki podkute gwoździami.

Mając tak zarysowane tło, w sobotni poranek, w strugach deszczu dojechaliśmy do przełęczy Tąpadła. Pod wiatą zasiedliśmy do mapy. I tu wyszedł pierwszy problem, bo okazało się, ze reprint niemieckiej mapy nie trzyma oryginalnej skali, w związku z czym trudno było prawidłowo ocenić odległości. Na szczęście z pomocą oryginalnych pomocy dydaktycznych udało się zlokalizować poszukiwany obiekt na mapie i wyznaczyć trasę. Jak się później okazało, większość dróg pokrywa się z przedwojennym przebiegiem.

Nie było co dłużej marudzić, plecaki na grzbiet, czapki na głowy, Celty na plecy i ruszyliśmy. Choć od góry byliśmy trochę chronieni, spodnie szybko ponasiąkały wodą. Sytuacji nie ułatwiały też wysokie trawy i dość liczne cieki wodne przecinające drogę, dodatkowo jeszcze zasilane potokami wody lejącymi się drogą – efekt całej nocy intensywnych opadów.

Pomimo braku oznaczeń, dość łatwo udało nam się znaleźć jedno z wejść do kopalni, kryjące się na końcu stromego jaru (niegdyś pewnie drogi dojazdowej). Samej kopalni jednak nie udało się zwiedzić, gdyż zaraz na początku ustawiono stałą kratę. Widać sezonowy dostęp, który ponoć zdarzał się w poprzednich latach, został juz całkowicie zakazany. Jakkolwiek teren nijak raczej nie przypomina stanu z końca wojny, przy wejściu rozbijamy obozowisko. Rozwieszamy płachty namiotowe nad wejściem, domaskowując je dostępnym materiałem. Z powalonych konarów i przyniesionych w plecakach worków jutowych (napełnionych na miejscu ziemią) budujemy niską barykadę blokującą dostęp do kopalni. W międzyczasie przestaje padać. Na esbitowskim kocherze gotujemy wodę na kawę i herbatę, po lekkim rozgrzaniu się ruszamy na krótki patrol, pozostawiwszy przedtem plecaki w przygotowanej uprzednio skrytce materiałowej. Po powrocie przyrządzamy obiad. Spożyty z garnka aluminiowego i pierwszowojennej niemieckiej menażki ciepły posiłek rozgrzewa i poprawia humory. Powtórzywszy zagadnienia nawigacji, zwijamy obozowisko i późnym popołudniem wracamy na przełęcz.

Zajęcia pozwoliły, oprócz, zadań zaplanowanych, przećwiczyć wykorzystanie przedmiotów codziennego użytku z epoki w nieco trudniejszych warunkach atmosferycznych.

Autor: Kamil szustak

Zdjęcia: Maciej Mądry