Pociąg Repatriantów 2019

W wyjątkowo zimną, marcową sobotę dwóch przedstawicieli naszej Grupy wzięło udział w kolejnej edycji wydarzenia historyczno-edukacyjnego o nazwie „Pociąg Repatriantów”. Głównym organizatorem tego przedsięwzięcia jest Oleśnickie Stowarzyszenie Miłośników Techniki „Olsensium”. Idea projektu polega na tym, że zarówno rekonstruktorzy, jak też publiczność jadą wspólnie zabytkowym składem pociągu z Oleśnicy (Dolnośląskie), przez Kępno (Wielkopolska) do Wieruszowa (Łódzkie). Przejazd ma upamiętnić wszystkich, którzy po wojnie jechali koleją na Ziemie Zachodnie, stając się dla podróżnych okazją do przeniesienia się w realia tamtych czasów.

Prezentacja najciekawszych sylwetek rekonstrukcyjnych – dworzec kolejowy w Oleśnicy

Większość uczestników stara się co roku w pewien sposób ustylizować swoje stroje – choć nie jest to w żadnym razie wymogiem. W wagonach spotykamy zatem zarówno świetne stylizacje, godne najlepszych imprez rekonstrukcyjnych, jak też trochę gorsze. Spora część podróżnych jedzie po prostu we współczesnych ubraniach. Rekonstruktorzy uczestniczący w projekcie prezentują sylwetki Armii Czerwonej, Wojska Polskiego, Milicji oraz niedobitków wojsk III Rzeszy.

Na każdej z mijanych stacji licznie zjawia się miejscowa ludność, oglądająca pociąg i jego ekipaż. Lokalne organizacje społeczne zawsze dbają o serdeczną gościnę, poczęstunki są wyjątkowo smaczne i obfite, przygrywają muzykanci i aż nie chcę się jechać dalej. Zazwyczaj skład ciągnięty jest przez parowóz, niestety w tym roku z powodu nagłej awarii parowa lokomotywa została zastąpiona przez – równie zabytkowy – spalinowóz.

W tym roku przedstawiliśmy nasze nowe sylwetki Straży Ochrony Kolei. Podróżowaliśmy na podestach wagonów osobowych, kryjąc się przed szczególnie dotkliwym wiatrem. Niedaleko Oleśnicy skład został zaatakowany przez nieznanych napastników. Na szczęście jednym z wagonów podróżowała całkiem liczna grupa żołnierzy polskich i radzieckich, którzy odpowiedzieli ogniem. Korzystając z zamieszania, nasi sokiści oskrzydlili atakujących, zachodząc od tyłu stanowisko rkm. W tym samym czasie wojsko ruszyło do frontalnego ataku i wspólnie udało się rozgromić napastników. Okazało się, że była to zbieranina ludzi w mundurach Wehrmachtu, SS i HJ oraz kilku cywili. Ocalałych z potyczki członków „bandy” zatrzymano na platformie pod strażą wojska.

Służba Ochrony Kolei w śmiałym ataku na pozycje bandytów…

Dalsza podróż przebiegała już bez zakłóceń, aż do Sycowa, gdzie wśród bardzo licznej publiczności przeprowadzono kolejną mini inscenizację. Tym razem napastnicy ukryli się na ceglanej wieży wodnej, skąd ostrzelali pilnujących pociągu żołnierzy i sokistów. Po niezbyt długiej strzelaninie udało się podejść do budynku i zarzucić go granatami, co pozbawiło siedzących w nim ochoty na dalszą walkę. Tu również – o dziwo – okazało się, że zaatakował nas jakiś mały oddziałek Wehrwolfu. Ujętych żywcem wrogów szybko przejęli Sowieci w charakterystycznych niebieskich czapkach….

Kępno i Wieruszów przywitały nas serdecznie i wesoło, muzyką i ciepłymi posiłkami. Pomimo pogarszającej się wciąż pogody – do zimna i wiatru doszedł gęsty, denerwujący deszczyk – atmosfera była wyjątkowo radosna. Wreszcie nadszedł czas powrotu do Oleśnicy, tym razem tylko z krótkimi, technicznymi przerwami.

Projekt historyczny “Pociąg Repatriantów” na stałe zagościł w kalendarzu imprez pogranicza trzech województw. I bardzo dobrze, gdyż jest to wspaniała lekcja historii dla najmłodszych, nostalgiczna podróż w czasie dla najstarszych i znakomita przygoda dla wszystkich. Każdemu, kto w jakimś stopniu interesuje się historią, militariami czy też techniką kolejową można śmiało polecić wykupienie biletu na kolejną, przyszłoroczną edycję pociągu…

Zdjęcia zostały zaczerpnięte z internetu.

Autor: Marcin Morawski

Piknik militarny w Rydułtowach 2019

3. maja 2019r. pięciu członków naszej grupy wzięło udział w pikniku militarnym w Rydułatowach. Po sąsiedzku ze stoiskiem „współczesnym” wystawionym przez Ranger Survival Club, wystawiliśmy dioramę prezentującą polowy posterunek żandarmerii[1] dywizyjnej  z wiosny 1945r., obsadzony przez żandarmów, do których, po przejęciu przez nich podejrzanej niemieckiej dokumentacji, dołączył oficer delegowany z dywizyjnego Oddziału Informacji.

Oprócz analizy dokumentów żandarmi przeprowadzili kilka patroli, w toku, których aresztowano dezertera oraz… drużynę harcerską. Aresztowany dezerter po przesłuchaniu został osadzony- pod strażą –  w zaimprowizowanym areszcie, zaś harcerze zostali zwolnieni.

Uzupełnieniem dioramy była tablica informacyjna oraz niewielka wystawka prezentująca sylwetkę żandarma z 6DP, przedwojennego kaprala 10PSK, starszego wachmistrza Łukasza Trusza.

Przed godziną pierwszą odbyła się inscenizacja wydarzeń, które miały miejsce w Rydułtowach w czasie Powstań Śląskich, w której udział wzięło – po uprzedniej zmianie ubioru – kilku członków naszej grupy. Choć obszar inscenizacji był niewielki, to ze względu na dość gęsto rosnące krzaki i znaczny spadek terenu, pozwolił na stworzenie dość realistycznej inscenizacji. Całość trochę psuł fakt, że zgodnie ze scenariuszem, działania toczyły się w nocy.

Po inscenizacji, przedstawiciele lokalnych instytucji oddali hołd powstańcom składając wieńce pod pomnikami upamiętniającymi te wydarzenia.

Chociaż pogoda nie dopisała (inscenizacja odbywała się w deszczu) a impreza byłą dość słabo rozreklamowana (informacje o niej znalazły się tylko w internecie), zgromadziła stosunkowo liczną publikę. Być może w przyszłym roku nabierze nieco większego rozmachu.

Autor: Kamil Szustak


[1] Nazwa „żandarmeria” oficjalnie funkcjonowała w WP an wschodzie tylko między listopadem 1944 a lutym 1945r., była jednak używana zwyczajowo, również w dokumentach oficjalnych, przez cały okres funkcjonowania 1 i 2 AWP. Należy jednak pamiętać, że nie była to jedyna nazwa stosowana w odniesieniu do tej formacji.

Piechota… Szara a może jednak piaskowa? Albo pstrokata? Kilka słów o umundurowaniu 1 i 2 AWP.

Niniejszy artykuł stanowi rozwinięcie tekstu opublikowanego pierwotnie na portalu dobroni.pl. W nowej wersji uwzględniłem wnioski z dyskusji pod oryginalnym artykułem, a także kilka ciekawostek znalezionych w literaturze przedmiotu. Oryginalny artykuł znaleźć można pod adresem:
https://dobroni.pl/n/szara-piechota/19924


Zdjęcie 1 – wykonane na poligonie w Biedrusku, niedługo po wojnie (1946r.), jednak z cała pewnością przynajmniej część osób przedstawionych w wojnie udział brała. Leżący po stronie lewej ma gimnastiorkę wz.43 bez kieszeni z doszytymi naramiennikami i “kuricę” na czapce, co może wskazywać, na weterana 1DP, dla którego nie starczyło polskich mundurów. Spośród stojących, tylko stojący pośrodku ma w miarę regulaminową kurtkę. Stojący po lewej ma pozbawioną górnych kieszeni kurtkę z krytymi guzikami (niemiecka Fliegerbluse?). Warto też zwrócić uwagę na rozmaitość pasów – żaden z żołnierzy nie ma regulaminowego pasa, dwóch nosi z całą pewnością pasy niemieckie. (Zdjęcie ze zbiorów autora)

Kilkukrotnie już spotkałem się z twierdzeniami o jednolitym umundurowaniu żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego i określaniu każdego, kto wykorzystuje elementy nieregulaminowe, radzieckie lub niemieckie mianem „mumina” (może nie wprost, ale taki był sens). Kilkukrotnie też spotkałem się z krytyką stosowanego przez większość członków naszej grupy koloru mundurów (szarozielony) jako niepoprawnego i wymagającego zastąpienia jedynie słusznym (piaskowozielony). W niniejszym tekście chciałbym się odnieść do obu tych kwestii, choć kwestii koloru poświęcę znacznie mniej miejsca.

Skąd szarozielony kolor mundurów?

Gdy zaczynałem przygodę z rekonstrukcją, było dla mnie jasne, ze mundury powinny być w kolorze piaskowym – choćby dlatego, ze taki kolor miały najczęściej radzieckie mundury drelichowe wz.43. A że w najważniejszej chyba wydanej w czasach PRL pracy o mundurach WP[1] mundury pokolorowano na szarozielono? Pewnie błąd w druku, nie jedyny w tej pracy. Że w „książeczce” Stevena J. Zalogi[2] o polskich żołnierzach z okresu drugiej wojny światowej przedstawiono żołnierzy 1AWP w mundurach szarozielonych? Nie pierwszy byłby to błąd w jego książkach. Co prawda jedyne wówczas posiadane przeze mnie elementy umundurowania Wojska Polskiego na Wschodzie miały kolor, którego nijak nie dało się podciągnąć pod piaskową zieleń, ale oba te elementy były nieregulaminowe. Oba też zresztą nie były szarozielone. A zatem – ma być piasek.

Ponieważ mieliśmy możliwość zapytania o kolor mundurów weterana 18pp. Jako próbki przedstawiliśmy więc wspomnianą wyżej nieregulaminową kurtkę z 2AWP, kurtki polowe wz.52 (w dwóch różnych kolorach), i kilka radzieckich gimnastiorek letnich w różnych odcieniach. Który kolor okazał się właściwy?

Żaden.

Weteran stwierdził, że owszem, były różne odcienie, w tym piaskowy, ale w 18 pułku najwięcej było mundurów szarozielonych. W jakim konkretnie odcieniu? „Jak moro wywrócone na lewą stronę.”[3]

No cóż, ze źródłem trudno się kłócić, ale pamiętałem jeszcze ze studiów zasadę „Eine quelle – keine quelle”. Jeżeli jedno źródło tak podaje, to należy poszukać potwierdzenia w innych źródłach. Po pierwsze wróciłem do „Żołnierza polskiego…” i w opisach ilustracji znalazłem wzmiankę o szarozielonym kolorze mundurów. Również na zdjęciach z ekspozycji w Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu można było dostrzec szary mundur (choć wypada tu wspomnieć, ze większość mundurów na wystawie jest jednak bardziej piaskowa). Znacznie lepsze jednak potwierdzenie barwy mundurów znalazłem w literaturze – i to wskazujące, ze szarozielone mundury wydawano już w pierwszych jednostkach WP:

„W końcu maja zaczęto wydawać oficerom polskie mundury oraz czapki rogatywki. Mundury były drelichowe, szarego koloru [podkreślenie moje – K.S.] z naramiennikami z sukna koloru khaki.”[4]

Gwoli ścisłości należy dodać, ze akapit niżej znajduje się informacja o tym, że mundury szeregowych różniły się tym, że czapka była sukienna, a mundur miał kolor „jasny khaki”[5], dowodzi to jednak niezbicie, że mundury szare były w użyciu. Fakt, że zasugerowano, iż były one przewidziane dla oficerów, wskazuje raczej na pochodzenie mundurów z dwu różnych dostaw – pierwszą wykorzystano dla oficerów, drugą dla reszty stanu osobowego. Można zatem przyjąć, że już w pierwszych jednostkach polskich funkcjonowały różne kolory mundurów.[6] I tak oto przechodzimy do kolejnej kwestii:

Czy żołnierze 1 AWP byli jednolicie umundurowani?

W pierwszych jednostkach Wojska Polskiego tworzonych w Sielcach, żołnierzom w pierwszej kolejności wydawano mundury radzieckie, tłumacząc, że są to mundury ćwiczebne, zaś mundury polskie dopiero są szyte i zostaną dostarczone później. Z tym że już tutaj zdarzało się, że nie dla wszystkich żołnierzy starczyło należnych elementów umundurowania, bywały więc przypadki, ze żołnierze dłuższy czas nosili ubiory cywilne lub mundury niekompletne.[7] Oczywiście wydanie mundurów radzieckich nie zostało przyjęte zbyt pozytywnie przez żołnierzy [8]. Na zdjęciach z okresu szkolenia 1DP widać mundury zaopatrzone w naramienniki typu polskiego i orły na czapkach – wykonane własnym sumptem przez żołnierzy.[9] Co ciekawe, kobietom – żołnierzom wydano początkowo identyczne komplety mundurowe jak mężczyznom – tj. radzieckie gimnastiorki szeregowych wz. 43 i bryczesy wz.31, zamieniając tylko furażerki na berety wz.41[10]. Mundury „polskie” zaczęto wydawać oficerom w końcu maja, zaś szeregowcom i podoficerom – w końcu lipca. Warto wspomnieć, że z dopasowaniem rozmiarowym bywały poważne trudności.[11] Jak wspomniałem wcześniej, przynajmniej w 2pp mundury wydane oficerom różniły się kolorem od tych wydanych później reszcie stanu osobowego, co należy raczej tłumaczyć wykonaniem mundurów z dwu partii materiału niż zamiarem dodatkowego odróżnienia oficerów od podoficerów i szeregowych. Co zaś tyczy się polskości mundurów – jakkolwiek kurtki mundurowe oparto na kurtkach wz.36, to nie były ich wierną kopią ze względu choćby na ilość guzików i wykonanie naramienników z sukna przy kurtce wykonanej z drelichu.[12] Również rogatywki różniły się od stosowanych przed wojną, jednak największą różnicę da się zauważyć w przypadku spodni – tu również zastosowano radzieckie bryczesy wz.31, choć w pierwszych wydanych partiach podobno bryczesy były wykonane z tego samego materiału co kurtki, co wskazywałoby na produkcję specjalnie dla WP. Powód zastosowania bryczesów zamiast spodni wz.36 wydaje się dość oczywisty – wykonanie specjalnego obuwia dla WP byłoby po prostu zbyt drogie. Dlatego też żołnierzom polskim wydano radzieckie trzewiki skórzane lub kirzowe oraz kirzowe oficerki.[13] Do tego zaś obuwia bardziej pasowały bryczesy niż proste spodnie.

W tym miejscu chciałbym też zwrócić uwagę wszystkim „ujednolicaczom” sławiącym pod niebiosa jedynie słuszne kurtki produkcji firmy Shuster – kurtki te są niewątpliwie wykonane z dobrego materiału i mają rewelacyjnie wykonane guziki, ale mają one pewien podstawowy błąd – plecy wykonane z dwu części i całkowicie pozbawione rozporów, podczas gdy kurtki wz. 43 powinny, według warunków technicznych, mieć plecy wykonane z jednego kawałka z dwoma bocznymi rozporami. Nie twierdzę, ze w czasie wojny kurtki inaczej szyte nie występowały – zachowane zdjęcia pokazują oba typy wykroju pleców – ale były one niezgodne z warunkami technicznymi. Nikomu oczywiście nie każę z takiej kurtki rezygnować, pragnąłbym jednak zwrócić uwagę, że chcąc poprawiać innych warto samemu błędów unikać. Dodam tutaj, ze pierwsza kurtka mundurowa w jakiej występowałem jako rekonstruktor również nie miała prawidłowo uszytych pleców, na co, całkiem słusznie, zwrócił mi kiedyś uwagę ówczesny dyrektor MOP w Kołobrzegu.

Wracając jednak do tematu warto dodać, że kobietom wydawano kobiece kurtki mundurowe (zapinane na lewo, odwrotnie niż męskie) i bufiaste spodnie za kolano. Znane są jednak już z 1943r. zdjęcia kobiet noszących męskie kurtki mundurowe i spódnice radzieckie – granatowe bądź w barwach ochronnych. Ze względu na brak dostatecznej ilości źródeł trudno jednak ocenić jak częste były takie przypadki.

Na osobną uwagę zasługują też oznaczenia stopnia i rodzaju wojsk/służb. Do oznaczania stopni podoficerskich wykorzystywano początkowo… troczki od kalesonów[14]. Brak jest dokładnych informacji odnośnie oznak rodzaju wojsk, wiele jednak wskazuje na to, ze nie były one w powszechnym użyciu, według niektórych relacji wykonywano je często samodzielnie z dostępnych materiałów. Jako ciekawostkę można zaznaczyć, ze np. w 1BAA żołnierze otrzymali większą ilość „trójkącików” w barwach artylerii dopiero latem 1944r. od wychowanków domu dziecka, którym żołnierze się opiekowali.[15].

Mimo wszystko jednak, ruszając pod Lenino, 1DP była umundurowana dość jednolicie. Mundury mogły różnić się kolorem, ale zachowywały ten sam krój. Jednak część żołnierzy nie otrzymała polskich mundurów. Były to przypadki rzadkie i dotyczyły głównie służb tyłowych, ale się zdarzały.[16]

A zatem, w odniesieniu do jednostek 1DP pod Lenino na pytanie postawione w śródtytule możemy odpowiedzieć twierdząco. Z małymi może zastrzeżeniami.

A co było potem?

A potem przestało być tak różowo (Przepraszam, szaro-piaskowo). W samym tylko 2pp bezpośrednio po bitwie brakowało mundurów i butów, ze względu na zniszczenie części wozów taborowych. Dodatkowo naprawy wymagało około 500 par butów (których z wyżej wspomnianej przyczyny nie można było zastąpić innymi) – problem był na tyle palący, ze wszystkich szewców w pułku zwolniono z zajęć szkoleniowych.[17] Do użytku nie nadawały się też często mundury rannych żołnierzy – choć odgórne instrukcje nakazywały odzyskiwać i reperować zużyte umundurowanie, często było to niemożliwe.

W listopadzie wydano żołnierzom 1DP umundurowanie zimowe: „szeregowi i podoficerowie piechoty otrzymali watowane spodnie i kurtki, tzw. kufajki, a artylerzyści kożuchy. Oficerom wydano granatowe spodnie z diagonalu, sukienne kurtki i futrzane ocieplacze. Wszyscy artylerzyści otrzymali też filcowe buty, tzw. walonki.”[18] Również wszyscy oficerowie od dowódcy kompanii wzwyż otrzymali kożuchy.[19] Granatowe spodnie prawdopodobnie wzięły się z przedwojennych zapasów Armii Czerwonej, z którymi nie było co zrobić. Wprawdzie regulamin mundurowy z 1943r przewidywał dla wszystkich żołnierzy spodnie granatowe, ale wyłącznie do munduru galowego. Tymczasem do 1941r. spodnie takie przysługiwały oficerom także z mundurem służbowym, w związku z czym wyprodukowano ich ogromne ilości, a w 1941r. nowy regulamin zabraniał ich stosowania, zaś aż do końca 1945r. mało który oficer (nie wspominając o niższych szarżach) posiadał mundur galowy. Spodnie granatowe faktycznie wykonane były z grubszego materiału, toteż zapewniały lepszą ochronę przed chłodem. Kwestie maskowania rozwiązywano zwykle stosując zimowe ubiory maskujące ZMK.[20] Choć w sylwetkę żołnierza wkradło się już nieco pstrokacizny, która zresztą dość szybko stała się popularna, to w dalszym ciągu oddziały polskie zachowywały pewną jednolitość umundurowania, stare mundury co najwyżej straszyły łatami i innymi śladami reperacji. I tylko niektórzy żołnierze wracający ze szpitali pojawiali się w elementach umundurowania radzieckiego.[21]


Zdj. 2 – Dwóch oficerów 1pp – chor. Jan Dragun i chor. Leon Dendys. Chorąży Dragun (1 kompania moździerzy) nosi radziecką gimnastiorkę wz.43 z doszytymi naramiennikami. Ponieważ gimnastiorka jest “oficerska” – z kieszeniami – nie jest to na pewno pozostałość po czasach Sieleckich.  Zdjęcie z ksiażki “Na drodze stał Kołobrzeg”.

Zdj. 3 -Saperzy 6dp Michał Oleksiuk i Jerzy Droń. Michał Oleksiuk nosi radziecka gimnastiorkę wz.35 (!) – element umundurowania, który nigdy nie był wydawany w WP. Zdjęcie z książki “Na Drodze stał Kołobrzeg”. 

Problemu z umundurowaniem nie miały także kolejne jednostki tworzone w Sielcach. Kłopot pojawił się w formowanych latem 1944r. kolejnych jednostkach 1AWP[22] oraz, w jeszcze większym stopniu, w 2AWP. W tej ostatniej zresztą świadomość braków miał nawet jej dowódca – na spotkaniu z oficerami miał ponoć powiedzieć: „chcielibyście na pewno, żebym was przyzwoicie ubrał. Mundurów wam nie dam, bo nie mam”[23].


Zdj. 4 – Grupa żołnierzy 16pp (i oficer radziecki). W ostatnim rzędzie, w cywilnej marynarce (wspomniany w tekście) weteran, dla którego munduru zabrakło ze względu na niski wzrost. Warto także zwrócić uwagę na niemieckie trzewiki u siedzących, sztylpy (pochodzenia niemieckiego lub radzieckiego) u trzeciego po prawej w pierwszym rzędzie, a także na rozmaitość pasów (w tym niemieckie) i kolorów mundurów. Zwracają też uwagę patki typu przedwojennego u oficera z Krzyżem Walecznych. Lato 1944r. Zdjęcie ze zbiorów rodziny weterana. 

Z 1AWP znany jest przypadek, gdzie żołnierzom wydano mundury „z odzysku”, nie tylko nie naprawiane, ale z których nawet nie usunięto śladów krwi poprzednich właścicieli – „Dopiero w połowie grudnia dostaliśmy mundury drelichowe – całkiem podarte i z wielkimi rudymi plamami krwi. Robi się piekło, bo nie chcemy mundurów ściągniętych z zabitych. To poskutkowało. Wreszcie są mundury, wprawdzie drelichowe na zimę, ale całe i czyste. Do tego wydano nam płaszcze made in USA nie do zdarcia, prawdziwy skarb.” [24] Warto dodać, że kolory płaszczy już od samego początku nie były jednolite (w pierwszych jednostkach starano się zachować jednolitość w ramach danego oddziału) – jako pierwsze wydawano płaszcze z „jasnego” sukna radzieckiego (koloru „kawa z mlekiem”), później często wydawano już płaszcze „bure”(również z radzieckiego sukna) oraz płaszcze z amerykańskiego sukna w kolorze zielonym. Na oddzielną uwagę zasługują także wzmianki o płaszczach w kolorze „gołąbkowo-koniczynowatym” – szare, wpadające w fiolet (!), które pojawiły się w 1945r. w 6DP.[25] Według płk. Józefa Pytla, weterana 18pp, w początkach 1945r. w 8. pułku zapasowym żołnierzom niektórych kompanii wydano radzieckie „bure” szynele dla szeregowych, zaś fizylierom, którzy wyróżnili się podczas defilady przed wizytującym jednostkę generałem Berlingiem wydano właśnie owe błękitno-fioletowe płaszcze. Żołnierzy do jednostek docelowych wysyłano w tym, co mieli na sobie, toteż na front trafiły zarówno dziwacznie ubarwione płaszcze, jak i radzieckie szynele.


Zdj. 5 – Grupa żołnierzy, prawdopodobnie z 6DP w rejonie Kołobrzegu. Warto zwrócić uwagę na niezmodyfikowane płaszcze radzieckie widoczne u dwóch z nich. Warto także zwrócić uwagę na patki wz.45. (“Na drodze stał Kołobrzeg”) 

Do ogólnej pstrokacizny swoją cegiełkę dokładali też oficerowie-indywidualiści – z okresu formowania 1BK znane są przypadki noszenia przez oficera przedwojennej rogatywki garnizonowej ale też kozackiej papachy[26]


Zdj. 6 – Inny przykład oficerskiej fantazji w kwestii nakryć głowy i jednocześnie kolejny przykład użycia “oficerskiej” gimnastiorki w WP – tym razem przez osobę wyżej postawioną. płk. Kazimierz Wikientiew, dowódca 2BAH, ok. 1945r. (“Na drodze stał Kołobrzeg”) 

Jesienią 1944r. sytuacja mundurowa przedstawiała się tak źle, że w 1AWP, po zetknięciu z Armia Krajową pojawiały się twierdzenia, ze szeregowi partyzanci często wyglądają lepiej niż oficerowie WP. Ze wszystkich jednostek donoszono też o fatalnym stanie umundurowania zarówno szeregowych, jak i oficerów oraz brakach w elementach umundurowania.[27] Spóźnił się także przydział bielizny i odzieży zimowej – większości jednostek wydano ją dopiero w styczniu. [28] Zimą 1944-45 w większości jednostek nie wydano także strojów maskujących – pod Warszawą w niektórych jednostkach w związku z tym zakładano bieliznę na mundur.[29]

W początkach 1945r. zaopatrzenie mundurowe zawodziło już na tyle, że w oddziałach WP zaczęto uzupełniać braki mundurowe elementami mundurów niemieckich (i to nie tylko jeśli chodzi o obuwie) oraz szyjąc mundury z dostępnych materiałów.


Zdj. 7 – Chor. Stanisław Nałęcz-Komornicki z 2 km 14pp w czymś, co wygląda na przerobiony mundur niemiecki, na pewno zaś nie jest regulaminową kurtką wz.43. Warto także zwrócić uwagę na odznakę POS i prawdopodobnie krzyż harcerski. (“Na drodze stał Kołobrzeg”)

Zdj. 8 – Stanisław Olechnowicz, weteran 1pp, tu jako oficer 9pp w nieregulaminowej kurtce typu frencz – prawdopodobnie niemieckiego pochodzenia (“Na drodze stał Kołobrzeg”) 

Dla żołnierzy prawdziwym świętem były przypadki takie, jakie zdarzyły się w 18pp, gdzie we Włocławku natrafiono na cały magazyn przedwojennych polskich mundurów sukiennych.[30] Sytuacja w połowie 1945r. pogorszyła się na tyle, że dowódca Armii wydał rozkaz kategorycznie zakazujący noszenia elementów umundurowania niemieckiego i radzieckiego, jednak jego wykonanie było absolutnie niemożliwe.[31] O tym jak powszechne było stosowanie elementów umundurowania niemieckiego niech zaświadczy fragment wspomnień oficera WP – opisał on przypadek, gdzie jeden z szeregowców na Pomorzu udał się do znajdującej się w niemieckich rękach wsi po wodę. Żołnierz ów, wyruszając „ostrzegł naszych żołnierzy z piechoty zajmującej przed nami stanowiska, żeby podczas jego powrotu nie wzięli go za fryca i nie ostrzelali. Ta obawa była całkowicie uzasadniona, bo wszystko, co miał na sobie, było niemieckie.” Następnie „Na podwórku przy jednym z domów napotkał trzech żołnierzy niemieckich, którzy nabierali do manierek wodę ze studni. Stali przy niej jeden za drugim, on więc stanął na końcu, nie wywołując swoim wyglądem żadnych podejrzeń.”[32]


Zdj. 9 – Por. Leon Majmeskułow w kurtce z otwartym kołnierzem, tu akurat prawdopodobnie niemieckiego pochodzenia. Warto zwrócić uwagę na cywilny krawat. (“Na drodze stał Kołobrzeg”) 

O tym jak częste były przypadki wykorzystania niemieckich mundurów świadczy też fakt, że po przybyciu 1BK na Pomorze, żołnierzom wydano spodnie prosto z niemieckich magazynów mundurowych, gdyż stan spodni w brygadzie przedstawiał się tragicznie.[33] Zresztą w marcu 1945r. dokonany przegląd wykazał, że niemal połowa żołnierzy brygady nosiła mundury niemieckie, jedynie z orłami na czapkach i polskimi dystynkcjami na naramiennikach. W związku z tym własnymi siłami w jednostce uszyto mundury kroju polskiego z przejętych zapasów niemieckich materiałów.[34]

Informacje o brakach mundurowych znajdziemy także w szeregu innych prac dotyczących historii 1AWP – na wzmiankę zasługuje tu zwłaszcza „Na drodze stał Kołobrzeg” Alojzego Srogi, gdzie znaleźć można takie smaczki jak wykorzystanie przez żołnierza butów damskich, czy np. apetyt innego na znaleziony przypadkiem w szafie jednego z domów mundur wrześniowy.[35] Nie był to zresztą odosobniony przypadek – przedwojenne mundury były bardzo poszukiwane – do tego stopnia, że w 1BK zanotowano w Bydgoszczy próbę kradzieży przedwojennego munduru, który stanowił pamiątkę mieszkanki po poległym w 1939r. synu. Jeden z oficerów próbował siłą odebrać ów mundur, został jednak powstrzymany przez innych żołnierzy 2pu.[36]


Zdj. 10 – chor. Michał Teodorowicz, zastępca d/s politycznych dowódcy kompani transportowej 1pp. Przykład nieregulaminowej kurtki z otwartym kołnierzem (zaczęły sie pojawiać w 1944r. z powodu braku mundurów szyte przez oficerów u lokalnych krawców), tu dodatkowo noszonej na kurtce wz.43. (“Pierwszy Praski…”)

Na zakończenie warto dodać, że i wyższe dowództwo nie zawsze świeciło przykładem – wyżsi oficerowie nierzadko nosili kurtki siedmioguzikowe (choć takie pojawiały się też od 1944r. u żołnierzy innych stopni), z innych materiałów, czy nieregulaminowe płaszcze. Także wśród oficerów 1 i 2 Armii od 1944r. pewną popularność zaczęły zyskiwać kurtki mundurowe z otwartym kołnierzem, nie ujęte w regulaminach. Wśród zdjęć do tego artykułu zamieściłem trochę wyszukanych w literaturze przedmiotu oraz własnych zbiorach zdjęć pokazujących różne „odstępstwa od normy”.


Zdj. 11 – Kpt. lekarz Mieczysław Kusto, 3 DP. Kolejny przykład nieregulaminowej kurtki z otwartym kołnierzem. Inaczej niż w większości przypadków, koszula pod spodem noszona bez krawata. (“Na drodze stał Kołobrzeg”, legitymacja kpt. Kusto z której pochodzi zdjecie znajduje się w MOP w Kołobrzegu) 

Zdj. 12 – I kolejny przykład nieregulaminowej kurtki, dodatkowo noszonej z cywilnym krawatem – mjr. Jan Popowicz, dowódca 1spm (“Na drodze stał Kołobrzeg”). 

Choć, być może, niniejszy tekst wskazuje, że to właśnie stan przedstawiony na zdjęciach był normą. Trudno zatem, zwłaszcza dla okresu istnienia 1AWP (a więc lat 1944-1945) obronić tezę o jednolitym umundurowaniu żołnierzy WP. Nie oznacza to oczywiście, że nie wolno zwracać uwagi rekonstruktorom popełniającym ewidentne anachronizmy, apelowałbym jednak do „poprawiaczy” o nieco większą powściągliwość w ferowaniu wyroków. Bo „berlingowska” piechota(i nie tylko) bywała nie tylko piaskowa, ale też szara, a czasem przybierała także inne, nierzadko dziwaczne barwy.


Zdj. 13 – Przykład innego pochodzenia mundurów – trzej bracia Wilczakowie. kpr. Józef Wilczak – szofer – pozuje w battledressie. Co ciekawy, nie jest to jedyny znany przypadek stosowania battledressów przez szoferów 1AWP. (“Na drodze stał Kołobrzeg”)

Zdj. 14 – Dwie kobiety-żołnierze w spódnicach. O ile po lewej spódnica wygląda na poprawną spódnicę mundurową (oficjalnie i tak będącą odstępstwem od regulaminu, ale zjawiskiem dość powszechnym), o tyle po lewej widzimy spódnicę cywilną. (“Na drodze stał Kołobrzeg”). 

Zdj. 15 – Generał Bewziuk w nieregulaminowym płaszczu skórzanym – jak widać przykład szedł z góry… (Zdjecie z “Pierwszy Praski…”)

Zdj. 16 – …Ale chętnie był przyswajany przez niższe szarże. Na zdjęciu, w podobnym płaszczu skórzanym Jerzy Olszewski w czasie służby w stopniu oficerskim (chorążego lub podporucznika) w 2AWP lub WOP, zdjęcie wykonano pomiędzy listopadem 1944r. a sierpniem 1946r. Zdjęcie ze zbiorów autora.

Oczywiście artykuł ten nie wyczerpuje tematu. Nie roszczę też sobie tytułu osoby nieomylnej. Dlatego chciałbym zachęcić wszystkich zainteresowanych tematem do dyskusji i polemiki.

Autor: Kamil Szustak


[1] Żołnierz polski ubiór, uzbrojenie i oporządzenie, T. V: Od 1939 do 1965 roku, Warszawa, 1965r.

[2] Steven J. Zaloga, Polish Army, 1939-1945, Oxford, 1982r.

[3] Sugestia nie tak znowu oryginalna  – w latach 70. Na ten sam pomysł wpadli kostiumolodzy WFF w Łodzi.

[4] Andrzej Krajewski, Drugi Berliński. Z dziejów 2 berlińskiego pułku piechoty, Warszawa 1979r, str. 18

[5] Ibidem.

[6] Warto także dodać, ze i w Armii Czerwonej zdarzały się mundury w kolorze szarym – przykłady takich mundurów znaleźć można w książce Philippe Rio „Soviet Soldier 1941-1945” a także w ksiażce A. Szalito, I. Sawczenkowa, N. Rogińskiego i K. Cyplonkowa „Uniforma Krasnoj Armii 1918-1945”. Osobiście byłem też kiedyś w posiadaniu gimnastiorki wz. 27 wykonanej z szarozielonej tkaniny. Z szarego drelichu wykonywano także ubiory robocze dla Armii Czerwonej, a w latach 1935-41 – mundury służbowe dla wojsk pancernych. Zatem zapasy szarego materiału mundurowego w ZSRR były.

[7] A. Krajewski, Drugi Berliński…, str. 16

[8] Ibidem, str 17. Por. Idem, Pierwszy Praski, Z dziejów 1 praskiego pułku piechoty, Warszawa 1976r., str 18.

[9] Idem, Pierwszy Praski…, str 18.

[10] Stanisława Drzewiecka, Szłyśmy znad Oki, Warszawa 1965r., zamieszczone zdjęcia.

[11] Franciszek Sielicki, Co śpiewali kościuszkowcy i czym radowali dusze. Z folkloru pierwszej dywizji WP, Wrocław 1995r., str. 108.

[12] Nie udało mi sie natrafić na racjonalne wyjaśnienie wykonywania naramienników z innego materiału niż kurtka, inne niż to, że z sukna wykonywano naramienniki do „polskich” gimnastiorek. Co się tyczy ilości guzików – podobno ZPP opracowując wzór kurtki opierał sie na wadliwie wykonanej kurtce wz.38. Ponieważ na zdjęciach przedwojennych widać czasem kurtki sześcioguzikowe, tłumaczenie to jest prawdopodobne, spotkałem sie z sugestiami, ze był to efekt przekrętu w którejś z firm szyjących dla wojska, niedostatecznej kontroli jakości lub efekt oszczędności ze strony oficerów szyjących kurtki na zamówienie. Nie znam jednak żadnych dowodów na poparcie którejkolwiek z tych teorii.

[13] Spotkałem sie z różnymi zestawieniami odnośnie tego jakie buty komu wydawano, prawdopodobnie jednak nie było to odgórnie uregulowane.

[14] A. Krajewski, Pierwszy Praski…, str. 18; Idem, Drugi Berliński…, str. 18.

[15] Leonard Skibiński, 1Brygada Artylerii Armat 1943-1945, Warszawa 1984r.

[16] Kolega z nieistniejącej już (chyba?) GRH „Pierwszy Batalion” przytoczył historię zaprzyjaźnionego weterana, łącznościowca z 1AWP, który aż do końca wojny miał nosić gimnastiorkę. Patrz także zdjęcie nr 1. Por. także Stanisława Drzewiecka, Op. Cit.

[17] A. Krajewski, Drugi Berliński…, str. 134.

[18] A. Krajewski, Drugi Berliński…, str. 136.

[19] Idem, Pierwszy Praski…, str. 140.

[20] F. Sielicki, Op. Cit., str. 118.

[21] Por. zdj. 2, zdj. 3

[22] Znanemu nam weteranowi 16pp długi czas nie wydawano odzieży ze względu na niski wzrost. Z kolei weteran 18pp wspominał, ze przez dłuższy czas, po zmobilizowaniu w początkach 1945r. (wówczas jeszcze do pułku zapasowego) pełnili służbę w ubiorach cywilnych, tylko na warty wydawano im „przechodnie” rogatywki.

[23] Relacja kpt. Józefa Durko, cyt. za: Franciszek Kusiak, Generał Karol Świerczewski Walter – życie i po życiu 1897-1947-2017, Wrocław 2017r.

[24] Andrzej Rey, [W:] Berlingowcy. Żołnierze tragiczni, p. red. D. Czapigo, Warszawa 2015r., str. 190-191. Wypada zaznaczyć, ze płaszcze raczej nie były „made in USA”, a jedynie wykonane z lżejszego niż radzieckie, ale bardzo dobrej jakości sukna amerykańskiego dostarczanego ZSRR w ramach lend-lease. Wedle mojej wiedzy, w USA nie wytwarzano żadnego elementu umundurowania z przeznaczeniem wyłącznie dla WP.

[25] O płaszczach tych pisał m. in. Alojzy Sroga w „Na drodze stał Kołobrzeg”, płaszcz w tym dziwnym odcieniu otrzymała również – wedle wspomnień weterana – kompania fizylierów w 18pp. Kwestia tych płaszczy musiała się odbić szerokim echem, albo też opisana została także w innych, nie znanych mi pracach, bo temat wypływał podczas kilku różnych rozmów z innymi rekonstruktorami 1AWP. Źródeł dziwnego materiału dopatrywano się w suknie niemieckim, radzieckim oficerskim a nawet amerykańskim, ale żadna z tych opcji nie brzmi przekonywająco. Niewykluczone, że sukno to było pochodzenia cywilnego lub pochodziło z wadliwie zabarwionej partii.

[26] Edward Kospath-Pawłowski, Stefan Pataj, Maciej Sczurowski, Hej, hej ułani… Z dziejów 1 warszawskiej brygady (dywizji) kawalerii, Warszawa 1996r., str. 27. Ponieważ nie zachował się dokładniejszy opis kozackiego nakrycia głowy, które do letniego munduru WP nosił mjr. Grzegorz Stan, niewykluczone, że chodzi o kubankę, a nie papachę – trudno to jednak ustalić, gdyż 6KK, w którym służył uprzednio nie był jednostką kozacką ani kawalerii górskiej. Natomiast czapka chorążego Burzyńskiego byłą prawdopodobnie oryginalną czapką przedwojenną.

[27] Franciszek Kusiak, Oficerowie 1 Armii Wojska Polskiego w latach 1944-1945, Wrocław 1987r.,str.148.

[28] Ibidem, str. 149.

[29] Peter Raina, Jaruzelski 1923-1968, Warszawa 2001r., str. 49.

[30] Juliusz Malczewski, Osiemnasty Kołobrzeski. Z dziejów 18 kołobrzeskiego pułku piechoty 1944-1948, Warszawa, 1974r., str. 91.

[31] F. Kusiak, Oficerowie…, str.149.

[32] Jerzy Dymkowski, Niosąc wolność ojczyźnie, [W:] Pamiętniki Oficerów, p. red. Stanisława Reperowicza, Warszawa, 1972r., str. 190.

[33] E. Kospath-Pawłowski, S. Pataj, M. Sczurowski, op. Cit. Str. 115

[34] Ibidem, str. 184.

[35] Alojzy Sroga, Na drodze stał Kołobrzeg, Warszawa 1980r.

[36] E. Kospath-Pawłowski, S. Pataj, M. Sczurowski, op. Cit. Str. 127

SUMMARY

The text discusses the problem of uniforms used in the Polish Army in the East – the problems with unifications and the ways the Army tried to deal with the chronic lack of proper uniforms – through use of foreign uniforms, employment of local tailors and even use of civilian clothing elements.

Kolejowe Wojsko – od 1939 do 1949r.

Ten odcinek zaczniemy trochę inaczej, gdyż pomysł na sylwetkę powstał inaczej niż zazwyczaj.

Nasza współpraca z Muzeum Przemysłu i Kolei na śląsku zrodziła konieczność stworzenia sylwetek rekonstrukcyjnych bardziej wpisujących się w ideę muzeum. Gdy zostaliśmy zaproszeni do współpracy przy stworzeniu ekspozycji w wagonie pancernym, wybór stał się oczywisty – SOK z pierwszych lat powojennych. Po dłuższych poszukiwaniach materiałów źródłowych, udało się ustalić, ze w tym okresie obowiązywały mundury kolejarskie wzoru przedwojennego. Dla SOK, jako formacji w pełni zmilitaryzowanej dodatkowo zaopatrzone w naramienniki (choć niektóre zdjęcia pokazują dziwne mieszanki ubiorów wojskowych, cywilnych i kolejarskich).

Grupa sokistów, Wrocław 1945r. Mimo pozornej jednolitości, da się dostrzec różnice w obuwiu, insygniach, a nawet kroju munduru.

Jeden z naszych kolegów podjął się wykonania dwóch kompletów mundurowych wraz z czapkami. Oparł się w tym zakresie na przedwojennej instrukcji, która dość ogólnikowo opisywała obowiązujące wzory umundurowania. Zdecydowaliśmy się na komplety letnie – po pierwsze ze względów ekonomicznych (drelich jest zdecydowanie tańszy od dobrej jakości wełnianego sukna, a przecież odtwarzanie sylwetek kolejarskich nie jest głównym przedmiotem naszej działalności), po drugie zaś – dla wygody w noszeniu oraz konserwacji (drelich można po prostu wyprać w pralce, a w środowisku kolejowym ciemne mundury brudzą się po prostu niemożebnie). Mundur składa się z dopasowanej kurtki, z odcinanymi mankietami i charakterystycznymi patkami kieszeni, wykrojonymi w dwa łuki (jak w pierwszowojennym mundurze austro-węgierskim). Charakterystyczny jest także wysoki kołnierz, zapinany na dwie haftki, na którym znajdują się sukienne naszywki z paskiem amarantowym i metalową kolejarską półośką (znak składający się ze stylizowanego koła lokomotywy oraz jednego stylizowanego skrzydła – podobno wzorowanego na skrzydełkach Merkurego). Do kurtki dochodzą także proste spodnie do trzewików, przystosowane do noszenia na szelkach. Spodnie zaprojektowano z mocno szerokimi, prostymi nogawkami, w wyglądzie charakterystycznym dla lat 30-40 XX wieku. Kurtki zaopatrzono w ładne repliki guzików kolejarskich (wersja z orłem bez korony), zaś spodnie – w repliki blaszanych guzików bieliźnianych.

O wiele trudniej przedstawiała się sprawa z kolejarską rogatywką. W końcu, w oparciu o dostępne zdjęcia, udało się zaprojektować czapkę, odpowiadającą wyglądem oryginałom. Została ona uszyta z wełnianego sukna (tzw. czapkowego), z bawełnianą podszewką w kolorze czarnym. Trochę zabawy było z daszkiem – dość powiedzieć, że jest on wykonany z wyjątkowo twardej tektury pozyskanej z pudła po amerykańskich racjach żywnościowych, oklejonej czarną ceratą i obszytej czarną skórką. Natomiast ozdobną podpinkę zrobiono z pomalowanego na czarno polskiego troka (a ściślej: dwóch troków). Czapki zaopatrzono w metalowe repliki osiek oraz orzełki. Jeśli chodzi o orła, to mieliśmy pewne wątpliwości, gdyż na zdjęciach dało się także zauważyć orły wojskowe, a część powojennych sokistów została przeniesiona bezpośrednio z WP (było tak na przykład z załogami pociągów pancernych, które wcześniej działały w ramach jednostek wojskowych). Z drugiej strony – najoczywistszym rozwiązaniem był pozbawiony korony orzeł państwowy wz.27, i takiego orzełka przyczepiliśmy na jedną z czapek. Drugą natomiast ozdobiła replika orzełka wojsk kolejowych Legionów – bez korony, za to z kolejarską ośką na tarczy amazonek. Taki akurat orzełek dobrze wpisuje się w „legendę” noszącego go rekonstruktora.


Załoga Pociągu pancernego SOK nr 2 “GROM” – pocztówka Siedleckiego Klubu Kolekcjonerów przy Oddziale “Podlasie” PTTK. 
Również tutaj widać, że, mimo starań, mundury nie są jednolite – część nie ma naramienników, u żołnierzy wdać elementy mundurów wojskowych, a nawet zdobyczny pas niemiecki

Do mundurów stosowane są dowolne czarne niskie buty – zarówno trzewiki, jak sztyblety, czy nawet półbuty.  Co do oporządzenia, to w okresie powojennym spotkać można było wszelkie możliwe zestawy pasów i ładownic (w tym także poniemieckie). W naszym wypadku, całkowicie na miejscu są po prostu oporządzenia wojskowe. Ta sama sprawa dotyczy hełmów – o ile scenariusz uzasadnia ich stosowanie.

Sokiści po wojnie najczęściej w pierwszej kolejności dostawali broń „drugiej kategorii” –często była to zdobyczna broń niemiecka lub broń starszych typów – np. jako broń krótka bardziej prawdopodobny byłby Walther P38 lub Nagant niż podstawowy wówczas pistolet WP – TT 33. Ogólnie jednak każda broń wykorzystywana w Polsce w 1945r. mogła być w użyciu w Służbie Ochrony Kolei.


Funkcjonariusz SOK, lata 40. Zwraca uwagę połączenie odzieży cywilnej z kolejarską czapką i niemiecki pistolet maszynowy. 

Ciekawostką są stopnie wojskowe – w drugiej połowie lat 40. W SOK funkcjonowały dokładnie takie same stopnie jak w wojsku, działały także szkoły oficerskie i podoficerskie.


Legitymacja zastępcza porucznika – śledczego prokuratury wojskowej SOK. 1949r.

Bezpośrednio po wojnie nie istniały specjalne dokumenty identyfikacyjne dla funkcjonariuszy Służby Ochrony Kolei – wykorzystywano wzory stosowane w całym PKP, część sokistów miała podobno tylko wpisany nowy przydział w książeczkach wojskowych. W użyciu – jeszcze pod koniec dekady – były także rozmaite legitymacje „zastępcze” wykonywane ręcznie bądź na maszynie do pisania. Trudno się zresztą temu dziwić, gdyż nawet w wojsku często brakowało blankietów legitymacji.


Jeden z kilku wzorów dokumentów identyfikacyjnych stosowanych w PKP w pierwszych latach powojennych. 

Przepustka do Wojskowego Zarządu Eksploatacyjnego NKPS Centralnego Zarządu WOSO na terenie Polski dla polskiego kolejarza, 1945r. 

Jednak to, co najciekawsze w tej sylwetce, to jej uniwersalność. Mundur jest bowiem dokładnie taki sam, jakich jeszcze we wrześniu 1939r. używało Kolejowe Przysposobienie Wojskowe.


Okładka periodyku Kolejowego Przysposobienia Wojskowego. Dobrze widoczne szczegóły munduru KPW z lat 30. 

Właściwie jedyną różnicą jest orzeł na czapce. Tym samym postać „kolejarską” wykorzystać można zarówno w inscenizacjach związanych z latami powojennymi (działania podziemia, walki z UPA) ale także w tych typowo „wrześniowych”. Oczywiście dla potrzeb inscenizacji „wrześniowych” możemy zmienić orzełki (nawet guziki) oraz oporządzenia na „koszerne” pasy i ładownice.

Legitymacja członka Kolejowego Przysposobienia Wojskowego, lata 30.


Przedwojenne dokumenty pracowników PKP – teczka akt osobowych pracownika, rozkaz personalny i karta ewidencyjna pracownika 

O ile w opisie nie zaznaczono inaczej, wszystkie pokazane materiały pochodzą ze zbiorów Autora.

Autorem zdjęć sylwetek jest Marcin Morawski.

Tekst: Marcin Morawski i Kamil Szustak

SUMMARY

The characters presented i this article are the “soldiers” of the Polish Railway Security Service (SOK) of the early post-war period. Their uniforms are virtually te same as used by te pre-war Railway Military Preparation (KPW) paramilitary orgaisation. Apart from description of the characters’ uniforms and how tey were made, it also discusses both organisations in some detail.

Wspomnienia Zinkowian-uczestników wojny cz.V: major Bewza

Zapraszam do lektury kolejnej części wspomnień Zinkowian – uczestników wojny, jednocześnie zaś trzeciej części mini-cyklu, bowiem dzisiejszy bohater był drugim mężem Nadieżdy Smaluchowkiej, której wspomnienia przedstawiłem w poprzednim odcinku. Wspomnienia spisano po ukraińsku. Jako uzupełnienie udało mi się znaleźć dwa wnioski na Ordery Czerwonej Gwiazdy.

Major Paweł Bewza, 1958r.

„BEWZA PAWŁO JUCHYMOWYCZ, ROCZNIK 1923, UKRAINIEC, STOPIEŃ WOJSKOWY MAJOR

Urodziłem się w marcu 1923 roku we wsi Zinkow w rodzinie chłopskiej. W 1941 roku ukończyłem zinkowską szkołę średnią i wieczorem 21 czerwca wyjechałem do Kijowa żeby zdawać egzamin wstępny do Kijowskiej Szkoły Wojskowo-Technicznej im. S. K. Tymoszenki.

Do kijowa przyjechałem rankiem 22 czerwca, gdy niemieckie samoloty już bombardowały miasta, tj. w momencie rozpoczęcia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

Po zdaniu egzaminów zostałem zaliczony w poczet kursantów wyżej wspomnianej szkoły i przystąpiłem do nauki. Ale bombardowania miasta i prace obronne nie dawały mozliwości normalnego prowadzenia nauczania, toteż 10 lipca 1941 roku szkoła została ewakuowana z Kijowa do miasta Kungur w Permskiej Obłasti.

Pierwsza strona wspomnień

We wrześniu 1942 roku po ukończeniu szkoły nadano mi stopień technik-lejtnanta, a w październiku zostałem skierowany do zapasowego szkolnego pułku czołgów, który stacjonował w mieście Niżnyj Tagił w Obłasti Swierdłowskiej. Pułk zapasowy formował kompanie marszowe, organizował odbiory wojskowej techniki w Niżnotagilskim Zakładzie Czołgowym /ewakuowany Charkowski Zakład Traktorowy/ i wysyłał wojskowe eszelony na front według rozkazów Państwowego Komitetu Obrony. Zostałem wyznaczony zastępcą dowódcy kompanii do spraw technicznych.

W skłądzie tej kompanii w listopadzie 1942 roku przybyłem na Front Południowy pod Stalingrad, do 3 Korpusu Pancernego, którym dowodził generał-major Rotmistrow. W składzie tego korpusu brałem udział w walkach w celu zniszczenia otoczonego ugrupowania niemieckiej 6 armii feldmarszałka Paulusa i odpierania kontruderzeń grupy generała Mansteina, który chciał przedrzeć się na pomoc otoczonej armii Paulusa, ale wszystkie jego kontrnatarcia zostały odparte i wspomóc Paulusa mu się nie udało. Jego armia pancerna została całkowicie rozgromiona.

Tak oto przemieściliśmy się w boju od Stalingradu do Rostowa nad Donem.

W marcu 1943 roku naszą 18. Brygadę Pancerną przeznaczono do przeformowania a mnie odkomenderowano do uzupełnień nowo sformowanego 25. Pułku czołgów, który wchodził w skład Trzeciego Frontu Ukraińskiego, w składzie którego doszliśmy w boju po południowej Ukrainie do miasta Pierwomajsk w Obłasti Odesskiej.

W kwietniu 1944 roku zostałem ponownie odkomenderowany do Niżnie-tagilskiej Fabryki Czołgów celem odbioru techniki wojskowej. Po odebraniu czołgów w maju 1944 roku zostałem skierowany na Trzeci Front Białoruski, do 277. batalionu czołgów 31. Kirowohrazkiej Brygady Pancernej odznaczonej orderami Czerwonego Sztandaru i Suworowa 29. Korpusu Pancernego. W składzie tego batalionu wziąłem udział w operacji „Bagration” w walach o wyzwolenie Białorusi od faszystowskich najeźdźców.

W lipcu 1944 roku w walce o miasto Sziaulai [pol. Szawle, Litwa] zostałem ranny i do 1. września przebywałem na leczeniu w szpitalu wojskowym, a po jego opuszczeniu zostałem skierowany do wydziału kadr Wojsk Pancernych i Zmechanizowanych Armii Czerwonej do miasta Moskwy, gdzie otrzymałem skierowanie do wydziału kadr 2. Armii Pancernej, która wchodziła w skład Pierwszego Frontu Białoruskiego.

W październiku 1944 roku zostałem skierowany do miasta Swierdłowsk celem odbioru techniki wojskowej – SAU-100 (dział samobieżnych) i po ich odebraniu i dotarciu na miejsce zostałem skierowany do formowania 208. Brygady Artylerii Samobieżnej do Tulskich Wojskowych Obozów Pancernych (TTWT).

W połowie grudnia 1944 roku w składzie tej nowo sformowanej brygady zostałem skierowany na Trzeci Front Ukraiński, gdzie wzięliśmy udział w walkach o wyzwolenie Budapesztu, Wiednia, Pragi.

Dzień zwycięstwa świętowaliśmy niedaleko Pragi [-] stolicy Czechosłowacji. A 9. czerwca naszą brygadę załadowano do pociągu i skierowano do Mongolii celem udziału w wojnie z imperialistyczną Japonią, i już w pierwszych dniach lipca przybyliśmy do Mongolii niewielkiego miasta Tamcak-Bułak, gdzie przebywaliśmy na formowaniu do 9. sierpnia.

A 9. sierpnia o godzinie szóstej rano ogłoszono alarm i postawiono nam zadanie przejść granicę z Mandżurią i przeprowadzić marsz przez pustynię Gobi w oczekiwaniu spodziewanych walk. Nasza brygada weszła w skład Frontu Zabajkalskiego. Poruszaliśmy się przez terytorium Mandżurii bez walk, małe grupy wroga porozbiegały się, tak, jakby Japończycy nie czekali i nie spodziewali się, że nasze wojska przejdą przez pustynię. Tak doszliśmy do miasta Tongliao i już 2. września Japonia skapitulowała, a 3. września świętowaliśmy dzień. Na tym zakończyła się druga wojna światowa, która trwała sześć lat.

W listopadzie 1945 roku nasza brygada powróciła do ojczyzny i rozmieściła się w przygranicznej osadzie Sołowiowsk w Zabajkalskim Okręgu Wojskowym, a w 1950r. nasz 53. Ciężki pułk pancerny przedyslokował się na stację Dauria tegoż Okręgu.

W 1952 roku wyjechałem do miasta Kazań celem nauki w Wyższej Szkole Technicznej, a po jej zakończeniu w listopadzie 1953r. zostałem skierowany celem dalszego przechodzenia służby do Syberyjskiego Okręgu Wojskowego do miasta Krasnojarsk na stanowisko pomocnika zastępcy dowódcy dywizji do spraw technicznych. Na tym stanowisku pełniłem służbę do czerwca 1957 roku, po czym zostałem skierowany do miasta Nowosybirsk na stanowisko zastępcy dowódcy batalionu czołgów do spraw technicznych, gdzie służyłem do 1960 roku.

W marcu 1960 roku zostałem zwolniony do rezerwy i wyjechałem do stałego miejsca zamieszkania [-] do miasta Woroneż. Tu zapisałem się do wieczorowego technikum transportu kolejowego, pracowałem jako elektroślusarz w zakładzie remontu wagonów przy remoncie wagonów chłodniczych, a potem przez rok pracowałem w zakładach lotniczych. Po zakończeniu technikum w 1963 roku zostałem skierowany na posadę naczelnika pociągu chłodniczego, gdzie pracowałem do 1985 roku.

W 1985 roku przeszedłem na emeryturę, ale kontynuowałem pracę jako majster kontrolnym do spraw remontu i testów instalacji chłodniczych sekcji chłodniczych produkcji NDR [prc badawco-rozwojowych?] w zakładach im. Telmana.

Obecnie wraz z małżonką i córką mieszkamy w Woroneżu.”

W ramach uzupełnienia wypada dodać, że major Bewza za służbę w czasie wojny był dwukrotnie odznaczony Orderem Czerwonej Gwiazdy.

Pierwszy order nadano mu w marcu 1945r. jako zastępcy dowódcy baterii do spraw technicznych w 1068 pułku artylerii samobieżnej, 208 Brygady Artylerii Samobieżnej za udział w walkach między 8 a 10 marca.

Drugi order otrzymał jako zastępca dowódcy 1086 pułku do spraw technicznych za wzorowe wypełnianie obowiązków podczas działań pułku w Mandżurii.

Wstęp, komentarz i tłumaczenie: Kamil Szustak

SUMMARY

Above text contains the memoires of mjr. Pavel Efimovich Bevza (Pavlo Yukhymovich Bevza), a long-term Soviet Army officer, one of the Zinkov-natives who participated in the Great Patriotic War and the World War 2. Bevza was also second husband of Nadezhda Smolyukhovskaya/Bevza, whose memoires werepresented in the previous part.

Muzeum Historii Wojska – Pivka, Słowenia


Zupełnie egzotyczny dla nas mundur bośniackich formacji Waffen SS 

W trakcie wakacyjnych podróży dotarłem do Słowenii, gdzie w miejscowości Pivka znajduje się bardzo ciekawe muzeum wojskowe (Park vojaske zgodovine). Na terenie XIX wiecznych koszar włoskich zgromadzono liczne eksponaty, podzielone tematycznie na kilka wystaw.


Rekonstruktorzy jugosłowiańskich formacji partyzanckich 

Pierwsza ekspozycja to “Drogi do niepodległości”, pokazująca – w modnej ostatnio, multimedialnej formie – armię byłej Jugosławii oraz proces oddzielania się Słowenii (w tym także krótkotrwały epizod walk w czasie interwencji armii jugosłowiańskiej po ogłoszeniu secesji). Po sąsiedzku znajdziemy ekspozycję marynistyczną, w tym niewielki jugosłowiański okręt podwodny (wstęp do jego wnętrza dodatkowo płatny).


Tuż obok partyzantów – kantyna i dobrze odżywieni “Niemcy”… 

Kolejny pawilon zawiera ciekawą wystawę broni pancernej z okresu II WŚ, oraz zbiory broni palnej i bardzo ciekawy zbór masek przeciwgazowych od IWŚ do czasów współczesnych. Kolejny pawilon to ekspozycja artyleryjska, rakietowa oraz zbiór przyrządów optycznych. Na dziedzińcu znajdziemy znakomicie odrestaurowany skład niemieckiego pociągu z czasu IIWŚ.


Wnętrze pawilonu z bronią pancerną 

Budynek główny mieści w sobie część administracyjną, sklep z pamiątkami, dużą i całkiem niedrogą restaurację oraz ekspozycje czasowe – akurat w czasie moich odwiedzin były to wystawy dotyczące współczesnych sił specjalnych armii słoweńskiej, a także łucznictwa i walki z przymusową italianizacją Słowenii (porównywalną z germanizacją na ziemiach polskich, choć zapewne jeszcze bardziej brutalną i bezwzględną).


Świetny patent, używany tam na wszystkich dioramach – atrapa drutu kolczastego. Wykonana z miękkiego drutu w koszulce z tworzywa, bezpieczna ale z daleka (nawet z bliska) nie do odróżnienia od oryginału, w kolorze szarostalowym lub czarnym. Jak udało mi się dowiedzieć – akurat trafił mi się Słoweniec bez talentu do języków obcych – wszyscy “kaufen” taki drut w Niemczech…

W czasie odwiedzin w muzeum odbywał się festyn historyczny – można było obejrzeć między innymi pokazy dynamiczne sprzętu ciężkiego oraz dioramy grup rekonstrukcyjnych.


Piękny skład niemieckiego pociągu z okresu II WŚ 

Polecam odwiedzenie muzeum – naprawdę warto przeznaczyć na to około 3 godzin i 10 euro od osoby.

Autor: Marcin Morawski

SUMMARY

The author presents a short review of the Military Museum in Pivka, Slovenia that he visited in 2018.

Czerwonoarmiści w Wojsku Polskim i Polacy w Armii Czerwonej. Część V: sierż. Bałaszowa

Dzisiejsza część będzie niestety krótka. Nie zawsze da się znaleźć jakiekolwiek informacje o interesującej nas osobie. W przypadku żołnierza Wojska Polskiego – sierżant Anny Bałaszowej – brak niestety literatury, z której można by brać choćby skąpe dane, zaś zarówno nietypowa specjalizacja jak i fakt dłuższej służby w WP sprawiły, że i w radzieckich źródłach nie udało się nic znaleźć. Niestety, brak – wedle mojej wiedzy – opracowań poświęconych wojskom łączności 1 i 2AWP, które mogłyby rzucić nieco światła na historię bohaterki dzisiejszego artykułu. Dlatego też poniższy tekst oparty jest wyłącznie na zachowanych dokumentach, co czyni go wysoce niepełnym.

Anna Markowna Bałaszowa urodziła się w 1922r. w miejscowości Artiomowo w Rajonie Aleksandrowskim w Obłasti Iwanowskiej (nie zdołałem ustalić dokładnie o którą miejscowość chodzi – być może o Artiomowo w Rajonie Szujskim), w rosyjskiej rodzinie. Można powiedzieć, że trafiła idealnie – Wojna Domowa się skończyła, a rosyjska wieś zwykle dość łagodnie przeżywała czasy stalinowskie. Anna odebrała, jak na tamte czasy, dość solidne, średnie wykształcenie, w czym nie przeszkodził nawet wybuch wojny radziecko-niemieckiej. W maju 1942r. zostaje zmobilizowana (prawdopodobnie jako ochotnik) do Armii Czerwonej.

Skierowana została do 8. Zapasowego pułku łączności, gdzie w szkole podoficerskiej przeszła przeszkolenie jako radiomechanik.

Gdy w kwietniu 1944r. wraz ze wzrostem liczebności polskich formacji na Wschodzie zapadła decyzja o rozwinięciu 1 samodzielnego batalionu łączności w pułk, podstawowym problemem był brak wyszkolonej kadry. Chociaż już przy tworzeniu batalionu skorzystano z pomocy radzieckich instruktorów, to jednak wyszkolenie nowych łącznościowców w krótkim czasie nie było łatwe. Dlatego też szeregi pułku zasiliła specjalistyczna kadra z Armii Czerwonej. Wśród radzieckich specjalistów znalazła się także sierżant Bałaszowa, którą 5. maja skierowano do batalionu telefoniczno-telegraficznego na stanowisko „mechanika BODO”

Początkowo miałem duże problemy ze zidentyfikowaniem „BODO” – sposób zapisu sugerował skrót, a jedyne informacje jakie początkowo znalazłem wskazywały wprawdzie na wykorzystywanie przez pułk „aparatów BODO”, ale nie wyjaśniających co to takiego i do czego służyło. Dopiero zadawszy pytanie na forum dobroni.pl zdołałem uzyskać jakieś bliższe informacje (https://forum.dobroni.pl/f/aparat-telegraficzny/122096). O ile zapis „BODO” w książeczce wojskowej nie dziwi (wszystko wskazuje na to, że oficer, który ja wypełniał niezbyt dobrze władał językiem polskim), o tyle dziwnym wydaje się, że tak samo opisywano aparat Baudota w późniejszych opracowaniach.

Wydawać by się mogło, że wobec przywiązania radzieckiego dowództwa do łączności telefonicznej mechanik o tak wąskiej specjalizacji nie będzie miał zbyt wiele do roboty, a jednak aparaty Baudota musiały być dość intensywnie wykorzystywane i, co więcej, musiały być dla dowództwa pułku ważne – sierżant Bałaszowa za okres służby w Wojsku Polskim doczekała się aż trzech Brązowych Krzyży Zasługi. Choć jednostki łączności rzadko kojarzone są z bezpośrednim udziałem w walkach, trzeba pamiętać, ze przy łączności telefonicznej niezwykle często łącznościowcy musieli pod ogniem artyleryjskim wychodzić i sprawdzać długie (często kilkukilometrowe) odcinki kabla w poszukiwaniu uszkodzeń. Również znaczenie służby łączności dla sprawnego prowadzenia działań wojennych jest nie do przecenienia. Nic zatem dziwnego, że 1SPŁ był z 1 Armią wszędzie tam, gdzie ta toczyła walki. Sierżant Bałaszowa wraz z polska jednostką przeszłą cały jej szlak – od dawnych Kresów Wschodnich RP, przez Warszawę, Pomorze i Odrę aż do Berlina. Potwierdzają to kolejne przyznane jej odznaczenia – polskie „Za Warszawę” i „Za Odrę, Nysę, Bałtyk” i radzieckie „Za Wyzwolenie Warszawy” i „Za zdobycie Berlina”

Po zakończeniu działań wojennych pułk za miejsce stacjonowania przyjął Wriezen, gdzie 28 maja odznaczony został Orderem Czerwonej Gwiazdy. W Lipcu 1945r. pułk został przeniesiony do Katowic, gdzie we wrześniu został rozformowany. Wygląda jednak na to, że dowództwo Wojska Polskiego uważała specjalizację młodej sierżant za bardzo pożądaną, gdyż wraz z niewielką częścią żołnierzy pułku trafiła do Samodzielnego Batalionu Łączności – jednostki 4. Okręgu Wojskowego we Wrocławiu (później przemianowany na 4.sbł), gdzie pełniła służbę aż do demobilizacji w maju 1946r.

O dalszych losach sierżant Bałaszowej wiadomo niewiele – Jeszcze w czasie służby w Wojsku Polskim została dodatkowo odznaczona medalem „Zwyciestwa i Wolności” oraz radzieckim medalem „Za zwycięstwo nad Niemcami w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej 1941-1945”, a w maju 1966r. została odznaczona medalem „20 lat zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej”. Po wojnie mieszkała w mieście Kemerowo nad rzeką Tom.

Prawdopodobnie po wojnie zaangażowana była w prace stowarzyszeń weteranów i w propagowanie historii 1 AWP – wśród nielicznych dokumentów znalazły się też ręcznie wyrysowane mapy najważniejszych działań 1. Armii. Mapy te opisano po polsku, choć z kilkoma błędami, co wskazywać może, że podczas służby pani sierżant przykładała się do obowiązkowej nauki języka.

Dziękuję użytkownikowi Stary Kojot za rozwiązanie zagadki „aparatu BODO”.

Autor: Kamil Szustak

Czerwonoarmiści w Wojsku Polskim i Polacy w Armii Czerwonej. Część IV: kpt. Leon Oborski

Odtwarzanie losów żołnierzy służb tyłowych jest często dużo trudniejsze niż w przypadku żołnierzy  z pierwszej linii. Wiadomo – ludzie chętniej czytają o żołnierzu, który sam jeden odparł nieprzyjacielski atak niż chirurgu, który w czasie ofensywy operował przez dwie doby bez przerwy. A jeśli już nawet w literaturze przedmiotu powstanie książka, której autor chętny będzie do poświęcenia „tyłowikom” odrobiny miejsca, to akurat z żadnym nie uda mu się skontaktować. Taki przypadek to właśnie monografia 1 Brygady Artylerii Armat. Jednak chociaż autor, Leonard Skibiński ubolewa nad tym, że nie udało mu się dowiedzieć zbyt wiele na temat służb tyłowych brygady, jego książka pozwala nieco uzupełnić skąpe informacje, jakie udało mi się uzyskać na temat kapitana Leona Oborskiego.

Leon lub Leonid, Julianowicz lub Ulianowicz… Ze względu na rozbieżność w zapisie w różnych źródłach, trudno powiedzieć który zapis imienia i patronimika należy uznać za poprawny. Ponieważ jednak w rubryce „narodowość” w dokumentach widnieje „Polak”, będę trzymał się wersji polskiej – Leon Oborski, syn Juliana. Jak wynika z odnalezionego w CA MO RF arkusza ewidencyjnego, urodził się 11. Czerwca 1917r. we wsi Rudnia-Gorodiszcze (niepoprawnie opisana jako Rudnia-Gorodiszczenskaja) w Obwodzie Żytomierskim, w polskiej rodzinie chłopskiej. Arkusz podaje także, że oficer ten nie władał żadnym językiem obcym, co wydaje się informacją nieścisłą – chociaż nie wiadomo, który język uważał za ojczysty, służba na dość wysokim stanowisku w Wojsku Polskim wymagała choćby komunikatywnej znajomości języka polskiego, nawet jeśli nie wyniósł jej z domu. Natomiast uzyskanie stopnia oficerskiego w Armii Czerwonej wymagała znajomości rosyjskiego. Możemy zatem założyć, ze w jakimś stopniu znał on oba te języki, możliwe także, ze władał ukraińskim. W sumie jednak, z punktu widzenia rajwojenkoma, który wypełniał arkusz, żaden z tych języków nie kwalifikował się jako „obcy”, a takowego wymagała rubryka.

W 1937r. ukończył Technikum Hydromelioracyjne (niestety, nazwy miasta nie udało mi się rozszyfrować), co w owym czasie oznaczało całkiem solidne wykształcenie techniczne. Prawdopodobnie na początku 1938r. został powołany do wojska i w październiku został słuchaczem Szkoły Pułkowej przy pułku artylerii w mieście Ługa, następnie przekształconej w pułkową szkołę AKKUKS (Artyleryjskie Orderu Czerwonego Sztandaru Kursy Doskonalenia Kadry Dowódczej), którą ukończył w listopadzie roku następnego. Według zachowanego dyplomu, ukończył kurs dowódców oddziałów ogniowych z oceną wzorową i otrzymał „stopień” dowódcy drużyny RKKA*.

Podczas nauki w szkole uzyskał odznakę sportową „Gotów do pracy i obrony” I klasy. Odznakę nr 85417 otrzymał w lutym 1940r.

Przez kolejne 3 miesiące pozostawał w szkole jako zastępca dowódcy plutonu. Prawdopodobnie miał wówczas stopień młodszego technika wojskowego (mł. wojentechnik, odpowiednik młodszego lejtnanta w korpusach technicznych)**. W lutym zwolniony został do rezerwy, a kolejnych 5 miesięcy prawdopodobnie pracował poza wojskiem. W lipcu 1941r. został ponownie powołany do wojska – jeżeli przebywał wówczas w rejonie Żytomierza – do armii wrócił w ostatniej chwili, gdyż 9 lipca miasto zostało zajęte przez Niemców. Pierwszy przydział dostał na stanowisko szefa w 4. oddziale zabezpieczenia technicznego w 21. mobilnym warsztacie na Froncie Leningradzkim, zaś w lutym 1942 został naczelnikiem 2. oddziału zabezpieczenia technicznego. W tym też roku został członkiem partii. Według arkusza ewidencyjnego w grudniu 1942r. otrzymał medal „Za obronę Leningradu”, jednak dyplom medalu podaje datę wręczenia 18. Czerwca 1943r., prawdopodobnie zatem data grudniowa to data rozkazu, a medal potrzebował jeszcze pół roku, by oficera dogonić. 8. Marca 1943r. Leon Oborski otrzymał awans na technik-lejtnanta.

Nie wiadomo czy sam wystąpił o przeniesienie, czy też został oddelegowany, wiadomo jednak, że już w sierpniu 1943r. objął stanowisko dowódcy plutonu dowozu amunicji w 1 Brygadzie Artylerii Armat. Stanowisko piastował w początkowym okresie funkcjonowania brygady, w tym podczas bojowego chrztu jednostki na Smoleńszczyźnie w lutym 1944r. Jego udział w tych walkach doceniło dowództwo brygady – otrzymał pochwałę w rozkazie dowódcy 1BAA nr 164 z 23. lutego 1944r., prawdopodobnie za sprawne zorganizowanie dowozu amunicji.

Choć w arkuszu ewidencyjnym nie ma o tym wzmianki, z monografii brygady (w oparciu o zachowany rozkaz) dowiadujemy się, że 3 września Leon Oborski otrzymał awans na porucznika. W arkuszu brak także informacji o objęciu przez Oborskiego stanowiska szefa kancelarii parku artyleryjskiego brygady. Ponieważ jednak w obsadzie personalnej brygady, odtworzonej przez Skibińskiego znajdujemy informację, że piastował tę funkcję pozostając w stopniu porucznika, możemy założyć, że stanowisko to objął w sierpniu 1944r., taka bowiem data widnieje w arkuszu jako data objęcia dowództwa parku artyleryjskiego brygady. Data objęcia tego stanowiska pozostaje niestety nieznana – według Skibińskiego dowódcą parku był już w stopniu kapitana, który to stopień otrzymał 1 maja 1945r., niewykluczone jednak, że stanowisko objął wcześniej – sugeruje to zapis w arkuszu ewidencyjnym, który, choć błędny wskazuje na piastowanie tego stanowiska przez dłuższy czas.

Obsada stanowisk 1BAA – Leonid Oborski wymieniony na 3 różnych stanowiskach z różnym stopniem wojskowym, co pozwala dość dokładnie odtworzyć chronologię jego awansów w brygadzie.

Wydaje sie prawdopodobnym, że awans na porucznika wiązał się z zasługami podczas walk brygady nad Bugiem w lipcu 1944r. – jak wszyscy czynni wówczas żołnierze brygady otrzymał za ten epizod symboliczne podziękowanie i dyplom.

Porucznik Oborski przeszedł cały szlak bojowy brygady, dokładając swoją cegiełkę do sukcesów polskich artylerzystów w walkach o Warszawę, na Pomorzu, przy forsowaniu Odry i w Niemczech. Na mocy rozkazu z 10. Marca 1945r. odznaczony został srebrnym medalem „Zasłużonym na Polu Chwały”, jednak medal wręczono, jak wynika z zachowanego zaświadczenia tymczasowego, dopiero w listopadzie.

16. maja 1945r. zastępca dowódcy brygady złożył wniosek o odznaczenie kapitana Oborskiego Orderem Czerwonej gwiazdy za wykazane w czasie działań wojennych zdolności organizacyjne:

„Kapitan Oborski w czasie działań bojowych dał się poznać, jako posiadacz zdolności organizacyjnych w pracy.

Mając niedostateczną ilość samochodów, zdołał dzięki dobrej organizacji, zapewnić jednostkom bojowym odpowiednią ilość amunicji jednocześnie zdawał zużyte łuski i skrzynki do magazynu Armii.

Zawsze pracował z oddaniem, nie zważając na porę dnia i nocy prowadząc transport samochodów do miejsca przeznaczenia.”

Order został nadany rozkazem z 30 czerwca, jednak ani order, ani dokumenty od niego nie zachowały się.

We wrześniu 1945r. 1 BAA została rozformowana, a kapitan Oborski wraz z większością dowództwa trafił do 85 pułku artylerii ciężkiej, gdzie objął stanowisko naczelnika służb technicznych.

W marcu 1946r. (choć bardziej prawdopodobne, ze chodzi o luty, gdyż wtedy rozformowano 85pac) ponownie zmienił przydział – według radzieckiego arkusza ewidencyjnego trafił do 280 samodzielnego pułku artylerii ciężkiej. Ponieważ jednak takiej jednostki w Wojsku Polskim nie było, możemy założyć, że chodzi o 28 Warszawski Dywizjon Artylerii Ciężkiej, który sformowano na bazie 85pac. Świadczy o tym także zachowany imienny egzemplarz rozkazu Naczelnego Dowódcy Wojska Polskiego nr 54 z 23.2.1946r.***, zaopatrzony pieczątką tej właśnie jednostki.

W nowej jednostce objął stanowisko zastępcy dowódcy do spraw technicznych. Wszystko wskazuje, że to podczas służby w tej jednostce odznaczony został Srebrnym Krzyżem Zasługi – choć nie zachował się dokument nadania, a w arkuszu ewidencyjnym brak daty rozkazu, sam krzyż niewątpliwie jest wersją produkowaną przez firmę „Caritas” od 1946r.  Również na odwrocie imiennego egzemplarza rozkazu nr 54 ND WP widnieją dwie adnotacje – pierwsza, że do 2.12.1946r. nie otrzymał srebrnego krzyża zasługi, druga zaś informuje o wręczeniu krzyża 6.12.1946r.

Nowe stanowisko pełnił do końca lutego 1947r., to jest do zakończenia służby w Wojsku Polskim – Nie wiadomo, czy szeregi WP opuścił na własną prośbę, czy też w wyniku ówczesnego dążenia do odsyłania oficerów radzieckich do ZSRR. Prawdopodobnie Polskę opuścił w marcu 1947r., gdyż dyplom podziękowania za służbę w WP wydano mu 7 marca.

Do czerwca 1947r. kapitan Oborski pozostawał w rezerwie Wydziału Kadr służby samochodowej Dowództwa Służb Technicznych Sił Zbrojnych. Rozkazem Naczelnika Tyłów Sił Zbrojnych nr 0273 z 3. Marca 1947r. został przeniesiony do rezerwy I kategorii.

Po zakończeniu służby zamieszkał w Kijowie i objął funkcję naczelnika drużyny geodezyjnej w  przedsiębiorstwie UKRWODPROEK.

O dalszych losach kapitana Oborskiego wiadomo niewiele – w maju 1971r. został odznaczony Orderem „Znak Honoru” za zasługi związane z wypełnianiem planu pięcioletniego. Nie udało się dotrzeć do informacji o odznaczeniu Orderem Wojny Ojczyźnianej w 1985r., co może świadczyć, że Leon Oborski zmarł przed tą datą, choć przyczyny mogą być także inne.

Lista odznaczeń (wyłącznie wymienionych w dokumentach, podane daty są datami wręczenia, chyba, że zaznaczono inaczej):

Polskie:

– Srebrny Krzyż Zasługi – 06.12.1946r.

– Srebrny medal „Zasłużonym na Polu chwały” – 28.11.1945r.

– Medal „Za Warszawę” – 14.04.1946r.

– Medal „Za Odrę, Nysę, Bałtyk” – 14.04.1946r.

– Medal Zwycięstwa i Wolnosci -05.12.1946r.

Radzieckie:

– Order Znak Honoru – 17.05.1971r.

– Order Czerwonej Gwiazdy – 30.06.1945r. (data rozkazu)

– Medal „Za obronę Leningradu” – 18.07.1943r.

– Medal „Za zdobycie Berlina”

– Medal „Za wyzwolenie Warszawy”

– Medal „Za zwycięstwo nad Niemcami w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej 1941-1945”

– Odznaka „Gotów do pracy i obrony” I kl. – 21.02.1940r.

Autor: Kamil Szustak

Bibliografia:

Leonard Skibiński, 1 Brygada Artylerii Armat 1943-1945, Warszawa, 1984.

*W tym czasie „funkcje” w Armii Czerwonej w istocie były już stopniami wojskowymi, jednak dopiero w maju 1940r. w Armii Czerwonej przywrócono „tradycyjne” stopnie i termin „oficer”. Stopień Dowódcy drużyny w istocie przełożono wówczas na sierżanta/młodszego sierżanta, ponieważ jednak ukończenie AKKUKS traktowano jak ukończenie przyspieszonych kursów oficerskich, prawdopodobnie od razu po reformie majowej stopień zweryfikowano Oborskiemu adekwatnie jako mł. wojentechnik, co tłumaczy brak daty nadania stopnia w arkuszu ewidencyjnym – formalnie rzecz biorąc, stopień ten nigdy nie został Oborskiemu nadany.

**Patrz poprzedni przypis.

***Sam rozkaz, który z okazji święta Armii Czerwonej odznaczał wszystkich oficerów przybyłych z Armii Czerwonej Krzyżem Zasługi (prawdopodobnie klasę dobierano odpowiednio do stopnia, zgodnie z przedwojennymi wytycznymi) ma dość ciekawą treść i cel. Wyjaśnia on dość dokładnie sytuację, która doprowadziła do zasilenia Wojska Polskiego kadrami z Armii Czerwonej (w tym fakt, że „11 000 oficerów polskich wymordowali Niemcy w Katyniu [!], a dziesiątki tysięcy trzymali w obozach jenieckich” – dobrze pokazuje to, jak ówczesna propaganda podchodziła do sprawy zbrodni katyńskiej) i wyraża wdzięczność. Dokładniejsza lektura pozwala jednak odczytać go jako „Doceniamy Was, ale teraz Państwu już dziękujemy” – był to bowiem wstęp do stopniowego zastępowania oficerów radzieckich świeżymi absolwentami szkół oficerskich i oficerami przedwojennymi. Jak na ironię, kilka lat później przeprowadzona zostanie operacja odwrotna – oficerowie przedwojenni będą z wojska usuwani, a ze wschodu napłynie nowa fala oficerów radzieckich, co autor rozkazu oglądać będzie zza więziennych krat.

Ósmy piknik militarny w Wodzisławiu Śląskim

Kierowca jechał dość szybko i okoliczne pola ustąpiły wkrótce miejsca pierwszym zabudowaniom miasteczka. W przeciwieństwie do większości miejscowości, które mieli okazję zobaczyć w Polsce, to wyglądało na niemal nietknięte przez działania wojenne. Major Mikitczuk pamiętał z raportów, że akurat w tej okolicy obyło się bez większych walk. Tym trudniej było mu zrozumieć, dlaczego akurat po wyzwoleniu uaktywniła się tutaj lokalna partyzantka. Co innego na jego rodzinnej Ukrainie – tam spora część podziemia postrzegała Niemców – nierzadko z wzajemnością – jako partnerów do walki z władzą radziecką. Tutaj jednak nic nie wskazywało na jakąś szeroką współpracę podziemia z okupantem. Z drugiej strony, chociaż meldunki ostrzegały, że w okolicy czają się hordy antyradzieckich partyzantów, to ich działalność była praktycznie niezauważalna. Zresztą – gdzie mieliby się kryć, skoro tu wokoło tylko pola i pastwiska? Niby gdzieś rozrzucili ulotki, gdzieś tam obili chłopów za wypas na „pańskiej” ziemi, czy napadli jakąś grupę propagandową, ale obecna sprawa nie pasowała…

Kuda tiepier’? – pytanie kierowcy, choć nie do niego adresowane, wybiło go na chwilę z zamyślenia. Samochód stanął przed skrzyżowaniem a sierżant Iwanow dał sygnał do zatrzymania kierowcy dodgea z obstawą i pochylił się nad mapą. Mikitczuk rozejrzał się. Miasto wyglądało spokojnie, nic w zachowaniu miejscowych nie wskazywało na to, że kilka dni temu działo się tu coś niezwykłego. Może po prostu po latach okupacji widok strzelaniny w środku miasta nie robił już na nich żadnego wrażenia.

– Pojechali! Krzyknął w końcu Iwanow, a Mikitczuk wrócił do przerwanych rozmyślań. Ciekawe, czy miejscowe podziemie rzeczywiście posłało by dwóch partyzantów, dobrze zakonspirowanych jako żołnierze Wojska Polskiego do antyradzieckiej akcji zbrojnej, w dodatku zrobionej tak głupio, że ci niemal od razu dali się złapać? Czy też może znowu ktoś narobił bałaganu i teraz trzeba tu sprzątać? Jeśli to znowu jakiś bałwan z miejscowej komendantury się schlał i narozrabiał, to jak tylko załatwi sprawę tych Polaków, załatwi temu idiocie wakacje na dalekiej północy.

– Kuda idiosz, durak?!

Okrzyk Iwanowa znów przywrócił go do rzeczywistości. Wjechali na jakieś targowisko i właśnie jakiś kaleki żebrak kuśtykał im prosto pod maskę. Samochód zwolnił, a potem zatrzymał się przed kaleką.

– Uchodi z dorogi, sirota kazanskaja! – dołączył się do okrzyków Mikitczuk. Dopiero kiedy żebrak odrzucił kulę, do majora zaczęło docierać, że coś jest nie tak…

Jak co roku, 3 maja w Wodzisławiu Śląskim odbył się piknik historyczno-militarny. Rok-rocznie GRH „Osiemnasty Kołobrzeski” bierze udział w tym wydarzeniu wystawiając dioramy i uczestnicząc w inscenizacjach. W tym roku jednak przypadło nam zadanie szczególne – zorganizowania od początku do końca drugiej inscenizacji.

Ponieważ pierwsza inscenizacja pokazywać miała wydarzenia z września 1939r, my zdecydowaliśmy się inscenizację bez udziału strony niemieckiej. O takim wyborze decydował też spodziewany brak ciężkiego sprzętu i pirotechniki. Ograniczenia narzucał także teren inscenizacji – środek rynku miejskiego. Nasz wybór padł zatem na sceny z rzeczywistości powojennej, co pozwoliło nam wystąpić w nietypowych dla nas rolach – partyzantów i pracowników radzieckiego aparatu bezpieczeństwa a także maruderów z szeregów Armii Czerwonej. Mając takie założenia postanowiliśmy postawić na dopracowany scenariusz, który wymaga raczej zaangażowania uczestników niż dużych ilości broni i amunicji.

Inscenizacja została luźno oparta na wydarzeniach, które miały miejsce w Lesznie w maju 1947r., gdzie w obronie Polki sprzedanej czerwonoarmistom przez męża za wódkę stanęli polscy kolejarze i  funkcjonariusz MO, ostatecznie wsparci przez żołnierzy WP. W toku potyczki zbrojnej polscy żołnierze pod dowództwem ppor. Jerzego Przerwy zastrzelili szeregowca i dwóch oficerów Armii Czerwonej oraz ranili pięciu czerwonoarmistów. Co jednak zakończyło się dla nich sądem wojskowym i drakońskimi karami – w trzech przypadkach także wyrokami śmierci. Ze względu na pewne ograniczenia, zdecydowaliśmy się naszą historię osadzić w lecie roku 1945. W centrum wodzisławskiego rynku, z pomocą Wodzisławskiego Teatru Ulicy powstał powojenny szaberplac, który zapełnił się miejscową ludnością.

Na targu toczy się normalne życie – ludzie handlują, wymieniają się wieściami… Wśród cywilów przechadza się też dwóch żołnierzy WP – frontowców cieszących się z pierwszej od bardzo dawna przepustki. Porządku pilnuje milicjant. W pewnym momencie na teren targowiska wkracza trzech radzieckich maruderów – najwyraźniej podpici, szukają zwady, towary ze straganów traktują jak swoje. Zastraszeni ludzie nie reagują.

Próba interwencji ze strony milicjanta kończy się niepowodzeniem – jeden przeciwko trzem nie ma szansy by ich powstrzymać. Dopiero, gdy czerwonoarmiści zaczynają „dobierać się” do jednej z kobiet, interweniują żołnierze Wojska Polskiego.

Dochodzi do potyczki, w wyniku której śmierć ponosi jeden z maruderów. Jego koledzy odciągają go i wygrażając Polakom wycofują się. Żołnierze wahają się pomiędzy pozostaniem na miejscu, powrotem do jednostki i doradzaną przez milicjanta ucieczką. Zanim jednak podejmą jakąkolwiek decyzję zostają zatrzymani przez oddział radziecki, który przybył by aresztować „bandytów, którzy napadli radzieckich żołnierzy na przepustce”.

Druga część inscenizacji przenosi akcję kilka dni do przodu – Z incydentu zrobiła się wielka afera – aresztowanych żołnierzy oskarżono o to, że jako agenci reakcji podstępnie zinfiltrowali Wojsko Polskie by prowadzić działalność antyradziecką – choć zaczęło się to jako małe oszustwo w raportach, sprawa zaszła już na tyle daleko, że dla zbadania przypadku „działalności antyradzieckiej” do miasta przyjeżdżają śledczy z NKGB z obstawą złożoną z zebranych na szybko żołnierzy Wojsk Pogranicznych.

Oczywiście takiej okazji nie może przepuścić miejscowe podziemie. Na targowisku przed willysa ze śledczymi wychodzi „kaleki weteran”. Nie zważając na okrzyki złości pracowników bezpieki blokuje ich samochód po czym wyciąga pistolet i trzema dubletami zabija śledczych i kierowcę, po czym odrzucając kulę czym prędzej ucieka.

W międzyczasie ukryty w tłumie partyzant ostrzeliwuje ciężarówkę z obstawą z pistoletu maszynowego. Zanim zaskoczeni atakiem pogranicznicy reagują, partyzanci zaczynają odwrót ostrzeliwując się gęsto. Ze względu na zamieszanie i panikę, jakie powstają na targu, żołnierze radzieccy nie są w stanie skutecznie prowadzić ostrzału. Po krótkiej potyczce partyzantom udaje się wycofać bez strat.

Pomimo dużych obaw, spowodowanych również niepewnością co do odpowiedniej ostatecznej ilości uczestników, inscenizację uznać możemy za udaną. Oprócz możliwości sprawdzenia się w roli organizatorów, pozwoliła nam przyjąć role dla nas nietypowe, a także wykorzystać w praktyce teorię wyłożoną uprzednio w artykule https://dobroni.pl/n/niebieskich-czapek/19546 

W inscenizacji udział wzięły następujące grupy:

„Osiemnasty Kołobrzeski”

Wodzisławski Teatr Ulicy

GRH „Breda”

1 PSP AK

GRH 34 Pułk Strzelecki Gwardii


Stowarzyszenie Tradycji  NVA

Autor: Kamil Szustak

SUMMARY

The 8th edition of the Historical-Military Fair in Wodzisław Śląski saw us as the co-organisers, with the possibility to direct the second part. We have deceided to base our story on the incident in Leszno in 1947, where a Polish woman had been sold by her husband to the group of Red Army man for vodka. The woman was rescued by the joint action of the polish militia, soldiers and railway workers, however, the Polish soldiers engaged were later prosecuted for assoulting and killing the Red Army men. Three of them were sentenced to death.

We have thus prepared two scenes from 1945 – in the first one the Red Army marauders enter a marketplace and try to rape a local woman. They are stopped by the militiaman and two Polish soldiers on a leave. As a result, one of the Soviet soldiers is shot dead. After a short while, aSoviet patrol arrives to arrest the soldiers.

The second scene happens a few days later. Since the arrested soldiers were falsely accused of being the members of anti-soviet underground, an investigation team of the NKGB is sent to the town accompanied by a group of NKVD Border Troops. They are then ambushed by the underground in the city.

Pociąg Repatriantów Oleśnica-Wieruszów z udziałem GRH Osiemnasty Kołobrzeski 2018

W minioną sobotę, jak co roku, z Oleśnicy wyjechał Pociąg Repatriantów. W tym roku pociąg pojechał wydłużoną trasą z Oleśnicy do Wieruszowa. Prócz szeregu bydlęcych wagonów, pociąg zabrał także odkryta platformę z kuchnią polową i żołnierzami polskimi i radzieckimi oraz dwa wagony osobowe z lat 20. Wydarzenie to upamiętnia powojenne przesiedlenia ludności i zasiedlanie „Ziem Odzyskanych”.

Na zaproszenie organizatora, Oleśnickiego Stowarzyszenia Miłośników Techniki „Olsensium” i stowarzyszenia „Arma” w wydarzeniu wzięła także udział czteroosobowa reprezentacja rekonstruktorów GRH „Osiemnasty Kołobrzeski”. Ze względu na brak dostatecznej ilości broni, zdecydowaliśmy się na wystawienie sylwetek „niebojowych” – powracających ze szpitala wojskowego ozdrowieńców oraz pracowników kolei radzieckiej – inspektora kolejowego w stopniu technik-lejtnanta i agenta ochrony ładunku Zmilitaryzowanej Ochrony NKPS.

Organizatorom udało się oddać klimat tamtych lat, do czego oprócz starań przyczyniły się także czynniki obiektywne – stan dworców na trasie idealnie pasował do terenów, przez które niedawno przetoczył się front. Dopisali również repatrianci – wielu miało naprawdę dobrze przygotowane stylizacje, a w wagonach podróżowały z nimi kury, króliki, a nawet koń.

Organizator zapewnił uczestnikom moc atrakcji. O prawie wstępu do pociągu decydowało zaświadczenie z Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, na którym na każdej stacji uczestnicy otrzymywali pieczątki potwierdzające rejestrację w punkcie. Na trasie pociąg został także napadnięty przez grupę niemieckich niedobitków, którą jednak dzielnym żołnierzom polskim i radzieckim udało się po krótkiej walce pokonać. Pociąg zabrał ze sobą również niewielką orkiestrę, która umilała pasażerom podróż odgrywając popularne w epoce utwory.

Pociąg Repatriantów to nie tylko fajna impreza rekonstrukcyjna, ale także ciekawy sposób przypominania o historii i aktywizacji społeczności lokalnych – większość repatriantów i pasażerów stanowili mieszkańcy miejscowości zaangażowanych w projekt, a każdorazowy wjazd pociągu na stację witany był przez tłumy.

Autor tekstu: Kamil Szustak