“Schwedenschanze 2011” – Ćwiczenie 24-godzinne

W dniach 2-3 września 2011 r. w lasach okolicy Prudnika odbyło się 24-godzinne ćwiczenie polowe GRH „Osiemnasty Kołobrzeski”.

Kryptonim ćwiczenia – „Schwedenschanze” – został zaczerpnięty od nazwy gospody, która istniała w podprudnickim lesie do końca II wojny światowej i została spalona podczas ciężkich walk na tym terenie na przełomie 1944 – 1945. Scenariusz zajęć został więc mocno osadzony w historycznych warunkach terenowych, obejmując miejsca, na których faktycznie toczyły się długotrwałe zmagania wojsk niemieckich i Armii Czerwonej. Co prawda w walkach tych nie uczestniczyły jednostki WP, jednakże  sam przebieg ćwiczeń odpowiadał ówczesnym realiom.

W zajęciach wzięło udział czworo rekonstruktorów, tworząc improwizowaną grupę zwiadu, składającą się z dowódcy – porucznika uzbrojonego w pistolet TT, strzelca w stopniu kaprala  z cenzusem uzbrojonego w KB Mosin, szeregowego służby łączności uzbrojonego w KB Mosin oraz fizyliera uzbrojonego w pm PPSz. Wszyscy członkowie patrolu dysponowali wyposażeniem niezbędnym do bytowania oraz dłuższego działania w terenie, w tym racją żywnościową.

W dniu 2 września grupa dotarła do całkowicie zrujnowanych budynków, znajdujących niemal dokładnie w miejscu, w którym istniała gospoda „Schwedenschanze” (zgodnie ze scenariuszem – bezpośrednio przed rubieżą styczności z nieprzyjacielem), gdzie przygotowała bytowanie. Noc okazała się pogodna i wyjątkowo ciepła, a jedyną uciążliwością była wielka ilość komarów i innych owadów. O świcie przygotowano skromne śniadanie, składające się z chleba, słoniny, cebuli i herbaty. Następnie patrol przeniknął na ziemię niczyją, kierując się na pobliski most na rzece Prudnik i położony w pobliżu młyn wodny. Trasa wiodła przez dawny pas taktyczny, pocięty transzejami, sztucznymi przeszkodami wodnymi oraz ruinami budynków. Temperatura rosła z każdą godziną i marsz stawał się coraz bardziej uciążliwy. Niestety, na miejscu okazało się, że opuszczony i zrujnowany młyn, który w poprzednich latach stanowił znakomite tło do działań jest obecnie remontowany.

Dalsza trasa patrolu wiodła wzdłuż pasma górskiego, równolegle do dawnej granicy czesko-niemieckiej. Co ciekawe, pomimo ładnej pogody nie napotkano ani jednej osoby. Po drodze, w pobliżu dużego zbiornika przeciwpożarowego grupa zatrzymała się na krótki postój i posiłek. Patrol zakończył się przy pomniku Eichendorfa w pobliżu miejscowości Dębowiec, skąd grupa powróciła do bazy.

Ćwiczenie stało się okazją do dalszego zapoznania z praktycznym wykorzystaniem elementów umundurowania i wyposażenia a także przećwiczenia historycznej taktyki, nieco odmiennej od współczesnej, która stosowana jest w bieżącej działalności stowarzyszenia. Dały również znać o sobie otarcia stóp, na co niewątpliwie duży wpływ miał upał. Skromna racja wody, przenoszona przez członków grupy (po jednej manierce na osobę) także okazała się niewystarczająca i pod koniec zajęć można było zaobserwować pierwsze objawy przegrzania organizmu.

Autor: Marcin Morawski

SUMMARY

The text describes the first two-day excersises of our reenactment group. During this session, a day-long, over 20 kilometer long patrol was carried.

Twierdza 2011 – Ćwiczenie GRH Osiemnasty Kołobrzeski i GRH Pierwszy Batalion

Gdy wyjechało się na szczyt niewielkiego wzgórza i stanęło na zakręcie pod starym, poskręcanym dębem, otwierał się widok niczym z ilustracji do bajki Braci Grimm – śliczne, cukierkowej urody miasteczko rozłożone na obu brzegach wijącej się stalowoszarą wstążką rzeki. Spiczaste dachy kamienic, wykusze i mansardy w ścianach z pruskiego muru, strzeliste wieże kościołów i przysadziste baszty bramne, kamienny most spinający brzegi – po prostu wsadzić do szklanej kuli i posypać sztucznym śniegiem. Sielankowe wrażenie psuło jednak ołowiane, dramatyczne niebo, po którym przewalały się o ton ciemniejsze chmury. Pomiędzy tym niebem a miastem ciemniała masywna, kanciasta bryła Twierdzy – z jednej wspartej stromym wałem o brzegi rzeki, z drugiej opadającej kaskadami bastionów, rawelinów i fos.

Ubłocone czołgi T-34 z czerwonymi gwiazdami na wieżach wjechały do miasta ostro, z fasonem i po mołojecku, poprzedzone przez rój kilkunastu motocykli. Krzesząc iskry na średniowiecznym bruku przeleciały przez kamienny most i ustawiły się na rozległym rynku, pomiędzy figurą Świętego Nepomucena, patrona od powodzi, a pręgierzem. Gdy – jak ucięte – zgasły silniki, wokół zapanowała martwa cisza. Gdzieś zatrzepotał gołąb, zafurkotały na porywie zimnego wiatru wywieszone w oknach białe flagi. Fizylierzy desantu zeskoczyli z pancerzy czołgów, przez chwilę jeszcze czujni, ale już coraz bardziej ciekawi atrakcji nie zniszczonego wojną miasta. Właz w jednym z czołgów otworzył się, wyszedł z niego kapitan w okrągłych, drucianych okularach, który poprawił czapkę i usiadłszy na krawędzi wieży rozejrzał się wokoło. W końcu spojrzał w górę, gdzie na obłej, grubej sylwetce najwyższego punktu twierdzy, nazywanego donżonem, stał maszt a na nim łopotała flaga ze swastyką.

– Wot, swołocz… – zaklął pod nosem, zeskoczył z pancerza i skrzyknął kilku motocyklistów.

Po chwili trzy motocykle gnały krętymi uliczkami, pnąc się do bram fortu. Zajechały na dziedziniec, kapitan w towarzystwie czterech żołnierzy zaczął biec stromymi schodami w górę. 

Oficer pokonał ostatnie stopnie i wybiegł na płaski, porośnięty trawą szczyt donżonu. Wyjął z torby płachtę czerwonej tkaniny. Towarzyszący mu żołnierze w mig zrozumieli w czym rzecz, szybko ściągnęli z masztu chorągiew ze swastyką i przypięli do linki radziecką flagę. Prostokąt czerwieni poszybował w górę i załopotał na listopadowym wietrze. Kapitan podszedł do barierki, spojrzał w dół, na pudełka czołgów stojące w rynku i na małe figurki w mundurach khaki wędrujące przyległymi uliczkami. Zaczerpnął głęboko powietrza i krzyknął.

– Krasnoj Armii sława! Ura!

Nim stojący nieco z tyłu żołnierze zdążyli odpowiedzieć, huknął pojedynczy strzał, pocisk trafił kapitana w pierś i odrzucił do tyłu. Rosjanie na szczycie donżonu zaszamotali się bezładnie, szukając osłony na płaskiej jak stół, trawiastej połaci. Kolejne strzały, które wyłapywały ich w biegu, utonęły w nagłej kanonadzie – w mieście rozpętało się piekło. Trzy pierwsze czołgi zapłonęły niemal równocześnie, trafione głowicami panzerfaustów. Na zaszokowanych i zdezorientowanych fizylierów desantu oraz czołgistów – którzy wyszli spod dusznych pancerzy i obsiedli murek pod smutnym Nepomucenem – spadły serie broni maszynowej i granaty. Dwa kolejne czołgi płonęły jasnym płomieniem, obrzucone zapalającymi butelkami, jeden z mechaników wskoczył na swoją maszynę z gaśnicą i niemal w tej samej chwili zgiął się w pół, upadając w ogień. Rozproszeni po uliczkach żołnierze ginęli jeden po drugim, aż w końcu na uliczkach pozostały tylko bezładnie rozrzucone, podobne do szmacianych lalek zwłoki.

Nad miastem zapadła znowu cisza, przerywana trzaskiem płomieni i zasnuta duszącym, czarnym dymem płonących ‘cztrzydziestekczwórek’. Czerwona flaga poszybowała z wiatrem w dół kamiennej ściany donżonu niczym kropla krwi po martwej twarzy. Na wysokim maszcie znowu załopotał czarny hackenkreuz…


***

Pułkownik podszedł do okna, w zamyśleniu ssąc cybuch fajki. Ot ci raz – pomyślał ze złością – Sowieci przyszli, zabitych pogrzebali, parę domów spalili i rozstrzelali paru jakichś starych dziadów z okolicznych wiosek. A potem szast-prast i odcinek przekazali sojusznikom, dobrze, że dziękować nie kazali, jaki to wspaniały odcinek dają, z miasteczkiem jak malowane. A teraz dziesięć kilometrów z przodu ciężkie walki, od północy Niemcy podgryzają, a jeszcze tutaj miasto z twierdzą jak cierń w dupie. Ledwo co stację kolejową i bocznicę jako tako trzymamy, dobrze, że nieco pod miastem położoną, a i tak nie ma nocy, żeby ktoś nie oberwał. Najgorzej, że żołnierze zaczynają się bać, twierdza dla nich już niczym jakaś szklana góra z babcinej gadki-skazki. Saperzy z pułku do twierdzy wysłani poszli, weszli, pobłądzili i ledwo wrócili, a potem zameldowali, że nie da rady, wszystko zaminowane. Jeszcze dwa wejścia trotylem zawalili i powiedzieli, że chwatit. Oczywiście następnej nocy Niemcy przyszli znowu i trzech naszych ranili. Dobrze, że chociaż ten cholerny maszt zrąbaliśmy, przynajmniej szwabska flaga w oczy nie kole…

Niewesołe rozmyślania przerwało pukanie.
– Wejść – powiedział pułkownik. 
Drzwi otwarły się i do pokoju wszedł porucznik z drugiej kompanii.
– Chodźcie, chodźcie – pułkownik machnął ręką przerywając próbę zameldowania się przybysza – siadajcie, napijemy się.
Porucznik usiadł, przyjął niemiecką literatkę z rżniętego szkła, wypił i zagryzł wąskim paseczkiem słoniny.
– Słuchajcie, studiowaliście przed wojną historię?
– Tak jest. To znaczy, dokładnie mówiąc, nie ukończyłem.
– Znacie się na tym? – pułkownik wskazał ręką w stronę okna, w którym widać było szarą bryłę twierdzy. Ciekawe, że gdzie by nie stanąć, zawsze pojawiała się na widoku, dominując swoją masywną sylwetką – Jak to jest zbudowane, ma jakiś sens, jakiś plan?
– Ogólnie mówiąc tak. Zasadą było budowanie bastionów, które wzajemnie kryły się ogniem. Stąd bierze się taki dziwny, rozetowy kształt, zresztą nawet mówi się na to „dzieło koronowe”. Do tego w obrębie fortyfikacji umieszczano koszary, magazyny, prochownie i warsztaty.
– A podziemia? Lochy, korytarze? 
– Oczywiście. Po pierwsze były kazamaty magazynowe. Do tego dochodziła siatka chodników minerskich wychodzących poza twierdzę. W razie oblężenia minowano te chodniki i wysadzano oblegających.
– Cholera, jeszcze i to. Myślicie, że nas tu mogą?
– Raczej nie, jesteśmy po drugiej stronie rzeki. 
– Słuchajcie, weźmiecie trzech-czterech ludzi, możecie sobie sami wybrać. Zajmiecie jeden z fortów na skraju twierdzy i powoli posprawdzacie co tam się dzieje. Jakby co, wezwiecie pomocy przez radio, dam wam swojego radzika. Najważniejsze, zobaczyć gdzie Niemcy siedzą i którędy wyłażą. Jak to będziemy wiedzieć, wtedy jakoś zaradzimy…

***

Korzystając z bezśnieżnej grudniowej pogody GRH „Osiemnasty Kołobrzeski” przygotowała weekendowe ćwiczenie na terenie Twierdzy Kłodzkiej. Ćwiczenie to było częścią zajęć szkoleniowych naszego macierzystego stowarzyszenia – Ranger Survival Club. Udało się je zorganizować dzięki życzliwej współpracy zaprzyjaźnionej „Akademii Przygody”, która właśnie w Twierdzy Kłodzkiej ma swoją siedzibę. Do udziału w zajęciach zaprosiliśmy kolegów z GRH „Pierwszy Batalion” z Wrocławia.
Zajęcia rozpoczęły się w piątkowy wieczór, kiedy na miejsce dotarła większość uczestników. Wszyscy przeszli do fortu „Żuraw” – zajmowanego przez Akademię Przygody – który od tej pory stał się naszą bazą. Jest to niewielki fort flankujący położony na skraju kompleksu twierdzy, oddzielony fosą i mostem zwodzonym, dający schronienie w wysoko sklepionej izbie o ceglanych ścianach i półokrągłym stropie, nazywanej podwalnią.

Wczesnonocne godziny zajęły patrole po przyległym terenie, a około godziny drugiej wszyscy zaczęli przygotowywać sobie miejsca do spania. Rekonstruktorzy zaścielili kamienną posadzkę pałatkami, ubrali płaszcze i położyli się obok siebie, przykrywając kocami. Reszta kolegów z naszego stowarzyszenia – działająca na współczesnym sprzęcie – miała lepiej, rozkładając karimaty, śpiwory i goretexowe bivy-bagi. 
Noc była nieco uciążliwa, z wejściowego korytarza wiało mroźnym powietrzem, a temperatura w podwalni wynosiła około 3-5 stopni powyżej zera. O świcie wyszliśmy na górę i rozpaliliśmy niewielkie ognisko, na którym zagotowaliśmy wodę na poranną herbatę. Plując fusami popijaliśmy śniadanie złożone z chleba, wędzonki i cebuli.

Niedługo potem na miejsce dotarli koledzy z „Pierwszego Batalionu” i rozpoczęliśmy zajęcia taktyczne na powierzchni. Patrol, sprawdzanie napotkanych po drodze obiektów, szyki, wzajemne ubezpieczanie – wszystko to zajęło kilka godzin. Do tego doszły ciekawe zagadnienia z pokonywaniem przeszkód terenowych, jak strome skarpy, mury czy zabudowania. Wreszcie przyszedł czas na przećwiczenie natarcia drużyny – tyralierą w terenie otwartym oraz w specyficznym terenie wewnętrznych dziedzińców twierdzy. Napotkany na jednej z „ulic” czołg T-34 pozwolił na spróbowanie sposobów załadunku i spieszania desantu.

W tym czasie grupa „współczesna” prowadziła ćwiczenia w podziemiach. Po jej wyjściu nastąpiła zamiana obszaru zajęć i rekonstruktorzy weszli do podziemi. Aby zachować zgodność z realiami za oświetlenie służyła niewielka, metalowo-szklana latarnia na łańcuchu (oryginalna i zabytkowa, choć nieco cmentarna), w której umieszczono świeczkę. Do tego mieliśmy jeszcze klasyczną, kanciastą latarkę elektryczną – sygnałówkę, która służyła jedynie awaryjnie do doświetlania trudniejszych fragmentów. Wejście do podziemnych chodników minerskich (tzw. reminów) znajdowało się w jednej z fos i było dosyć niepozorne. Po wejściu do wnętrza trzeba było zorientować się w ogólnym zarysie przebiegu korytarzy, połączeniach pomiędzy nimi i istniejących wyjściach na powierzchnię. Wymagało to żmudnego przejścia każdego z odcinków i próby zinwentaryzowania obiektu. W końcu grupa dotarła do stromych, pokrytych błotem schodów, które prowadziły w dół do częściowo zalanego chodnika. Wody – a w zasadzie nadpleśniałej błotnistej cieczy – było mniej więcej do kolana, przy czym marsz utrudniały zatopione kamienie, belki i druty. Po pokonaniu tego odcinka okazało się jednak, że znajdują się tam trzy wyjścia na wewnętrzny obwód twierdzy, przy czym jedno może zostać udrożnione. Po wyjściu na powierzchnię grupa odetchnęła chwilę świeżym powietrzem, a następnie sprawdziła jeszcze jedną prostą ale schodzącą skosem w dół dosyć głęboko sztolnię odwodnieniową.

Po tych zajęciach koledzy z „Pierwszego Batalionu” i jeden z naszych rekonstruktorów musieli niestety wracać. Pozostała trójka rozpaliła na dnie fosy ognisko przy którym zawisły przemoczone w podziemiach skarpety i onuce. Przygotowaliśmy skromną kolację – upieczony na patyku „dziki kurak”, ugotowana w menażce kasza, trochę chleba i cebuli. Rarytasem było kilka butelek trofiejnego piwa i oranżady w oryginalnych, przedwojennych butelkach z niemieckich browarów. Po kolacji okazało się, że gospodarze przywieźli kilkanaście 60-litrowych beczek z wodą i trzeba je przenieść przez most, a następnie stromymi schodami i korytarzami na najniższe kondygnacje fortu. Po tej pracy chwila odpoczynku i następne zajęcia w podziemiach – tym razem, ze względu na niewielką już liczbę, rekonstruktorów włączono do grupy „współczesnej”. Było dobrze po północy, kiedy zajęliśmy się ponownie przygotowywaniem noclegu – tym razem udało się uszczelnić wejście z korytarza i wewnętrzne okno, dzięki czemu uniknęliśmy przynajmniej lodowatych podmuchów.

Niedzielny poranek przeznaczono na krótką sesję fotograficzną, posprzątanie obiektu i przygotowanie do wyjazdu. Około południa samochody uczestników zajęć rozjechały się do domów…

Autor: Marcin Morawski

SUMMARY

The text describes the two-day training carried by our reenactment group in the Stronghold of Kłodzko in early december 2012. The training included exploration of underground tunnels with minimum light, fights in urban area and other aspects.

Zimowe ćwiczenie narciarskie GRH

W dniach 3 – 5 lutego 2012 roku członkowie GRH ‘Osiemnasty Kołobrzeski’ postanowili zrealizować ćwiczenie polowe z wykorzystaniem sprzętu narciarskiego. Niestety, trudności ze skompletowaniem odpowiednich zestawów nart i kijków sprawiły, że ostatecznie w zamarznięte Góry Izerskie wyruszyło tylko dwóch z nas.
Ćwiczenie okazało się bardzo udane – pokrywa śniegu przekraczała 2 metry, temperatura wahała się od -18 w najcieplejszym momencie dnia do nawet -28 po zachodzie słońca (w nocy z 2 na 3 lutego zanotowano na Hali Izerskiej -42 stopnie nad ranem). Wykonaliśmy trzy długie, całodzienne marsze na nartach, z których najdłuższy miał około 25 kilometrów.
Sprzęt narciarski sprawił się znakomicie, umundurowanie ochroniło przed odmrożeniami, choć o komforcie trudno mówić. Zebrane doświadczenia zaowocują z pewnością jeszcze bardziej wymagającymi zajęciami w przyszłym roku.
Przed obejrzeniem zdjęć zapraszam – jak zwykle – na krótkie beletrystyczne wprowadzenie.


Sztab ulokował się w dużym domu, który prawdopodobnie służył kiedyś jako pensjonat. Obszerna izba na wysokim parterze ozdobiona była myśliwskimi trofeami, fotografiami o tematyce narciarskiej i śląską ceramiką. Na honorowym miejscu najdłuższej ściany jaśniał spory prostokąt – jeszcze nie tak dawno wisiał tam zapewne portret Hitlera, spoglądającego dumnie w przyszłość. Wielki kaflowy piec roztaczał miłe ciepło, nic więc dziwnego, że to właśnie koło niego zasiadło dwóch oficerów.
– Słuchajcie – pułkownik zapytał siedzącego na skraju krzesła porucznika – wyście byli przed wojną ułan?
– Dokładnie mówiąc to byłem strzelcem konnym.
– Ale szkolenie narciarskie przeszliście?
– W planie szkolenia było. Pokazali jak się narty przypina, kilka zjazdów, jeden marsz… W sumie czasu nie było, bardziej na wyszkoleniu jeździeckim się koncentrowano.
– Trudno, nikogo więcej do tej roboty z oficerów nie mam. Weźmiecie sobie do pomocy kogoś bardziej doświadczonego. Macie tam podobno jakiegoś żołnierza wprawionego w nartach?
– Jest, w drugiej kompanii. Opowiadał, że przed wojną w Sokole na nartach jeździł…
– Wiem, który – wtrącił szczupły kapitan o oschłym głosie, który do tej pory siedział w kącie, przeglądając teczki z dokumentami – sanacyjny urzędnik, politycznie niepewny…
– W boju od ponad roku, zastrzeżeń nie było. Nawet do odznaczenia przedstawiony, ale jakoś nie dostał – odpowiedział ostrożnie porucznik.
– Mniejsza z tym, dawajcie go tutaj – zdecydował pułkownik – my narciarza szukamy, a nie kandydata do partii.
Nie minął nawet kwadrans, gdy w izbie zameldował się niemłody już żołnierz z pepeszą przewieszoną przez plecy.
– Na nartach umiecie jeździć ? – zapytał pułkownik
– Tak jest obywatelu pułkowniku – odpowiedział, wyprężony jak struna – potrafię.
– A gdzie się nauczyliście?
– Przed wojną, obywatelu pułkowniku. W Sokole, to było takie stowarzyszenie sportowe. Każdą zimę jak tylko było możliwe, narty przypinałem. Piękne narty miałem, norweskie, jesionowe…
– Chłopi i robotnicy zapałki na czworo dzielili, ale niektórzy narty z Norwegii sprowadzali – mruknął z kąta kapitan.
Pułkownik spojrzał przeciągle, żołnierz zdawał się nie dosłyszeć ostatniej uwagi
– Marsz długi przez góry na nartach potraficie wykonać? – zapytał dowódca.
– Tak jest obywatelu pułkowniku. Cztery razy brałem udział w rajdzie szlakiem karpackich walk brygad legionowych. Tam ponad tydzień na nartach się wędrowało. 
– A innych potraficie nauczyć?
– Tak jest. Zależy jak kto ma talent, ale podstaw w parę dni da radę.
– Tak i dobrze. Odmaszerować. Wezwiemy was, gdy będziecie potrzebni.
– Słuchajcie – zwrócił się pułkownik do porucznika, gdy żołnierz już wyszedł – potrzebuję sprawdzić, co Niemcy szykują w górach. Czy tam po chatach i schroniskach przypadkiem nie siedzą jakieś alepenjegry, żeby nam na plecy wyleźć albo boki podgryzać. Zwiadu nie poślę, bo potrzebny na głównym kierunku. Was przed wojną narciarstwa uczyli, czyli raczej nóg nie połamiecie. Weźmiecie też tego fizyliera. Czasu mało, wyruszyć trzeba najpóźniej pojutrze.

***

Porucznik stał przed domem jak wyjęty z regulaminu mundurowego, zapięty pod szyję, ogolony, ściśnięty pasem z koalicyjką, na którym wisiała kabura tetetki, ze zrolowanym płaszczem przewieszonym przez ramię, w błyszczących chromowych butach. Na sztachecie płotu, o który oparte były narty, wisiał workoplecak.
– Ta joj, obywatelu poruczniku, tak to my daleko nie zajdziemy – powiedział fizylier, który wybiegł właśnie z sieni, w samej tylko koszuli z podwiniętymi rękawami – zapraszam do środka, zaraz coś zaradzimy.
Wyszli przez ciemny korytarz do położonej na parterze izby. Przy malowanej w kwiaty trzydrzwiowej szafie leżał stos różnorodnego wojskowego i turystycznego wyposażenia.
– Obywatel porucznik spocznie – żołnierz wskazał drewniane, również malowane w róże krzesło z poręczami – a ja tymczasem wybiorę coś z tej sterty.
– Z przeproszeniem, ale nasze graty nijak się nie nadadzą na taką wyprawę – kontynuował – po pierwsze buty, w tych oficerkach za dwa dni będzie pan miał nogi nie przymierzając jak siostra od Kopciuszka, bez pięty i bez palców, pięta się zedrze do kości, a palce odpadną od mrozu. Poszukałem po domach i znalazłem takie cudo – zatańczył, przytupując na deskach i pokazał trzewiki o szerokich, kwadratowych nosach – oto niemieckie buty narciarskie, nos szeroki, stopa się nie odmrozi, a i wiązanie lepiej trzyma. Dla pana porucznika też mam, tylko rozmiar trzeba wybrać. Do tego owijki zrobiłem, ze starego szynela. Dalej patrząc, to mieszok za mały, nam w górach nie na kwaterze spać, ale wiele dni w lesie, gdzie tylko śnieg, mróz i wilki. Jedzenia trzeba wziąć, amunicji więcej, koce jakieś zapakować. Do tego lepszy rukzak alpejski, o taki jak ten, płaszcz można przytroczyć i dwa mieszoki się we środku zmieszczą.
Siekierkę pożyczyłem od saperów, od szoferaków wycyganiłem dwie pary watowanych spodni i walonki, do spania będą jak znalazł – wyliczał, odginając palce – skarpety leżą o tam, na kupce, wybrać trzeba ile wlezie wełnianych. Jeszcze kombinezony ochronne zdało by się zabrać, ale to już albo przez sztab, albo razwiedczików prosić. Co do nart, to te ruskie nadadzą się od biedy, ale ja dla siebie wyszperałem niemieckie, cudeńko, Berlin mają napisane, znaczy się z samego faszystowskiego matecznika pochodzą. Zaraz będziemy je smarować, tylko żelazko się zagrzeje, jakby pan porucznik mógłby swoje z dworu przynieść, to też posmaruję. 

Autor tekstu: Marcin Morawski

SUMMARY

The article shortly metions the two-day training patrol carried by two of the members of Our reenactment group in February 2012 in Iserengebirge.

Omnia mea mecum porto – Rzecz o osobistych przedmiotach żołnierza 1AWP

Kompletowanie osobistego wyposażenia żołnierza jest chyba najwdzięczniejszym elementem rekonstrukcji historycznej. Daje pole do popisu wyobraźni i wiedzy kolekcjonerskiej, jest też szansą na udane ‘polowanie’ i zdobycie zabytkowych przedmiotów. Pozwala się także wykazać zdolnościami z zakresu majsterkowania i rękodzieła.

Mamy zatem do czynienia ze swoistą mieszanką przedmiotów przydziałowych, cywilnych radzieckich, ukraińskich (18 PP formowany był w rejonie Żytomierza), polskich i niemieckich (odtwarzam sylwetkę z okresu walk na terenie Rzeszy).

Niestety, przedmioty osobiste rzadko mają okazję zabłysnąć wśród publiczności – na inscenizacjach siedzą sobie spakowane w plecaku, na dioramach używane są zgodnie z przeznaczeniem, czyli tylko przez chwilę (trudno patrzeć się w nieskończoność na zegarek), a widzowie najczęściej omijają ‘graty’ i lecą oglądać czołgi i karabiny maszynowe. Dlatego też osobiste wyposażenie największą frajdę daje chyba samemu rekonstruktorowi.

Kompletując wyposażenie osobiste, opierałem się na wspomnieniach rodzinnych (mojego dziadka, który walczył w 18PP oraz dziadka mojej żony – żołnierza 16PP), relacjach źródłowych oraz własnej inwencji. Wszystkie przedmioty są przydatne w działaniach w terenie i naprawdę wykorzystywane zgodnie z przeznaczeniem. Tym samym niewiele jest tam wojennych oryginałów, których miejsce jest raczej w gablocie niż na leśnym biwaku.

Mój workoplecak mieści w sobie następujące przedmioty:

1. Przybory higieniczne: ukraiński ręcznik z tkanym wzorem (zakupiony na bazarze w Husiatynie), samodzielnie wykonany z brezentu przybornik ozdobiony patriotyczną wyszywką, w którym mieści się pędzel do golenia, maszynka do golenia na żyletki (współczesna ale taka jak z epoki) , zapasowa żyletka, małe lusterko oprawne w metal z monogramem ‘M’ (załóżmy, że trofiejne – nieco damskie, ale monogram tak mnie ujął, że nie mogłem się powstrzymać przed zakupem) i woda kolońska ‘Buzok’ (również bazar w Husiatynie – produkcja współczesna, ale za to zapach wojenny); do tego jeszcze kostka radzieckiego brązowego mydła z wojentorgu (także ukraiński bazar, śmierdzi okrutnie)

2. Toporek w brezentowym pokrowcu – toporek dostałem od dziadka, który twierdził, że jest to jeszcze poniemieckie narzędzie – nie upieram się jednak, być może jest to tuż powojenna produkcja; w każdym razie stal jest bardzo dobrej jakości; uszyłem do niego pokrowiec wykorzystując kawałek naturalnego brezentu, resztki ładownicy i troki od radzieckiego workoplacaka

3. Przybornik krawiecki – moja kopia radzieckiego przybornika, wykonana z brezentu mieszokowego; w środku nici, igły, agrafki, kawałki tkanin i zapasowy guzik

4. Sznurek konopny – sznurek przyda się zawsze…

5. Biały płócienny woreczek (radziecki) na jedzenie – można wsypać kaszę albo suchary…

6. Metalowe przedwojenne pudełko z obrazkiem ułana i dziewczyny – w środku woreczek z herbatą i woreczek z cukrem

7. Latarka elektryczna – szwedzka, dosyć współczesna; dla mnie ważne, że działa tak jak historyczne, czyli daje mało światła i szybko zżera baterię; jak pisałem wcześniej oryginału trochę mi szkoda targać na zajęcia w terenie…

8. Butelka oranżady – w upalny dzień nie ma to jak łyknąć sobie oranżady; butelka jest oryginalna, poniemiecka; w plecaku owijam ją w widoczne na zdjęciu zapasowe onuce

9. Radziecki kubek emaliowany, menażka (też nie zabytek, ale trudno wieszać oryginał nad ogniem), drewniana łyżka i konserwa żelaznej racji – makrele w pomidorach z jednego z supermarketów, bez klipsa do otwierania i oklejona kopią etykiety konserwy radzieckiej

10. Busola Adrianowa i ogryzek ołówka w łusce (oczywiście mało który żołnierz miał busolę, ale ja naprawdę używam jej do nawigacji, dlatego uważam, że jej posiadanie jest uzasadnione)

11. papierośnica z widoczkiem Leningradu i ukraińskie papierosy Pamir (bez filtra i okropnie śmierdzące), które przenoszę w papierośnicy (pudełko jest ładne, ale ma już nadrukowane ostrzeżenia o szkodliwości palenia)

12. Paczka tytoniu – to również kopia mojej produkcji, ale jak najbardziej użytkowa – można otworzyć, skręcić sobie kozią nóżkę, a papierek nonszalancko zmiąć i wyrzucić

13. Nóż sierpak

14. Zegarek Mołnia

15. Harmonijka ustna (trochę muzyki w okopie albo na biwaku)

16. Portfel – samodiełka (uszyłem z cholewki starego kozaka jeszcze z PRL), zawartość portfela jest w trakcie kompletowania, na początek już jest przedwojenny święty obrazek

17. Chusteczka do nosa, drewniana lufka do papierosów, zapalniczka benzynowa (trofiejna – taką samą zapalał papierosy kapitan Kloss)

18. Opatrunek osobisty, polski, powojenny, przedmiot użytkowy dlatego nie oryginał

19. Haftowany lniany woreczek na słonecznik – zrobiłem go samodzielnie, wzór haftu ludowy ukraiński, mieści w sobie kilka garści ‘siemoszek’

20. Pulower wełniany – trofiejny; wiele relacji mówi o tym, że żołnierze w czasie wyjątkowo zimnej wiosny 1945 masowo zaopatrywali się w ciepłą odzież w opuszczonych niemieckich domach; pulower odpowiada temu, co mogli w takiej niemieckiej szafie znaleźć (zrobiła mi go na drutach teściowa z czystej wełny, także jeszcze z PRL); za konsultację w temacie cywilnych swetrów dziękuję w tym miejscu pani Marii Brodzkiej-Bestry z GRH Bluszcz

21. Płaszcz-namiot radziecki (dobrze powojenny, ale zapinany na drewniane kołeczki)

Autor: Marcin Morawski

SUMMARY

In the article the author discusses the “personnal belongings” he carrieson him during reenactment, trying to follow the rule “omnia meamecum porto” – All that is mine, I carry with me”.

Jeszcze o dokumentach osobistych w 1 i 2AWP

Uwaga! Poniższy tekst powstał w 2012r. dzięki wsparciu użytkowników portalu http://www.dobroni.pl. Zawarte w nim informacje zostały później zweryfikowane, dlatego też zaleca się lekturę w połączeniu z późniejszymi artykułami z cyklu.

                Od chwili opublikowania artykułu na temat książeczek wojskowych 1 i 2 AWP otrzymałem szereg sygnałów o istnieniu innego, wcześniejszego wzoru książeczki wojskowej. Niezawodny użytkownik „Kirej” wyśledził nawet skan takiej książeczki na stronie pewnego stowarzyszenia, jednak moja prośba o zgodę na wykorzystanie materiału pozostała bez odpowiedzi. Ostatnio jednak udało mi się zdobyć coś, na co dawno „polowałem” – wydany w 1978r. zbiór dokumentów pt. „Ludowe Wojsko Polskie 1943 – 1945”. W zbiorze tym zawarto naturalnej wielkości faksymile rozmaitych dokumentów i plakatów związanych z formowaniem i szlakiem bojowym 1 i 2 Armii Wojska Polskiego. Znalazły się tam również kopie dokumentów osobistych – w tym właśnie wcześniejszego wariantu książeczki wojskowej. W świetle innych dokumentów z teczki wydaje się jednak, że nie był to pierwszy dokument identyfikacji osobistej jaki otrzymywali żołnierze 1 Armii. Niniejszy artykuł poświęcony będzie trochę szerzej dokumentom osobistym – oprócz tych wcześniejszych, chciałbym też poświęcić kilka słów dokumentom zastępczym.

                Prawdopodobnie pierwszym polskim dokumentem jaki wydawano żołnierzom formowanych jednostek polskich był wojskowy dowód osobisty. Mimo szumnej nazwy, faksymile takiego dowodu (wydanego 8.08.1943r), które możemy znaleźć we wspomnianym na wstępie zbiorze dokumentów, wskazuje że był to dokument niepozorny i raczej tymczasowy. Ma on postać kawałka zwykłej kartki (prawdopodobnie oryginalny papier był zwykłym papierem do maszyny) o wymiarach 13,5cm x 9cm, na którym za pomocą maszyny do pisania umieszczono tytuł dokumentu („DOWÓD OSOBISTY”), oraz rubryki: „Nazwisko, imię”, „Stopień wojskowy i funkcja” oraz informację stwierdzającą, że w/w rzeczywiście służy w wymienionej jednostce. Widoczna na dolnym skraju linia przerywana sugeruje, że na maszynie do pisania wykonano na kartce a4 kilka takich blankietów, które następnie wycinano. Dokument potwierdzony jest pieczęcią jednostki i podpisem dowódcy. Prawdopodobnie nie jest to jedyny wzór dokumentu tego typu – przepisy mogły określać jakie rubryki powinny się znaleźć w takim dokumencie, ale nie wydaje się by istniał jakiś wzór blankietu, który i tak wykonywano „chałupniczo” na miejscu.

                Drugim z interesujących nas dokumentów jest wcześniejsza wersja książeczki wojskowej. Co ciekawe, nie jest ona ani wzorowana na radzieckiej, ani dwujęzyczna, w dodatku posiada tylko 4 strony (licząc tytułową) i dość niestandardowy rozmiar: złożona ma 15cm x 10,5cm.* Pierwsza strona książeczki zawiera nagłówek „1-a ARMIA POLSKA”, poniżej zaś tytuł „KSIĄŻECZKA WOJSKOWA”, numer książeczki oraz rubryki na nazwisko i imię właściciela.

                Dwie strony wewnętrzne tworzą w zasadzie jedną dużą. Pod nagłówkiem „KSIĄŻECZKA WOJSKOWA Nr.___” znajdują się biegnące przez całą szerokość rubryki. Spośród wielu informacji, za najważniejsze twórcy blankietu uznali: nazwisko, imię, stopień wojskowy, stanowisko, nazwę jednostki, miejsce i datę urodzenia, narodowość, stan cywilny, datę i miejsce mobilizacji, miejsce stałego zamieszkania. Na samym dole pozostawiono niewielką rubrykę na datę wydania książeczki (w tym wypadku 30.08.1944r.), nieadekwatnie małe miejsce na pieczęć oraz miejsce na podpis dowódcy.

                Ostatnia strona, będąca zarazem tyłem okładki to jedna duża rubryka opisana tylko nagłówkiem „ZMIANY W STANIE SŁUŻBOWYM”.

                Trudno dociec czy o takim wyglądzie książeczki zadecydowały względy ekonomiczne (łatwa i tania do druku, bez zbędnych okładek czy metalowych zszywek) czy przekonanie, że większość posiadaczy zapewne nie pożyje długo i szkoda by było im wydawać bardziej skomplikowane dokumenty czy też może jakieś inne przyczyny. Na pewno jednak taka książeczka była czytelna i łatwa do sprawdzenia, choć mogła stanowić istne utrapienie dla żołnierzy radzieckich chcących skontrolować polskiego żołnierza – późniejsza wersja posiada układ zbliżony do książeczki radzieckiej, ta zaś nie tylko wygląda jak kiepski falsyfikat, ale w dodatku wszystkie informacje mieści na dwu stronach! Ponieważ książeczki późniejszej wersji pochodzą w większości z drukarni w Toruniu, a zaprezentowana tu wersja wcześniejsza pochodzi z sierpnia 1944r. (czyli okres formowania kolejnych jednostek 1AWP i pierwszych 2AWP), można domniemywać, że druga wersja funkcjonowała dopiero od lutego 1945r. Jest to jednak tylko moje przypuszczenie i nie należy go przyjmować za pewnik.

                Inną ciekawą kwestią, na której temat sporo słyszałem jest stosowanie w 1 i 2 Armii Wojska Polskiego dokumentów zastępczych. Oczywiście w warunkach frontowych często musiało brakować właściwych blankietów. Z posiadanych informacji wiem, że braki takie były dość częste, choć starano się je uzupełniać możliwie szybko, a wówczas dokument zastępczy był zwykle niszczony lub przekazywany do archiwum. Pamiętać też należy, że dokumenty zastępcze – często wykonane na marnym papierze i noszone przez żołnierzy cały czas przy sobie, często składane i rozkładane, narażone na działanie wilgoci – szybko się zużywały. W związku z tym niewiele ich dotwało do naszych czasów, a jeszcze mniej trafiło na szeroko pojęty rynek kolekcjonerski. W tym miejscu chciałbym zaprezentować przykład takiego dokumentu tymczasowego wydanego dla oficera 3pp zamiast legitymacji oficerskiej (być może w zastępstwie dokumentu zaprezentowanego w pierwszym artykule. Dokument ten pochodzi już z sierpnia 1946r., jednak można sądzić, że podobnie wyglądały dokumenty tymczasowe w czasie wojny. Pamiętać jednak należy, że nie istniał żaden jednolity wzór takich dokumentów tymczasowych i wszelkie ich przykłady traktować należy jako ciekawostkę, a nie jako jedyną obowiązującą wersję.

Dokument, którym dysponuję sporządzono na maszynie do pisania na kartce papieru o wymiarach 20,5cm x 12,5cm. Kartka nosi ślady składania na czworo (co doprowadziło do przerwania kartki wzdłuż linii składu) – dowodzi to, iż dokument ten był dłuższy czas noszony w kieszeni, a zatem wykorzystywany na równych prawach z normalnymi dokumentami identyfikacyjnymi. Tytuł dokumentu brzmi „TYMCZASOWE ZAŚWIADCZENIE WZAMIAN LEGITYMACJI OFICERSKIEJ”. Spośród informacji, jakie zwykle zawierają dokumenty identyfikacyjne, tu wybrano jedynie stopień imię, nazwisko, imię ojca, nazwę jednostki, stanowisko oraz posiadaną broń osobistą. Zamiast układu rubrykowego wybrano tekst jednolity. Co ciekawe, o ile nazwisko wydrukowano, o tyle na broń zostawiono wolną rubrykę. Wiąże się to prawdopodobnie z faktem iż w chwili wydania dokumentu oficer ów nie otrzymał jeszcze broni. Pistolet parabellum (też ciekawe, broń niezbyt regulaminowa) wydano mu dopiero dziewiątego sierpnia, podczas gdy legitymację otrzymał dwa dni wcześniej. Dowództwo pułku najwyraźniej spodziewało się dostawy nowych blankietów legitymacyjnych, bądź spodziewało się, iż dokument tymczasowy nie przetrwa długo, gdyż otrzymał on datę ważności jedynie dwumiesięczną. W zastępstwie szefa sztabu dokument podpisał oficer sztabowy nazwiskiem Romanowski (być może major Mikołaj Romanowski).

Autor: Kamil Szustak

*Wymiar ten jest nieprawidłowy – choć dokumenty w teczce są najwyraźniej naturalnej wielkości, ta książeczka została nienaturalnie powiększona.

Schwedenschanze 2012

W tym roku postanowiliśmy upamiętnić rocznicę bitwy pod Lenino nie udziałem w uroczystościach, lecz zajęciami szkoleniowymi. Niestety, pomimo wcześniejszego rozesłania propozycji udziału w manewrach, dołączył do nas tylko jeden rekonstruktor – saper Armii Czerwonej ze składu GRH „Specjalnego Przeznaczenia” z Rzeszowa. Tym samym ambitne plany w zakresie ćwiczeń taktycznych musiały ulec pewnej modyfikacji.
Założeniem zajęć było przeprowadzenie szkolenia górskiego, opartego na instrukcji MON „Rozpoznanie w górach”.

Uczestnicy manewrów docierali do ośrodka szkoleniowego Stowarzyszenia „Ranger Survival Club” do późnej nocy w piątek, część z nich prosto z pracy i po dalekiej podróży. Dlatego też szkolenie rozpoczęło się dopiero w sobotę wczesnym rankiem. Przygotowano i sprawdzono wyposażenie i umundurowanie indywidualne, przypominając mniej doświadczonym rekonstruktorom zasady składania, troczenia i pakowania ekwipunku, sposoby zakładania onuc czy wiązania owijaczy. Następnie drużyna przeszła na pobliski obszar byłego pasa taktycznego, oferujący zróżnicowany teren – częściowo trawiasty, częściowo zalesiony, z licznymi ruinami, przeszkodami i transzejami. Przedmiotem ćwiczeń były dwa zagadnienia: rozwinięcie tyraliery z szyku marszowego oraz natarcie na pozycje nieprzyjaciela, ze szczególnym uwzględnieniem użycia granatów. Ćwiczący w trakcie marszu przez tereny poligonu wielokrotnie – na komendę dowódcy – przechodzili z marszu w tyralierę, atakując następnie napotkane zabudowania i okopy. Zajęcia prowadzone były metodą musztry bojowej, koncentrowano się przede wszystkim na prawidłowym użyciu komend, utrzymywaniu odpowiednich odstępów w tyralierze, prawidłowej długości skoków, odczołgiwaniu się przed wykonaniem kolejnego skoku oraz właściwym użyciu granatów.

Następnie cała drużyna powróciła do ośrodka, ćwicząc po drodze śpiew marszowy – co wbrew pozorom okazało się wcale nie takim łatwym zadaniem, zaś pierwsze próby wypadły raczej mizernie.
W ośrodku pobrano liny i sprzęt alpinistyczny i wraz z instruktorem „Ranger Survival Clubu” wyruszono do niedalekiego, starego kamieniołomu na ćwiczenia linowe, które były głównym punktem programu. Instruktor wprowadził w temat ciekawym wykładem dotyczącym chronologii rozwoju technik alpinistycznych w interesującym nas okresie oraz pojawiania się poszczególnych technik i odpowiadającego im wyposażenia wspinaczkowego. Następnie omówiono sposoby wiązania poszczególnych węzłów, konstruowania uprzęży z liny, zakładania stanowisk oraz metod autoasekuracji. Pokazywane sposoby były od razu ćwiczone przez kursantów. Wreszcie przyszedł czas na wykonanie technik – po pierwsze sporządzono uprzęże (z taśmy alpinistycznej – ze względów bezpieczeństwa używano współczesnych taśm, lin i karabinków). Następnie wykonano zejście stromym zboczem przy użyciu klucza Dufflera – w aktualnych warunkach pogodowych wyglądało to mało poważnie, lecz na stoku zaśnieżonym czy błotnistym technika ta byłaby nad wyraz potrzebna. 
Po tym przyszedł czas na zjazdy z użyciem karabinka – ściana kamieniołomu nie była może porażająca, lecz oferowała całkiem spory odcinek pionowej skały, w sam raz do ćwiczeń. Po tym powtórzono zjazd w kluczu Dufflera, tym razem po pionowej ściance.

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, kiedy po skończonych zajęciach drużyna powróciła do ośrodka. Należało przygotować kolejny punkt zajęć – bytowanie w terenie. Naczerpano wody ze studni, ktoś w pobliskim śmieciowisku znalazł stary, obtłuczony garnek z pokrywką. Obozowisko przygotowano na lekko pochylonym, kamienistym stoku porośniętym lasem liściastym. Wykorzystano do tego istniejące, spore zagłębienie – prawdopodobnie pozostałość niemieckich linii obronnych z 1945 roku. W dole tym rozpalono niewielkie ognisko a obok stanęło zadaszenie z płaszczy-namiotów. Na zbudowanym z płaskich łupków palenisku stanął garnek, do którego powędrowały wyjęte z plecaków produkty – skóra ze słoniny, trochę boczku, kawałek kiełbasy, kilka ziemniaków i marchewek oraz znalezione nieopodal grzyby. Obok garnka skonstruowano rożen, na którym opiekała się „dzika kura”. Zupa – pomimo braku jakichkolwiek przypraw – okazała się nadspodziewanie smaczna. Na deser jeden z rekonstruktorów podpiekł na kamieniu podpłomyki omaszczone smalcem.
Noc była chłodna, temperatura spadła do około 4-5 stopni. Do tego kamieniste podłoże nie sprzyjało wygodnemu odpoczynkowi. Tym niemniej wszystkim udało się złapać kilka godzin snu. Rankiem w niedzielę, po zwinięciu obozowiska powtórzono jeszcze zagadnienia taktyki i przeprowadzono krótką sesję fotograficzną.


Zajęcia okazały się udane. Przede wszystkim dały podstawę do wprowadzenia technik linowych w kolejnych rekonstrukcjach – tym razem planujemy wykorzystanie ich w terenie zurbanizowanym. Do tego kontynuowane było wyszkolenie taktyczne, które pokazało potrzeby i kierunki dalszego doskonalenia. Pojawiły się także kolejne tematy do przećwiczenia – chociażby związane z minami czy ratownictwem pola walki, które na pewno zostaną uwzględnione w dalszym planie szkoleniowym.

Cyfrowa stylizacja zdjęć czarno-białych: Bolesław Morawski

Autor: Marcin Morawski

SUMMARY

A short description of a two-day training carried by our reenactment group. The training included climbing techniques training, attack on enemy lines, basic tactics of a WW2 infantry squad and other issues. The day was finished by a preparation of a shelter made of rain capes which prooved to be enough to secure a few hours of sleep in the low temperatures of October’s night in a montain area.

Kilka słów o odznaczeniach w Rekonstrukcji historycznej

Tekst oryginalnie opublikowany został na portalu http://www.dobroni.pl we wrześniu 2012r. Powstał pod wpływem dyskusji na portalowym forum i sam wywołał dość ożywioną dyskusję. Ponieważ obie dyskusje znikną wraz z zamknieciem portalu 31.03.2019r., zamieszczam je tutaj w formie nieedytowalnych obrazów. Jeżeli ktoś życzy sobie usunięcia swojej wypowiedzi, proszę o kontakt.

                Do podjęcia tego tematu skłoniły mnie obserwacje poczynione na imprezach rekonstrukcyjnych. Dłuższy czas zbierałem materiały, jednak ostatecznym bodźcem była dla mnie dyskusja na forum dobroni.pl: 

Oryginalna dyskusja, która była bodźcem do napisania artykułu.

Ponieważ swoje zdanie na temat tego problemu wyłożyłem już w wyżej wzmiankowanej dyskusji, w tym artykule pozwolę sobie przytoczyć argumenty na jego poparcie. Celem tego artykułu nie jest piętnowanie kogokolwiek, ani próba stworzenia jakichś ogólnych zasad. Niniejszym tekstem chciałbym jedynie skłonić niektórych rekonstruktorów do refleksji i małego rachunku sumienia.

                A zatem, Drogi Rekonstruktorze, spójrz na Krzyż Walecznych wiszący na twojej piersi. Nie pytam, czy zrobiłeś coś, by na niego zasłużyć, bo raczej nie więcej niż 1% środowiska rekonstrukcyjnego mogłoby odpowiedzieć twierdząco (przy założeniu, że rekonstrukcją w Polsce zajmuje się jakikolwiek uczestnik prawdziwych działań wojennych). Zastanów się jednak, czy w warunkach wojny byłbyś w stanie zachować się tak, by na to odznaczenie zasłużyć. Jasne, już słyszę, że powołujesz się na mój artykuł, gdzie przytoczony jest przypadek nadania KW za zniszczenie CKM. Łatwizna? A spróbuj się zastanowić, jak wyglądało to w warunkach bojowych, gdzie samo dostanie się do gniazda karabinu maszynowego wymagało odwagi i szczęścia.

                Ale, ale, niektórym Krzyż Walecznych nie wystarcza! Marzy Ci się, Drogi Rekonstruktorze Krzyż Srebrny Virtuti Militari? A może spójrz na zamieszczone niżej uzasadnienie takiego odznaczenia i zastanów się, czy byłbyś w stanie zrobić chociaż jedną z tych rzeczy, których dokonał ppor. AK Antoni Zacierka „Kruk”. Ot choćby ostatnia wymieniona w uzasadnieniu akcja:

„- w VIII 1944 r. kontrolując na polecenie KO. Organizację, rozmieszczenie i przygotowanie do akcji „Burza” na terenie „Rysia” /Repki/, stoczył dwuosobową ciężką i nierówną walkę z Niemcami, w której dzięki wyjątkowej brawurze i odwadze uszedł z życiem i wziął do niewoli 2-ch Niemców i kilku ranił.”

I cóż, Drogi Rekonstruktorze? Czy mając ze sobą tylko jednego towarzysza, natknąwszy się na oddział przeciwnika uszedłbyś z życiem zabierając dwóch jeńców (sic!), czy raczej poległbyś, albo też poddałbyś się wrogom? A to tylko jeden z kilku wyczynów, które zadecydowały o nadaniu odznaczenia.

                A ty, Drogi Rekonstruktorze Armii Czerwonej? Ty, który przeciągasz po błocie brzęczące na lewej piersi medale i ciasno przykręcone na prawej piersi ordery? Nie czujesz dyskomfortu z powodu braku szacunku dla ludzi, którzy na te odznaczenia zasłużyli? Tak, oczywiście, oni też często czołgali się w błocie z medalami na piersi, ale oni mieli pełne prawo by tak nieostrożnie obchodzić się z odznaczeniami, które im nadano. I tak, zgadza się, do 1957r. medal „Za zasługi Bojowe”, Order Czerwonej Gwiazdy i Order Czerwonego sztandaru nadawano za wysługę lat. Oczywiście, żołnierze w niebieskich czapkach mogli dostać odznaczenia bojowe za zgoła nie-bohaterskie czyny.  Ale czy sprawdziłeś, Drogi Rekonstruktorze za co przyznano medal, który tak męczysz? Weźmy kilka przykładów – wszak do uzasadnień radzieckich odznaczeń łatwo trafić.

Ot, pierwszy przykład – ze średniej półki (najwyższe odznaczenia pominiemy, tym bardziej, że ostatnio widać ich coraz mniej) – Order Wojny Ojczyźnianej I klasy. W uzasadnieniu (które, notabene, sugerowało odznaczenie Orderem Czerwonego Sztandaru) możemy przeczytać:

„Wracając z przedniej linii ognia tow. Makarow zauważył, że w naszym karabinie maszynowym, z którego załogi pozostał tylko jeden celowniczy, skończyły się naboje. Wtedy Makarow, z własnej inicjatywy, nie zważając na zgubny ogień przeciwnika dostarczył naboje kaemiście, który zadecydował o przechyleniu się szali zwycięstwa na naszą stronę.”

I co? Też byś, Drogi Rekonstruktorze, dał radę zrobić, to co ów łącznik o popularnym nazwisku? Może i tak, tylko że o przyznaniu tak wysokiego odznaczenia zadecydował jeszcze jeden szczegół:

„Dostarczywszy naboje, tow. Makarow poległ.”

OK, może mierzymy za wysoko – wszak mało który rekonstruktor paraduje z Orderem Wojny Ojczyźnianej I klasy (pewnie dlatego, że te nadane w 1985r. mają pozłotę tak wytartą, że wyglądają zwykle tak samo jak II klasy). Spróbujmy trochę niżej – z Orderem Czerwonej Gwiazdy.

„[…]tow. Gelowani bedąc na pierwszej linii, wspierając dowódcę dywizji, okazał męstwo i bohaterstwo i nie szczędząc życia wspierał dowódcę dywizji pod ogniem przeciwnika. Po przerwaniu [obrony przeciwnika] ryzykując życiem szedł przez pole minowe. Omijając miny pokazał drogę i przejście.”

I cóż, Drogi Rekonstruktorze? Powtórzyłbyś wyczyn Gruzina i przeszedłbyś pole minowe, by pokazać swoim drogę?

A może znów mierzymy za wysoko? OK, zejdźmy niżej. Medal „Za odwagę” aż do rozpadu ZSRR nadano 4 600 000 razy. Był więc popularny. Może więc łatwiej było na niego zasłużyć?

„[…] za śmiałe i zdecydowane czyny pokazane 8.07.43r. przy gaszeniu płonących skrzyń bojowych zapasów, gdzie własnym przykładem pociągnął za sobą pozostałych gwardzistów, ryzykując życiem ugasił płonące skrzynki, czym uratował bojowe zapasy przed eksplozją. 20.09.43r. od bomby zapalającej zapalił się pokrowiec stanowiska bojowego. Tow. Reutskij odważnie jako pierwszy zaczął rozbrajać miny [tu: pociski moździerzowe] z płonącego stanowiska bojowego, czym powstrzymał detonację.”

Cóż, Drogi Rekonstruktorze, jeżeli jesteś strażakiem, to pewnie robiłeś podobne rzeczy i możesz z czystym sumieniem odpowiedzieć: Tak, zrobiłbym to samo. Jesteś strażakiem, Drogi Rekonstruktorze?

Dalej mierzymy zbyt wysoko? Dobra, niech będzie. Został nam medal „Za zasługi bojowe”. Mocno zaniżone statystyki mówią o ok. 3 300 000 nadanych medali. Pamiętajmy, że sporo nadań było za 10 lat służby (nie śmiej się, Drogi Rekonstruktorze – zastanów się raczej, czy dałbyś radę odsłużyć w Armii Czerwonej/Radzieckiej 10 lat przed 1957r.). Ale weźmy pierwszy z brzegu przykład „bojowy”.

„W czasie boju od 14 do 19 lipca 1941r. w rejonie wsi Gorodiszcze pod ogniem moździerzy przeciwnika wyniósł z pola bitwy 8 rannych ludzi z bronią. W boju 23 lipca w rejonie wsi Machałkino wyniósł 7 ludzi z bronią. W sumie w czasie [tych] bojów tow. Markow wyniósł 15 bojców i dowódców z ewakuacją ich na punkt pomocy medycznej.”

Wynieś, proszę, Drogi Rekonstruktorze 8 ludzi z bronią pod ogniem moździerzy – prawdziwym, a nie przy wybuchach na omijanym szerokim łukiem „polu pirotechnicznym”. Życzę powodzenia.

Jeżeli, Drogi Rekonstruktorze, po przeczytaniu powyższych przykładów uważasz, że możesz z czystym sumieniem występować z odznaczeniami na piersi, to gratuluję Ci odwagi. Albo po prostu dobrego samopoczucia. Wszak „nic bardziej zwierzęcego nad czyste sumienie na trzeciej planecie Słońca”, jak pisała poetka.

Autor: Kamil Szustak

Poniżej jeszcze zamieszczam dyskusję spod oryginalnego felietonu:

SUMMARY

This text, originally published in September 2012 on http://www.dobroni.pl is aiming reenactors too eager to wear cobat awards on their uniforms. It does not point at anyone, just gives a little bit to think about as to why it may be “improper” to wear them. In its time, this text started quite a discussion, which is also shown here.

Letni mundur galowy oficerów Armii Radzieckiej po drugiej wojnie światowej

W niniejszym artykule postaram się przybliżyć historię radzieckiego letniego munduru galowego po 1945r. Konkretniej – zmiany jakim ulegał mundur galowy oficerów Armii Radzieckiej w latach 1949-1991. Choć temat ten wielu ludzi w Polsce uznaje za nieinteresujący i powszechnie znany, nietrudno wykazać, że jest inaczej. Ponieważ artykuł ten obejmuje stosunkowo długi okres czasu, siłą rzeczy każda epoka zostanie potraktowana skrótowo, a dokładniejsze omówienie każdej z nich może stanowić temat na cały cykl artykułów. W związku z czym tekst poniższy przewidziany jest raczej dla początkujących miłośników radzieckiego umundurowania. Należy też na wstępie zaznaczyć, że określenie „mundur galowy” może być mylące – wszak w różnych okresach różne typy mundurów określano różnie. W tym wypadku używam tej nazwy w odniesieniu do „pełnych mundurów galowych”, przewidzianych na parady, przewidujących noszenie wszystkich odznaczeń, pasa i oficerek (o ile w danej formacji były używane). Tym samym najwłaściwszym odpowiednikiem w radzieckiej terminologii jest określenie „форма парадная для строя”, wprowadzone w 1958r.


1949r.


Ppłk. gwardii Załman Samuiłowicz Berkowski w galowym mundurze WWS wz.1949, 1952r. Warto zwrócić uwagę na sposób noszenia orderów po stronie prawej oraz na polski medal “Zwycięstwa i wolności” i czechosłowacki Krzyż Wojenny.  

Przez praktycznie całą powojenną dekadę oficerowie Armii Czerwonej, przemianowanej wkrótce na Armię Radziecką w dalszym ciągu używali mundurów galowych wprowadzonych w 1943r. Jednak w 1949r. radziecki resort obrony postanowił podkreślić „elitarność” dwu najbardziej zasłużonych w czasie wojny formacji wojskowych – Wojskowych Sił Powietrznych (WWS) i Wojsk Pancernych (ABTW/BTW) projektując dla nich nowy mundur galowy i wyjściowy. Mundury te od stosowanych w innych formacjach odróżniały kurtka i czapka. Kurtka miała postać dwurzędowej marynarki z odkrytym kołnierzem, do której noszono koszulę i krawat. W WWS kurtka taka miała błękitne lamówki wokół mankietów i górnych klap kołnierza. Na kołnierzu umieszczano długie patki w błękitnym kolorze ozdobione guzikiem mundurowym korpusówką, a na mankietach umieszczano metalowe lub haftowane patki, podobne do stosowanych na mundurach wz.43, z tą różnicą, że w mundurach wz.49 częściej stosowano patki na podkładce w kolorze rodzaju wojsk. Kurtka dla oficerów BTW wyglądała podobnie, z tym że lamówki były czerwone, a klapy kołnierza pokryte były czarnym aksamitem, na którym bezpośredniu umieszczano korpusówkę (bez użycia patek). Ciekawostką jest fakt, że były to pierwsze w historii radzieckich służb mundurowych kurtki na których stosowano pagony czworokątne przyszywane na całej długości – pagony takie wkrótce stały się standardem w ZSRR. Czapki dla oficerów tych dwu formacji różniły się od poprzedniego wzoru dodaniem metalowego ornamentu w formie liści na daszek. W WWS zmianie uległa także odznaka – dotychczasową czerwoną gwiazdę z haftowanym wieńcem z liści laurowych zastąpiła odznaka przewidziana przedtem tylko dla generałów lotnictwa, najczęściej wykonana całkowicie z metalu.


Po lewej – odznaka galowa z czapki oficerskiej wz.58. Po prawej – Odznaka z czapki galowej oficera WWS wz.49 (uszkodzona). 

Patka z mankietu munduru galowego wz.45. Teoretycznie w 1949r. dla WWS i Wojsk Pancernych wprowadzono patki na podkładce w kolorze rodzaju wojsk (dla WWS – błękitnym, dla Wojsk Pancernych – czerwonym), jednak powszechnie stosowano patki starego wzoru, z podkładką w kolorze munduru. 


W okresie tym niezmienione pozostały granatowe spodnie stosowane z mundurem galowym.


Mjr. Iwan Pietrowicz Szabalin z 242 PPanc. odzn. Ord. Czerwonego.Sztandaru i Orderem Suworowa w mundurze galowym wz.49 dla Wojsk Pancernych, 1955r. Zwraca uwagę nieregulaminowy sposób noszenia orderów po stronie prawej i fular(?) nieregulaminowo noszony pod kurtką mundurową. 

1955r.


Kpt. Nikołaj Andriejewicz Tupikow w mundurze galowym oficerów Wojsk Pancernych wz.55, 1958r. 

Choć oficjalnie wprowadzono je dopiero rozkazem Ministra Obrony Narodowej z 30 czerwca 1955r., mundury galowe wz.55 (potocznie zwane od nazwiska tegoż ministra „żukowskimi”) pierwszy raz można było zobaczyć już na paradzie z okazji Dnia Zwycięstwa w maju tego roku. Mundury te traktować można jako twórcze rozwinięcie idei jaka przyświecała twórcom poprzedniej reformy, jednak pomimo pozostawienia lotnikom i pancerniakom elementów podkreślających ich „elitarność”, mundury wz.55 przewidziane były dla oficerów wszystkich rodzajów wojsk. Jedynym elementem, który łączył te mundury ze stosowanymi poprzednio były znów granatowe spodnie. Wszystko inne uległo zmianie. W WWS wprowadzono kurtki kroju zbliżonego do wz.49, usunięto jednak kieszeń na piersi i zmieniono barwę munduru z zielonej na granatową (nawiązując tym samym do mundurów wz.35). Z kołnierza i mankietów zniknęły patki, zastąpione motywem liści laurowych. Korpusówki wpinano bezpośrednio w klapy kołnierza. Również denko czapki zyskało nowy-stary granatowy kolor. Na daszku czapki utrzymano motyw liści, jednak odznakę zastąpiono nową – bączkiem nawiązującym kształtem do używanych przez armię rosyjską w czasie pierwszej wojny światowej, za którym umieszczano bardzo rozległy ornament w kształcie liści laurowych wykonany z metalu. W Wojskach Lądowych wprowadzono kurtki mundurowe identycznego kroju, ale w kolorze szarym. Również wygląd mankietów i kołnierza wyglądał analogicznie. Jedynie w Wojskach Pancernych zachowano, celem podkreślenia statusu, wyłogi z czarnego aksamitu. Czapki w Wojskach Lądowych przypominały stosowane w WWS, ale ich denko również było szare (kolor szary mógł również być nawiązaniem do mundurów wz.35, gdyż takie mundury nosili ówcześni pancerniacy, choć nie tłumaczy to wprowadzenia tej barwy we wszystkich formacjach lądowych). Dodatkowo jako element munduru galowego, wszystkim oficerom przysługiwał kordzik i pas galowy nowego wzoru.


Płk. Georgij Fiedorowicz Sinolickij z 40 Dywizji lotnictwa transportowego w mundurze galowym oficera WWS wz.55, 1956r. Warto zwrócić uwagę na pas galowy. Zdjęcie nieostre w oryginale. 

Inż.-płk. gwardii Nikołaj Grigorijewicz Szumichin, WOSO, Zakaukaski Okręg Wojskowy w mundurze galowym wz.55.  

Mundur galowy oficera WWS wz.55. Widoczny na zdjęciach egzemplaż jest o tyle ciekawy, że orznamenty na kołnierzu i mankietach oraz korpusówki ma wyhaftowane bajorkiem. Teoretycznie ornamenty te powinny być wykonane taką właśnie techniką, jednak ten mundur jest jedynym znanym mi egzemplarzem, który nie ma ich wykonanych z mosiądzu. 

Major Wojsk Pancernych w mundurze galowym wz.55. Warto zwrócić uwagę na sposób noszenia kordzika – przy mundurze letnim wymagał on życia dwóch pasów – w tym jednego z rapciami pod kurtką. Do munduru zimowego nosiło się tylko jeden pas z kordzikiem – na płaszczu. 

1958r.


St. lt. Alfonsas Jozowicz Miliawiczius oficer polityczny w jw. 40213 w mundurze wyjściowym wz.58, 1963r. Warto zwrócić uwagę na patki otoczone plecionką złotą .

Po opuszczeniu przez marszałka Żukowa stanowiska Ministra Obrony ZSRR bardzo szybko przystąpiono do zmiany mundurów galowych na mniej „krzykliwe”. W<> 1958r. nowy minister, marszałek Malinowski podpisał rozkaz wprowadzający nowe wzory umundurowania. W mundurze galowym oficerów, z reformy 1955r. pozostawiono jedynie pas galowy i bączek na czapkę, który jednak otoczono znacznie skromniejszym wieńcem laurowym – wzoru, który poprzednie przepisy przewidywały do munduru codziennego oficerów WWS. Zachowano również tradycyjne granatowe spodnie. Kurtki galowe zachowały „nowoczesne” otwarte kołnierze, jednak ich kolor ujednolicono do „koloru ochronnego”, czyli w tym wypadku ciemnej zieleni. Również krój ich uległ uproszczeniu – nowe kurtki były jednorzędowe i pozbawione ozdób na mankietach oraz lamówek. Na klapach kołnierza umieszczono krótkie patki w barwie odpowiadającej rodzajowi wojsk otoczone złotą plecionką (w latach 60. Często już tylko metalową otoczką w kolorze złotym) z umieszczoną na nich Korpusówką. Również czapki pozbawiono bardziej ozdobnych elementów – zniknęły „liscie” z daszka, a denko również przybrało barwę ochronnej zieleni.


Pułkownik artylerii w mundurze galowym wz.58 

Kpt. Iwan Matwiejewicz Katmanienko w mundurze galowym wz.58, ok. 1969r. Warto zwrócić uwagę na fakt, że odznaczenia po stronie lewej noszone są w przypadkowej kolejności. Warto również zauważyć medal przyjaźni radziecko-chińskiej. 

1969r.


Mjr. n/n w mundurze galowym WWS wz.69, ok. 1970-75 . Warto zwrócić uwagę na odznakę TPPR – rzecz rzadko widzianą na radzieckich mundurach. 

I znów okazało się, że każdy ma inną koncepcję wyglądu armii. W 1969r. nowy Minister Obrony, marszałek Greczko ponownie zmienił wygląd mundurów Armii Radzieckiej. Mundur galowy oficerów zachował dotychczasowy krój, jednak kolorystyka mundurów uległa zmianie. W WWS nowe mundury ponownie zyskały kolor granatowy. W Wojskach Lądowych galowe mundury oficerskie były od teraz w kolorze „morskiej fali” (zwanym potocznie „carskim”), zastrzeżonym do tej pory dla generałów. Ostatecznie też pożegnano się z granatowymi spodniami, które zastąpione zostały bryczesami uproszczonego kroju, również w „carskim” kolorze. Przywrócono lamówki wokół mankietów, a plecionkę wokół patek kołnierzowych na dobre zastąpiły metalowe podkładki. Również czapki zyskały denka w kolorze „morskiej fali” (w lotnictwie – granatowym), denka te zresztą od 1969r. zaczęły systematycznie rosnąć, około 1994r. osiągając obecne, absurdalne rozmiary. Odznakę rozwinięto, nawiązując do odznak galowych wz.55, nowe odznaki były jednak jednoczęściowe i nieco mniej „rozłożyste”. Zachowano dotychczasowe pasy galowe. W Wojskach Lądowych zachowano oficerki do munduru galowego, ale oficerowie WWS mieli odtąd nosić spodnie prostego kroju z butami lub półbutami. Choć w 1974r. a także kilkukrotnie w latach 80. Wprowadzano zmiany w regulaminach mundurowych (ujęte ostatecznie w regulaminie z 1988r.), tylko jedna dotyczyła bezpośrednio galowego munduru oficerów. Była to zmiana sposobu noszenia odznaczeń na mundurach z roku 1980. O ile do tej pory zawsze noszono odznaczenia równolegle do kołnierza (co przy otwartym kołnierzu oznaczało noszenie medali po skosie), o tyle od tego roku wprowadzono zasadę noszenia ich w poziomych rzędach.


Podpułkownik gwardii WDW w mundurze galowym wz.69 w wariancie z lat 80. (odznaczenia noszone poziomo). 

Chorąży KGB w mundurze galowym wz.64/74 (stopień chorążego przywrócono dopiero w 1973r.). Również w wojskach KGB i MWD wprowadzono w 1969r. nowe mundury. Co ciekawe, granatowy kolor jako barwa rodzaju wojsk był wykorzystywany przez Wojska KGB (poza pogranicznymi) i przez podległy Ministerstwu Obrony 11 Samodzielny Pułk Kawalerii. 

Zapraszam do obejrzenia przykładów poszczególnych mundurów zamieszconych w artykule. Z braku odpowiedniej czapki mundur wz.49 nie został tu zrekonstruowany, jednak przykłady jego zobaczyć można na załączonych zdjęciach z epoki. Z przyczyn technicznych wszystkie zdjęcia zostały wykonane w pomieszczeniach, dlatego też na żadnym ze zdjęć nie występują białe rękawiczki, które od 1955r. były obowiązkowym elementem munduru galowego oficerów.

Autor: Kamil Szustak

SUMMARY

The article discusses in short the evolution of the post-war Soviet Army summer parade uniforms. The text is supplemented by the photographs of the uniforms in use as well as the actual uniforms from the author’s collection. The article was originally published on http://www.dobroni.pl in 2012, thus it is possible that some of the items shown have changed their owners in themeantime.

O kolekcjonowaniu odznaczeń i dokumentów inaczej – część piąta

W tej części odpuszczę trochę znanemu portalowi aukcyjnemu i jego użytkownikom, przypominając o tym, że istnieją inne możliwości nabycia odznaczeń czy dokumentów. Znajdzie się też miejsce na wypomnienie pewnego błędu samym kolekcjonerom: błędu zaniedbania.



Kilka słów o „niepotrzebnych świstkach papieru”

Kupiliśmy już komplet odznaczeń z dokumentami i co robimy dalej? Idziemy do domu i cieszymy się zakupem? A może lepiej odżałować jeszcze parę minut i trochę pieniędzy i zapytać sprzedawcę, czy nie ma jeszcze jakichś papierów po tej osobie? Oczywiście, już słyszę pytania typu: „a po co?” „Na co mi kawałek starej makulatury, jak już mam medal z dokumentem?” A tymczasem z tych kawałków makulatury można wyciągnąć ciekawe informacje. Czasem jest to tylko np. informacja o przebiegu służby, ale czasem można trafić na naprawdę ciekawą historię. Żeby się zanadto nie rozpisywać, pokażę o co mi chodzi poniżej na dwu przykładach. A żeby już nie nudzić PRL-em, w drugim przykładzie zahaczymy o Szare Szeregi i Powstanie Warszawskie Na początek jednak – artyleria i WP na Wschodzie.

To jedna z tych smutnych historii kiedy to sprzedawca nie chciał poczekać i wolał sprzedać co się da możliwie najszybciej. Nie wgłębiając się w szczegóły – ktoś postanowił kupić tylko odznaczenia i legitymacje od nich (nie wszystkie) pozostawiając sprzedawcy pozostałe, zbędne mu świstki papieru. Działanie to wydaje mi się nie tylko barbarzyńskie, ale również głupie, jako że nabywca zapłacił więcej niż sprzedawca chciał za całość. Ale nie należy oceniać ludzi, których nie znamy. Gdyby jednak nabywca przez chwilę się zastanowił, miałby nie tylko bardzo ciekawy zestaw odznaczeń (z krzyżem walecznych i czechosłowackim krzyżem wojennym), ale również sporo informacji o osobie do której odznaczenia te należały. Na przykład mógłby wiedzieć jak wyglądał on w czasie wojny (ze zdjęć), a jak już po wojnie (ze zdjęcia w książeczce Wojskowej). Aby jednak pełniej ocenić czego można się dowiedzieć, przyjrzyjmy się bliżej pozostałym dokumentom.

Wśród dokumentów znajdujemy najpierw Dyplom nadania medalu Zwycięstwa i Wolności (widać nabywcy wystarczyła późniejsza legitymacja) i legitymacja medalu „Za udział w Walkach o Berlin” (trudno dociec dlaczego nabywca nią wzgardził). Następnie możemy zobaczyć dyplom uznania za udział w akcji siewnej w 1946r. – poza informacją, że nasz oficer brał udział w akcji siewnej w Województwie Dolnośląskim niewiele dowiadujemy się z tego dokumentu, choć jest on ciekawy ze względu na odręczny podpis ówczesnego dowódcy OW nr.4 – generała Stanisława Popławskiego (zapewne nabywca odznaczeń nie był miłośnikiem rolniczej tematyki, albo był zwolennikiem teorii że Popławski nazywał się Gorochow i w związku z tym uznał dokument za falsyfikat). Kolejnym, ciekawszym już papierkiem jest dyplom pochwalny z 1947r. Możemy z niego uzyskać tą mianowicie ciekawą informację, że pan porucznik brał udział w akcjach przeciwpartyzanckich przeciwko UPA w składzie I Operacyjnej Dywizji Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego (Może nabywca uznaje walkę z UPA za prześladowanie ukraińskich patriotów i papier nie pasował mu do ogólnego obrazu?). Kolejne dwa „kawałki makulatury” z teczki porucznika Lisieckiego to dwie gazety „Nasz Głos” – prawdopodobnie organ 10 Dywizji Piechoty. W jednej z nich znaleźć możemy nazwisko pana porucznika na liście odznaczonych Krzyżem Walecznych (rozumiem – nabywca zbiera odznaczenia, a nie stare gazety). Kolejna koszulka zawiera dwa zdjęcia (prawdopodobnie jeszcze z okresu wojny) i coś, co na pierwszy rzut oka faktycznie jest bezwartościowym świstkiem papieru. Po bliższym przyjrzeniu się możemy stwierdzić, że ów świstek to karta poborowego z 1944r. Wynika z niej, że nasz bohater, rocznik 1911, już wcześniej (tj. zapewne przed 1939r.) posiadał stopień podporucznika rezerwy, oraz data rejestracji – 4 grudnia 1944 (no tak, na jednym zdjęciu pan porucznik chowa się za plecami kolegi, na drugim trudno go rozpoznać, a na co wielkiemu kolekcjonerowi odznaczeń kawałek starej kartki popisany ołówkiem?). A teraz – prawdziwa kopalnia informacji – Legirymacja oficera rezerwy. Możemy się z takiego dokumentu dowiedzieć mnóstwa przydatnych informacji – np. jak wyglądał posiadacz (wiadomo – legitymacja zawiera zdjęcie), gdzie i kiedy się urodził, jaki był jego stopień w chwili przejścia do rezerwy a także znaleźć takie ciekawostki jak skrócony przebieg służby a czasem nawet lista odznaczeń. W tym przypadku, możemy dowiedzieć się na przykład, że nasz bohater urodził się w Niemczech, w 1947r. został awansowany do stopnia kapitana. Przed 1939r. przez rok i 2 miesiące uczęszczał do Szkoły Podchorążych Rezerwy, W okresie późniejszym zaś był przez rok dowódcą plutonu, przez rok i 3 miesiące dowódcą Baterii, później przez rok i 10 miesięcy dowódcą dywizjonu. Następnie w latach 50. Stawił się na trzech zebraniach kontrolnych. Mało ciekawe? Dla niektórych na pewno. Następnie znajdujemy dwa pochodzące z 1947r. odpisy potwierdzenia awansów – na porucznika z 1945 i na kapitana z 1946r. Oba noszą pieczęcie 10 Dywizji Piechoty i oba podają przydział – artyleria. Dokumenty te są również ciekawe, gdyż podają krótkie uzasadnienie awansów (No tak, nie mają nic wspólnego z odznaczeniami, więc prawdziwy kolekcjoner nawet nie zaszczyci ich spojrzeniem). Kolejnym dokumentem w teczce jest list dziękczynny za udział w kampanii siewnej 1946r. – tym razem od Wojewody Wrocławskiego. Tu akurat nie ma żadnych dodatkowych informacji. Ciekawszym dokumentem jest ulotka do żołnierzy 1AWP zachęcająca do osiedlania się na „Ziemiach Odzyskanych” – wiele wskazuje, że przekonała ona pana kapitana (No tak, dwa „rolnicze” papierki…). Następny dokument to notarialny odpis nadania Krzyża Walecznych – niestety, bez uzasadnienia (po co jeszcze odpis, skoro już mamy sam dokument?). A teraz kolejny świstek pozornie bez znaczenia – kartka z życzeniami świątecznymi i noworocznymi z 1947r. od żołnierzy oficerów 29pp. Niby nic ciekawego, ale… z tego niepozornego kawałka kartoniku możemy się dowiedzieć, że nasz oficer był wówczas dowódcą 13 Samodzielnego Dywizjonu Artylerii P-panc w stopniu kapitana. Oprócz identyfikacji dywizjonu którym dowodził przez prawie dwa lata, dzięki tej informacji możemy przypuszczać, że to właśnie w szeregach tej jednostki (przy 10dp) nasz bohater walczył w czasie wojny (ale co wielkiego kolekcjonera odznaczeń może obchodzić jakaś kartka świąteczna). W teczce znajdujemy jeszcze dwa oficjalne listy – życzenia od organizacji młodzieżowych z okazji 25-ciolecia zwycięstwa oraz podziękowanie od dowództwa Pomorskiego Okręgu Wojskowego.

Reasumując – osoba, która kupiła odznaczenia nie tylko rozbiła ciekawe archiwum weterana wojny, ale również odcięła się od chyba wszystkich darmowych źródeł dowiedzenia się czegoś o osobie odznaczonej, a poprzez pozostawienie dokumentów pozwalających zidentyfikować jednostkę, znacząco utrudniła sobie możliwość płatną, tj. zgłoszenie się do CAW. Zapewne jednak osoba ta ma to głęboko w du…żym niedomówieniu. Pozostaje życzyć zdrowia. My tymczasem przejdźmy do kolejnego przykładu.

***

Gablotka przyciągała uwagę. Zawierała trzy wizytówki i zestaw odznaczeń (w tym krzyż partyzancki i krzyż powstania warszawskiego. Widząc zainteresowanie, sprzedawca rzucił: „Są jeszcze dokumenty po nim” i wyciągnął zestaw legitymacji. Stan niektórych trochę przerażał – ewidentnie były długo wystawione na działanie wilgoci, w dodatku na prawie każdej pod podpisem organu odpowiedzialnego, było dopisane długopisem nazwisko – np. pod faksymile podpisu Przewodniczącego Rady Państwa widniał podpis „gen. Prof. Henryk Jabłoński”, na niektórych legitymacjach było więcej adnotacji. Nazwisko człowieka było interesujące: Długoszowski Jerzy syn Jana. Nad nazwiskiem, dopisane długopisem było „Wieniawa”. Nie wyglądało to zbyt ładnie, a i sprzedawca od razu zastrzegł, że właściciel tych odznaczeń nie miał z „tym” Długoszowskim nic wspólnego. Pogadałem trochę, sprzedawca niewiele mógł o nim powiedzieć, poza tym, że człowiek był trochę stuknięty (i to nie tylko to, że był mitomanem dorabiającym sobie legendę), był w SB, potem w ORMO, poza tym działał w harcerstwie, że były po nim jeszcze mundury, ale kupili je filmowcy i została tylko harcerska rogatywka. Pieniędzy brakowało, ale się umówiliśmy, że za miesiąc zapłacę i odbiorę, a do tego czasu, żeby wszystko co jest związane z tą osobą odłożył dla mnie.

Zgodnie z umową za miesiąc przyszedłem z gotówką. Jak to zwykle bywa z takimi umowami, sprzedawca nie do końca się wywiązał, oddał gablotkę z odznaczeniami i dokumenty od odznaczeń (jak się potem okazało – nie wszystkie), ale od zeszłego miesiąca sprzedana została książeczka ZUWZoNiD, patki z munduru milicyjnego i kilka innych rzeczy. Sprzedawca wywiązał się jednak również o tyle, że pozwolił mi pobuszować w rzeczach i dokupić jeszcze kilka rzeczy. Niestety, znalezionych w jednym z pudeł teczek, w tym teczki osobowej z koła ZBoWiD sprzedać nie chciał, tłumacząc, że musi spytać rodzinę i za miesiąc się dogadamy. Ale mimo to, wyszedłem stamtąd bogatszy o kolekcję kilku zdjęć z ostatnich lat, różne nie-odznaczeniowe legitymacje, elementy munduru (resztkę patki, baretki, elementy czapki milicyjnej) i sporo kserokopii róznych zdjęć, dokumentów i dzieł malarskich. Miesiąc później sytuacja powtórzyła się – sprzedawca z rodziną nie pogadał, ale obiecał, że „ za miesiąc na pewno będzie już wiadomo”. Oczywiście za miesiąc sytuacja była identyczna, za dwa miesiące również… W końcu teczki zniknęły. Z ciekawostek udało mi się w tym czasie wygrzebać tylko życiorys z 1959r. z późniejszymi uzupełnieniami (prawdziwa kopalnia informacji!). Następnym razem już nie poszedłem pytać sprzedawcy. Nie lubię być nabijany w butelkę, a pewne odkrycie na znanym portalu aukcyjnym pozwoliło mi się przekonać, ze to właśnie się dzieje. Ale najpierw przyjrzyjmy się temu, czego mogłem się dowiedzieć z posiadanych przedmiotów.

Z posiadanych dokumentów i zdjęć, można było wywnioskować, że Jerzy Długoszowski faktycznie był milicjantem (dzięki fotokopii legitymacji udało mi się wykluczyć wersję o jego służbie w SB), byłym partyzantem Szarych Szeregów (początkowo podejrzewałem, że mógł to również być wytwór fantazji, ale życiorys utwierdził mnie w przekonaniu, że faktycznie w organizacji tej działał), długie lata był członkiem PZPR, a później SLD (m.in. był zaproszony jako gość honorowy na uroczystość zaprzysiężenie Aleksandra Kwaśniewkiego na prezydenta RP), faktycznie na emeryturze (odszedł z MO ze względu na problemy zdrowotne) działał w ORMO, był też aktywny w ZHP, posiadał stopień harcmistrza (z życiorysu wynikało, że z harcerstwem związał się jeszcze przed wojną). Przed milicyjnym epizodem (który rozpoczął się w 1959r.) pracował w spółdzielni mleczarskiej, potem w PSS, studiował prawo, a hobbystycznie był dziennikarzem, pisarzem i malarzem. Poza tym działał w ZBoWiD (był m.in. przewodniczącym koła miejskiego w Bielawie), był radnym, kandydował też do sejmu, choć bez powodzenia. Sporo dokumentów potwierdzało wrażenie, że był on trochę mitomanem, może też trochę megalomanem, no i stale twierdził, że był spokrewniony z Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim. Nic tego nie potwierdzało. Nic też nie wskazywało na to, że miał cokolwiek wspólnego z Powstaniem Warszawskim. Do czasu…

Przeglądając aukcje internetowe trafiłem przypadkiem na ciekawą legitymację – była to wystawiona w 1984r. legitymacja od Warszawskiego Krzyża Powstańczego, wystawiona pośmiertnie dla Andrzeja Długoszowskiego, syna Jerzego (Andrzej Długoszowski, Ps. „Klanecki”, „Długi” był podharcmistrzem, porucznikiem Szarych Szeregów, dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, wraz z bratem – Markiem – poległ w Powstaniu Warszawskim; Prócz tego był synem Jerzego Długoszowskiego, lotnika, który zginął w katastrofie w latach 20., prywatnie kuzyna Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego). Byłaby to tylko interesująca i koszmarnie droga legitymacja, którą bym się może za bardzo nie zainteresował, gdyby nie to, że na zdjęciu pod faksymile podpisu widniała adnotacja: „gen. Prof. Henryk Jabłoński”. Nie miałem wątpliwości czyja ręka zostawiła tą adnotację, toteż nie wahałem się kupić legitymacji. Kontakt ze sprzedającym potwierdził moje przypuszczenia – kupił on tą legitymację od rzekomych spadkobierców właściciela, którzy oferowali mu również legitymację od WKP jego brata oraz od Krzyża Partyzanckiego na Jerzego Długoszowskiego. Nie miał już jednak z nimi kontaktu, a pozostałych legitymacji nie kupił. Dodać należy, na odwrocie legitymacji znalazła się adnotacja urzędowa: „14588 Bielawa Wałbrzych” – wskazująca, gdzie należy legitymację wysłać. Całkiem przypadkowo w Bielawie mieszkał Jerzy Długoszowski. Niewątpliwie w 1984r. przez ówczesne władze PRL został uznany za najbliższego żyjącego krewnego braci Długoszowskich. Tym samym potwierdza to fakt, który wydawał mi się wcześniej wątpliwy – że pan kapitan MO Długoszowski był rzeczywiście „stryjecznym bratankiem” (jak sam to ujmował) generała dyw. dr. Bolesława Wieniawy-Długoszewskiego. Ostatecznie też przekonało mnie to o tym, że próbując po dobroci dogadać się ze sprzedawcą, od którego kupiłem odznaczenia tracę tylko czas. 

Nie udało mi się w żaden sposób wyjaśnić obecności w gablotce medalu „Za Odrę, Nysę, Bałtyk” ani Krzyża Oświęcimskiego (Jerzy Długoszowski przebywał tylko w obozie karnym). To akurat prawdopodobnie tylko efekt fantazji kapitana Długoszowskiego. Chociaż kto wie…?

Grób braci Długoszowskich w Warszawie (wikimedia commons)

Historia – historią, ale żeby jakaś nauka z tych moich wypocin płynęła, to czytelnikom do wglądu daję dokumenty, a żeby sami mogli się przekonać ile ciekawych informacji można wyciągnąć z niezwiązanych z odznaczeniami „zbędnych świstków papieru”. Prawda, że to dużo wygodniejsze niż szperanie po archiwach?

Autor tekstu: Kamil Szustak

Osiemnasty Kołobrzeski w Dąbrowie Górniczej

W słoneczny i upalny czerwcowy weekend GRH ‘Osiemnasty Kołobrzeski’ wzięła udział w V Muzealnym Festynie Historycznym, organizowanym przez Muzeum Miejskie w Dąbrowie Górniczej. Wspaniała, letnia pogoda zachęciła mieszkańców Dąbrowy, którzy tłumnie odwiedzali teren festynu. Niestety, pogoda była też pewnym utrapieniem dla rekonstruktorów, którzy rozstawili swoje dioramy na pozbawionym cienia terenie. Do południa wszyscy występowali jeszcze w pełnym umundurowaniu, ale wkrótce najczęstszym widokiem była biała płócienna koszula. 

Festyn rozpoczął się paradą pojazdów wojskowych przez ulice miasta, którą udało nam się przejechać dzięki gościnności zaprzyjaźnionego kierowcy willysa. Później zaprezentowaliśmy niewielka dioramę w formie obozowiska, z wystawką min przeciwpiechotnych i przyrządów obserwacyjnych. Wreszcie odbyły się dwie inscenizacje – jedna z okresu I wojny Światowej i druga – w której mieliśmy przyjemność wziąć udział – dotycząca bitwy pod Studziankami. Najważniejszym ‘aktorem’ naszej inscenizacji był odrestaurowany czołg T-34 z Muzeum Miejskiego w Dąbrowie Górniczej. Natarcie Wojska Polskiego i Armii Czerwonej na pozycje niemieckie – choć na chwilę utknęło – zakończyło się malowniczą i lubianą przez widzów walką wręcz. Później odwiedzający mieli możliwość oglądania pokazów dynamicznych sprzętu ciężkiego.
Gorący i parny wieczór przyniósł nam jeszcze jedną atrakcję – mecz Euro pomiędzy Polską a Czechami, wysłuchany z charczącego radyjka przy blasku świeczki w namiocie z pałatek…

Autor: Marcin Morawski