Niebieskich czapek czar… Czyli fakty i mity o NKWD i nie tylko.

Obserwując w ostatnich latach środowisko rekonstrukcyjne, ale również czytając prasę i książki, zauważyłem jedną ciekawą rzecz: Osoby, często nawet dobrze wykształcone, zajmujące się okresem wojennym i tuż powojennym zdają się nie wiedzieć jednej bardzo prostej rzeczy – co to było NKWD.

Trudno mi bowiem inaczej wyjaśnić, że na niemal każdej rekonstrukcji związanej z powojennym podziemiem antykomunistycznym musi się pojawić przynajmniej jeden „funkcjonariusz NKWD” – najczęściej w mundurze i z obstawą złożoną z żołnierzy polskich. Trudno też inaczej wyjaśnić fakt, że poważne czasopismo, tłumacząc raport amerykańskiego wywiadu na temat sytuacji w Polsce w pierwszych latach powojennych tłumaczy „MVD Interior Troops” jako „NKWD”, a skądinnąd znani historycy mówią o „działaniach NKWD” w Polsce w roku 1947… Oczywiście czasem można to uznać za skrót myślowy, czasem po prostu niechęć do wprowadzania zamętu w głowach obywateli, których wiedza historyczna jest ogólnie znikoma i ogranicza się do kilku haseł. Sytuacji nie poprawiali też sami pracownicy organów i wojsk bezpieczeństwa wewnętrznego, którzy jeszcze w latach 80. potocznie mówili o sobie „czekiści” – i nie ważne czy pracowali w resorcie Spraw Wewnętrznych czy Bezpieczeństwa Państwowego.

Stwierdziwszy powyższe, postanowiłem sprawdzić co na temat tajemniczego NKWD wiedzą osoby – wydawać by się mogło – najbardziej zainteresowane tematem, tj. osoby odtwarzające sylwetki określane potocznie jako „enkawudziści”.  Najprostszym sposobem wydało mi się zebranie wywiadów – w formie bądź to nagranych rozmów przeprowadzonych osobiście, bądź udzielenia pisemnie odpowiedzi na kilka pytań. Choć pytania rozesłałem do dość dużej liczby rekonstruktorów (każdy z nich zgodził się pierwotnie odpowiedzieć), niewielu przesłało mi odpowiedzi. Z kolei specyficzny profil imprez rekonstrukcyjnych, które w tym roku odwiedziłem, sprawił, ze okazji do porozmawiania z rekonstruktorami o właściwym profilu miałem niewiele. W związku z tym, chociaż wyniki „badania” pokrywają się z moimi obserwacjami, trudno uznać je za miarodajne. Pamiętać przy tym także należy o niskiej „profesjonalizacji” tego typu rekonstrukcji – mało kto skupia się na tej jednej formacji. Z uzyskanych odpowiedzi wynika mi, że większość osób, które odtwarzają formacje „okołoenkawudowskie” zajęło się tematem tylko dlatego, że na takie sylwetki było zapotrzebowanie. Niewielu rekonstruktorów przyciągnął „czar niebieskich czapek”. Nie znalazłem też informacji o jakiejkolwiek grupie, która zajmowałaby się wyłącznie odtwarzaniem wojsk/służb podległych NKWD, lub takich, które miałyby NKWD w swojej nazwie.

Jak wskazałem wyżej – istnieje jednak zapotrzebowanie na odtwarzanie sylwetek tego typu – świadczy o tym fakt, że szeroko rozumiani „enkawudziści” – nie zawsze z sensem i rzadko kiedy zgodnie z prawdą historyczną – są obowiązkowym elementem wszystkich inscenizacji związanych z powojennym podziemiem antykomunistycznym a także pojawiają się na inscenizacjach walk na Froncie Wschodnim. Tym artykułem chciałbym chociaż minimalnie poprawić poziom wiedzy historycznej rekonstruktorów i organizatorów inscenizacji. Dlatego też nie będzie to historia typu „od WCzK do FSB” – w artykule skupię się na okresie wojennym i pierwszych latach powojennych, w związku z tym, oprócz NKWD, w artykule pojawią się takie resorty  jak NKGB, MWD i MGB a także – ze względu na  czasowo wyłączane ze struktur resortów SW i BP UOO/UK „SMIERSZ” – NKO, NKWMF i MO. Zacząć jednak należy od podstaw, a zatem…

Co to właściwie było NKWD?

Najczęstsze odpowiedzi na to pytanie z jakimi można się zetknąć, to „tajna policja”, „specjalne oddziały wojskowe do zwalczania partyzantki”, „policja polityczna” itp. Każda z tych odpowiedzi zawiera w sobie mniejszą lub większą cząstkę prawdy, ale żadnej nie można uznać za prawidłową.

Aby odpowiedzieć na pytanie, należy na początek rozszyfrować skrót. NKWD to Narodnyj Komisariat Wnutriennych Dieł, czyli po polsku Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych. Ponieważ określenie „Ludowy Komisariat” (w skrócie „narkomat”) bywa mylące (pamiętam, że swego czasu przy okazji filmu o Tewje Bielskim jakiś krytyk filmowy napisał, że to postać kontrowersyjna, bo przed wojną był komisarzem – pracował w Ludowym Komisariacie Rolnictwa…), wypada wyjaśnić co ono oznacza. Otóż po Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej (lub, jak kto woli: Małym Komunistycznym Buncie Listopadowym) uznano, że trzeba stworzyć rząd całkiem nowy, który nawet nazewnictwo instytucji będzie odróżniać od poprzedniego systemu. W związku z tym za burżuazyjny przeżytek uznano na przykład… Ministerstwo. I w rządzie RSFRR nie było już rady ministrów, a rada Komisarzy Ludowych, z których każdy stał na czele odpowiedniego Komisariatu Ludowego. A zatem możemy w uproszczeniu powiedzieć, że NKWD to miej więcej tyle co MSW. I, jak to zwykle z resortami Spraw Wewnętrznych bywa, podlegały mu różne służby. Takie jak na przykład milicja, urząd stanu cywilnego, straż pożarna, wojska ochrony pogranicznej i wewnętrznej, więzienia (a właściwie obozy i kolonie karne – więzień w ZSRR nigdy nie było dużo…)

“Dowód wszechwładzy radzieckiej tajnej policji!” Czyli akt urodzenia wystawiony przez NKWD ZSRR

A co z „tajną policją”? No cóż, ta raz była częścią NKWD, a raz nie. Zaczęło się w 1934r., kiedy to NKWD ZSRR stworzono, łącząc NKWD RSFRR i OGPU ZSRR – ta druga instytucja, w prostej linii spadkobierca CzeKa, weszła w skład nowego resortu jako Główny Zarząd Bezpieczeństwa Państwowego (GUGB), jednak w lutym 1941r. instytucję tę powtórnie wydzielono tworząc NKGB (Ludowy Komisariat Bezpieczeństwa Państwowego) tylko po to, by 20 lipca tego roku ponownie scalić je w jeden Narkomat Spraw Wewnętrznych. Do pomysłu osobnego resortu powrócono w kwietniu 1943r. i tak już zostało, choć funkcje tych dwóch resortów często się zmieniały.

A teraz mały szok dla wszystkich, którzy krzyczą, ze NKWD działało w Polsce jeszcze na przełomie lat 40. I 50.: Otóż NKWD przestało istnieć w 1946r. I nie, nie zmieniło się magicznie w KGB, jak twierdzą niektórzy. Co więcej w tym samym roku przestało też istnieć NKGB… Zanim podniesie się krzyk, spieszę uściślić – istnieć przestały też wszystkie inne narkomaty, bowiem w tym właśnie roku do łask wróciło słowo „ministerstwo”. W miejsce interesujących nas resortów powstały więc MWD i MGB, czyli odpowiednio Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego.

A zatem, wracając do przytoczonych na początku odpowiedzi:

NKWD to tajna policja polityczna – trochę na odwrót. Tajna policja polityczna bywała częścią NKWD, ale w interesującym nas okresie trwało to krótko – od roku 1939 (to data początkowa wojny, a więc w/w okresu, nie istnienia tego stanu) do lutego 1941r. i od lipca 1941r. do kwietnia 1943r. Natomiast NKWD podlegała cały czas „zwykła” siła policyjna – tj. milicja.

NKWD to specjalne oddziały wojskowe do zwalczania partyzantki – również na odwrót, ale tym razem już w dłuższym okresie czasu. Walka z wrogą partyzantką była jednym z zadań Wojsk Wewnętrznych NKWD, które istniały do 1946r.

Może się po prostu czepiam, ale gdyby uznać powyższe odpowiedzi za prawdziwe, to należałoby uznać także prawdziwość takich twierdzeń:

NKWD to zawodowa straż pożarna.

NKWD to urząd stanu cywilnego.

I tak dalej.  Widać już o co mi chodzi? A zatem – bądźmy precyzyjni i kiedy następnym razem znajdziemy stary akt urodzenia z nagłówkiem „NKWD” to nie krzyczmy o wszechwładzy radzieckiej tajnej policji, tylko pamiętajmy o tym, że podległość rejestru urodeń Resortowi Spraw Wewnętrznych nie jest niczym niezwykłym.

Zamieszałem? No to teraz przejdźmy do drugiej ważnej sprawy – skoro NKWD to cały resort, to…

Kim byli eksponowani wszędzie „enkawudziści”, czyli „żołnierze w niebieskich czapkach”?

Czapki z granatowym denkiem pojawiły się pierwszy raz jako nakrycia głowy dla organów i wojsk (z wyjątkiem Wojsk Pogranicznych) OGPU pod koniec 1924r., kiedy zorientowano się, że zaproponowany w sierpniu wzór – z otokiem granatowym a denkiem czerwonym – za bardzo przypominał czapki dyżurnego/komendanta stacji w WOSO. W 1934r., po wcieleniu OGPU do NKWD czapki te pozostały obowiązującym nakryciem głowy Wojsk Wewnętrznych i organów GB (czyli de facto używane były w dwóch Zarządach Głównych NKWD – GUGB i GU PiWO). Ponieważ Narkom Spraw Wewnętrznych był jednocześnie głównym dowódcą Wojsk NKWD, najczęściej przysługiwał mu mundur w kolorystyce Wojsk Wewnętrznych.

Aby nie wdawać się zbytnio w zawiłości umundurowania przed 1939r., wspomnę tylko jeszcze o reformie roku 1935, która nadała czapkom wygląd, który praktycznie nie zmienił się do roku 1954. Wróćmy jednak do podstawowego pytania – kto nosił takie czapki. Jak już wspomniano, byli to funkcjonariusze GB (Bezpieczeństwa Państwowego) i żołnierze  Wojsk Wewnętrznych.


Niezidentyfikowany oficer Organów NKGB (późniejsze zdjęcia wskazują na służbę w MGB/KGB), ok. 1945r.

Ci pierwsi to właśnie owa „tajna policja” a także wywiad, kontrwywiad i ochrona osób ważnych (członkowie rządu, kierownictwo partii itp.).  Od wojsk NKWD odróżniały ich charakterystyczne naszywki w postaci czerwonego owalu z wyhaftowanym mieczem, sierpem i młotem, od 1937r. noszone na obu rękawach, zniesione w 1943r.

Druga instytucja to jednostki podległe GU PiWO, należące do Wojsk Wewnętrznych – a zatem żołnierze Wojsk Konwojowych (zajmujących się transportem więźniów, pilnowaniem ich poza miejscem uwięzienia, a przed 1939r. i po 1956r. – pilnowaniem samych więzień), Wojsk Zabezpieczenia Tyłów (niesławne Zagradotriady, czyli oddziały zaporowe), Wojsk Operacyjnych, Wojsk Ochrony Szczególnie Ważnych Obiektów oraz Wojsk Ochrony Linii Kolejowych. Wspomnieć należy także o specjalnych jednostkach przewidzianych do akcji dywersyjnych na tyłach wroga, z których wywodziła się również część radzieckich partyzantów (podległych NKWD, a nie republikańskim Sztabom Partyzanckim). Podlegające temu samemu Zarządowi Głównemu Wojska Pograniczne w tym miejscu interesują nas trochę mniej, gdyż żołnierze PW nosili czapki zielone.


Generał Mażyrin z Wojsk Ochrony Kolejowej MWD. Na obu zdjęciach dość wyraźnie widać czapki z niebieskim denkiem. Warto zaznaczyć, ze zdjęcie pochodzi już z 1947 

Warto przy okazji także wspomnieć, że, wbrew pokutującym opiniom,  żołnierze WW NKWD czasem brali także normalny udział w walkach – np. w obronie Moskwy czy szturmie Berlina. O technicznych jednostkach Wojsk Wewnętrznych można też trochę dowiedzieć się ze wspomnień oficera tychże, które zamieszczałem swego czasu na tej stronie.

W dużym skrócie – Zarówno funkcjonariusze GB jak i żołnierze Wojsk NKWD nosili praktycznie identyczne mundury. Jedyne różnice to: naszywki funkcjonariuszy GB przed 1943r. oraz Mundury galowe po 1943r. (dla GB – jednorzędowe, dla Wojsk NKWD – dwurzędowe). Takie mundury utrzymywały się zarówno w okresie jedności NKWD jak i w okresach samodzielności NKGB. Również po przekształceniu narkomanów w ministerstwa oba resorty zachowały (z niewielkimi wyjątkami dla jednostek lotniczych i pancernych) mundury niezmienione – w tym także niebieskie czapki – aż do 1954r.

Warto jeszcze wspomnieć, że niebieskie czapki miała także milicja. Te jednak miały otok jasnoniebieski a lamówki czerwone.

Coś już wiemy, przejdźmy zatem do haseł, które najczęściej słychać. Pierwsze pytanie brzmi:

Czy NKWD to organizacja zbrodnicza?

Jak już napisałem, NKWD podlegał cały szereg instytucji. Wprawdzie ktoś mógłby powiedzieć, że każdą z nich obciąża coś – np. straż pożarna dopuszczała się zbrodni komunistycznych polegającej na ochronie przeciwpożarowej mienia państwa komunistycznego, w tym budynków partyjnych, w urzędach stanu cywilnego dopuszczano się zbrodni komunistycznych polegających na łączeniu w pary komunistów, a do tego gromadzono dane osobowe na potrzeby państwa totalitarnego itd. Jednak póki co prawo międzynarodowe nie uznaje pojęcia zbrodni komunistycznej a nawet gdyby uznawało, jej definicja nie pozwalałaby na takie absurdy.

Dokument identyfikacyjny strrrrasznego zbrodniarza NKWD – dojarki zatrudnionej przez NKWD KFSRR…

Zajmijmy się więc tymi instytucjami, w stosunku do których można postawić sensowne zarzuty. Zacznijmy – trochę pro forma – od góry. Przez cały okres wojenny Ludowym Komisarzem Spraw Wewnętrznych był Ławrientij Beria. Na stronie adresowanej do pasjonatów historii, jak sądzę, postaci tej nie trzeba przedstawiać, nie trzeba też dowodzić, że był to człowiek odpowiedzialny za bardzo liczne zbrodnie, a prawdopodobnie również na przestępstwa pospolite (i to głównie za te ostatnie został skazany na śmierć, o ile oczywiście jego proces faktycznie się odbył). Ale w grudniu 1945r. na tym stanowisku zastąpił go Siergiej Krugłow. I tu sprawa już nie jest taka oczywista. Choć Krugłow zaczynał karierę (jako protegowany Berii) w organach Bezpieczeństwa Państwowego, odpowiadał tam głównie za postępowania dyscyplinarne wobec funkcjonariuszy i żołnierzy NKWD, następnie zaś kierował działem kadr. Będąc zastępcą Berii, oprócz spraw kadrowych, jednocześnie był na froncie jako członek rad wojennych frontów, oraz szef zarządu odpowiedzialnego za budowę umocnień. Zarzucać mu można udział w fałszowaniu prawdy o zbrodni katyńskiej, miał też swój udział w radzieckim projekcie broni jądrowej, ale trudno właściwie przypiąć mu coś konkretnego.

Jeśli spojrzymy na represje względem ludności na terenach zajętych przez ZSRR po 17 września 1939r., to niewątpliwie odpowiadają za nie funkcjonariusze GUGB NKWD, żołnierze Wojsk Wewnętrznych NKWD oraz, w ograniczonym stopniu, funkcjonariusze milicji.

Sprawa komplikuje się nieco w przypadku zbrodni katyńskiej – sprawstwo kierownicze tej zbrodni to rzecz dobrze opisana, ale sprawstwo bezpośrednie w dalszym ciągu jest słabo rozpoznane. Teoretycznie jeńcami od początku do końca powinni się „opiekować” żołnierze WW NKWD i oni też powinni byli dokonywać egzekucji. Kłóci się to jednak z przebiegiem egzekucji (strzały z pistoletu w tył głowy) – ten wskazuje raczej, że bezpośrednimi wykonawcami byli tu oficerowie WW, lub, co znacznie bardziej prawdopodobne – funkcjonariusze GUGB NKWD.

Sprawa jest nieco trudniejsza jeśli idzie o represje z lat 1944-1945, bowiem wbrew pokutującym opiniom, NKWD miało niewielki udział w tej działalności (ograniczając się zwykle do transportu aresztowanych i prowadzenia obozów do których aresztowani ostatecznie trafiali). Tymczasem śledztwa, tortury i aresztowania były w tym czasie domeną NKGB. Toteż mówienie o zbrodniach NKWD w Polsce od 1944r. jest mało precyzyjne.

Odpowiadając zatem na pytanie – zdanie „NKWD był instytucją zbrodniczą” nie jest błędne, ale znów: jest nieprecyzyjne. Za zbrodnicze można uznać poszczególne instytucje podległe temu resortowi.

Znacznie bliższe prawdy będzie natomiast twierdzenie „NKGB był instytucją zbrodniczą”, choć trzeba pamiętać, że i w tym resorcie działały całe wydziały, które z wyżej wspomnianymi represjami nie miały nic wspólnego.

Zaświadczenie wydane przez Zarząd NKGB Obłasti Drohobycz dla rodziny majora GB Osadczego, 1944r.

Czy zatem osoba, która opowiada, że w 1944 roku torturował ją enkawudzista mówi nieprawdę? Nie. Po prostu została wprowadzona w błąd przez funkcjonujące w powszechnej świadomości skróty myślowe oraz przez to, że w tamtym okresie funkcjonariusze GB i żołnierze Wojsk NKWD nosili praktycznie identyczne mundury. Osoba taka zapewne opowiada o prawdziwych wydarzeniach, ale myli instytucje. I tyle.

A pozostając jeszcze przy temacie zbrodni NKWD i NKGB – swego czasu, po tym jak napisałem w komentarzu na portalu dobroni.pl, że szeroko rozumiane próby gwałtu na cywilach (w miejscu publicznym)  ze strony oficerów NKWD są całkowicie nieprawdopodobne dostałem odpowiedź: „Przedstawienie NKWD-zistów jako formacji o wysokim morale (…) i samodyscyplinie to kuriozum”. Przyjrzyjmy się więc kwestii

Jak to było z tym poziomem moralnym „enkawudzistów”?

Przy czym od razu zaznaczmy, że chodzi tu o „enkawudzistów” szeroko rozumianych czyli żołnierzy wojsk NKWD i funkcjonariuszy GB.

Zadajmy sobie pytanie, kto szedł do pracy w resortach BP i SW w ZSRR. Dzierżyński jako cechy idealnego czekisty wymieniał „Serce gorące, głowa chłodna i czyste ręce”. Czekista zatem powinien być ideowym i pełnym zapału komunistą, potrafiącym trzeźwo myśleć i do tego uczciwym. Czy tacy ludzie pracowali w tych resortach? Zapewne byli i tacy. Z kolei w potocznym rozumieniu „enkawudzista” to pozbawiony hamulców psychopata o sadystycznych skłonnościach. Czy tacy ludzie pracowali w tych resortach? Zapewne byli i tacy. Oprócz tego było sporo karierowiczów i oportunistów, sporo ludzi uczciwych, sporo zwyrodnialców i całe mnóstwo typów pośrednich – jak wszędzie, choć akurat tutaj trudno było zachować czyste sumienie. Ale cechy osobiste w małym stopniu decydowały o tym, jak „prowadził się” i jak zachowywał się publicznie „enkawudzista”.

Warto zaznaczyć, że do pracy w resortach starano się brać ludzi oddanych sprawie (a więc członków partii lub chociaż Komsomołu), o nieposzlakowanej opinii, nie posiadających „obciążeń genetycznych” (tj. mających właściwe pochodzenie) i posiadających przydatne wykształcenie (np. prawnicze). Podobne kryteria starano się stosować wobec szeregowych WW – pochodzili oni z ogólnego poboru wojskowego, ale NKWD miał pierwszeństwo wyboru poborowych.

Musimy też pamiętać, że mówimy tu o jednych kluczowych resortach w państwie totalitarnym, gdzie kontrola wewnętrzna stała na bardzo wysokim poziomie. Po pierwsze, władza musiała dbać, by w resortach siłowych nie zrodził się jakiś bunt. Po drugie, osoby z wiedzą niekoniecznie dla władzy wygodną musiały być godne zaufania i niepodatne na działania obcych wywiadów. Po trzecie całkiem serio obawiano się obcych agentów. I wreszcie po czwarte – najszybszą drogą awansu w strukturach, było „wykazanie się rewolucyjną czujnością”. O ile walka ze szpiegami czy wrogami ludu była dość ryzykowna (nigdy nie było wiadomo czy za chwilę „wróg ludu” nie okaże się jednak „uczciwym komunistą, który padł ofiarą spisku trockistowskiej kliki w organach bezpieczeństwa”, co dla owej kliki skończy się bardzo źle), o tyle niezbyt ryzykowne było donoszenie na kolegów. Jeśli któryś funkcjonariusz miał słabość do kobiet, alkoholu, lub hazardu, albo dopuszczał się przestępstw pospolitych, to zgłoszenie tego władzom zwierzchnim było nie tylko obowiązkiem każdego „enkawudzisty”, ale również prostą drogą do „wykazania się” i awansów. Co więcej, jeżeli oficerowi udowodniono, że wiedział o nagannym zachowaniu kolegi, podwładnego lub zwierzchnika, a nie zgłosił tego wyżej, to oficer ten w najlepszym wypadku dostawał naganę, a w najgorszym zarzuty o współudział w procederze. Dlatego też, o ile taki oficer nie był Berią lub jego najbliższym współpracownikiem, to musiał „prowadzić się moralnie”, a jeśli chciał dopuścić się czynu przestępczego, to musiał to robić bardzo dyskretnie, dbając o to, żeby nikt nigdy się o tym nie dowiedział. Oczywiście, nie oznacza to, ze prowadzący śledztwo funkcjonariusz GB nie wymuszał nieprawdziwych zeznań, nie fabrykował dowodów itp., ale była to już uznana metoda pracy podczas oficjalnego śledztwa, zwykle zresztą śledztwa na zamówienie z góry. Stąd lekki paradoks – funkcjonariusz mógł być sadystycznym bydlakiem, ale jednocześnie musiał się prowadzić nienagannie i poza pracą nie wolno mu było łamać prawa.

Ponadto to Wojska Wewnętrzne odpowiedzialne były za utrzymanie porządku na tyłach frontu, w związku z czym, o ile w Armii Czerwonej zarządzenie o ściganiu gwałtów, morderstw, rabunków itp. przestępstw na ludności cywilnej zostało w większości zignorowane, o tyle żołnierze WW musieli przyjąć to do wiadomości i stosowania, co oznacza, że po pierwsze sami nie mogli sobie na takie wybryki pozwalać, a po drugie musieli ścigać czerwonoarmistów odpowiedzialnych za takie działania.

Ponadto w Wojskach NKWD poziom wyszkolenia był zdecydowanie wyższy niż w Armii Czerwonej, a to przekładało się na wyższy poziom dyscypliny w oddziałach.

Podobnie rzecz wygląda z rozstrzeliwaniem jeńców – podczas rekonstrukcji często zdarza się, że robią to właśnie „enkawudziści”. Tymczasem to właśnie oni mieli na to najmniejsze szanse – bo najlepiej wiedzieli, że jeniec oznacza informacje (a później może także siłę roboczą) i to oni dostawali zawsze rozkaz zabezpieczania wszelkich schwytanych żołnierzy wroga. Jeśli kogoś rozstrzeliwali to najczęściej dezerterów lub innych żołnierzy skazanych przez sądy wojskowe na śmierć.

Skoro już wspomniałem rekonstrukcje, to ostatnio najczęściej „enkawudzistów” możemy oglądać podczas inscenizacji związanych z działalnością powojennej partyzantki. Odpowiedzmy sobie zatem na pytanie:

Jaki był udział Wojsk NKWD i organów NKGB w walce z podziemiem?

Aż do zakończenia wojny główny ciężar walk podziemiem (polskim, ukraińskim i niemieckim) na Ziemiach Polskich spadał na wojska NKWD . Wykorzystywano w tym celu zarówno Wojska Wewnętrzne jak i Wojska Pograniczne, przy czym rola Wojsk NKWD była tutaj głównie ofensywna. Odpowiednie oddziały wojsk NKWD zajmowały się także ochroną linii kolejowych. Oprócz tego to oddziały Wojsk Konwojowych zajmowały się transportem więźniów do ZSRR lub obozów na terenie Polski.

Ponieważ większość partyzantów była łapana lub aresztowana przez oddziały radzieckie, ich przesłuchiwaniem zajmowali się głównie funkcjonariusze GB. Zdarzało się także, że NKGB przydzielało łączników do rejonowych UBP, zwłaszcza na terenach wzmożonej aktywności partyzantki, jednak większość zatrzymanych przez Urzędy Bezpieczeństwa pozostawała w gestii polskich władz, a obecność funkcjonariuszy GB w placówkach UBP i MO już wtedy była dość rzadka, ale trzeba też pamiętać, że spora część kierownictwa Resortu Bezpieczeństwa oraz wyższej i średniej kadry oficerskiej MBP stanowili oddelegowani oficerowie NKGB i NKWD.

Pomimo że KBW osiągnął pełną gotowość do działań dopiero jesienią 1945r. już od wiosny aktywność Wojsk NKWD w walce z podziemiem była znacząco ograniczana (wiązało się to ze stopniowym wycofywaniem jednostek WP do kraju). Kierownictwo resortu przyjęło założenie, że od teraz to już sprawy polskie. Zgoda w tej kwestii była na tyle powszechna, że aresztowanie przywódców podziemia przez Sierowa całkowicie zaskoczyło polskie władze.

Oczywiście można tu przypomnieć, że największa bitwa podziemia antykomunistycznego po wojnie miała miejsce w Hucie w czerwcu 1945r. i że oddział „Szarego” rozbity został właśnie przez grupę z 98. pułku radzieckich Wojsk Pogranicznych. Tylko trzeba pamiętać, że wbrew przekazowi propagandowemu rajd pograniczników nie był odwetem za zbrodnię w Wierzchowinach (tę uważano za typowo polską sprawę) i nawet po zdobyciu przez „Szarego” samochodu pancernego na grupie pościgowej MO, Wojska NKWD nie kiwnęłyby palcem w tej sprawie. Radziecki oddział został wysłany w pogoń za eneszetowcami w odwecie za polowe lotnisko radzieckie, które ci spalili po drodze do Wierzchowin, zabijając całą załogę, niszcząc sprzęt i samoloty. To też tłumaczy, dlaczego w wyniku akcji nie było żadnych jeńców – w normalnych warunkach żołnierze Wojsk NKWD nie przegapiliby szansy na złapanie „języka”.  Przypadek ten dobrze też pokazuje stopień wyszkolenia PW. Dwustuosobowy oddział, według niektórych źródeł mający swoim składzie również sporą grupę weteranów 27 Dywizji AK dał radę zniszczyć lotnisko Armii Czerwonej a także wybić dobrze uzbrojony i wsparty podchorążymi WP oddział MO wysłany w pościg, ale mimo zdobycia działek lotniczych i samochodu pancernego oraz nieznacznej przewagi liczebnej (radziecka grupa liczyła ok. 160 żołnierzy)  nie zdołał nawet zadać pogranicznikom poważniejszych strat – po stronie radzieckiej zginął jeden żołnierz, 4 kolejnych zmarło od ran.

Nieco więcej aktywności wykazywały Wojska NKWD/MWD w Walce z UPA, ale brało się to z faktu, że podziemie ukraińskie ZSRR uznawał także za swój problem, pomimo tego jednak począwszy od drugiej połowy 1945r. działalność przeciwpartyzancka tych wojsk na ziemiach polskich to naprawdę rzadkie przypadki i to wyłącznie w odpowiedzi na działania podziemia przeciw radzieckim instytucjom. I chociaż niebieskie czapki widać było coraz rzadziej, to NKGB/MGB było po wojnie aktywne jeszcze do końca dekady. Również w strukturach MBP a także wywiadu i kontrwywiadu wojskowego pełniła służbę znaczna liczba oficerów delegowanych z ZSRR i to z nimi mogli mieć do czynienia schwytani członkowie oddziałów podziemia.

Czyli w skrócie: do wiosny 1945 roku z podziemiem walczyły głównie oddziały Wojsk NKWD, później ciężar walki przejęły na siebie WP i KBW. Do połowy 1945r. funkcjonariusze NKGB czuli się w Polsce jak u siebie, potem stali się praktycznie niewidoczni.

Warto wspomnieć o jednym jeszcze haśle, które zwykle pojawiało się wypowiedziach dotyczących NKWD.

Co to był SMIERSZ i co miał wspólnego z NKWD?

Spotkałem się ze stwierdzeniem, że była to „akcja radzieckiego wywiadu w czasach stalinowskich mająca na celu likwidację obcych szpiegów”. Nie jestem pewny, ale do powszechnej świadomości określenie „akcja” w stosunku do SMIERSZu weszło albo za sprawą któregoś z filmów o przygodach agenta 007, albo po prostu to nieporozumienie wynikając z nieco mylącej nazwy – „Smiert’ Szpionam”, czyli „śmierć szpiegom”. Wyjaśnijmy zatem co to był ten SMIERSZ i skąd się wziął.

Nie zagłębiając się zbytnio w historię – w 1918 we wszystkich jednostkach wojskowych powołano do życia tzw. Wydziały Specjalne (Osobyje Otdieły), które stanowiły organ kontroli kontrwywiadowczej w wojsku. Praktycznie cały czas, aż do 1943r. podlegały one resortowi Bezpieczeństwa Państwowego lub GUGB w czasie podległości tegoż względem NKWD. Jednak w 1943r. Wydziały Specjalne wydzielono z NKWD (pozostawiając tam jedynie te działające w Wojskach NKWD) i podporządkowano je odpowiednim narkomatom – Obrony (NKO) i Marynarki Wojennej (NK WMF), pozostawiając jednak dotychczasowych pracowników (zmieniając ich stopnie z GB na ogólno wojskowe, tj. major GB stawał się majorem itd.), a co ważniejsze, Wydziały Specjalne przemianowano na Wydziały Kontrwywiadu (OKR) „SMIERSZ”.  Warto nadmienić, że OKR „SMIERSZ” podlegały bezpośrednio odpowiednim komisarzom ludowym, czyli… Stalinowi i admirałowi Kuzniecowowi.

Zatem najprościej – „SMIERSZ” był instytucją wojskową o „bezpieczniackim” rodowodzie zajmującą się działalnością kontrwywiadowczą. Nie był żadną akcją.

Co ciekawe, początkowo nazwa miała brzmieć „SMIERNIESZ” – skrót od „ Smiert’ Niemieckim Szpionam”, Śmierć Szpiegom Niemieckim – ale nazwa ta nie przypadła do gustu Stalinowi, który stwierdził, że nie tylko o niemieckich szpiegów tu chodzi, że w ZSRR panoszą się szpiedzy różnych państw i kazał skrócić nazwę do „SMIERSZ”. Nie da się ukryć, że nazwa „SMIERNIESZ” brzmi nieco komicznie.

Jak więc widzimy, SMIERSZ nie był częścią NKWD, choć jego pracownicy wywodzili się właśnie stamtąd. Oficerowie SMIERSZU mieli nie odróżniać się od pozostałych oficerów jednostki do której byli przydzieleni, toteż „smierszowcy” nie tylko nie nosili specjalnych odznak ale musieli nosić mundury odpowiednie do jednostki – np. pancerne – i nie miało znaczenia, że taki oficer o czołgach nie miał pojęcia. Trzeba jednak powiedzieć, że ponieważ pracownicy OO zwykle byli absolwentami ogólno wojskowych szkół oficerskich, starano się ich przydzielać do jednostek, które miały jakikolwiek związek z ich specjalizacją.

Fragment książeczki wojskowej oficera rezerwy – co ciekawe, osoba wypełniająca myślała ahistorycznie – praca dla Smierszu została ujęta jako praca w organach MWD w składzie 3. Frontu Ukraińskiego – w czasie istnienia tegoż, nazwa MWD jeszcze nie istniała, a Smiersz nie był częścią NKWD.
I o wiele bardziej skrupulatnie wypełniona historia zatrudnienia w książeczce ewidencyjnej członka partii – nazwy “Wydział Specjalny”, UKR “Smiersz” i “Zarząd Kontrwywiadu MGB” odpowiadają okresom, dla których zostały wpisane.

Pozostaje jeszcze jedna sprawa:

Jak wyglądał „ekawudzisa”?

Podczas imprez rekonstrukcyjnych osadzonych w realiach lat 1943-1945 często możemy oglądać oficerów „NKWD”, którzy wyglądają w miarę dobrze. Tzn. noszą czapkę z niebieskim denkiem, często nawet prawidłową gimnastiorkę z naszytymi kieszeniami (repliki są obecnie dość  łatwo dostępne) i równie prawidłowymi pagonami (także możliwe do kupienia w Polsce)… A do tego granatowe bryczesy. Z czerwoną lamówką… No dobra, ostatnio lamówka też ma już często prawidłowy kolor. Czerwoną lamówkę też da się na upartego wytłumaczyć. Nawet te granatowe bryczesy nie były takim rzadkim widokiem na polu bitwy u oficerów radzieckich, nie tylko z GB i wojsk NKWD.  

Starszy lejtnant Swietłakow w gimnastiorce dla WW NKWD z naszytymi kieszeniami.

Powiedzmy zatem, że wygląd oficera Wojsk Wewnętrznych jest sprawą dość powszechnie znaną. Gorzej natomiast z szeregowcami i podoficerami. Jeśli już widać ich na rekonstrukcjach, to zazwyczaj od oficerów odróżniają ich tylko pagony. A to już poważniejszy błąd.

Przede wszystkim podoficerowie Wojsk Wewnętrznych raczej nie nosili na co dzień granatowych spodni (większość przed majem 1945r. nie dostała mundurów galowych, a tylko z nimi mogli takowe nosić, a nawet jeśli, to na takie odstępstwo od regulaminu raczej sobie nie pozwalano). Po drugie – podoficerom i szeregowcom przysługiwała gimnastiorka bez kieszeni – taka jak w Armii Czerwonej. Oczywiście, widać czasami na zdjęciach szeregowców w bluzach oficerskich NKWD, ale to raczej wyjątek niż reguła. W przeciwieństwie też do Armii Czerwonej, nie natknąłem się na ślad żadnego rozporządzenia w wojskach NKWD, które by regulowało wykorzystywanie gimnastiorek z naszytymi kieszeniami przez niższe szarże. Kolejnym elementem wątpliwym jest kolorowa czapka. Choć znane są zdjęcia, na których całe plutony występują w tym charakterystycznym nakryciu głowy, to jednak w pobliżu frontu częściej noszone były furażerki i hełmy, a zimą uszanki. Spowodowane było to z jednej strony względami maskowania, a z drugiej niechęcią do uszkodzenia tak ważnego elementu umundurowania. Ponadto większość żołnierzy wojsk wewnętrznych powołanych pod koniec wojny, czapek tych zwyczajnie nie dostało. Dlatego też podstawowym elementem odróżniającym żołnierzy WW od Czerwonoarmistów będą pagony. Biorąc pod uwagę jak bardzo pozwala to ograniczyć koszty rekonstrukcji jednostek WW NKWD aż dziw bierze, że widać tylko samotnych oficerów otoczonych czerwonoarmistami.

Inaczej nieco wyglądała sprawa z funkcjonariuszami NKGB. Pamiętać należy przede wszystkim o tym, że w organach Bezpieczeństwa Państwowego w ogóle nie przewidywano szeregowców. Nawet po rozwinieciu korpusu podoficerskiego w 1943r. najniższym stopniem był młodszyj sierżant specialnoj służby, a stopnie podoficerskie były tylko 4 (prócz wspomnianego młodszego sierżanta, sierżant, starszyj sierżant i starszyna specialnoj służby). Podoficerom w organach przypadały głównie funkcje pomocnicze. Śledztwo Prowadził zawsze oficer – a więc co najmniej młodszyj liejtienat gosudarstwiennoj bezopasnosti. Tak czy inaczej, zarówno podoficerowie jak i oficerowie organów nosili mundury jednego typu – oficerskiego. Mundury ich porównać można do mundurów służbowych oficerów Wojsk NKWD – tu zatem zawsze na miejscu są kolorowe czapki, granatowe bryczesy, bluzy z naszytymi kieszeniami (a nawet kurtki służbowe) i pasy z koalicyjką. I ważna uwaga – po 1943r. raczej nadawano funkcjonariuszom organów odznaczenia cywilne – jedynie za wysługę lat nadawano odznaczenia tak jak w Armii Czerwonej. Dlatego też oficer GB z dwoma Orderami Czerwonej Gwiazdy jest raczej mało prawdopodobnym przypadkiem, za to ten sam oficer z Orderem Znaku Honoru jest już bardziej na miejscu. Pamiętać należy, że oficerowie GB nie pojawiali się nigdzie sami – taki oficer był na zbyt ważną personą. Chociaż zależało to od zadania w danym miejscu, zwykle towarzyszyło mu 2-3 pomocników (np. drugi oficer i dwu podoficerów – kierowca i asystent), a nierzadko dostawali do ochrony żołnierzy wojsk NKWD.

Powyższe opisy pasują również do żołnierzy i funkcjonariuszy MWD i MGB do końca lat 40. Praktycznie dopiero w latach 50. Zaczęły się zmiany w umundurowaniu i wyposażeniu (te ostatnie spowodowane były głównie przezbrajaniem żołnierzy najpierw w SKSy, później zaś w AK-47 i pistolety Makarowa.

Tych kilka uwag o umundurowaniu NKWD i NKGB to oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej, okres przed 1943r. wymagałby szczegółowego opracowania, podobnie jak np. kwestia mundurów galowych. Myślę jednak, że literaturę traktującą o samym umundurowaniu osoby zainteresowane rekonstrukcją tych instytucji znajdą  bez większych problemów.

Lejtnant Wojsk Pogranicznych, wówczas już MWD, w mundurze galowym Wojsk Wewnętrznych i Pogranicznych wz.43.

Ja tymczasem chciałbym poruszyć jeszcze jedną sprawę.

Jak dobrze wykorzystać „enkawudzistów” w rekonstrukcji?

Najbardziej oczywistym  i  widowiskowym zadaniem dla „enkawudzistów” wydaje się ustawienie oddziału zaporowego Wojsk Wewnętrznych z karabinami maszynowymi za liniami nacierającej piechoty, strzelających do próbujących się wycofać czerwonoarmistów. Obrazek taki pięknie uzupełniałby obraz frontalnego szturmu na pozycje niemieckie w czasie walk na terytorium ZSRR. Tyle tylko, że taki obrazek byłby anachronizmem w przypadku rekonstrukcji praktycznie każdej potyczki na Ziemiach Polskich. Tu raczej należałoby dać Wojskom Wewnętrznym zadanie pokazania „co było dalej”. Na przykład: Po zajęciu terenu przez Armię Czerwoną lub Wojsko Polskie, wkraczają podążający za frontem „wewnętrzniacy”. Przejmują od jednostek frontowych jeńców, wyłapują maruderów i ewentualny element podejrzany wśród ludności cywilnej, formują z nich kolumnę marszową i odprowadzają na tyły. Publiczne egzekucje na miejscu nieszczególnie mają sie do prawdy historycznej.

Inna możliwość to zaskoczenie oddziału Wojsk NKWD przez niewykrytą wcześniej grupę wojsk niemieckich bądź operację oczyszczania tyłów z wojsk nieprzyjaciela przez oddziały WW – należy tu jednak pamiętać o dwu kwestiach – po pierwsze, wszelkie oddziały Armii Czerwonej mogą co najwyżej dołączyć później jako odsiecz, po drugie zaś dobrze wyszkolone oddziały wojsk NKWD miałyby raczej małe szanse na przegraną w potyczce z niedobitkami niemieckimi odciętymi od głównych sił. Narzuca to więc pewne ograniczenia scenariuszowe, które nie zawsze muszą organizatorom pasować do przyjętych założeń.

O wiele łatwiej natomiast wykorzystać „enkawudzistów” w scenariuszach związanych z działaniem partyzantki antykomunistycznej w latach 1944-1945. Oddziały WW przysłane celem wykrycia i zniszczenia działających w okolicy oddziałów podziemia lub po prostu spalenia sprzyjającej partyzantom wsi to dobry początek inscenizacji, pozwalający rozwinąć scenariusz w dowolną stronę, włącznie z wysłaniem odsieczy w postaci pobliskich oddziałów Armii Czerwonej lub MO. O akcji od początku wspólnej WW i oddziałów MO/WBW, jak to czasem widać podczas inscenizacji, można jednak zapomnieć.

Można też wreszcie wykorzystać w tym okresie oficerów NKGB i to nawet w sposób, w jaki „enkawudziści” są czasem na takich inscenizacjach wykorzystywani – tzn. na posterunek MO lub do lokalnego UBP przyjeżdża śledczy z organów celem przejęcia więźniów bądź udziału w przesłuchaniu. Tyle tylko, że ów śledczy nie jedzie sam w eskorcie żołnierzy WP, jak to zwykle bywa – Powinien to być oficer w towarzystwie tłumacza (co najmniej młodszy lejtnant GB), protokolanta , kierowcy (podoficerowie SS), a jeżeli ma również wywieźć więźniów, powinien towarzyszyć mu oddział Wojsk Konwojowych NKWD, najlepiej z samochodem ciężarowym. Podstawowy problem jest jednak taki, że sylwetki funkcjonariuszy NKGB powinny być odtworzone naprawdę dobrze, a nie jak ma to zazwyczaj miejsce, na “odwal się”. Taka grupa byłaby wdzięcznym celem dla zasadzek ze strony podziemia, trzeba jednak scenariusz wymyślić tak, aby wyglądało to prawdopodobnie – akcja musi być przemyślana i przeprowadzona zgodnie z zasadami sztuki. Wymaga to też odpowiedniego terenu –  tego typu akcję można przeprowadzić w terenie miejskim, szczególnie przy ograniczonym miejscu lub na drodze poza miastem, natomiast nieprawdopodobnie wyglądałaby na otwartej przestrzeni, a takie tereny zwykle przeznacza się pod rekonstrukcję. Zawsze jednak można ograniczyć teren poprzez ustawienie atrap ruin/budynków – rozwiązanie takie zapewnia też części widowni, znajdującej się za tymi atrapami spojrzenie na samą inscenizację z pozycji partyzantów, czyniąc widowisko bardziej atrakcyjnym.

Artykuł oczywiście nie wyczerpuje tematu. Powyżej zaoferowałem jedynie garść informacji, które, mam nadzieję, okażą się przydatne zarówno dla osób chcących odtwarzać formacje w niebieskich czapkach, jak i piszących scenariusze.

Jeżeli temat wzbudzi zainteresowanie, za jakiś czas być może rozwinę temat dorzucając w ramach cyklu „Zapomniane sylwetki…” oficera GB.

Jak zawsze, jestem otwarty na wszelkie pytania, sugestie i wytykanie błędów, których to zapewne się nie ustrzegłem.

Autor: Kamil Szustak

Skróty użyte w Artykule:

W artykule dopuściłem do pewnego chaosu, pozwalając by skróty rosyjskie mieszały się z polskimi. Wykaz nie jest alfabetyczny, a w/g kolejności wystepowania w tekście:

– NKWD – Narodnyj Komisariat Wnutriennych Dieł – Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych – odpowiednik MSW.

– WCzK – Wsierossijskaja Czieriezwyczajnaja Komissija po Borbie s Kontrrewoliucijej i Sabotażem – Wszechrosyjska Nadzwyczajna Komisja do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem – pierwszy radziecki organ państwowy do spraw Bezpieczeństwa Publicznego.

– FSB – Fiederalnaja Służba Biezopasnosti – Federalna Służba Bezpieczeństwa – od 1995r. instytucja, która przejęła wiekszość zadań dawnego KGB.

– NKGB – Narodnyj Komissariat Gosudarstwiennoj Biezopasnosti – Ludowy Komisariat Bezpieczeństwa Państwowego – resort funkcjonujący w ZSRR w roku 1941 i
latach 1943-1946, sprawujący pieczę m.in. nad wywiadem i kontrwywiadem.

– MWD – Ministierstwo Wnutriennych Dieł – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, od marca 1946r. zastąpiło zlikwidowany NKWD.

– MGB – Ministierstwo Gosudarstwiennoj Biezopasnosti – Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego – zastąpiło w marcu 1946r. NKGB.

– Resorty SW/WD i BP/GB – Resorty Spraw Wewnętrznych i Bezpieczeństwa Państwowego, Skróty SW i WD oznaczają to samo – przy czym pierwszy to skrót polski (Spraw Wewnętrznych), drugi – rosyjski (Wnutriennych Dieł), stosowane w tekście zamiennie z powodu nieogarnięcia tematu przez autora 🙂 Analogicznie rzecz wygląda z BP/GB.

UOO – Uprliewnienieje Osobych Otdiełow – Zarząd Wydziałów Specjalnych – Komórka w resortach SW/GB (podległość zmienna w zależności od okresu) odpowiedzialna za kontrwywiad w armii.

UK „SMIERSZ” – Uprliewnienije Kontrrazwiedki “Smiersz” – Zarząd Kontrwywiadu “Smiersz” – instytucja wydzielonaz NKGB i podporządkowana resortom odpowiedzialnym za rodzaje Sił Zbrojnych ZSRR zajmująca się działalnością kontrwywiadowczą w tychże. Pracownicy wywodzili się z NKGB.

– NKO – Narodnyj Komissariat Oborony – Ludowy Komisriat Obrony – odpowiednik części MON/MSWojsk. do 1946r.

– NKWMF – Narodnyj Komissariat Morskogo Fłota – Ludowy Komissariajat MArynarki Wojennej – Resort odpowiedzialny za MArynarkę Wojenną ZSRR –

MO – Ministierstwo Oborony – Ministerstwo Obrony – w 1946r. przekształcono w nie NKO.

SUMMARY

The text was based on a short reasearch done among Polish re-enactors and deals with some myths about Soviet war-time State Security organisations, answering some basic questions, like “What was NKVD and what was its connection with the NKGB and how to properly use the employees of both of them in the re-enactment.

Z wizytą na grobie weterana

Chociaż do pierwszego listopada pozostało jeszcze trochę czasu, to przypadek sprawił, że już osiemnastego października dane mi było zapalić znicz na grobie weterana.

W początkach października przypadkiem trafiłem na informację, że grób porucznika Feliksa Stoli (o którym pisałem na już wcześniej w artykule o kolekcjonowaniu odznaczeń) znajduje się na cmentarzu parafialnym w Krotoszynie. Jednocześnie akurat trafiła się okazja by tam pojechać (kilka dni wolnego oraz wizyta u rodziny mieszkającej niedaleko).  Jako że nieprędko będę miał kolejny urlop, a pogoda zapowiadała się nadzwyczaj korzystna, grzechem byłoby nie wykorzystać takiego splotu okoliczności. Bez dalszej zwłoki skontaktowałem się z biurem parafialnym i otrzymałem informacje dotyczące bliższej lokalizacji grobu: sektor 3S, rząd 10, grób 2. Kilka minut nad planem miasta pozwoliło mi tak zaplanować czas, który miałbym w Krotoszynie, że po wizycie na cmentarzu zdążyłbym jeszcze zlokalizować dom, w którym porucznik Stola mieszkał po wojnie i powinienem zdążyć ze wszystkim w dwie godziny. Spisałem najważniejsze informacje, wyrysowałem sobie uproszczony plan trasy, jaką miałem przejść i uzbrojony w kartkę i ołówek wysiadłem w środowy poranek przed bramą cmentarza przy ulicy Lelewela w Krotoszynie…

I tu niestety spotkała mnie niemiła niespodzianka – brak planu cmentarza. Również żaden z sektorów na cmentarzu nie był oznaczony numerem. Jak to mówią – koniec języka za przewodnika. Zacząłem rozpytywać ludzi o sektor S3, niestety nikt nie był w stanie mi go wskazać – ludzie wiedzą, gdzie leżą ich bliscy, trafiają na pamięć, niepotrzebne im więc żadne oficjalne współrzędne.

Niewiele też pomogli mi pracownicy dbający o porządek na cmentarzu – „Wie pan, nowy ksiądz jest, zmienił numerację sektorów, wszystko w komputerze ma…”  Również nazwiska nie kojarzyli. W domu, gdzie ponoć mieszka zarządca, niestety nikogo nie zastałem, a wycieczka do biura zarządu cmentarza i z powrotem nie dała się wpasować w ograniczony czas jakim dysponowałem. Jedyna informacja jaką uzyskałem, to ogólne wskazanie rejonów, gdzie leżą ludzie zmarli w połowie lat 90. (wiedziałem już, że Feliks Stola zmarł w 1994r.). Pozostało mi zatem obejście „zygzakiem” wszystkich wskazanych sektorów. Trwało to dość długo, a w końcu i tak omal nie przeoczyłem właściwego grobu – nagrobek jest dość zaniedbany i gdyby nie kartka i ołówek, nie dałbym rady odczytać nic poza nazwiskiem.

Jednak odrobina pracy pozwoliła odczytać  daty urodzin (na grobie widnieje data 13.07.1920, podczas gdy do tej pory miałem informację, że urodził się 30 lipca) i śmierci (13.02.1994). Trochę więcej problemu miałem z odczytaniem informacji poniżej dat, ostatecznie jednak udało mi się odtworzyć tekst: „Ku pamięci Apolonia Cierniewska”. Nie mam niestety żadnych wskazówek co do tego kim była pani Apolonia – siostrą? Kuzynką? Żoną? Sąsiadką samotnego weterana?

Stan grobu wskazuje, że obecnie w Krotoszynie nie mieszka raczej nikt z rodziny – grób jest dość zaniedbany i choć znalazły się na nim trzy znicze, stan płyty pod nimi wskazuje, że prawdopodobnie leżą tam od kilku miesięcy. Zapaliłem przyniesiony ze sobą znicz i po minucie ciszy ruszyłem na poszukiwanie domu pana porucznika.

Zadanie okazało się dość proste, a i droga zajęła mi mniej czasu niż zakładałem (co pozwoliło nadrobić prawie półtorej godziny spędzone na cmentarzu). Dom odnalazłem bez problemów, a ewidentnie zabytkowa tabliczka z numerem upewniła mnie, że numeracja pozostała niezmieniona w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Dom okazał się niedużym, typowym dla wielkopolskich miasteczek i wsi parterowym budynkiem z poddaszem i ogrodem na tyłach. Dom z całą pewnością niedawno był remontowany, zapewne obecni mieszkańcy nie mają z weteranem z Lubelszczyzny wiele wspólnego. Nie udało mi się zresztą nikogo tam ani w okolicy zapytać o dawnego mieszkańca. Co ciekawe, za domem znajduje się niewielki lasek sosnowy, do którego prowadzi furtka na tyłach ogrodu. Ciekawe, czy pan porucznik, już na rencie, chętnie tam wychodził wspominając młodość, czy też raczej po partyzanckich latach, całym szlaku bojowym trauguttowców i  służbie granicznej „na końcu świata” miał już wszelkich lasów serdecznie dosyć?

Autor: Kamil Szustak

Osiemnasty Kołobrzeski na I Gali Techniki Rolniczej 2017

W tym roku po raz pierwszy przy okazji Gali Parowozów w Jaworzynie Śląskiej Fundacja Ochrony Zabytków Techniki zorganizowała w dniach 9-10 września Galę Techniki Rolniczej w sąsiednich Piotrowicach Świdnickich.

Trwająca dwa dni impreza odbywała się na terenie folwarku w Piotrowicach, gdzie w przyszłości, po zakończeniu prac remontowych, otwarte zostanie Muzeum Techniki Rolniczej.

Organizatorzy przewidzieli dla zwiedzających sporo atrakcji – zobaczyć można było sprzęt rolniczy z różnych epok, a także takie perełki jak czechosłowacki samochód na parę czy słynny ford T. Dla najmłodszych (i nie tylko) przewidziano cały szereg dawnych zabaw. Można było także wziąć udział w warsztatach tańca ludowego. Jednak najbardziej spektakularnymi wydarzeniami były Traktoriady (tj. parady traktorów objeżdżające Piotrowice i Jaworzynę) oraz wyścigi ciągników, zaś w nocy z soboty na niedzielę odbyła się zabawa taneczna – początkowo „na ludowo” dzieki występującemu na żywo zespołowi, później zaś już w bardziej „współczesnych” klimatach.

Dzięki GRH „Oka” można było także zobaczyć odtwarzane na żywo sceny z filmu „Sami Swoi”.

GRH „Osiemnasty Kołobrzeski” wzięła udział w imprezie jako oddział MO z 1945r. zapewniający porządek na terenie festynu. Dzięki uprzejmości Fundacji mieliśmy okazję przenocować w pomieszczeniach remontowanego pałacu (na sianie) a także zwiedzić ów obiekt nocą, przy świetle latarek i na własne oczy zobaczyć, że tajemnicze UFO, które podobno ukryto pod dachem pałacu rzeczywiście tam jest. 

Obecności Białej Damy, która rzekomo ma straszyć w pałacu nie udało się stwierdzić. Może przestraszyła dzielnych obrońców Ludu Pracującego, a może po prostu rzeczeni obrońcy zbyt twardo spali.

Na koniec drugiego dnia, po trudnym pościgu i krótkiej strzelaninie, dzielnym milicjantom udało się ująć dwóch dezerterów próbujących obrabować przybyłych na Ziemie Odzyskane osadników.

Gala cieszyła się sporym zainteresowaniem zwiedzających, zaś możliwość wykupienia biletu łączonego na oba wydarzenia pozwoliła wielu miłośnikom zabytków techniki zaliczyć wszystkie atrakcje. Następna gala już za rok.

Zdjęcia: Mikolajczyk Photography; Montes

Autor: Kamil Szustak

GF POINT 2017 Rekonstrukcyjnie

Podobnie jak przed rokiem, wraz kolegą Marcinem wzięliśmy udział, jako dwuosobowa reprezentacja Ranger Survival Club w airsoftowym biegu na orientację GF POINT. Impreza jest bodaj największą tego typu w kraju, o czym najlepiej świadczy fakt, że uczestnicy zjeżdżają na Dolny Śląsk z całej Polski (w tym roku impreza nabrała nawet wymiaru międzynarodowego – udział wzięli między innymi podchorążowie AMW z zagranicy).

Obydwaj startowaliśmy w kategorii „Basic” – najprostszej – co wcale nie znaczy że łatwej – i jedynej, w której posiadanie sprawnej repliki ASG nie było wymagane. Tak jak w roku poprzednim zdecydowałem się wystartować w sprzęcie rekonstrukcyjnym. Do startu w oficerkach tym razem zniechęciła mnie pogoda – już dwa tygodnie wcześniej wiadomo było, ze na trasie leży sporo śniegu, a na ocieplenie się nie zanosiło. Według niektórych prognoz, spodziewana odczuwalna temperatura w dniu biegu miała sięgać nawet -14 stopni. Ta informacja skłoniła mnie też do ubrania się nieco cieplej niż poprzednio. Do podstawowego munduru i zestawu radzieckiej bielizny dodałem sweter, szalik i kufajkę, a także trzewiki z owijaczami. Całości dopełniała sukienna rogatywka, pas oficerski z repliką pistoletu TT w kaburze i pełniąca funkcję chlebaka torba od maski przeciwgazowej. Pamiętając o problemie jakim w zeszłym roku był niedobór wody, wziąłem ze sobą dwie pełne jej manierki, w tym jedną dla łatwiejszego dostępu umieściłem w chlebaku.

Przed startem, w dniu biegu.

W piątek wieczorem dotarliśmy do szkoły w Marciszowie pełniącej funkcję bazy dla całej imprezy oraz mety biegu. Pierwsze wrażenia zdawały się potwierdzać niekorzystne prognozy – temperatura powietrza w okolicach -5 stopni i silny wiatr nie nastrajały zbyt optymistycznie. Zarejestrowawszy się w biurze zawodów udaliśmy się na nocleg (przewidziany na Sali gimnastycznej) i posiliwszy się poszliśmy spać.

W sobotę wiatr nieco się uspokoił, dzień zapowiadał się cieplejszy niż sądziliśmy, mimo wszystko jednak nie zdecydowałem się zostawić kufajki. Rudawy Janowickie nie należą może do najwyższych gór, ale także tutaj pogoda potrafi być nieprzewidywalna. Po obowiązkowej zbiórce zostaliśmy przewiezieni autobusami do Janowic Wielkich, gdzie na terenie miejscowego Ośrodka Sportu i Rekreacji rozdano nam mapy, przypomniano zasady i po krótkim odliczaniu rozpoczęliśmy bieg.

Punkty kontrolne zostały umieszczone w takich miejscach, że pierwszą moją myślą było pobiec do punktu 1 po zaliczeniu przedtem tych położonych na południe od Janowic, ale rzut oka na godziny otwarcia punktów zniechęcił mnie do tego pomysłu – punkty 1 i 2 zwijały się o godzinie 12, tymczasem start wypadł o 9:15. Nie mając wielkiego wyboru, ruszam na punkt pierwszy. Krótki bieg przez miasto i wzdłuż drogi, potem ostre podejście na szczyt góry Popiel i już pierwsze zadanie – szczęśliwie bardzo proste – 22 pompki. Dwie szybkie serie, podbijam kartę i biegiem na dół, kieruję się na punkt nr 3. Według mapy najkrótsza droga tam wiedzie pod górę przez łąki do Miedzianki. Na mapie widać nawet oznaczoną drogę. Niestety droga szybko znika pod śniegiem, a łąki okazują się pastwiskami poprzecinanymi ogrodzeniem z drutu kolczastego, kończą się zaś bramą, której dolne krawędzie giną pod lodem w zamarzniętej do dna kałuży. Udaje mi się przeskoczyć bramę i złapać równowagę na lodzie, ale to nie koniec ogrodzeń z drutu. Jeszcze trochę pod górę i docieram do trzeciego punktu kontrolnego. Test z wiedzy o piechocie górskiej – praktycznie co rok jest jakiś test zahaczający o ten temat. I jak co roku – wstyd przyznać – niewiele pamiętam. Wymagany własny długopis – jeśli ktoś nie ma – karne pompki. Na szczęśnie w kieszeni mam stary dobry ołówek. Niewiele to niestety pomaga – opuszczam punkt z przekonaniem, nałapałem karne minuty za błędne odpowiedzi.

Szybki bieg w dół zbocza, marsz drogą asfaltową, zakręt w drogę leśną i za chwilę docieram do punktu nr 2. Podbicie karty i idę dalej, kierując się na „czwórkę” dobrze oznaczony szlak turystyczny ułatwia dotarcie, jednak w połowie staję jak wryty – cała szeroka droga pokryta zamarzniętym wodospadem. Bez raków – nie ma szans przejść, schodzę na bok by ominąć lód i trafiam na strumień. Woda wygląda na czystą, więc uzupełniam manierkę – do połowy już wypitą – kufajka niestety sprawiła, że cały czas byłem zapocony. Jakoś udaje mi się ominąć lód nie przemaczając przy okazji butów. Jeszcze trochę pod górę i docieram do ruin zamku Bolczów. Zadanie testowe, ale trochę inne – na terenie zamku, w miejscach niekoniecznie oczywistych powywieszane kartki z opisem zamku i jego historii, na podstawie których można rozwiązać test. Niektóre naprawdę sprytnie ukryte, a jedna zostawiona „dla podpuchy” – nie dająca odpowiedzi na żadne z pytań, ale nieuważne przeczytanie może prowadzić do zaznaczenia błędnej odpowiedzi (pytanie o mieszkańców zamku w XIV wieku, kartka wspominała jego mieszkańców… w wieku XVII). Krótka przerwa na przywitanie z chłopakami z GRH 1 PSP AK, którzy „robili klimat” na zamku, podbijam kartę i lecę dalej, do punktu nr 5.

Stamtąd drogą asfaltową do punktu 7. Alpinistyka. Wejście na skałę o własnych siłach (z asekuracją) i zjazd na linie. Można mieć odjęte 30 minut od czasu. Szybkie zastanowienie – 3 osoby w kolejce, w najlepszym razie – 5 minut na każdą, a pewnie 10. Przy moim lęku wysokości – 10-15minut na wejście, do tego zmęczenie mięśni… Ponieważ kary za niewykonanie zadania brak, podbijam kartę i biegnę z powrotem na dół, by po chwili ponownie pod górę skierować się na punkt 6, stamtąd prosta droga do „ósemki”, ale po drodze dopada mnie pierwszy kryzys. Może to odwodnienie, a może ogólne osłabienie, ale przez chwilę wlokę się noga za nogą. Przepoconą kufajkę można by wykręcać, ale nie mam co z nią zrobić, więc nie zdejmuję. Podejrzewam, że jej masa wzrosła znacząco… Wypijam małymi łykami prawie pół manierki, zagryzam czekoladą i kawałkiem boczku (tak, wiem, jak to do siebie pasuje) i jakoś dochodzę do punktu nr 8. Jak na złość – akurat wysiłkowy: 5 pajacyków, czołganie, machanie liną i bieg z ciężarkiem pod i nad przeszkodami. Stojąc w kolejce mogę trochę odpocząć, co pozwala mi bez większych problemów zrobić trzy pierwsze zadania (choć rzucając się do czołgania na ubity przez licznych poprzedników śnieg boleśnie obijam kolano), chwytam ciężarek i czuję, że nie dam rady pobiec. Przechodzę powoli ostatni tor (przy okazji powtórnie obijając sobie kolano – tym razem obciążnikiem), i wracam na start. Nie zmieściłem się w normie – będą karne minuty.

W drodze na punkt ósmy – dopada zmęczenie…

Na szczęście droga do następnego punktu – nr 11 – wiedzie asfaltem w dół, wiec udaje mi się jakoś złapać oddech. Widząc, że punkt mieści się w budynkach stadniny koni czuję przypływ nadziei – może każą składać ogłowie na pamięć? Pudło – test teoretyczny z pierwszej pomocy. Też nie najgorzej, choć przy kilku pytaniach mam wątpliwości. Oddaję test, podbijam kartę i ruszam dalej. Już wcześniej doszedłem do wniosku, że do „dwunastki” lepiej iść na azymut zamiast trzymać się dróg. Trochę pod górę, przez pola – nie powinno być trudno. Niestety, pola pokryte są dość grubą warstwą śniegu, próbuję więc w miarę możliwości manewrować po „łysych plackach”, starając się skorygować azymut – niezbyt to wychodzi o czym przekonuję się słysząc coraz bliżej strzały – ani chybi zbliżam się do strzelnicy dla kategorii Pro i Team, co oznacza, ze zszedłem za daleko na południe. Odbijam na północny wschód i niestety trafiam na gęsto zarośnięty krzakami, mocno podmokły las. Pod warstwą śniegu –  powalone drzewa, błoto i rozlewiska strumieni. Buty mam już całkiem przemoczone. W końcu docieram do drogi – na szczęście oznakowanej jako ścieżka dydaktyczna – tuż obok skrzyżowania. Jest ono tak charakterystyczne, że nie mam wątpliwości gdzie wyszedłem. Wprawdzie do punktu muszę się kawałek cofnąć, ale droga jest prosta. Siadam na chwilę by poprawić odwiązany owijacz i dochodzę do wniosku że dopadł mnie drugi kryzys. Łapię pięć minut odpoczynku i opróżniam do dna pierwszą manierkę, po czym ruszam dalej. Na punkt docieram już bez problemów. Korzystam z gościnności obsługi i z herbatą w ręku siadam do kolejnego zadania – test z wiedzy o Rudawskim Parku Krajobrazowym – trzeba było patrzeć na tablice dydaktyczne mijane w kilku miejscach – niestety większość pytań mnie przerasta – muszę strzelać. Będą kolejne karne minuty. Na szczęście świadomość że zostały już tylko dwa punkty i ciepła herbata zagryziona resztką czekolady dają zastrzyk energii – szybkim krokiem ruszam w dół… i niestety okazuje się, ze droga do Wieściszowic nie będzie tak przyjemna jak się wydawało – niezbyt równa droga polna zasypana jest śniegiem. Przejście okazuje się męczące – czuję, że obtarłem pięty, mokre wełniane skarpety sprawiają wrażenie, jakby były zrobione twardej juty…  Tymczasem do następnego punktu trzeba podejść jeszcze kawałek pod górę.  W końcu docieram. Kolejny punkt z nieobowiązkowym zadaniem – strzelnica ASG, kolejka mała, zastanawiam się nad przystąpieniem do zadania (kilka stanowisk, zadania różne), ale dochodzę do wniosku, że czas mam nienajlepszy. Podbijam kartę i zbiegam na dół. Dalsza droga wygląda znajomo – wiedzie obok miejsca, gdzie w zeszłym roku był jeden punktów kontrolnych. Również punkt dziesiąty, do którego docieram już bez problemów mieści  się w tym samym miejscu co ostatni punkt w zeszłym roku. Tu niespodzianka – zamiast przystępować do ostatniego zadania można uderzyć w dzwon i zrezygnować z dalszego udziału, zjeść kiełbaskę, wypić herbatę… Biorąc pod uwagę, że był to punkt najbliższy mety, wątpię, by ktokolwiek się na to zdecydował. Zamiast więc bić w dzwon przystępuję do zadania – test wiedzy ASG – szereg dziwacznych części, które trzeba rozpoznać. Nie mam zielonego pojęcia co jest co, więc strzelam. Oddaję test i od razu dostaję wyniki. Tylko dwa pytania trafiłem – tu się dopiero minuty posypią… Ostatni kawałek już po równym, choć obtarte nogi dokuczają, dość szybkim krokiem docieram do mety. To już koniec, ale ta edycja jednak dała mi w kość bardziej niż poprzednie…

Podsumowując: W tym roku bieg oceniłbym jako trudniejszy – wprawdzie trasa pozwalała na łatwiejsze nawigowanie niż w zeszłym roku, ale za to więcej było odcinków typowo górskich. Swoje też zrobił śnieg i lód. Brak również było wcześniejszych informacji w zakresie tematyki testów (w zeszłym roku można się było przynajmniej obkuć z historii Arado), ale z drugiej strony – do obu „krajoznawczych” testów można się było nauczyć na bieżąco, w trakcie biegu. Dystans wypadł (przynajmniej dla mnie) nieco krótszy niż w roku ubiegłym – przeszedłem około 25 km, co było też najkrótszym sugerowanym przez organizatora dystansem t tej kategorii.

Mapa z zaznaczoną trasą. Przerywana linia pokazuje przybliżoną trasę przez pola za punktem 11. Wykreskowany obszar za punktem 13 to strefa zamknięta wokół “ostrej” strzelnicy.

Sprzęt, tak jak i w zeszłym roku sprawdził się. Jedyne czego żałuję, to że wziąłem kufajkę. Wystarczyłaby pałatka, jak w zeszłym roku, która w razie czego ochroniłaby przed wiatrem, daje się złożyć i przewiesić przez ramię, no i nie poci się człowiek pod nią tak bardzo. Buty – typowe skórzane trzewiki na gumowej podeszwie spełniłyby swoje zadanie w pełni gdybym ich nie przemoczył – dobrze dobrana skarpeta pozwala w takich butach poruszać się wygodnie, choć oczywiście we współczesnych butach trekkingowych na pewno byłoby przyjemniej, a już z pewnością lepiej by się biegało.

Najważniejszy swój cel osiągnąłem – po raz kolejny udało się udowodnić, że na sprzęcie rekonstrukcyjnym da się zrobić to samo co używając osiągnięć współczesnej mysli technicznej – gore-texów, odzieży termoaktywnej itp. Ogólny wynik też wypadł niezły – rzeczywisty czas dotarcia (6 godzin 57 minut) dawał mi miejsce około 25-30, niestety łącznie zebrałem godzinę i dziesięć minut czasu karnego, co ostatecznie pozwoliło mi zająć miejsce 47 na 92.

Jak zwykle nie załapałem się na żadne oficjalne zdjęcia, ale przynajmniej widać mnie na tym filmie:

(w scenie startu kategorii – 1:39)

Sam też nie bardzo miałem czas i chęci do robienia zdjęć, ale przynajmniej jest co wrzucić.

Autor: Kamil Szustak

Zapomniane Sylwetki II wojny światowej cz.V – Oficer Wojsk Kolejowych Armii Czerwonej, wiosna 1945r.

„No, pora brać się do roboty” – pomyślał Nikołaj gasząc papierosa.

Co prawda sierżant Rybałko, dowódca drużyny technicznej, zapewniał go, że skład był gotowy do drogi, ale Nikołaj wolał sprawdzić wszystko osobiście.  W końcu to on odpowiadał za ten transport i to jego, lejtnanta wojsk kolejowych Nikołaja Artaszesowicza Geworkiana, pociągną
do odpowiedzialności jeśli okaże się, że chłopaki Rybałki odwalili jakąś fuszerkę. Poza tym – lubił tę robotę – wszak jego przodkowie od trzech pokoleń pracowali na kolei, można powiedzieć, że miał to we krwi. Nawet jego rodzice poznali się w pracy, i rodzina ojca, z początku niechętna małżeństwu z Rosjanką dała się przekonać dopiero tym, że przyszła synowa pracowała na kolei.

Najpierw dokładnie sprawdził, czy wszystkie wagony są dobrze pozaczepiane, a ładunek zamocowany w sposób uniemożliwiający jego przesunięcie w czasie jazdy. Przy ostatnim wagonie niedbale oddał salut Romanience.

Starszy lejtnant Romanienko dowodził ochroną składu. Chociaż miał wyższy stopień, to Nikołaj był formalnie jego zwierzchnikiem, czego Romanienko nie mógł ścierpieć. Nikołaj zastanawiał się czasem, na ile ich wzajemna niechęć wynika z różnic charakteru, a na ile ze skomplikowanego stosunku służbowego.

Sprawdziwszy wagony wrócił na początek składu i wspiął się na tender by ocenić ilość węgla. Ludzie Rybałki się nie obijali i węgla powinno wystarczyć co najmniej do Lublina. Następnie wszedł do kabiny by sprawdzić poziom wody, obszedł parowóz w poszukiwaniu ewentualnych
uszkodzeń. Na oko wszystko było w porządku, ale dla świętego spokoju zajrzał jeszcze pod parowóz. Gdy tak się pochylał, usłyszał za sobą kroki. Gdy kroki zatrzymały się za jego plecami, powoli obrócił głowę…

Momentalnie wykonał pełny obrót ciała jednocześnie wyprężając się jak struna, a dłoń wyćwiczonym ruchem wystrzeliła do daszka czapki. Przed nim stał zastępca komendanta stacji, major Wołokuszyn. Co prawda odkąd się okazało, że dziadek Nikołaja, Suren Geworkian
służył w starej armii w tym samym pułku kolejowym co ojciec Wołokuszyna ich stosunki stały się niemal serdeczne, to jednak major był strasznym służbistą i miłośnikiem regulaminów.

– Spocznij! – Powiedział Wołokuszyn odsuwając rękę od daszka czerwonej czapki – Co tam, jakaś awaria?

– A skąd, towarzyszu majorze – odpowiedział Nikołaj rozluźniając się – rutynowa kontrola. Za godzinę będziemy rozpalać, transport powinien wyjechać o czasie.

– Miejmy nadzieję. Front już czeka na ten sprzęt… Ale ja nie o tym… Nasze dowództwo przesłało
dla was zaktualizowaną mapę linii na zachód stąd – powiedział wyciągając mapę z
torby polowej –  Wygląda na to trzeba będzie zmienić trochę waszą trasę, most wysadzili…

Jak wspomniałem w jednej z poprzednich części cyklu, transport kolejowy był kluczowy dla funkcjonowania państwa radzieckiego i jego Sił Zbrojnych – tak samo jak wcześniej ważny był dla Armii Imperium Rosyjskiego.  Nie powinno zatem dziwić, że to właśnie w państwie Romanowów, w 1851r., powstały pierwsze na świecie wojska kolejowe (aczkolwiek trzeba pamiętać, ze wiele armii takowych nigdy nie posiadało, transport kolejowy powierzając szerszej służbie transportu wojskowego). Oprócz wojsk kolejowych (ŻDW), dla nadzoru nad całością wojskowych dróg komunikacji (kolejowych i, w mniejszym stopniu, wodnych) w radzieckich siłach zbrojnych funkcjonowały tzw. Organy WOSO (Organy Wojskowych Dróg Komunikacji). Służba WOSO – składająca się wyłącznie z oficerów – była wynalazkiem typowo rosyjskim, a jej początki sięgają również XIXw., chociaż za dzień jej powstania przyjmuje się 5 marca 1918r.

Zadania wojsk kolejowych definiuje się jako zabezpieczanie obiektów wojskowych dróg komunikacji. W definicji tej mieszczą się zadania takie jak: przygotowanie, budowa i obrona wyżej wspomnianych obiektów do celów wojskowych. Najpowszechniejszym zadaniem jest oczywiście naprawa i budowa linii kolejowych oraz, w razie potrzeby ich niszczenie. Prócz tego do zadań żołnierzy tej formacji należy ochrona (łącznie z obroną p-lot) linii, stacji, magazynów, parowozowni i innych obiektów kolejowych użytkowanych przez wojsko (w tym zakresie w obiektach pod zarządem cywilnym ochroną zajmowała się Strzelecka Ochrona Kolei, znana też jako Kolejowa WOCHR). Wojska kolejowe obsługiwały także transporty wojskowe oraz pociągi pancerne. Z kolei Organy WOSO, w interesującym nas tutaj zakresie, koordynowały całość funkcjonowania transportu kolejowego (a także rzecznego) – organizowały transporty, czuwały nad ich przebiegiem, obsługiwały – z pomocą żołnierzy ŻDW – na stacjach. Odpowiadały również za koordynację działań z cywilnymi organami transportu kolejowego.

O ile służby te były niezależnymi od siebie, o tyle pamiętać należy, że szeregowcy i podoficerowie ŻDW często byli kierowani do służby pod rozkazami oficerów WOSO (w przypadku transportu wodnego analogicznie postępowano z personelem WMF) – np. komendantem stacji był oficer WOSO, a podlegali mu podoficerowie i szeregowcy zajmujący się np. obsługą transportów (obsługa lokomotyw, przetaczanie wagonów) byli już żołnierzami wojsk kolejowych. O tym jak blisko były ze sobą powiązane te służby, najlepiej niech świadczy fakt, że oficerów obydwu przygotowywała ta sama szkoła oficerska – Leningradzka Wyższa Szkoła Wojsk Kolejowych i WOSO (LWU ŻDW i WOSO).

Pomimo tego, że WOSO była służba stricte tyłową (podczas gdy ŻDW już niekoniecznie), to traktowano ją jako w pewnym sensie elitarną (znajdowało to swój wyraz m. In. w umundurowaniu, o czym za chwilę) – oficerowie WOSO należeli do najlepiej wykształconych w Armii Czerwonej (podczas gdy wielu oficerów innych rodzajów wojsk przed szkołą wojskową miało ukończonych raptem 3-4 klasy, lub tylko kursy dla małogramotnych organizowane przez aparat polityczny przy jednostkach wojskowych). Nie ma w tym
nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że od nich zależało w dużym stopniu funkcjonowanie całej armii.

Jeśli chodzi o umundurowanie, to w interesującym nas okresie pozornie obie służby nosiły bardzo podobne (przed 1943 – właściwie identyczne) – w przypadku ŻDW barwami obowiązującymi były niebieski i czarny, a w przypadku WOSO – zielony i czarny. I tak czapki dla ŻDW miały czarny otok i niebieską lamówkę, a czapki oficerów WOSO – czarny otok i zieloną lamówkę i dodatkowo nad otokiem wyhaftowaną lub metalową odznakę WOSO (złote uskrzydlone koło) na czarnym tle. Zdarzały sie jednak dość często przypadki donaszania przez oficerów WOSO czapek sprzed 1943, które miały identyczną kolorystykę jak czapki ŻDW. Mundury, zarówno polowe jak i służbowe, nie odbiegały od standardu ogólnowojskowego. Wyróżniającym elementem były lamówki (dla oficerów WOSO – zielone, dla oficerów ŻDW – niebieskie) oraz pagony (dla oficerów WOSO – z zieloną lamówką i czarnymi prześwitami na mundur galowy i służbowy i z zieloną lamówka i czerwonymi prześwitami na mundur polowy; dla oficerów ŻDW – z czarną lamówką i czerwonymi prześwitami). W ten sposób mundur ŻDW zasadniczo nie różnił się od mundurów wielu służb – jak np. saperów, gdy tymczasem mundury WOSO miały barwy niespotykane w gdzie indziej. Osobną kategorię stanowią tutaj oficerowie WOSO – komendanci stacji i przystani oraz ich zastępcy. Jako wyznacznik funkcji otrzymywali oni czapki z czerwonym denkiem oraz kurtki służbowe z kołnierzem pokrytym czarnym aksamitem oraz ze znakiem służby wyhaftowanym na lewym ramieniu, na romboidalnej naszywce z czarnego aksamitu z lamówką koloru zielonego. W przypadku braku kompletnego umundurowania tego typu, niektórzy z komendantów wykorzystywali funkcjonujące do 1941r. opaski naramienne dla oznaczenia swojej funkcji.

W wojskach kolejowych, ze względu na specyfikę pracy, prócz standardowych mundurów, często wykorzystywano wszelkiego rodzaju odzież specjalną – kurtki dla załóg wozów bojowych, kombinezony robocze (zarówno wojskowych jak i cywilnych wzorów), a nierzadko również kurtki skórzane. W charakterze odzieży zimowej dominowały typowe dla służb tyłowych watowane kurtki dwurzędowe oraz standardowe kufajki. Również oficerom WOSO przysługiwały
kurtki, jednak często nosili oni typowe płaszcze oficerskie. Jako obuwie szeregowcom i podoficerom ŻDW wydawano trzewiki z owijaczami, lub kirzowe oficerki. Oficerowie ŻDW najczęściej nosili oficerki ze skóry juchtowej lub kirzowe, tymczasem oficerowie WOSO byli chyba jedyną większą grupą w Armii Czerwonej, w której powszechnie stosowano przewidziane dla oficerów służb tyłowych trzewiki i sztylpy, chociaż wielu z nich nosiło również oficerki.

Prezentowana sylwetka to lejtnant radzieckich wojsk kolejowych. Ubiór stanowi standardowy polowy mundur oficerski wz.43, na którym oficer nosi kombinezon roboczy. Na głowie oficera – czapka służbowa z czarnym otokiem i niebieską lamówką. Czapka została pozbawiona podpinki, gdyż podczas pracy parowozu temperatura w kabinie bywa na tyle duża, że ta mogłaby się stopić. Jako obuwie nosi oficerki ze skóry juchtowej. Oporządzenie stanowi pas oficerski z koalicyjką, kabura na pistolet oraz podoficerska raportówka – w służbach tyłowych często wydawana zamiast oficerskich mapników. Uzbrojenie oficera stanowi pistolet TT, choć w wojskach kolejowych częściej oficerom wydawano rewolwery Naganta.

Przy sobie żołnierz nosi legitymację oficerską późnego wzoru, papierosy, zdobyczne zapałki i latarkę. W raportówce oprócz dokumentów typowo służbowych (takich jak mapy, rozkazy itp.) przenosi piórnik, notesik oraz książeczkę mundurową.

Autorem zdjęć jest Sebastian Sroka

Bibliografia:

www.rkka.ru

www.undertheredstar.com

https://ru.wikipedia.org/wiki/Железнодорожные_войска_Вооружённых_сил_Российской_Федерации

http://www.gdv10905.ru/hystory/hysjdv.html

https://ru.wikipedia.org/wiki/Центральное_управление_военных_сообщений

Żeleznodorożniki w Wielikoj Otieczestwiennoj Wojnie 1941-1945gg., p. red. N.S. Konariewa, Moskwa 1985r.

Autor: Kamil Szustak

Zapomniane sylwetki II wojny swiatowej – cz. IV – Partyzant NOVJ, Jugosławia 1944r.

Późnomarcowe słońce stało już wysoko kiedy dotarł do kolejnej kępy krzaków. Musiał zatrzymać się na chwilę, żeby złapać oddech. Choć temperatura była już wyższa niż rano, ubranie miał w dalszym ciagu mokre, koszula lepiła mu się do ciała, spodnie miał cieżkie i sztywne od błota i wody. Jedynie marynarka, którą wkrótce po przeprawie zdołał wykręcić, byłą w miarę sucha.

                Usiadł i wyjął z kieszeni ostatni kawałek kiełbasy, którą ukradł z wędzarni. Była półsurowa i miał wrażenie, że zaczęła się już powoli psuć. Nie zamierzał jednak wybrzydzać – przez ostatnie trzy dni żywił się tylko tą kiełbasą, a żołądek domagał się jedzenia. Przez jakiś czas jeszcze miał głód pod kontrolą, ale ta cholerna rzeka, w której o mało co się nie utopił, wyciągnęła z niego resztkę sił.

                Nie miał specjalnego planu, ale wydawało mu się, ze ucieczka nie powinna być trudna. Pamiętał z geografii, jeszcze ze szkoły powszechnej, że z Grazu do dawnej granicy z Jugosławią było jakieś 60-70 kilometrów. Gospodarstwo, do którego trafił na roboty, znjadowało się na południe od miasta, wydawało się więc logicznym, że odległość będzie mniejsza. Oceniał, ze dojdze w dzień-dwa. Nie przewidział tylko, że teren wokół był górzysty, prawie całkiem pozbawiony drzew, a do tego będzie musiał omijać wszelkie osady ludzkie. No i ta przeklęta rzeka – pamiętał wprawdzie mgliście ze szkoły, że między Austrią a Jugosławią coś płynęło, ale nie spodziewał się, czegoś takiego. No i nie oczekiwał, że most, który w końcu udało mu się znaleźć, będzie pilnowany. Wszak ani Austrii, ani Jugosławii już nie ma, wszystko to wielka Rzesza.

                Zastanawiał się, czy jego ucieczka miała w ogóle jakiś sens. Czy nie lepiej byłoby pójść do najbliższej wsi i oddać sie w ręce Niemców? W końcu – jakie miał podstawy, by myśleć, że na południu czeka go coś lepszego? Pamiętał wprawdzie jeszcze z 1941r., że podziemne gazety wspominały o powstaniu w Jugosławii, pamiętał też, że jesienią cała wieś, łącznie z Jurgenem Schwarzbeckiem, grubym bauerem, u którego pracował, wpadła w straszną panikę na wieść o kapitulacji Włoch, szybko jednak się uspokoili, gdy Hitler zajął ziemie dawnego sojusznika. Wiedział też, że na północ nie ma sensu się kierować – Wprawdzie bolszewicy ponoć dotarli już do Polski, ale raz, że diabli wiedzą czego się po nich spodziewać, wszak już raz nas zdradzili, a dwa, że to setki kilometrów przez Niemcy. Nawet gdyby gruby Shchwarzbeck pozarzynał wszystkie swoje świnie i wędzarnia pełna była mięsa, które można „porzyczyć”, to i tak nie starczyłoby na taką wędrówkę. Ale zostać było niepodobna. Zwłaszcza odkąd spasiony parteigenose, tuszą podobny do swoich zwierząt hodowlanych, obciął im racje żywnościowe do poziomu, który nie pozwalał mieć nadziei na dożycie do końca wojny.

                Odpocząwszy trochę i oszukawszy głód, ruszył dalej. Żeby oderwać się jakoś od swojej nieciekawej sytuacji, zaczął w myślach śpiewać sobie piosenki. Tak go to zajęło, że głosy usłyszał dopiero podchodząc do skalnej formacji na szczycie kolejnego wzgórza. Przystanął i zaczął nasłuchiwać. Gdzieś po drugiej stronie większa gupa ludzi prowadziła ożywioną dyskusję. Do tego dość wesołą, na co wskazywały okazjonalne wybuchy śmiechu. Już miał zawrócić, kiedy usłyszał, że niewidoczni jeszcze ludzie zaczęli spiewać. Nie rozróżniał słów, ale melodia wydała mu się znajoma. W dzieciństwie słyszał ją, gdy z chłopakami z sąsiedztwa chodził szydzić z jeńców bolszewickich w pobliskim obozie.

„Czyżby Rosjanie?” Pomyślał. „Dotarli aż tutaj?”

Ostrożnie wyjrzał zza skały. Rzeczywiście, w znajdującej się w dół zbocza kępie krzaków dostrzegł ludzkie sylwetki. Część stała, kilku ludzi siedziało – to właśnie oni śpiewali – większość jednak krzątała się, najwyraźniej zwijając obozowisko. Postanowił podejść bliżej. Zaczął rozróżniać słowa pieśni:

…Da će kod nas slomit’ vrat,

Prije ćemo mi umrijeti,

Nego svoje zemle dat’!

Słowa brzmiały znajomo, ale był pewien, że to nie rosyjski. Czyżby jednak…? Nie kryjąc się już ruszył przed siebie. „Może to pasterze?” – pomyślał.

Zgazit ćemo izdajice

I prihvatit ljuti boj…

Pieśń nagle się urwała. Zobaczył, ze ludzie w dole zaczęli się rozbiegać, większość zaległa na ziemi, kilku z nich padło na ziemię.

„Chyba mnie zauważyli…” – przemknęło mu przez głowę.

– Stoj! Roke Gor! – usłyszał za plecami. Zatrzymał się i podniósł ręce do góry.

– Obrni se!

– Nie rozumiem – odpowiedział powoli odwracając głowę. Za nim, zasłonięty skalnym występem, stał żołnierz z czerwoną gwiazdą na czapce i mierzył do niego z karabinu. „Ki diabeł?” – pomyślał.

– Ne razumete? – zapytał żołnierz – Kdo ste? Čech? Slovak?

– Polak. Z robót uciekam, Ziwilarbeiter.

– Poljak? Smo Vojaki Jugoslovanske Narodnoosvobodilne Vojske, 3 Slovenska Brigada. Si bo šel z nami! Pojdi!

Żołnierz wydawał się trochę uspokojony, ale karabinu nie opuścił. „Jugosłowiańskie narodno-coś tam wojska?” – pomyślał idąc z rękami w górze – „Może coś rzeczywiście było w tych opowieściach o powstaniu w Jugosławii…”

                17 kwietnia 1941r., po jedenastodniowej obronie, Jugosławia skapitulowała wobec niemieckich i włoskich najeźdźców. Wieloetniczne państwo podzielone zostało miedzy Niemcy, Włochy, Węgry, Bułgarię i tzw. Niepodległe Państwo Chorwackie. Rząd, z królem Piotrem II udał się na emigrację. Ale mimo kapitulacji rządu, podziału kraju między okupantów, wielu mieszkańców Jugosławii ani myślało złożyć broń. Już 11 maja Powstały Wojska Jugosławiańskie w Ojczyźnie pod dowództwem pułkownika (późniejszego generała) Dragoljuba Mihailovicia, znanego bardziej pod pseudonimem „Čiča Draža” (wujek Draża – Draża to zdrobnienie od Dragoljub). Mniej więcej w tym samym czasie do tworzenia oddziałów partyzanckich wezwał przywódca jugosłowiańskich komunistów – Josip Broz używajacy pseudonimu „Tito”. W ten sposób zaczęły się tworzyć oddziały partyzanckie, które już wkrótce zaczęły używać nazwy Narodowo-wyzwoleńcze Oddziały Partyzanckie Jugosławii (Narodnooslobodilački partizanski Odredi Jugoslavije, NOPOJ). To właśnie te ostatnie będą tematem ponizszego artykułu.

Za właściwy początek działalności Titowskiej partyznatki uznaje się 27 sierpnia 1941r., kiedy to, powołano Sztab Główny (Vrhovni Štab, VŠ) NOPOJ, na czele ktorego staneli wywodzący się z róznych narodów Jugosławii członkowie władz KPJ – Josip Broz-Tito (syn Chorwata i Słowenki) oraz m.in. Edvard Kardelj (Słoweniec), Milovan Dżilas (Czarnogórzec) i Aleksander Ranković (Serb). Już 4 lipca Sztab Główny wezwał narody jugosłowiańskie do powstania. Wezwanie to spotkało się z zaskakująco dużym (i skutecznym) odzewem. 7 lipca rozpoczęło się powstanie w Serbii, 6 dni później – w czarnogórze, a w przedostatnim tygodniu lipca – w Słowenii, Chorwacji, Bośni i Hercegowinie. W październiku zaś wybuchły walki w Macedonii. W Serbii w wyniku powstania partyzanci przejeli kontrolę nad znacznym obszarem, który, od siedziby VŠ w Użicach nazwano „Republiką Użicką”. Choć republika przetrwała tylko nieco ponad dwa miesiące, jej funkcjonowanie znacząco pomogło w dalszej działalności partyznatki – w Użicach partyzanci zdobyli fabrykę bronii, która przez 67 dni dostarczyłą im ponad 21 tysięcy karabinów i ponad 2,5 mln. sztuk amunicji. Tu również zaczęły wychodzić pierwsze partyzanckie gazety. Aby opanować sytuację w Serbii, Niemcy ściagneli posiłki z Grecji i Francji. Większość oddziałów partyzanckich zdołała się wycofać, niestety okupant zemścił się na ludnosci cywilnej Serbii, mordując ogółem około 10 tysięcy ludzi (w tym minimum 9 tys. Ludności cywilnej). Sukces partyzantów i krwawe represje okupanta przyczyniły się do dalszego wzrostu popularności NOPOJ. Z tego też okresu pochodzą pierwsze konflikty pomiędzy partyzantami Tity a czetnikami Mihailovicia.

Z oddziałów, które zdołały wycofać się z Serbii stworzono w grudniu 1941r. 1 Brygadę Proletariacką pod dowództwem Kočy Popovicia – oddział „elitarny”, stanowiący pierwszy zalążek regularnych sił zbrojnych Jugosławii. NOPOJ pozostawały cały czas aktywne w walce z okupantami i wojskami NPCh. W listopadzie 1942r. zmieniono nazwę NOPOJ na NOV i POJ (Narodnooslobodilačka Vojska i Partizanski Odredi Jugoslavije, często w skrócie zwane NOVJ) – nazwy sugerowały, że dowództwo zaczęło robić rozróżnienie pomiędzy zaczynającymi coraz bardziej przypominać regularne jednostki NOV i nieróżniacymi się specjalnie od oddziałów partyzanckich w innych krajach okupowanych POJ. Pomimo tego jednak w dalszym ciągu całość sił Titowskich określano jako „partyzantów”.

Co ciekawe, aż do drugiej połowy 1943r., mimo znaczących sukcesów, mimo bitew o na prawdę wielkiej skali (jak np. Nad Neretwą w marcu czy nad Sutjeską w czerwcu 1943r.) partyzanka Tity pozostawała niezauważona przez aliantów – również przez ZSRR. Właściwie dopiero po II sesji AVNOJ (Antyfaszystowska Rada Wyzwolenia Narodowego Jugosławii, powstały w listopadzie 1942r. w kontrolowanym przez partyzantów Bihaciu w Bośni podziemny parlament) w Jajcach w listopadzie 1943r. brytyjska prasa zaczęła przychylniej pisać o NOVJ, a rządy sprzymierzonych zaczęły bardziej sprzyjać Ticie, stopniowo odwracając sie od budzacych coraz większe kontrowersje czetników. Za deklaracjami politycznymi poszły czyny – brytyjczycy zaczęli zrzucać coraz więcej sprzętu i żołnierzy sił specjalnych do pomocy NOVJ, zaczęli także organizować transport lotniczy dla ewakuacji rannych partyzantów. Realną pomoc zaczął okazywać także Związek Radziecki – wysyłając misję wojskową (od lutego 1944r., w tym doradców mających doświadczenie wyniesione z radzieckich oddziałów partyzanckich), przekazując broń i amunicję oraz dając do dyspozycji partyzantów pewną liczbę samolotów wraz z załogami. Swoją misję wojskową i ograniczoną pomoc materialną wysłały również Stany Zjednoczone.

                Pod koniec 1943r., zajęci do tej pory opanowywaniem sytuacji kryzysowej spowodowanej kapitulacją Włoch Niemcy podjęli próbę spacyfikowania Jugosławii (operacje „Panther” i „Kubelblitz”). Rezultaty były jednak dość mizerne. Dopiero przeprowadzona 25 maja 1944r. operacja „Roesselsprung” odniosła pewien ograniczony sukces. Chociaż nie udało się osiągnąć jej głównego celu – pojmania bądź zabicia Tity oraz reszty członków VŠ NOVJ, to jednak Niemcom udało się (na krótko) przejąć kontrolę nad częścią terytorium Bośni wyzwolonego przedtem przez partyzantów wraz z dotychczasową siedzibą sztabu – miastem Drvar, zaś dowództwo NOVJ musiało sie ewakuować przez Potoci i Preodac do lotniska w Kupreš, skąd radzieckim samolotem przemieściło się na Bari (będącą wówczas pod kontrolą Aliantów), a stamtąd na Vis. Zaś zdobycie nieukończonego jeszcze munduru marszałkowskiego Tity zostało z sukcesem wykorzystane przez niemiecką propagandę.

                We wrześniu 1944r. Tito podpisał w Moskwie porozumienie z radzieckim dowództwem, na mocy którego wyzwolenie Jugosławii miało się odbyć w ramach wspólnych działań 3 Frontu Ukraińskiego i NOVJ. Jednostki partyzanckie wzięły udział u boku Armii Czerwonej w Operacji Belgradzkiej. Partyzantka titowska prowadziła później walki z topniejącymi siłami niemieckimi (pozostałości Grup Armii „E” i „F”), chorwackimi i czetnikami aż do całkowitego wyzwolenia Jugosławii w połowie maja 1945r. Wiosną 1945r., już jako Armia Jugosławiańska (Jugoslavenska Armija – JA) wzięła także ograniczony udział w walkach we Włoszech u boku Brytyjczyków i Amerykanów.

Chociaż jednostki NOVJ zwykło sie określać mianem „partyzantki”, trzeba zdać sobie sprawę z faktu, że była to nieco inna partyzantka niż np. w Albanii, Grecji czy nawet w Polsce. Dość powiedzieć, że w szczytowych okresach NOVJ liczyły nawet 800 tys. Ludzi (i liczba ta oznacza czynnych żołnierzy, nie obejmuje konspiratorów politycznych, wywiadowców, agitatorów itp.) na około 11mln. Mieszkańców Jugosławii w 1945r. Ale nawet nie w liczebności tkwi zasadnicza różnica. W ramach NOVJ funkcjonowały bowiem w róznych okresach jednostki zmotoryzowane, artyleryjskie, pancerne, a nawet marynarka wojenna (ta ostatnia od grudnia 1942r., choć nie była zbyt liczna, to jednak prowadziła skuteczne działania przeciwko włoskiej marynarce na Adriatyku, wsławiła się również podczas obrony Korczuli w grudniu 1943r.). Niektóre jednostki posiadały nawet własne orkiestry. Dodać do tego należy także lotnictwo – NOVJ od 1944r. utrzymywało kilka stałych lotnisk i dysponowało niewielką liczbą samolotów udostępnionych przez ZSRR, choć należy zaznaczyć, że załogi i większość personelu technicznego stanowili żołnierze Radzieckich WWS. Specyfiką NOVJ pozostaje też jej wieloetniczność. Oprócz narodów Jugosławii, w szeregach partyzantki walczyli Bułgarzy, Włosi, Francuzi, Czesi, Polacy, Rosjanie, Niemcy i inni. Często jednostki organizowano z przedstawicieli danej narodowości (włoska Brygada „Garibaldi”, bułgarska „Christo Botew”, Polski Batalion w Bośni i Kompania im. „Starego” w ramach polsko-francuskiej brygady „Liberte” w Słowenii itp.). Ciekawa jest tutaj historia Polaków w NOVJ – pierwszymi byli uciekinierzy z obozów jenieckich i obozów pracy przymusowej oraz dezerterzy z Wehrmachtu, których kierowano do różnych jednostek. Ale już np. Polski Batalion tworzyli głównie Bośniaccy Polacy, przesiedleni na te tereny (głównie w okolice miasta Prnjavor) przez monarchię Austro-Węgierską na przełomie XIX i XXw., zaś kadrę Kompani im. „Starego” (nazwa od pseudonimu Nowotki) stanowili członkowie PPR i AL z Łodzi, aresztowani, a następnie wysłani do obozu koncentracyjnego, skąd części z nich udało się zbiec wraz z dużą grupą komunistów francuskich.

Choć , jak w każdej partyzantce, tak i w NOPOJ w pierwszym okresie działalności trudno mówić o jakimś jednolitym umundurowaniu, to jednak da się zauważyć pewne trendy, które z czasem zaczną się nasilać, a już pod koniec wojny na dostępnym materiale fotograficznym widzimy dość jednakowo ubrane oddziały NOVJ. Dlatego też warto zatrzymać się na chwilę nad tematem umundurowania partyzantów.

Pierwszym elementem wyróżniającym partyzantów NOPOJ/NOVJ były czerwone gwiazdy, które oficjalnie przedstawiano jako międzynarodowy symbol oporu przeciwko faszyzmowi. Początkowo gwiazdy te były wyłącznie wycinane z czerwonych tkanin lub wyszywane nicią, jednak bardzo szybko zaczęły pojawiać się gwiazdy metalowe – wytwarzane z blachy malowanej lub emaliowanej na czerwono. Wraz z utworzeniem 1 Brygady Proletariackiej, dla wszystkich jednostek otrzymujących status dywizji lub brygady proletariackiej wprowadzono czerwoną gwiazdę z sierpem i młotem – wykonywaną z blachy. Zachowana gwiazda tego typu na czapce kpt. Jana Drąga (w zbiorach MWP, wygląd znany mi wyłącznie na podstawie zdjęć z książki „Emblematy, godła i symbole GL i AL” K. Satory) wygląda na pomalowaną gwiazdkę używaną przez Armię Czerwoną na „pilotkach” (furażerkach), możliwe więc, ze część gwiazd była produkcji radzieckiej (nie jest to nieprawdopodobne – w ZSRR wykonywano pierwsze jugosłowiańskie odznaczenia partyzanckie). Gwiazdy początkowo montowano na dowolnych nakryciach głowy – w początkowym okresie w tej roli wykorzystywano wszelkie czapki cywilne, zdobyczne nakrycia głowy wojsk okupacyjnych oraz stosowane w przedwojennej armii, popularne jako element stroju ludowego Szajkacze, te ostatnie jednak dość szybko zniknęły jako kojarzone z czetnikami i monarchią. W drugiej połowie 1941r. w NOPOJ zaczęły pojawiać się Triglavki, zwane też Partizankami. Te sukienne „trojgłowe czapki” (często z odwijaną osłoną na kark i uszy), wzorowane na czapkach używanych przez wojska republikańskie w czasie hiszpańskiej wojny domowej, wymyślili chorwaccy komuniści z Zagrzebia jako symbol „ciągłości walki z faszyzmem”. Choć ich potoczna nazwa pochodzi od kształtu, a nie od najwyższego szczytu Słowenii, nie sposób nie zauważyć, ze ta nazwa funkcjonowała głównie w tam. Problem z triglavkami polegał na tym, że ich produkcja była dosyć skomplikowana, toteż już w 1943r. zaczęły być sopniowo wypierane przez titovki. Od samego początku popularnością cieszyły się wszelkie furażerki – początkowo zbobyczne niemieckie i bardzo cenione za nausznik włoskie – później również w niewielkich ilosciach dostarczone przez sojuszników brytyjskie i radzieckie. Jednak najbardziej znaną wersja są właśnie titovki, pod względem kroju wzorowane na radzieckich „pilotkach”, wykonywane zwykle z sukna. Choć źródła mówią o szarych titowkach, wspomniana już wyżej czapka kpt. Drąga wykonana została z sukna koloru zielonego – być może brytyjskiego pochodzenia. Jak łatwo się domyślić, nazwa pochodzi od marszałka Tito, który w takiej czapce występował conajmniej od 1942r. W kwietniu 1944r. Titowkę dowództwo uznało za obowiązujący element umundurowania NOVJ.

Triglavka (Wikimedia Commons)

Początkowo nie funkcjonowały żadne kurtki mundurowe, powszechnie noszono odzież cywilną lub zdobyczne mundury, choć warto zauważyć, że większą popularnościa od kurtek, cieszyły się niemieckie i włoskie koszule mundurowe – wykonane z lżejszych materiałów i posiadające praktyczne kieszenie. Część partyzantów dysponowała także kurtkami mundurowymi przedwojennej armii jugosławiańskiej, nie były one jednak zbyt praktyczne, co więcej były kolejnym elementem kojarzonym z czetnikami. Już w 1941r. zaczynają się pojawiać sukienne kurtki mundurowe nie przypominające żadnych stosowanych przez okupantów, najwyraźniej będące produktami miejscowych krawców. Większość z nich zaopatrzona była w 4 kieszenie i miała zamknięty kołnierz. Posłużyły one później za wzór dla mundurów JNA. Sporą popularnościa cieszyły się również brytyjskie battledressy i koszule mundurowe. Poza doradcami, zbiegłymi jeńcami radzieckimi i personelem lotniczym, nie są znane przypadki wykorzystywania przez partyzantów radzieckich gimnastiorek czy kurtek mundurowych. ZSRR zresztą niechętnie udostepniał radzieckie mundury sojuszniczym oddziałom partyzanckim.

Poza spodniami cywilnymi, bardzo popularne były wszelkiego rodzaju bryczesy – początkowo wykorzystywano przedwojenne bryczesy wojskowe (chyba jako jedyny element przedwojennego mundury utrzymały się do końca wojny), zdobyczne niemieckie oraz te, stanowiące elementy stroju ludowego – np. w środkowej Serbii nierzadko miały one zwyczajowo kolor zielony lub szary. Pewną popularnościa cieszyły się również spodnie niemieckie, brytyjskie i włoskie.

Stroje ludowe ze środkowej Serbii. Warto zwrócić uwagę na zielone bryczesy, szajkacze i kierpce. (Wikimedia Commons)

Trudno dociec jak wyglądała sprawa okryć wierzchnich, gdyż widać je na stosunkowo nielicznych zdjęciach. Choć późniejszy generał Radoljub Čolaković wspomina, że podczas marszu na Igman miał płaszcz skórzany, spotkałem się z informacją, że jakiekolwiek długie płaszcze były niepopularne – do tego stopnia, że zdobyte płaszcze niemieckie często skracano do pół uda. Na zdjęciach, również tych z okresu późnowojennego widać też często kurtki cywilne różnego typu.

Jeśli wierzyć Čolakoviciowi, jeszcze na początku 1941r. czestym widokiem był partyzant noszący na nogach skórzane łapcie (kierpce), co zapewne spowodowane było popularnościa tego obuwia wśród ludności wiejskiej, jednak stopniowo coraz więcej partyzantów miało solidniejsze obuwie. Szczególnie popularne były praktyczne w terenie górskim trzymające w kostce trzewiki – bądź to zdobyczne włoskie lub niemieckie, bądź zrzutowe brytyjskie i amerykańskie, bądź też cywilne turystyczne. Do trzewików raczej nie stosowano owijaczy, natomiast sporą popularnością cieszyły się włoskie wywijki. Często też, przy braku tych ostatnich, dla ochrony przed otarciami wywijano na wierzch grube wełniane skarpety, które skądinnad były własciwie elementem obowiązkowym. Poza najwyzszym dowództwem NOVJ, nie są znane zdjęcia partyzantów w oficerkach, choć podobno zdarzały się przypadki wykorzystywania niemieckich saperek.

W czasie wojny kilkukrotnie wprowadzano rozmaite oznaki stopni. Choć już w lipcu 1941 r. wprowadzono system oznak stopni dość luźno wzorowany na radzieckich oznakach z lat 20, to rzadko były one stosowane. System stopni i towarzyszące mu oznaki zmieniono już w styczniu 1942r., ich stosowanie stało się wówczas powszechniejsze. Oznaki stopni tego wzoru noszono na rękawach, lub, rzadziej, na lewej stronie piersi nad kieszenią. Ostatnią, gruntowną reformę systemu stopni i odpowiadających im oznak przeprowadzono w maju 1943 i obowiązywała ona do końca wojny. Te oznaczenia przewidziane były do noszenia na mankietach kurtek mundurowych. Obowiązujące oznaczenia stopni zobaczyć można tu: https://sr.wikipedia.org/wiki/Официрски_чинови_НОВЈ

Dodać jeszcze należy, że zdarzały się sporadyczne przypadki noszenia przez oficerów NOVJ pagonów typu radzieckiego, z tym że prawdopodobnie były to przedwojenne pagony jugosłowiańskie, w których zamiast „gwoździ” rolę oznaczeń stopnia pełniły gwiazdy.

Przedstawiona na zdjęciach sylwetka to szeregowy (Vojnik) NOVJ ubrany i wyposażony dość typowo dla połowy 1944r. Nakrycie głowy stanowi furażerka niemiecka z naszytą gwiazdą z czerwonego sukna, która, podobnie jak niemiecka koszula „tropikalna” i „zdenazyfikowany” pas stanowi efekt przejęcia niemieckiego magazynu mundurowego. Spodnie to popularne w środkowej serbii cywilne bryczesy w kolorze zielonym. Jako szeregowiec nie nosi żadnych oznak stopnia, choć i tak zwykle nie naszywano ich na koszulę. Całości dopełniają trzewiki noszone z grubymi, wełnianymi skarpetami, wywiniętmi dla większej wygody noszenia butów, oraz noszona w plecaku kurtka mundurowa partyzanckiej produkcji wykonana z szarozielonego sukna. Jako dokument identyfikacyjny żołnierz nosi legitymację służbową. Ponieważ legitymacja nie posiadała miejsca na zdjęcie, czestą praktyką było noszenie luzem zdjęcia legitymacyjnego. Prócz tego w kieszeniach prznosi także kilka zdjęć pamiątkowych z ćwiczeń oddziału partyzanckiego oraz zapasową łódkę z amunicją do karabinu – z niezbyt jasnych przyczyn, partyzanci jugosłowiańscy niechętnie nosili jakiekolwiek ładownice. Wodę przechowuje w pochodzacej z radzieckich dostaw manierce, którą z kolei przenosi w cywilnym plecaku turystycznym, wraz z zapasem pożywienia, kocem, menażką i kurtką mundurową.

Autorem zdjęć, o ile w opisie zdjęcia nie zaznaczono inaczej, jest Sebastian Sroka

Wykorzystane dla potrzeb sylwetki legitymacja i zdjęcie należały do kapitana Jana Janečka z Brygady Czechosłowackiej NOVJ im. Žižki.

Bibliografia:

Publikacje papierowe:

Druga Wojna Światowa. Ruch Oporu na Bałkanach, p. red. M. Juchniewicza, Warszawa 1986.

Čolaković R., Notatki żołnierza wojny narodowowyzwoleńczej, Warszawa 1963.

Satora, K. „Emblematy, Godła i Symbole AL i GL, Warszawa 1973.

Żołnierz Polski. Ubiór, uzbrojenie i oporządzenie, T.V, Warszawa 1965.

Internet:

https://en.wikipedia.org/wiki/Triglavka

https://ru.wikipedia.org/wiki/Народно-освободительная_армия_Югославии

https://hr.wikipedia.org/wiki/Narodnooslobodilačka_vojska_i_partizanski_odredi_Jugoslavije

http://www.znaci.net/damjan/fotogalerija.php

http://www.ratnakronikasplita.com/#

Jeszcze jako uzupełnienie powyższego – formacje zagraniczne nosiły mniej więcej to samo co ogół partyzantów (może poza Włochami i Bułgarami – ci wywodzili się głównie z dezerterów i jako tacy byli zwykle nie najgorzej umundurowani). W kwestii odznak wyróżniających wiem tylko tyle, że w Polskim Batalionie poniżej gwiazdy noszono mała flagę biało-czerwoną w formie prostokąta. Podkreślić należy, że był to znak wyróżniający tej jednostki, Polacy służący w “nie-polskich” jednostkach NOVJ takowych nie nosili.

Autor: Kamil Szustak

SUMMARY

The article presents the history of the Yugoslav partisan units led by Josip Broz-Tito and discusses their usual look. The photographs give an example of how an average partisan could have looked like in 1944 – the cap is still not unified “titovka”, but a german side cap. The ankle boots and breeches are civilian and the belt and shirt are captured German.

Wspomnienia Zinkowian-uczestników wojny cz.IV Major Maksimczuk

Nikołaj Jakowlewicz Maksimczuk, pierwszy mąż Nadieżdy Bewzy (autorki wspomnień zamieszczonych w poprzedniej części), urodził się w 1918 roku, był więc rówieśnikiem Grigorija Kusznirczuka (autora wspomnień zamieszczonych w części pierwszej) , prawdopodobnie zatem to z nim Kusznirczuk w 1934 roku wstąpił do szkoły łączności i o nim pisał, że „Specjalność łącznościowca nie przypadła mu do gustu”, co dość ciekawie brzmi w przypadku człowieka, który większą część służby spędził w wojskach łączności.

Wspomnienia majora Maksimczuka to kolejna porcja wspomnień z oblężonego Leningradu i pierwszych dni wojny. Choć niewiele miejsca (mówiąc oględnie) poświęca swojemu życiu osobistemu, jego wspomnienia potraktować należy jako uzupełnienie wspomnień Nadii Bewzy.

Major Maksimczuk. Sposób noszenia odznaczeń i granatowy kolor munduru wskazuje na wykonanie zdjęcia w latach 1969-1980, jednak obecność medalu 250-ciolecia Leningradu wskazuje na rok nie wcześniejszy niż 1982.

„MAKSIMCZUK NIKOŁAJ JAKOWLEWICZ

Rocznik 1918, Ukrainiec, wykształcenie wyższe, członek KPSS

Stopień wojskowy – Major

Urodziłem się 6-go maja 1918 roku we wsi Zińkow w rodzinie ubogich chłopów. W Zińkowie minęły moje lata dziecięce i młodzieńcze. Uczyć się w szkole przyszło z przerwami. A w sierpniu 1938 roku z 10-tej klasy na ochotnika wstąpiłem do Woroneskiej Wojskowej Szkoły Łączności. Szkołę ukończyłem przed terminem w grudniu 1939 roku z awansem na stopień – lejtnanta. Tu też, w szkole, zostałem wyposażony we wszystko co niezbędne według norm czasu wojny i 24 grudnia razem z innymi takimi lejtnantami – kolegami z koszar zostałem wysłany na front do 7 armii, która działała na Przesmyku Karelskim.

                W sztabie 7-ej armii dostałem przydział do 10 Korpusu Strzeleckiego, a z korpusu do 70 Dywizji Strzeleckiej. Nowy, 1940 rok powitałem już na froncie w sztabie dywizji. Nas, młodych lejtnantów, rozmieścili w fińskim rigu (coś w rodzaju ukraińskiej stodoły), a rankiem 1-go stycznia 1940 roku przyjął nas komisarz dywizji – pułkowy komisarz Galstian i udzielił nam ojcowskich rad jak zachowywać się bezpośrednio na pierwszej linii.  Nas, dziesięciu młodych lejtnantów z Woroneskiej Szkoły Wojskowej Łączności poprzydzielano o jednostek dywizji. Ja i jeszcze jeden lejtnant (nazwiska już nie pamiętam) zostaliśmy skierowani d 227 Pułku Artylerii Haubic. W sztabie pułku dostałem przydział na stanowisko dowódcy plutonu łączności w dowództwie 2 dywizjonu, a mój towarzysz, na takie samo stanowisko w 1 dywizjonie.

W składzie 227 PAH brałem udział w działaniach bojowych przy przerywaniu Linii Mannerheima, w bojach o półwysep Koivisto i przejściu po lodzie przez Zatokę Wyborską na tyły Finów broniących miasta Wyborg. 10 marca przecięliśmy drogę Wyborg-Helsinki i zaczęliśmy działać na tyłach Armii Fińskiej.

A 13 maca wojna się zakończyła i podpisano traktat pokojowy.

Po zakończeniu działań bojowych, zgodnie z traktatem pokojowym nasza dywizja przemieściła się na 40 km po Szosie Helsińskiej, gdzie ustanowiono nową granicę państwową. Przez dwa tygodnie ochranialiśmy granicę, a potem przekazaliśmy ją pogranicznikom.

Za działania bojowe dywizja odznaczona została Orderem Lenina, a 227 PAH – Orderem Czerwonego Sztandaru.

Po przekazaniu granicy pod ochronę pograniczników, nasz pułk przeszedł na miejsce stacjonowania, które zajmował przed rozpoczęciem działań wojennych. Kwatery zimowe znajdowały się w mieście Leningrad na Prospekcie Izmaiłowskim w koszarach dawnego Pułku Izmaiłowskiego, a latem w obozach Osinowaja Roszcza.

Wielka Wojna Ojczyźniana zastała mnie w obozach letnich w tejże Osinowoj Roszczy. W nocy z 21 na 22 czerwca byłem dyżurnym operacyjnym pułku. Cała kadra oficerska pułku wyjechała do miasta na dzień wolny. W pododdziałach pułku zostali tylko dyżurni. Czuło się, że wojna się zbliża, gdyż nasz pułk co tydzień wyjeżdżał na swoje pozycje na granicy za Wyborgiem. Dowódca pułku rozkazał aby przy najmniejszej zmianie sytuacji bezzwłocznie go wezwać. Ale nie wytrzymał i o 23:00 wrócił do sztabu i poszedł odpoczywać w swoim gabinecie. W ślad za nim wrócił komisarz pułku i także poszedł odpoczywać w swoim gabinecie. Około 1:30 22 czerwca dowódca dywizji wezwał do siebie dowódcę i komisarza. Z dywizji wrócili po 30 minutach i zamknęli się w pokoju operacyjnym aby popracować. O 4:00 ponownie wezwał ich dowódca dywizji. Po kilku minutach dowódca zadzwonił do mnie z dywizji i rozkazał wydać rozkaz dywizjonom zatankować wszystkie ciągniki. A kilka minut później dowódca pułku i komisarz wrócili do miejsca stacjonowania pułku i kazali mi ogłosić alarm bojowy, złożyć namioty i przygotować się do marszu. Gdy przez radio nadali komunikat o niemieckiej inwazji, pułk był już gotów do przeprowadzenia marszu. Tego samego dnia, niemiecki samolot, który przedarł się  od strony Finlandii bombardował lotnisko w Lewaszowie. A wieczorem nasz pułk forsownym marszem przemieścił się na wcześniej przygotowane pozycje.

Na fińskiej granicy  pozostawaliśmy do 3 lipca 1941 roku. Do tego czasu Niemcy zajęli Litwę i wtargnęli na Łotwę i nasza dywizja została czasowo przerzucona w rejon miasta Ługa. Gdy Niemcy zdobyli miasto Ostrow i ruszyli w kierunku Nowogrodu 70 DS i nasz 227 PAH zostały czasowo przerzucone w rejon miasta Solcy i z marszu przeszły do ataku. Wszystkie jednostki dywizji miały pełne etaty, ponieważ jednostki stacjonujące w Leningradzkiej Obłasti i mieście Leningrad zostały zaopatrzone w komplet broni i sprzętu według norm wojennych i w związku z tym w ciągu kilku dni udanego natarcia przemieściliśmy się naprzód na 20 km i wyzwoliliśmy miasto Solcy. Jednakże Niemcom udało się znacząco przemieścić na naszych flankach i znaleźliśmy się de facto w okrążeniu.

Nadszedł rozkaz do odwrotu i wyszliśmy w rejon osady Miedwied’ i zajęliśmy obronę nad rzeką Szełoń. Tu pozostawaliśmy w obronie do 11 sierpnia. 10 i 11 sierpnia nasz rejon był celem zmasowanych bombardowań lotnictwa przeciwnika. Front się wygiął i nasza dywizja ponownie znalazła się w okrążeniu. Do tego czasu Niemcy podjęli już walkę nad rzeką Ługa, tzw. „Łuzka Rubież”. Zaczął się odwrót. Dowódca dywizji wysłał wszystkie samochody na północ, w stronę Leningradu. Na przedzie kolumny jechał samochód dowódcy, a sam dowódca znajdował się w jednostkach dywizji i przemieszczał się razem z żołnierzami. Osobistym szoferem dowódcy dywizji był nasz ziomek Gudłowski Stepan Iwanowicz, który prowadził kolumnę. Ale do tego czasu Niemcy wysadzili desant z powietrza we wsi Miniuszy, który niespodziewanym atakiem na kolumnę samochodów zniszczył ją całkowicie. W tym boju jako pierwszy poległ Gudłowski S. I.

O ile pułkom strzeleckim dywizji udało się w większości wyjść z okrążenia, o tyle nasz 227 PAH, który na wyposażeniu miał haubice 152mm przyszło to z wielką trudnością. Przeprawy przez rzeką Ługa były już zajęte przez Niemców i artylerzyści wraz z dowódcą pułku ruszyli do zuchwałego ataku i udało im się wyrwać w składzie dwóch dywizjonów. Trzeci dywizjon, który dotarł do przeprawy trochę później, pozostał w okrążeniu i prowadził ostrzał zajętej przez Niemców przeprawy, aż nie zużył całej amunicji. Ja dotarłem do przeprawy już w drugiej połowie dnia, gdyż trzeba było zdjąć łączność. W tym czasie byłem dowódcą plutonu łączności baterii sztabowej pułku.

Przyszło mi wychodzić z okrążenia na własną rękę z niewielkim oddziałem żołnierzy (34 ludzi). Lasem przemieściliśmy się w kierunku miasta Nowogród celem wyjścia na linię kolejową Nowogród-Leningrad i orientując się według linii kolejowej przemieścić się na północ w kierunku miasta Leningrad. Wyszliśmy na 10-15km na północ od Nowogrodu i lasem, w odległości 5-8 km od linii kolejowej ruszyliśmy w stronę Leningradu. Linia kolejowa służyła nam za punkt orientacyjny, gdyż mapy topograficznej niemieliśmy. Po 7 dniach, głodni i zmęczeni, wyszliśmy przy stacji kolejowej Radofinikowo, mając ze sobą broń strzelecką. Środki łączności radioaparaturę zniszczyliśmy razem z samochodem w lesie. Tu nas nakarmili i odpoczęliśmy kilka godzin. Stacja Radofinikowo znajdowała się na głębokich tyłach Niemców, ponieważ przemieszczali się oni szosami i już byli niedaleko Leningradu (około 30-40km). Wieczorem razem z wojskowym komendantem stacji niewielkim składem (parowóz i trzy wagony towarowe) postanowiliśmy przebijać się do Leningradu. To nam się udało. Bez postojów, bez sygnałów nasz skład o 5 rano zatrzymał się na stacji Leningrad-Towarowa.

W ciągu kilku dni odnaleźliśmy nasz 227 PAH i wznowiliśmy powstrzymywanie nacisku Niemców, którzy uparli się zdobyć miasto Leningrad.

Szczegółowo walk opisywać nie będę, ponieważ było ich bardzo dużo. Cofając się w walce doszliśmy do Pawłowska i Puszkina. W parku Pałacu Jekaterinińskego umocniliśmy pozycje artyleryjskie i prowadziliśmy ogień do Niemców. Ale przyszło i Puszkino opuścić, a potem i Pulkowo. Nasz pułk w składzie dywizji został przerzucony do rzeki Ust’-Iżora, gdzie uczestniczył w walkach w rejonie Zakładów spirytusowych. Potem brał udział w walkach pod Pulkowem, w Krasnym Borze, gdzie 8 grudnia 1941 roku zostałem ranny i skierowany do szpitala. W tym czasie Leningrad znajdował się już w pełnej blokadzie, której okropności są wszystkim znane.

Leżałem w szpitalu na Piotrogrodzkiej Stronie na ul. Skorochodowa w pomieszczeniach szkoły. Nic do jedzenia, lekarstw brak, nieprzerwane bombardowania i ostrzały. 8 stycznia wypisano mnie ze szpitala i skierowano do batalionu ozdrowieńców, który stacjonował na Placu Issakiewskim w Pałacu Marinskim (budynek Lensowietu). Wodę do przygotowywania posiłków nosiliśmy z rzeki Newa. Ze szpitala do batalionu ozdrowieńców dotarłem pieszo (transport nie funkcjonował) i zajęło to cały dzień. W pomieszczeniach nie było ogrzewania, nie było wody, opatrunków nie zmieniano. Na początku lutego z batalionu ozdrowieńców przeniesiono mnie do pułku zapasowego kadry oficerskiej, który zajmował koszary w pobliżu Dworca Witebskiego. Za mną przyjechał mój były dowódca łączności 227 PAH, ale już nie zostałem jego podkomendnym.  Z niedożywienia i postępującej dystrofii zachorowałem i położono mnie do szpitala na 7 Czerwonoarmijnej w budynku Instytutu Transportu Kolejowego. Leżałem na 5 piętrze w izbie dla przypadków beznadziejnych. Żeby nas uratować, karmiono nas  uparcie: dawali dziennie 300g świeżego białego chleba, 20 lub 30 g masła i cukru. Zgromadziłem trochę pieniędzy i mnie jeszcze przynosili pieniądze z naszego miasteczka wojskowego  i dodatkowo kupowałem jeszcze chleba i masła. Porcja chleba kosztowała 300 rubli. I tak, w ciągu tygodnia wyniki moich badań się trochę poprawiły. Udało mi się przekonać lekarza i dostać dokumenty wypisowe.

Ze szpitala skierowano mnie na punkt przejściowy, który znajdował się na Fontance 90. Po drodze zaszedłem do znajomych i poprosiłem o łyżkę, gdyż swoją gdzieś straciłem, a bez łyżki się nie da. Na punkcie przejściowym przebywałem trzy dni, a potem ponownie skierowano mnie do pułku zapasowego,  z którego zostałem skierowany do szpitala.  Po tygodniu- dwu udało mi się dostać przydział do pułku zapasowego 55 armii. To bliżej frontu, pierwszej linii. A tam po dwóch dniach dostałem przydział na stanowisko dowódcy kompanii łączności w pułku strzeleckim (numeru pułku nie pamiętam). Dowodziłem kompanią zwiadu do połowy maja 1942 roku. Pułk stacjonował w rejonie osady Aleksandrowskoje. Dowódcą pułku był mój znajomy z  wojny fińskiej.

W drugiej połowie maja skierowano mnie do Leningradu na kursy doskonalenia kadry oficerskiej łączności. Kursy prowadzono na terenie pułku zapasowego przy dworcu Witebskim. Po ukończeniu kursów (2 miesiące) pozostawiono mnie na kursach w charakterze wykładowcy spraw liniowych.

Latem 1942 roku Front Leningradzki podjął natarcie na Newską Dubrowkę celem przerwania blokady i mnie odkomenderowano do oddziału operacyjnego sztabu frontu w charakterze oficera łączności. Pełniłem tę funkcję przez 3 miesiące. Zostałem skierowany do Nadmorskiej Grupy Operacyjnej, która od Leningradu była odcięta przez Niemców w rejonie Ligowo-Strelnia. Docieraliśmy tam tylko przez Kronsztad, kutrami po Zatoce Fińskiej.

W październiku 1942 roku wróciłem z dowództwa na kursy i ponownie pracowałem jako wykładowca spraw liniowych i topografii na kursach młodszych lejtnantów.

Na początku kwietnia 1943 roku zostałem naczelnikiem łączności 339 specjalnego batalionu Artylerii i CKM (OPAB)79 rejonu umocnionego. OPAB zajmował pozycje od Zatoki Fińskiej do Wzgórz Pulkowskich. Zadanie OPAB – nie przepuścić przeciwnika po wycofaniu się naszych wojsk z przedniego skraju. Niemcy naszych opabowców nazywali „Stalinowskim SS”. Mieliśmy absolutny zakaz w jakiejkolwiek sytuacji przemieszczać się wprzód lub w tył – bronić się do ostatniego żołnierza.

14 stycznia 1944 roku rozpoczęła się operacja  mająca na celu przerwanie blokady. Po wycofaniu się Niemców ze wzgórz Pulkowskich, nasz OPAB zachęcony ogólnym przejściem do natarcia także ruszył do natarcia  i jako pierwszy wkroczył i zajął miasto Puszkin. W 1941 roku ja opuszczałem miasto jako ostatni i w styczniu 1944 roku wkraczałem doń jako pierwszy. Sztab rozlokował się w budynku dawnego liceum. Wszystkie pałace były zburzone. Ale przez pomyłkę pisarzy sztabowych, naszemu OPAB nadano nazwę wyróżniającą nie „Puszkiński” ale „Pawłowski”, ponieważ także Pawłowsk został tego samego dnia wyzwolony, ale przez inne jednostki.

Po dwudniowym odpoczynku nasz 339 OPAB forsownym marszem przemieścił się na stację Jelizawietino, a stąd lasami w rejon Krasnyje Strugi celem przechwycenia wycofujących się Niemców.

Spod Krasnych Strug 339 OPAB został przerzucony w rejon miasta Pskowa, gdzie znajdował się do połowy kwietnia 1944 roku. W końcu kwietnia batalion został przemieszczony w rejon miasta Narwa, a ja zostałem przekazany do dyspozycji oddziału kadr wojsk Frontu Leningradzkiego. Dostałem przydział do 23 armii, która znajdowała się na Przesmyku Karelskim. Tutaj w czerwcu zostałem ranny i wysłano mnie do szpitala do miasta Leningrad.

Po wyleczeniu przebywałem pułku zapasowym do czasu otrzymania nowego przydziału. Pod koniec listopada lub na początku grudnia dostałem przydział na stanowisko dowódcy kompanii telefoniczno-kablowej 74 samodzielnego batalionu łączności dywizji strzeleckiej. W styczniu 1945 roku dywizja stacjonowała w mieście Tallin, a w kwietniu przeniosła się w rejon miasta Elgawa aby wziąć udział w bojach mających na celu likwidację Kurlandzkiego Zgrupowania Wojsk Niemieckich. Walki rozpoczęliśmy 5 maja, a 8 hitlerowska armia skapitulowała. Tak dla mnie skończyła się Wielka Wojna Ojczyźniana.

Z Łotwy nasza dywizja została przemieszczona do miasta Ostrogożsk w Obłasti Woroneskiej. We wrześniu 1945 roku zostałem skierowany na kurs doskonalenia kadry oficerskiej łączności w mieście Kijów. Po ukończeniu kursu zostałem skierowany na Daleki Wschód do miasta Ussurijsk do samodzielnej kompanii Powietrznego kierowania i kontroli (WNOS) [jednostki odpowiedzialne za kontrolę ruchu lotniczego]. W maju 1948 roku kompania została przeniesiona rejon Port-Artur w Chinach.

W czerwcu 1949 roku dostałem przydział do 83 Mieszanego Korpusu Lotniczego (SAK) na stanowisko starszego oficera służby WNOS do oddziału PWO [Obrony przeciwlotniczej] przy oddziale operacyjnym korpusu. W 1952 roku zlikwidowano oddziały PWO w jednostkach lotniczych i dostałem przydział na stanowisko naczelnika jednostki szkoleniowej w szkole strzelców powietrznych 74 dywizji szturmowej.

W 1956 roku 74 Dywizja Szturmowa została przeformowana w Mysliwską , przekazana wojskom PWO i przystąpiła do nauki latania na samolotach MIG. Szkoła Strzelców Powietrznych została rozformowana a ja dostałem przydział do tej samej dywizji na stanowisko zastępcy szefa sztabu do spraw prac mobilizacyjnych.

W początkach 1957 roku nasza dywizja została rozformowana, a cały personel – zdemobilizowany. Ja zostałem zdemobilizowany w maju 1957 roku w stopniu majora z dożywotnim prawem noszenia munduru i przyznaniem wojskowej renty. Pojechałem do stałego miejsca zamieszkania – miasta Kursk.

Po demobilizacji ukończyłem Moskiewski Instytut Historyczno-Archiwistyczny i przepracowałem w Państwowym Archiwum Kurskiej Obłasti ponad 25 lat na stanowisku naczelnika oddziału do spraw naukowo-technicznego opracowania dokumentów archiwalnych. W związku z pogorszeniem stanu zdrowia w 1986 roku zostałem zwolniony i obecnie jestem na emeryturze.”

Jako uzupełnienie prezentuję wniosek odznaczeniowy na Order Wojny Ojczyźnianej II kl. dla starszego lejtnanta (porucznika) Maksimczuka z maja 1945 roku:

„Tow. Maksimczuk uczestniczy w Wojnie Ojczyźnianej od czerwca 1941r.

Od pierwszych dni natarcia tow. Maksimczuk uczestniczył na Froncie Leningradzkim. Za okres operacji bojowych tow. Maksimczuk był dwukrotnie ranny. W czasie działań 72 DS. 182 PS w rejonie Biełoostrowa tow. MAksimczuk nieprzerwanie zapewniał łączność dowódcy batalionu z nacierającymi wojskami.

Pod silnym ogniem artyleryjskim moździerzowym tow. Maksimczuk sam osobiście naprawiał usterki na linii łączności. W czasie rozwijania linii był ciężko ranny, ale nie zważając na rany tow. Maksimczuk kontynuował dowodzenie podkomendnymi swojego plutonu nie opuszczając pola bitwy i dopiero po otrzymaniu rozkazu dowódcy batalionu został odesłany do batalionu medyczno-sanitarnego. Tow. Maksimczuk zasługuje na państwowe odznaczenie Orderem Wojny Ojczyźnianej II kl.”

Udało się także odnaleźć informację o odznaczeniu jubileuszowym Orderem Wojny Ojczyźnianej I klasy w 1985r. oraz medalem „Za obronę Leningradu” 15.08.1943 rozkazem dowództwa 339 OPAB.

Wstęp i tłumaczenie: Kamil Szustak

SUMMARY

The fourth part of the series contains the memoires of mjr. N. Ya. Maksimchuk, who, apart from being Nadezhda Bevza’s first husband, was also a friend of G. Kushnirchuk, who “found no liking in communications worker specialty”. Surprisingly, he ended up as a communications specialist in the Red Army. His story covers the Winter War, Siege of Leningrad and post-war military service.

Wspomnienia Zinkowian-uczestników wojny cz.III Szeregowa Bewza

Tą częścią rozpoczynam mały pod-cykl, obejmujący wspomnienia trojga spośród Zinkowian, których losy są w pewnym sensie połączone – Nadieżdy Bewzy, Nikołaja Maksimczuka i Pawła Bewzy. Na początek wspomnienia Szeregowiec Nadii Smoluchowskiej-Bewzy, zawierające, oprócz dość ogólnych wspomnień ze służby w wojskach kolejowych, również krótką, przejmującą historię z Leningradu czasu blokady.

Niestety, nie udało mi się znaleźć zbyt wiele materiałów archiwalnych na temat N. Bewzy (próbowałem każdego nazwiska w różnych wariantach), co jest o tyle dziwne, ze powinny się zachować przynajmniej akty nadania medali za zwycięstwo nad Niemcami i Japonią. Udało się jedynie odnaleźć informację o odznaczeniu Orderem Wojny Ojczyźnianej II kl. Dla “Nadieżdy Jefimownej Bewzo” (Бевзо Надежда Ефимовна) w 1985r., toteż w tej części całkowicie oddaję głos autorce.

Szeregowiec Bewza w szeregach Armii Czerwonej, ok. 1945r.

“BEWZA (panieńskie nazwisko SMALIUCHIWS’KA)

NADIA JUCHIMIWNA, ROCZNIK 1923,

UKRAINKA, SZEREGOWIEC

                Urodziłam się w 1923 roku we wsi Adamiwka w rodzinie chłopa. Tu spędziłam lata dziecięce i młodzieńcze. Ukończyłam Adamowską niepełnośrednią, a potem Zinkowską średnią szkołę.

                W listopadzie 1940 roku wyszłam za mąż za oficera Armii Czerwonej, Zinkowianina Maksimczuka Mykołę Jakowicza, który właśnie ukończył Woroneską Wyższą Szkołę Łączności i w stopniu lejtnanta został skierowany do pełnienia słuzby do Leningradu, i w grudniu ja również przyjechałam do Leningradu, gdzie zastała nas wojna.

                Od pierwszych dni wojny Niemcy starali się otoczyć i zdobyć Leningrad. Toczyły się nieprzerwane walki na ziemi, w powietrzu i na morzu. W wyniku bombardowań z powietrza zniszczone zostały Badajewskie składy żywności, elektrownie i inne obiekty, co postawiło mieszkańców miasta i jego obrońców w ciężkiej sytuacji.

Pierwsza strona wspomnień N. Bewzy

                Ja, jako małżonka żołnierza, poszłam pracować do Szpitala ewakuacyjnego nr 2015, który znajdował się koło dworca Moskiewskiego. Pracowałam na oddziale przyjęć, gdzie trafiali ranni. Brakowało siły roboczej, były bezsenne noce, było bardzo ciężko, ale pomagałam frontowi tak długo jak mogłam. W tym ciężkim czasie urodziła mi się córka, która przeżyła wszystkiego dwa miesiące i zmarła z głodu, ale pochować jej od razu nie mogłam, gdyż bez ustanku trwał szalony ostrzał z armat dalekiego zasięgu. Dziewczynka przeleżała w mieszkaniu w trumience około 2 miesiące, ale ponieważ mieszkanie nie było ogrzewane i były silne mrozy, ona przetrwała, nie rozkładała się. Gdy ostrzał był już lzejszy, pochowałam ją.

                W 1942 roku nasze wojska przerwały blokadę Leningradu i rodzinom żołnierzy pozwolono na wyjazd z Leningradu w ramach ewakuacji. Korzystając z tego zezwolenia, 12 marca ewakuowałam się do Obłasti Kalinińskiej, Rajonu Owinszczeńskiego, wsi Miedianki.

                Ewakułowałam się z jedną rodziną i poprostu na tej rodziny życzenie. Mieli małą dziewczynkę, lat czterech, mamę-staruszkę i siostrę. Pomogłam im w przejeździe, ewakuacji i uratowałam im zycie. Obecnie rodzina ta znów mieszka w Leningradzie, bardzo mi wdzięczna, utrzymuję z nimi przyjaźń i pisujemy do siebie.

                Życie rodzinne się nam z Mykołą Maksimczukiem nie układało, nasze drogi się rozeszły i zostałam sama.

               6 listopada 1942 roku zostałam zmobilizowana w szeregi Armii Czerwonej i skierowana na służbę w 19 Samodzielnym Batalionie Mostowym 30. brygady kolejowej na stanowisko telefonistki.

               Pod koniec 1943 roku, dostałam przeniesiona do służby w 3. brygadzie kolejowej do oddziału rozpoznania technicznego na posadę maszynistki, a w listopadzie 1944 roku do 22 batalionu tejże brygady do jednostki liniowej. Podstawowe zadania wojsk kolejowych sprowadzały się do następujących: podczas odwrotu naszych wojsk szliśmy za oddziałami pierwszoliniowymi i niszczyliśmy mosty kolejowe, tory kolejowe i inne środki komunikacji, nie dając możliwości szybkiego posuwania się Niemcom.

                Podczas natarcia naszych wojsk również szliśmy za nacierającymi jednostkami pierwszoliniowymi dla jak najszybszego uporządkowania i odbudowy mostów kolejowych i torów, aby dać mozliwość zaopatrzenia naszych wojsk na czas w technikę wojskową, amunicję, żywność i ewakuacji rannych na tyły celem leczenia w szpitalach.

                Oczywiście, warunki pracy wojsk kolejowych w sytuacji bojowej były szczególnie ciężkie, dlatego że faszyści nieprzerwanym bombardowaniem i ostrzałem artyleryjskim nie dawali możliwości wykonywania koniecznej pracy.

Po zakończeniu wojny z faszystowskimi Niemcami naszą jednostkę skierowano na daleki wschód celem udziału w wojnie z Japonią. W tej wojnie, choć krótkotrwałej, wojskom kolejowym praca szła jeszcze trudniej, ponieważ w dowolnum momenie doby napadali japońscy samuraje i chińscy Chunchuzi*, którzy, wykorzystując warunki górzysto-lesistego terenu, prowadzili ogień z automatów, a nocą próbowali przekradać się do naszych jednostek i zabijać przy użyciu noży.

W wojnie z Japonią nasza jednostka walczyła w składzie Pierwszego Frontu Dalekowschodniego.

                Tak oto, w czasie wojny zdarzyło mi się przebywać na Frontach: Północko-zachodnim, 1 i 2 Białoruskim, 1 i 2 Ukraińskim i 1 Dalekowschodnim. Brałam udział w wyzwoleniu miast Homel, Żłobin, Bobrujsk, Kowel, Psków, Czernihów, Warszawa, szeregu miast i wsi Niemiec, i na 1 Dalekowschodnim Froncie od stacji „Przygraniczna” do miasta Harbin.

                W 1944 roku podczas walk o miasto Żłobin na Białorusi zostałam ranna i tylko cudem uszłam z życiem. Ogólnie być w zablokowanym Leningradzie, przeżyć wszystkie niedole dni blokady, przejść całą wojnę na frontach i pozostać przy życiu – to właśnie mi się udało na złość wszystkim śmierciom.

                I na zakończenie chcę życzyć naszej młodzieży, dzieciom, wnukom i prawnukom aby nie przeżyli i ni doświadczali takich niedoli wojny, jakich doświadczyło nasze pokolenie, aby żyli, cieszyli się, pracowali dla dobra naszej Ojczyzny i otrzymywali państwowe odznaczenia nie wojenne, a za pokojową pracę w Kraju.

                We wrześniu 1945 roku zostałam zdemobilizowana z Armii Czerwonej, wróciłam do domu, do wsi Adamowka i pracowałam w Zinkowskim oddziale komunikacji jako sortowaczka korespondencji.

W 1947 roku wyszłam za mąż za uczestnika Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, Zinkowianina Bewzę Pawła Juchimowicza, który do 1960 roku służył w Zabajkalskim i Syberyjskim Okręgach Wojskowych.

                W 1960 roku został zdemobilizowany z Armii Czerwonej w stopniu majora i pojechaliśmy do stałego miejsca zamieszkania w mieście Woroneż, gdzie mieszkamy do dziś.

               W Woroneżu pracowałam w dyrekcji Kolei Południowo-Wschodniej na posadzie sekretarza-maszynistki. Obecnie nie pracuję, jestem na emeryturze, zajmuję się wychowaniem wnuka i wszystkim dzieciom świata życzę szczęśliwego dzieciństwa i pokojowego nieba nad głową.”

Tłumaczenie i wstęp: Kamil Szustak

*dosł. „Czerwonobrodzi” – popularna nazwa chińskich bandytów z pogranicza rosyjsko-chińskiego, tu raczej użyte w takim znaczeniu jak „samuraje” – jako popularne określenie wroga – może chodzić zarówno o prawdziwych bandytów, jak i o oddziały lokalnych watażków lub nawet chińskich komunistów.

SUMMARY

The memoires of private Nadezhda Bevza (Smalyukhivska) open a sub-series of the Zinkov veterans memoires, as the next parts present the memoires of Nadezhda’s two husbands. In her text, Bevza shortly describes her life in besidged Leningrad and in the Red Army, where she servedon 6 different fronts (!) in the railway units during the fights against the Germans and later the Japanese.

Wspomnienia Zinkowian-uczestników wojny cz.II – sierżant Kabaczynskij

Zapraszam do lektury drugiej części. Tym razem wspomnienia st. sierżanta Mychajły Kabaczyńskiego, który brał udział w początkowym okresie wojny, następnie ranny trafił do niewoli z której, w okolicznościach, o których milczy, powrócił w ojczyste strony, by w 1944r. ponownie wziąć udział w walce z Niemcami w szeregach 726 pułku strzeleckiego 395 dywizji strzeleckiej 1 Frontu Ukraińskiego. Choć można powiedzieć, że miał w życiu szczęście (mało brakowało, a wziąłby udział w wojnie z Finlandią, przetrwał w miarę spokojny najazd na Litwę, w pierwszych dniach wojny wydostał się z zasadzki  i ciężko ranny został przez kolegów odstawiony do wsi, potem niewola, KL i wreszcie końcówka wojny w Armii), ale choć jego zasługi w czasie wojny zostały docenione, warto zwrócić uwagę na to, czego podoficer Kabaczyński nam nie mówi. Bardzo lakonicznie pisze o swoim powrocie z obozu koncentracyjnego w Czechosłowacji na Ukrainę. Nie pisze też o trudnościach, które prawdopodobnie miał po wojnie – np. co działo się od października 1945 do stycznia 1946, dlaczego na studia trafił ponownie dopiero w 1951 roku, oraz dlaczego dopiero w 1958r. został członkiem partii. Abstrahując jednak od ewentualnych problemów związanych z pobytem w niewoli, warto zwrócić uwagę na krótkie uwagi n/t Armii Czerwonej w 1941r.

Podobnie jak większość Zinkowian, swoje wspomnienia spisał po ukraińsku.

Wspomnienia uzupełnia wniosek odznaczeniowy na medal „Za odwagę” z 1945r.


Mychajło Kabaczyński, zdjęcie powojenne, ok. lata 60. 

„Kabaczinskyj Mychajło Wołodymyrowycz,

Rok urodzenia 1919, Ukrainiec, Wykształcenie wyższe, członek KPSS, Stopień wojskowy: Starszy sierżant.

Urodziłem się 25 grudnia 1919 roku we wsi Stanisławowka Rejonu Winkowieckiego,  Obłast‘ Chmielnicki, w rodzinie chłopa-biedaka.

W 1939r. z wynikiem „celująco” zakończyłem Zinkowską szkołę średnią i rozpocząłem studia w Charkowskim Ukraińskim Instytucie Dziennikarstwa. Ale  uczyć się nie mogłem.

14 listopada1939r. zostałem powołany w szeregi Armii Czerwonej, służąc początkowo Woroneżu, potem w Kursku w Wojskach Lądowych. Z Kurska nasza dywizja wyjeżdżałana wojnę z Finami. Po dwutygodniowym przygotowaniu w pobliżu miasta Kingisepp [dawniej Jamburg] nasza jednostka powinna była przystąpić do walki. Ale 11 marca zostały zakończone rozmowy w sprawie rozejmu.

Dywizja ponownie wróciła do Kurska.

Pierwsza strona wspomnień M. Kabaczyńskiego. Duża ilość wykrzykników wynika z faktu, ze wspomnienia spisano po ukraińsku na maszynie z rosyjską czcionką,która nie przewidywała ukraińskiego “I”.

W czerwcu 1940r. dywizja brała udział w akcji wtargnięcia na Litwę. W sierpniu 1940 roku wyszliśmy z Litwy w mieście Słuck Białoruskiej SRR. Tam służyłem do samego początku wojny w 107 pułku strzeleckim 55 dywizji strzeleckiej w plutonie CKM, a potem jako pisarz w 4 kompanii strzeleckiej.

O zdradzieckim napadzie Niemiec na Związek Radziecki dowiedzieliśmy się z przemówienia Mołotowa do ludu radzieckiego w radiu około godziny 9 rano 22 czerwca 1941 roku powracając ze stołówki.

Od razu też ogłoszono alarm. Pułk zebrał się na placu przed koszarami.

Po wystąpieniu dowódcy pułku Iudina nas cały dzień dozbrajano i domundurowywano, wydano nam racje żywnościowe na kilka dni w postaci suchego prowiantu i konserw.

Późno wieczorem wyruszyliśmy do pułku samochodowego, który stacjonował 15-20 km od Słucka.

Następnego dnia – rankiem 23 czerwca na ciężarówkach pojechaliśmy kierunku granicy. Cały czas prześladowało nas wrogie lotnictwo.

Podczas ostrzału maszynowego zabity został kierowca kolumny, na której jechał nasz pluton. Na pytanie dowódcy, kto potrafi prowadzić samochód, nikt się nie odezwał.  Było to wymowne świadectwo niskiego wyszkolenia technicznego naszej armii. Spieszyliśmy się i do granicy dotarliśmy na piechotę. Tak wyszliśmy na granicę. Zatrzymaliśmy się w lesie. Prowadziliśmy obserwację w dniach 23-25 czerwca. Nad nami cały czas nisko krążyły wrogie samoloty, czasem ostrzeliwując nas z karabinów maszynowych.

Podczas takiego ostrzału, wroga kula prześliznęła się po hełmie na mojej głowie, przedziurawiła połę mojego płaszcza, kiedy zapisywałem w rejestrze stanu osobowego nowo mianowanego lejtnanta Awerjanowa na stanowisko dowódcy pierwszego plutonu.

Po trzydniowej obserwacji dowództwo doszło do wniosku, że naprzeciw nas niema wrogich wojsk. I kiedy stało się jasnym, że niemieckie wojska na czołgach już daleko zaszły w głąb naszego terytorium, w południe 25 czerwca padł rozkaz odwrotu. Był bardzo upalny dzień. Wyszliśmy z lasu i wybuchła panika, nastąpił niezorganizowany odwrót. Wrogie lotnictwo na otwartym polu, z karabinów maszynowych zabiło wielu naszych żołnierzy.

Grupa wycofujących się, około 15-20 ludzi, w której składzie byłem i ja, za wsią trafiła raptem na niemiecką zasadzkę. Pod krzakami stał zakryty gałęziami czołg. Niemcy wybiegli z czołgu i zalegli w okopie. Ledwo zawróciliśmy, gdy tylko otworzyli do nas ogień z karabinów maszynowych.

Kilku ludzi zginęło a ja zostałem ciężko ranny kulą rozrywającą w lewą nogę w staw kolanowy. Towarzysze odczołgali się z powrotem. Ja też , ale krwawiąc, straciłem siły i zostałem pozostawiony na polu boju.  Zastępca dowódcy plutonu, st. sierżant Wania Kowalenko, z którym cały czas się przyjaźnię, pozostawiając mnie, zapewnił, że z nastaniem ciemności przyjdzie po mnie. Swojego słowa dotrzymał. Gdy tylko się ściemniło on z jeszcze jednym żołnierzem przyszli i na pałatce wynieśli mnie z pola walki i zanieśli do pierwszej chaty wsi Bałabanowyczi [Bałabanowicze, wieś w Obłasti Baranowicze], gdzie żyło dwoje staruszków.

Ot, co znaczy żołnierska przyjaźń. Ona i wzajemna pomoc zapewniły także zwycięstwo naszego ludu, naszej armii w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej.

Mnie położyli w stodole (bo w chacie było bardzo gorąco), a sami poszli szukać transportu, aby zawieźć mnie do jednostki sanitarnej. Ale już więcej nie wrócili.

Trwały ciężkie walki o Baranowicze.

Na drugi dzień opatrunek zmienił mi stary mieszkaniec wsi, uczestnik pierwszej wojny światowej. A na trzeci dzień gospodarz zawiózł mnie jednokonnym wozem do centrum Rajonu – miejscowości Nowa Mysz [Dawniej miasteczko gminne w IIRP, obecnie wieś-stolica Rajonu Nowomyskiego na Białorusi], gdzie zbierali rannych, opatrywali rany. Po tym nas, rannych przewozili na podwodach do Baranowicz, już zajętych przez Niemców.

Rozmieszczono nas w starej, dwukondygnacyjnej szkole i na sposób prymitywny (bo nie było punktów medycznych) nasi lekarze starali się nas leczyć. Tam przeleżałem ze trzy miesiące. Rana się zagoiła – [wywieziono mnie] do obozu jenieckiego, a potem do obozu koncentracyjnego za Ostrawą w Czechosłowacji. Tam było nas 40 tysięcy ludzi – na otwartej przestrzeni za drutem kolczastym [Według ogólnodostępnych źródeł KL Hanke otwarto dopiero w 1945r – prawdopodobnie chodzi o inny obóz, który mógł działać w okolicy, może też chodzić o zupełnie inny obóz, a nazwa „Ostrawa” może być pomyłką].

Codziennie ginęły setki ludzi od dyzenterii, sztucznie wywoływanej jakimś napojem o wyglądzie herbaty, którym nas poili.

Cudem wydostałem się z tego piekła w końcu listopada i 5 grudnia 1941r. dostałem się do domu, na terytorium okupowanym. Na tym też zakończył się pierwszy okres wojny w moim życiu. Podczas wojny pracowałem gospodarstwie rodziców.

30 kwietnia 1944 roku po wyzwoleniu rajonu od najeźdźców hitlerowskich zostałem powołany do Armii Radzieckiej, gdzie brałem udział w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej przeciw niemieckim najeźdźcom. Za bojowe zasługi odznaczony zostałem orderem Wojny Ojczyźnianej II klasy [W 1985r., na 40 rocznicę wojny], medalem „Za odwagę” [Za dokonania podczas walk o łużyckie miejscowości Stradow i Radewise w kwietniu 1945r., patrz niżej], „Za zdobycie Berlina”, „Za zwycięstwo nad Niemcami”.

Zostałem zdemobilizowany 19 października 1945 roku, od 10 stycznia 1946 roku pracowałem jako dyrektor początkowej, siedmioletniej, średniej szkoły we wsiach Rajonu Winkowieckiego. W 1951 roku ukończyłem Instytut Nauczycielski w Kamieńcu Podolskim, a w 1958 roku – Instytut Pedagogiczny tamże.

Od 1 grudnia 1951 roku do 31 sierpnia 1952 roku pracowałem jako inspektor szkół Inkowieckiego RWNO [mniej więcej odpowiednik naszego kuratorium oświaty].

W 1970 roku zostałem odznaczony medalem „Za ofiarną pracę” z okazji 100-lecia urodzin W. I. Lenina, jestem członkiem KPZR od maja 1958 roku, od 1979 roku na emeryturze.

Obecnie Pracuję jako przewodniczący rady weteranów wojny i pracy wsi Żeniszkiwci [dawniej Żeniszkowce].”

„1 Front Ukraiński

Tajne

Egzemplarz nr 2

Dla 726 pułku strzeleckim odznaczonym Orderem Aleksandra Newskiego 395 Tamańskiej dywizji strzeleckiej odznaczonej orderem czerwonego sztandaru i orderem Suworowa 1 Frontu Ukraińskiego

6 Maja 1945 roku

W imieniu Prezydium Rady Najwyższej Związku SRR – odznaczam:

Medalem „Za Odwagę”

(…)

6.Dowódcę drużyny strzeleckiej 4 kompanii strzeleckiej sierżanta Kabaczyńskiego Michaiła Władimirowicza, za to, ze on w bojach o miejscowości Radiwejze [Radeweise] i Sztradow [Stradow] 20-21.04.1945 roku i w boju o likwidację okrążonego zgrupowania przeciwnika okazał wyjątkową wytrwałość i heroizm, w rezultacie czego wzięto do niewoli 11 niemieckich żołnierzy i zdobyto znaczne ilości łupów.

Urodzony w 1919, Ukrainiec, bezpartyjny, W Armii Czerwonej od 26.4.1944 roku[,] powołany przez Wońkowiecki RWK, na frontach Wojny Ojczyźnianej od 20-5-1944 roku(…)”

Wstęp i tłumaczenie: Kamil Szustak

SUMMARY

The text is a translation of themamoires of sr. sgt M. V. Kabachinskiy – a veteran of the GPW. He shortly describes his pre-war service, short service in 1941, then his time in concentration camp and later participation in the late war years. Addedisalso an award recommandation for a medal “For Bravery” to Kabachinskiy for actions in Lusitia.

Wspomnienia Zinkowian-uczestników wojny, cz.I Podpułkownik Kusznirczuk

Wieś Zińkow (ukr. Zińkiw, Pol. Zinków) leży na terenach obecnej Ukrainy, w obwodzie Chmielnickim, w Rajonie Wińkowieckim i należy do najstarszych znanych osad na Podolu – pierwsza wzmianka o wsi pochodzi z 1404r., kiedy to król Włądysław Jagiełło nadał ją Piotrowi z rodu Szafrańców. Prawa miejskie otrzymał w 1458, już z inicjatywy nowych właścicieli – Odrowążów za zgodą króla Kazimierza Jagiellończyka. Miasto spustoszone zostało podczas powstania Chmielnickiego, było też jedną z twierdz konfederatów barskich. Po drugim rozbiorze Polski znalazł się w granicach Imperium Rosyjskiego. Prawa miejskie utracił prawdopodobnie pod koniec XIXw. W 1989r., tj. w czasie który nas interesuje, wieś zamieszkiwało 3399 osób, czyli niespełna połowa liczby ludności z początku XXw. – największe spustoszenie wywołała tu wojna (wymordowano m. in. ok. 2000 Zinkowskich Żydów) i stalinowskie wywózki. Ocenia się również, że „swój kamyczek” do wyludnienia miejscowości dorzuciła  kampania kolektywizacyjna (powołano wówczas w Zinkowie Kołchoz „Progres”).


Zbiór wspomnień Zinkowian-uczestników wojny – okładka 

Dobrych kilka lat temu trafił w moje ręce wydany w oszałamiającej liczbie trzech egzemplarzy zbiór wspomnień mieszkańców Zinkowa – uczestników wojny, zebrany w latach 1987-1990 staraniami uczniów zinkowskich szkół pod nadzorem „kolegium redakcyjnego” składającego się z trojga weteranów. O ile większość zgromadzonych wspomnień nie wychodzi poza ramy szablonu „Urodziłem się… Przed wojną pracowałem Kołchozie…, Zmobilizowany zostałem… Służyłem w… Wyzwalałem miasta… Odznaczony zostałem… Na zakończenie chcę złożyć podziękowania naszej Partii za…”, o tyle niektóre niosą w sobie garść interesujących informacji, niektóre też zawierają pewną dozę krytycyzmu pod adresem władz ZSRR, bądź ówczesnych, bądź tych z okresu przedwojennego. Może sprawił to towarzyszący pierestrojce „powiew wolności”, a może po prostu niektórzy weterani, mający wówczas po około 70 lat (a zatem zbliżający się do ówczesnej statystycznej granicy długości życia), uznali, że mogą sobie pozwolić na więcej szczerości. Wspomnienia w większości spisane były w języku ukraińskim, w tym też języku napisano wstęp i posłowie, kilka relacji zostało jednak przez autorów spisanych po rosyjsku – w większości dotyczy to weteranów mieszkających w tym czasie poza Zińkowem – być może związane to jest z nieznajomością języka Ukraińskiego przez tychże. Ciekawostką są także typowo polskie nazwiska niektórych weteranów – jak Krakowski, Kabaczyński, czy Mazur. Chociaż żaden z nich nie zadeklarował narodowości Polskiej, trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym przez wieki związanym z Polską regionie pozostały ślady Polskości. Być może wielu mieszkańców czuło się Ukraińcami, innym wpisano narodowość ukraińską, bo deklarowali się jako „miejscowi”, dla innych zaś była to strategia pozwalająca uniknąć represji w poszczególnych okresach władzy radzieckiej. Pamiętać też jednak należy, że sprawa przynależności narodowej zawsze jest wieloznaczną na terenach pogranicza.

W miarę możliwości postaram się zamieścić kilka wybranych, moim zdaniem interesujących dla polskiego czytelnika, wspomnień w tłumaczeniu na język polski.

W tej części prezentuję wspomnienia ppłk. Grigorija Trofimowicza Kusznirczuka urodzonego w kwietniu 1918r. Warto zwrócić uwagę na informacje o łączności radiowej w Armii Czerwonej (a raczej jej niewielkiemu rozpowszechnieniu) czy szerzej – o niedostatkach Armii Czerwonej (przypominam –tekst pisany jeszcze w czasach istnienia Związku Radzieckiego) oraz o postrzeganiu w ZSRR trwającej od  1939r. Drugiej wojny światowej (kłóci się to trochę z – będącym efektem nieporozumienia – mitem o tym, że w ZSRR uznaje się ową wojnę za konflikt toczony w latach 1941-1945). Wrażenie wywierają też – choć krótkie – opisy życia jednostki tyłowej w oblężonym Leningradzie. Wspomnienia swoje spisał po Rosyjsku, są one także jednymi z dłuższych zamieszczonych w zbiorze.


Zdjęcie podpułkownika Kusznirczuka pochodzące ze zbioru wspomnień, prawdopodobnie wykonane w latach 80. Wśród odznaczeń widać 2 ordery Czerwonej Gwiazdy (jeden prawd. za wysługę 15 lat), medal Za zasługi bojowe (10 lat), za obronę Leningradu. Dziwi brak baretki medalu za 20lat służby oraz medali rocznicowych. 

„Moją ojczystą krainą – wieś Zińkow. W tych odległych latach dwudziestych wieś zlewała się w jedno miasteczkiem, przedłużając i uzupełniając się wzajemnie. Siedmioletnia szkoła, którą ukończyłem w 1933r., znajdowała się na umownej granicy między wsią a miasteczkiem, razem z pięknym ogrodem,  wcześniej należącym do miejscowego, nie szczególnie bogatego, ale znającego się na tych sprawach człowieka. Podczas organizacji kołchozu „Progres” wszelkie tereny rolnicze, w tym również ogród przeszły pod władanie nowych gospodarzy. Czasy nie były lekkie, ale ciekawe i u nas, podrostków, wzbudzały nadzieje, różne radosne przeczucia przyszłych sukcesów życiowych. Szkoła, Komsomoł, dobrzy nauczyciele, których wspominam do dziś, zaszczepiali poczucie zaufania, odpowiedzialności i poważnego podejścia do rozwiązywania szkolnych problemów. Szkoła, jak to dziś widzę, dawała <wówczas> niezły poziom wiedzy. Chciało się kontynuować naukę. Świat stał otworem, a drogi i ścieżki prowadziły we wszystkie strony. Tak przynajmniej się wtedy zdawało. Iść dokądkolwiek, byle się nie lenić i być śmiałym. Od najwcześniejszego dzieciństwa lubiłem rysować, ale spełnić swych marzeń o zostaniu artystą z wielu powodów się nie udało.  Jesienią 1933r.zostałem przyjęty do Nowouszyckiego Przemysłowego Technikum Mechanizacji Gospodarki Rolnej. Poczuć się studentem w burzliwym, młodzieńczym życiu było przyjemnie i ciekawie. Ale douczyć się udało tylko do połowy zimy: był czas głodu, studentów prawie przestano karmić. Skromne stypendium na samo tylko jedzenie można było stracić w kilka dni. Pomocy z domu również nie należało oczekiwać. Zabrawszy dokumenty, wróciłem do domu, gdzie również nie było zbyt wesoło, ale ratował ogródek i ręce chętne do pracy w tej materii. Ojciec, Trofim Iosifowicz, inwalida pierwszej wojny światowej i wojny domowej, umarł w 1929r.

Do sierpnia 1934r. pracowałem w kołchozie, a potem, ze szkolnymi  przyjaciółmi Kolą Maksimczukiem i Borią Gurnym <Górnym> wyjechałem do Kijowa. Gurny już uczył się na FZU <Szkoła Fabryczno-Zakłądowego Uniwersytetu – w ZSRR od 1922 do 1940r. szkoła zawodowo-techniczna niższego poziomu> Łączności, a my z Kolą złożyliśmy dokumenty w technikum artystycznym. Ale tu się nam nie powiodło: technikum nie miało internatu, nie było gdzie mieszkać i my, nie przystąpiwszy do egzaminów, zabraliśmy dokumenty i zapisaliśmy się do FZU łączności. Tam był wielki internat i wysokie stypendia. Koli specjalność  łącznościowca nie przypadła do gustu i wkrótce wyjechał do Zińkowa, a ja, oczarowany wielkim miastem, jego kulturą i historycznymi pomnikami, zostałem nie bacząc na nic. W Kijowie funkcjonował system kartkowy i można było jako tako wyżyć. Ukończywszy FZU, zostałem skierowany na stanowisko montera do kijewskiej ATS <Automatyczna Centrala Telefoniczna>. Jesienią 1935r. zapisałem się na wieczorowy oddział Przemysłowego Fakultetu Robotniczego przy Kijowskim Instytucie Przemysłowym. Pracowałem i uczyłem się do 1938r. Na pół roku przed ukończeniem fakultetu, otrzymałem wezwanie z RWK <WKU> i zabrawszy swój skromny dobytek, wyjechałem służyć w Armii Czerwonej. Ze służbą mi się powiodło: zostałem skierowany do samodzielnego szkolnego batalionu łączności, jedynego w Związku Radzieckim przygotowującego specjalistów do remontu radioaparatury, majstrów telefonicznych i elektromechaników. Batalion zajmował dawne Koszary Pawłowskie na pięknym przedmieściu Leningradu – Gatczynie.

Po upływie roku, jako jeden z najlepszych kursantów zostałem skierowany na kursy wojskowych techników łączności i w grudniu 1939r. nadano mi pierwszy stopień techniczny „młodszy technik wojskowy” <młodszy wojen technik, odpowiednik młodszego lejtnanta w jednostkach technicznych>. Do dalszej służby zostałem pozostawiony w tymże batalionie jako instruktor prac montażowych celem szkolenia specjalistów łączności nowych roczników. Zostawiłem za sobą koszary i nawet o tym nie marząc stałem się zawodowym wojskowym.

W trakcie niedługiej kampanii fińskiej <wojny zimowej> wielokrotnie zajmowałem się na bazie batalionu punktem remontu radioaparatury. Wojna trwała krótko, ale była bardzo ciężka. Natarcie naszych wojsk następowało na zawczasu przygotowane rubieże obronne przy bardzo niskich temperaturach: do -40 stopni Celsjusza. Straty były znaczące, zarówno ludziach, jak i w technice. Wielu moich kolegów z kursów przywoziło uszkodzone w ostrzale radiostacje i po remoncie ponownie wykorzystywało je  dla zabezpieczenia wojsk.

Wojna pokazała znaczne niedostatki w przygotowaniu wojsk: dowodzenia, współdziałania i wyposażenia wojsk. Regulaminy i instrukcje nie odpowiadały wymogom prowadzenia wojny. W batalionie rozpoczęła się przebudowa programu szkolenia  specjalistów. Sytuacja międzynarodowa była skomplikowane i, patrząc dzisiejszej perspektywy – nieprzewidywalna. Prawie cały 1940 rok i do wiosny 1941 przebywałem w dowództwach wojsk.  Rozkazem naczelnika wojsk łączności Lenwo (Leningradzki Okręg Wojskowy) powołano niewielkie grupy specjalistów dla stałej kontroli i remontu radioaparatury w wojskach <okręgu>. Skalowanie i dostosowywanie parametrów do norm warunków technicznych tysięcy radiostacji od batalionu strzeleckiego <piechoty> aż po korpusy czy armie w tym czasie była zadaniem niełatwym i bardzo odpowiedzialnym: trwały przygotowania do wojny. Chociaż druga wojna światowa w Europie zaczęła się już inwazją Niemiec  na Polskę 1 września 1939r., gdzie wiało grozą, ale będąc młodymi, bezpiecznymi i niedoinformowanymi nie czuliśmy tego. Pracowaliśmy ciężko, ale nie patrząc na to jako na przygotowania do czegokolwiek, a w celu wykonania rozkazu w wyznaczonym czasie.

Starszy Brat Fiodor służył na Zachodniej Ukrainie po przekroczeniu przez nasze wojska granicy z Polską i przyłączenia przez ZSRR terenów Zachodniej Białorusi i Ukrainy. Pisał dobre, patriotyczne listy. Z powodu licznych odczuć nie mogę powiedzieć, że wojna zaczęła się niespodziewanie. W wojskach od pół roku już wyczuwało się jakieś ukryte napięcie, stan wewnętrznego alarmu, ale zewnętrzna informacja polityczna była krańcowo uspokajająca, wpajała bezpieczeństwo <poczucie bezpieczeństwa> i jednocześnie niezrozumienie rozwijającej się sytuacji. Od pierwszych godzin wojny Leningrad i wojska rozlokowane wokół miasta zostały ściągnięte z zimowych kwater letnich obozów i zajęły silne pozycje obronne. W garnizonie  Gatczyńskim pozostał tylko nasz batalion szkolny pełniący służbę wartowniczą i patrolową. Bombardowania miasta i szczególnie lotniska zaczęły się po kilku dniach: płonęły magazyny paliwa, hangary, budynki techniczne. Zuchwałe Focke-Wulfy latały stale nisko i próbowaliśmy prowadzić ogień z broni osobistej. Innej broni nie mieliśmy na stanie. Na początku lipca batalion zajął pozycje obronne na północ od Gatczyny zabezpieczył szosę leningradzką, ale okazało się, że przeciwnik wysadził w nocy desant i zaczął obejście z prawej. Dostaliśmy rozkaz nocą skrycie przemieścić się bliżej Leningradu i zająć pozycje obronne na południowych zboczach Wzgórz Pulkowskich. Znane na cały świat obserwatorium znalazło się dosłownie za naszymi plecami. Do października broniliśmy szosy, ale poza bombardowaniami i ostrzałem artyleryjskim nie doświadczyliśmy niczego. Byliśmy w drugim rzucie. Przed nami były pierwszoliniowe jednostki piechoty. Prócz karabinów starego wzoru i odrobiny nabojów nie mieliśmy nic. W październiku, w dzień upadku Kijowa, batalion został przemieszczony do Leningradu w rejon hipodromu, otrzymawszy rozkaz jak najszybciej przystąpić do zajęć  <szkoleniowych>. Obecność w pobliżu Dworca Witebskiego i innych obiektów wojskowych ściągała na nas przeciwnika: bombardowania i ostrzał artyleryjski nie ustawały ni w dzień ni w nocy. Choć liczne naloty z powietrza były powstrzymywane przez działka przeciwlotnicze, nie zawsze się to udawało i samoloty, które przedarły się przez obronę przeciwlotniczą zrzucały ciężkie bomby fugasowe i liczne sotnie „zapalniczek” <bomb zapalających>. I dniem i nocą wybuchały pożary. Oprócz <prowadzenia> zajęć dosłownie pod ogniem, nocą patrolowaliśmy ulice, wyłapywaliśmy rakietczików <ludzi dających sygnały rakietnicami?> i ochranialiśmy szczególnie ważne obiekty. Zajęcia prowadziliśmy po 12 godzin dziennie, bez dni wolnych. Roczny program „ściskaliśmy” do trzech miesięcy. Zaczęło się ostre zmniejszanie norm żywieniowych. Wprowadzono system kartkowy z dzienną racją 300 gram chleba /w połowie wymieszanego z celulozą i jakimiś innymi śmieciami/, kilkudziesięciu gram kaszy i dziesięciu gram tłuszczów niewiadomego pochodzenia. Zaczęła się dystrofia i masowa śmiertelność, nie tylko pozostałych w mieście cywilów, ale i żołnierzy batalionu. Prosiliśmy o przeniesienie na front, tam racje były nieco większe niż na tyłach, <a> nikt nie chciał umierać głupią śmiercią głodową, ale rozkaz był bezwzględny: uczyć! Szczególnie trudno było w grudniu: wody brak, energii elektrycznej brak, ogrzewania brak, na ulicach leżą i siedzą trupy ludzi, których się nie usuwa. Na opał, a zwłaszcza do żołnierskiej kuchni spalono wszystkie płoty, meble, konstrukcje drewniane. Połowa batalionu nie wstaje, koszarach smród… Brakuje sił, <ogarnia> zobojętnienie, nic już nie wzbudza zainteresowania. Siedzący na zajęciach mają przyćmiony, martwy wzrok. Zachodziła swego rodzaju selekcja: najsłabsi umierali jako pierwsi, szczególnie ci o słabej woli, nie znający pracy fizycznej, nie zahartowani w dzieciństwie i młodości. W kwietniu 1942r. batalion został rozformowany, wielu otrzymało przydziały do rejonów umocnionych, a ja do szkoły specjalistów łączności radiowej, utworzonej specjalnie na rozkaz Stalina. Na frontach brakowało radiooperatorów, dowództwo wojsk potrzebowało niezawodnej łączności radiowej. Życie w „kamiennym worku” stało się nieco lżejsze: poprawiło się zaopatrzenia po „drodze życia”  <linia zaopatrzenia przez jezioro Ładoga>, każdą wolną przestrzeń zagospodarowano na grządki. Teraz głównym przeciwnikiem był szkorbut. Ratowały napary ze szpilek drzew iglastych, pokrzywy, pierwsze pędy szczawiu i cebula. A zajęcia trwały z poprzednią intensywnością, nawet we śnie. W styczniu 1943r. zostałem skierowany do 46 dywizji strzeleckiej, ale z chwilą przerwania blokady i szerokiego natarcia naszych wojsk, zostałem ponownie odwołany do szkoły radiospecjalistów. Ofensywne działania naszych wojsk na wszystkich frontach wymagały wciąż więcej i więcej łącznościowców.

Po zakończeniu wojny ukończyłem Wyższą Szkołę Oficerską w Leningradzie i zostałem skierowany do Leningradzkiej Szkoły Wojskowej Łączności, a potem służyłem w Akademii Łączności jako zastępca dowódcy pułku do spraw technicznych i w 1966r. zostałem zwolniony do rezerwy w stopniu podpułkownika.

Po przejściu do rezerwy pracowałem w instytucie projektowym i międzynarodowym węźle komunikacyjnym do 1986 r. W KPZR od 1942r. Byłem odznaczony orderami i medalami.

Obecnie mieszkam w Leningradzie, jak prawie wszyscy staruszkowie męczę się z różnymi chorobami, ale jak zawsze, z charakteru jestem optymistą i mam nadzieję na lepsze. Nasi ludzie zasługują na lepsze życie, zasłużyli na nie nie tylko dlatego, że pokonali najtrudniejszego i najsilniejszego wroga, ale dlatego, że wbrew wszystkim nieszczęściom i trudnościom, przy przeciwnościach losu, niedostatkach i poniesionym ofiarom zachowali czystość duszy, wolę i zadziwiającą miłość do swego kraju.

Spoglądając na przeszłość i czas przeżyty, można powiedzieć, że Wielka Wojna Ojczyźniana dla każdego układała się inaczej. Jednych mocno dotknęła, innym przyszło złożyć głowę w ofiarnym boju, niektórzy swoją pracą zabezpieczali sukces walki, swoją wiedzą pomogli tam, gdzie zostali wysłani przez dowództwo. Do tej kategorii należą również łącznościowcy. Nie uczestnicząc bezpośrednio w boju, łącznościowcy zabezpieczali dowodzenie wojskami, co ostatecznie wpływało na przebieg operacji. Wojna to przede wszystkim praca z niczym nie porównywalna i nie do powtórzenia nigdy więcej. Dla mnie, prostego wiejskiego chłopaka z nikomu nieznanego Zinkowa, niemającego ani „pleców” ani znajomości, losy potoczyły się szczęśliwie. Z trudem, ale przeżyłem blokadę Leningradu, gdzie ludzkie życie mogło zakończyć się w mękach głodowego półzapomnienia i pod ruinami budynków, przez prawie trzy lata wystawionych na bombardowania i ostrzały artyleryjskie. Była bardzo ciężka praca, było poczucie odpowiedzialności, dążenie, by jak najwięcej wiedzieć i jak najwięcej uczynić własnymi rękami, w końcu pokochać tą sprawę, której poświęciło się swoje życie, nawet jeśli nie odpowiadało twoim marzeniom, zawsze pomagało wżyciu, pomagało w najtrudniejszym czasie, w ekstremalnych momentach wojny.

Wyczerpani do granic możliwości pięć ostatnich dób kończącego się roku 1941, pozostając bez jakichkolwiek produktów żywnościowych, bez światła i ogrzewania, pod ostrzałem i bombami. Nie przerywaliśmy wykonywania postawionych zadań. W aktywności, w pracy umysłu i serca tliło się życie. Zaprzestanie pracy prowadziło do apatii, utraty nadziei, rozpaczy i nieuniknionego końca.

Czterdzieści pięć lat upłynęło od czasu zakończenia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Trudno żyło się naszemu ludowi przed nią, trudno po niej, niemniej trudno żyje się obecnie, pod koniec dwudziestego wieku. Obroniliśmy nasz kraj przed wrogiem zewnętrznym, ale nie przeanalizowaliśmy, nie zrozumieliśmy całej złożoności sytuacji wewnątrz kraju. Przez dziesięciolecia piętrzyliśmy problemy. Struktury partyjno-administracyjne przejąwszy pełnię władzy, lekko i władczo odnosiły się do ich rozwiązywania. Wczorajsi frontowcy, inwalidzi, którzy utracili zdrowie i zdolność do pracy, wdowy i sieroty zostali zapomniani, niekiedy żyją w skrajnej nędzy. System biurokratyczny, przyznawszy sobie prawo do wszystkich zdobyczy cywilizacji, utworzywszy niebywały aparat represji, w tym także Siły Zbrojne, wykorzystuje je do wskazywania narodowi kierunku. To zjawisko nie jest niczym nowym dla państwa totalitarnego i nie może nie wywoływać oburzenia wśród ludzi, którzy uwolnili się od bałamutnych propagandowych fajerwerków. Teraz już są inne czasy i inni ludzie. Morale w narodzie i w armii upada. Jest to nieszczęście, które wymaga podjęcia radykalnych działań, jeżeli mamy żyć w cywilizowanym społeczeństwie i pozostać wielkim państwem.”

Jako uzupełnienie, przytaczam poniżej jeszcze wniosek odznaczeniowy z czerwca 1944r. (tj. z czasów służby w Szkole Łączności) na Order Czerwonej Gwiazdy dla autora wspomnień, oraz zdjęcie pochodzące ze zbioru, prawdopodobnie pochodzące z lat 80.:

„Starszy Lejtnant <porucznik> t.<owarzysz> Kusznirczuk G. T. pracuje na stanowisku dowódcy kompanii od września 1942r. W czasie swojej pracy dał się poznać jako oficer zdyscyplinowany, pracowity, zdolny i pełen inicjatywy. Dobrze kieruje procesem przygotowania bojowo-naukowego. Posługuje się dobrą metodyką podczas prowadzenia zajęć, swoją wiedzę przekazuje podkomendnym w sposób wzbudzający zaufanie i zrozumiały. Dobrze organizował praktyczne nauczanie kursantów w warsztatach frontowych i na bazie mie oraz w warsztatach szkoły, w rezultacie czego opuszczający kompanię pod jego kierownictwem majstrzy radiowi i elektromechanicy, kierowani do jednostek frontu, pracują niezawodnie i umiejętnie.”

Tłumaczenie, wstęp i uwagi: Kamil Szustak

SUMMARY

The above text is the first of the series of translations of the memoires of the veterans of the Great Patriotic War, who werenative to the village of Zinkov in Khmelnitsky Oblast, Ukraine. The texts, written in late 1980’s and early 1990’s are of differen quality, thus in this series only those found “more interesting” are translated and published. This part contains the text written by lt. col. Grigoriy Trofimovich Kushnirchuk – a radiotechnical specialist, during the war, instructor of the only radiospecialist school in the Red Army in Gatchina, and later – Leningrad. The memoires are valuable also because of original and critical opinions expressed by the author.