II Marsz Zaślubin Dziwnów – Kołobrzeg

W dniach 15 – 16 marca 2014 r. wzięliśmy udział w II Marszu Zaślubin. Trasa dwudniowego marszu wiodła z Dziwnowa do Kołobrzegu. 
Statystyka jest prosta – kilometry, godziny, tysiące kroków. Niby nic wielkiego, po prostu dłuższy spacer, wycieczka. Dla mnie jednak pozostaną w pamięci obrazy, wrażenia i wspomnienia. Huraganowy wiatr, który prawie przewracał nas na wysokim klifie za ruinami kościoła w Trzęsaczu. Bula maszerujący boso z saperkami przewieszonymi na sznurku przez szyję i sensacja wśród innych uczestników, jaką tym wzbudził. Spojrzenia dziewczyn z klas mundurowych, kiedy na mecie pierwszego dnia zdjąłem buty i przewijałem zakrwawione skarpety. Smak kiełbaski, którą poczęstowano nas w muzeum rybołówstwa w Niechorzu. Woda kapiąca z daszków czapek na uroczystościach w Mrzeżynie. Marsz pustą plażą do Dźwirzyna i siekący policzki piasek, podrywany wiatrem. Wściekłość, kiedy minęliśmy Rogowo i musieliśmy wracać się prawie 4 kilometry. Ostatnie kilometry przed Kołobrzegiem i piosenki, które pomagały przestawiać nogi. Zwiedzanie muzeum w ekspresowym tempie, bo przyszliśmy dawno uroczystym zakończeniu. Wreszcie zafundowany przez muzeum hotel, białą pościel i wieczorne grupowe leczenie zmasakrowanych stóp. Pamiątkowe odznaki, które wszyscy oglądaliśmy z szacunkiem, jakby to były medale.
Marsz Zaślubin to znakomita impreza, warta polecenia wszystkim rekonstruktorom. Okazja do sprawdzenia swojej kondycji i wyposażenia połączona z odwiedzeniem historycznych miejsc. Do tego – przynajmniej dla mnie – hołd złożony wszystkim, którzy walczyli i ginęli w marcu 1945 roku na tych ziemiach.

Autor: Marcin Morawski

II Festiwal Zabytków Techniki w Jaworzynie Śląskiej

Tegoroczny Festiwal Zabytków Techniki w Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa na Śląsku zbiegł się z uruchomieniem nowej atrakcji – trasy parowozowej.

Zwiedzający mogą przejechać w otwartym wagonie, ciągniętym przez zabytkową lokomotywę (do czasu ukończenia remontu parowozu jest to manewrowa lokomotywa spalinowa) trasę wiodącą przez teren muzeum i odwiedzić w ten sposób wszystkie najważniejsze miejsca parowozowni.

Nasza grupa wystawiła dioramę, której tematem był rok 1945 na Dolnym Śląsku. Zaprezentowaliśmy niewielki pododdział Wojska Polskiego, który otrzymał zadanie dozorowania przejętego obiektu kolejowego. Weterani odpoczywali po trudach wojny, wystawiając jednocześnie posterunki ochronne.

Diorama cieszyła się sporym zainteresowaniem zwiedzających, którzy najpierw widzieli ją z okien wagonu, a później mogli podejść i zobaczyć wszystkie szczegóły z bliska.

Zapraszamy do obejrzenia relacji z wydarzenia w lokalnej telewizji:

Autor: Marcin Morawski

Bieg GF Point rekonstrukcyjnie 2014

20 kilometrów marszobiegu. W pełni rekonstrukcyjny standard umundurowania i wyposażenia. Ponad 10 kg w workoplecaku, 3 kg oporządzenia i PPSz na ramieniu. Busola Adrianowa do nawigacji, cukier w kostkach zagryzany brudnym śniegiem. Ból przy każdym kroku. Podziemia Gór Sowich, ciekawe zadania, świetna organizacja. Satysfakcja na mecie. Oto moje wrażenia z „GF Point 2014”, który w tym roku przeszedłem rekonstrukcyjnie.

Impreza o nazwie GF POINT określana jest przez samych organizatorów jako „airsoftowy bieg na orientację”, ale tak naprawdę – zgodnie z tradycyjną polską nomenklaturą wojskową – jest to po prostu bieg patrolowy.

Uczestnicy muszą pokonać określoną trasę, odnajdując po drodze punkty kontrolne i wykonując w tych punktach różnego rodzaju zadania. Zwycięża ten, kto dotrze do wszystkich punktów i osiągnie najlepszy czas – wliczając w to także karne minuty za ewentualne niewykonanie zadań dodatkowych.

Do tego regulamin określa wymagane minimalne wyposażenie uczestników, w niektórych kategoriach wskazując również jego wagę.

Od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem spróbowania swoich sił w tej rywalizacji w formule rekonstrukcyjnej. Przecież biegi patrolowe były znane od bardzo dawna, w takiej formie rozgrywano także różne zawody jednostek wojskowych. Korciło mnie, aby sprawdzić, jaki będzie wynik rywalizacji z zawodnikami korzystającymi ze sprzętu współczesnego, czy w ogóle będzie to możliwe, czy zawody uda się ukończyć w przewidzianym limicie czasowym ?

Wybrałem kategorię „Nawigator” – tutaj każdy z uczestników otrzymuje rejestrator GPS zapisujący przebieg jego marszu. Wygrywa ten zawodnik, który zaliczy wszystkie punkty kontrolne po najkrótszej trasie (inaczej mówiąc pójdzie jak po sznurku). Oczywiście do tego doliczone zostaną wszelkie karne metry za nie zaliczenie zadań dodatkowych. Od startujących w tej kategorii wymaga się także posiadania plecaka o masie przekraczającej 10 kg, oporządzenia o masie większej niż 2 kg (oba te elementy bez wliczania wagi wody i pożywienia) oraz repliki broni palnej o masie ponad 2,5 kg. Do tego każdy musi być umundurowany w mundur wojskowy (dowolny), z nakryciem głowy i butami wojskowymi. Bieg odbywa się ze startu wspólnego, a warunkiem klasyfikowania jest dotarcie na metę przed upływem wyznaczonego limitu czasu.

Całość mojego ekwipunku była zgodna ze standardami rekonstrukcyjnymi. Współczesny był tylko telefon komórkowy (wymagany regulaminem), karta zawodnika na smyczy oraz tracker GPS, który rejestrował moją trasę. Workoplecak został dociążony woreczkami z solą, oporządzenie składało się z pasa głównego, ładownicy na bębnowy magazynek PPSz oraz trzykomorowej ładownicy na granaty, z dwoma granatami w środku. Do tego na pasie zamocowana była także łopatka piechoty w pokrowcu. W torbie maski przeciwgazowej przenosiłem mapę, drewnianą linijkę i stolarski ołówek oraz elektryczną latarkę Daimon. Tam też była radziecka manierka (aby nie odpinać jej za każdym razem z pasa) i racja żywnościowa. W tym zakresie oparłem się na instrukcji „Rozpoznanie w górach” z 1950 r. (opartej na jeszcze wojennej instrukcji radzieckiej) – w manierce była mocna, lekko osłodzona herbata, a w niewielkim woreczku cukier w kostkach. Do tego miałem kilka kawałków zdobycznej „Scho-ka-koli” w blaszanym pudełeczku. Jako mundur – letnie radzieckie kalesony i koszula, komplet z szarozielonego drelichu, szewiotowa rogatywka, watowana radziecka kurtka i wełniana szalokomiarka. Na nogach ukraińskie skarpety z czystej wełny, podkute polskie trzewiki i sukienne owijki. Po kieszeniach drobiazgi, jak to zwykle – zegarek Mołnia, nożyk sierpak, zapalniczka benzynowa… Wziąłem także przedwojenne, bambusowe kije narciarskie. Element wyposażenia w pełni koszerny – wspomniana wyżej instrukcja zaleca stosowanie podczas marszu w górach „czekana, kija alpejskiego lub kijów narciarskich”.

Przyjechałem do Walimia już w piątek wieczorem, chcąc zarejestrować się bez kolejek i uniknąć nerwowego pośpiechu przed startem. Organizatorzy zapewnili nocleg na sali sportowej, tymczasem załatwiam wszystkie formalności – odbieram pakiet startowy, mój ekwipunek jest ważony, podpisuję oświadczenie o stanie zdrowia. Spotykam wielu znajomych, wieczór szybko mija na rozmowach. Spanie mam rekonstrukcyjne – nakryty płaszczem i z mieszokiem pod głową. Już po piątej rano na sali zaczyna się ruch, wstają ludzie z obsługi biegu. Wkrótce zbierają się także uczestnicy, wszyscy szykują się do startu. Standardowe rekonstrukcyjne śniadanko – żytni komiśniak, wędzonka i cebula, potem kubeczek zimnej herbaty i zaczynam obwieszać się ekwipunkiem.

Na kilka minut przed startem otrzymujemy mapy w skali 1:25000 z zaznaczonymi punktami kontrolnymi. Szybko podejmuję decyzję co do kolejności ich zaliczania i przebiegu trasy. Decyduję się zacząć od punktu położonego przy kompleksie podziemnym „Włodarz”. Marsz idzie sprawnie, na przełaj łąkami i zagajnikami, ze wszystkich stron widzę innych startujących. Okazuje się, że punkt obejmuje kilka podpunktów położonych w najbliższej okolicy. Zaczynam od podziemi, wrażenia są znakomite – samotny bieg po korytarzach Riese z latarką, co chwila spotykam postacie w niemieckich mundurach. W korytarzach Włodarza czekał nas test wiedzy historycznej o projekcie Riese (wcale nie taki łatwy) i dynamiczna strzelnica. Strzelało się do podświetlonych celów w ciemnych korytarzach. Niestety, ochronne okulary które dostałem od obsługi zaparowały natychmiast i beznadziejnie, dlatego nie udało się osiągnąć wyniku. Po wyjściu na powierzchnię przechodzę do kolejnego punktu – tu można zjechać na linie desantowej. Kolejka chętnych spora, zanim ubiorą uprzęże, wyjdą na górę i zjadą minie wiele minut. Decyduję, że nie opłaca się czekać, podbijam kartę i idę dalej, rezygnując z możliwego do zdobycia bonusu. Następny punkt polega na wyciąganiu 15-kilogramowego betonowego bloczka zawieszonego na linie w głębokim szybie. Tutaj też kolejka, ale idzie to szybko i sprawnie. Jeszcze jeden punkt kontrolny – tym razem bez zadania – i można wracać do punktu głównego, gdzie obsługa zalicza mi punkt numer 1.

Do następnego punktu idę na azymut, przedzierając się stromym stokiem pod górę. Niestety, zaczynają boleć stopy – z przodu, z tyłu i od spodu. Przekraczam jakieś podmokłe źródlisko, nogi zapadają się ponad kostkę, w trzewikach czuję zimną wilgoć. Chwila ulgi, ale wiem, że niedługa – teraz do otarć dojdą odparzenia. Wreszcie wychodzę na leśną drogę trawersującą zbocze, którą spodziewam się dotrzeć do punktu. Mam poważny kryzys, przede wszystkim psychiczny – skoro każdy krok sprawia ból już teraz, co będzie na następnych 15 kilometrach? Kuśtykam z takimi niewesołymi myślami, w końcu docieram do kolejnego punktu, gdzie czeka mnie test sprawnościowy – kilka prostych ćwiczeń fizycznych, niezbyt trudnych, służących raczej dodatkowemu zmęczeniu zawodników. Po zaliczeniu zadania siadam na chwilę, zdejmuję trzewiki, wytrzepuję błoto i dokładnie układam stopy w butach. Poprawiam też owijki. Boli mniej, ale nadal czuję każdy krok, o biegu z prawdziwego zdarzenia mogę zapomnieć. Ruszam dalej, trasa prowadzi teraz od szczytu wzniesienia do kolejnego szczytu, na odcinkach płaskich i z górki udaje mi się nawet jakoś koślawo truchtać. Po drodze nażarłem się cukru, chce się pić ale herbaty w manierce zostało kilka łyków. Znajduję jakiś płat brudnego śniegu i zagryzam kilka garści chrzęszczących zimnych kryształków. Po drodze kolejne dwa punkty kontrolne – na jednym ważenie plecaków, na drugim tylko podbicie karty. Teraz trasa wiedzie stromo w dół a potem kawałek asfaltem do podziemnego kompleksu „Rzeczka”. Tam też tylko podbijają kartę, ruszam dalej w kierunku boiska sportowego w Walimiu, gdzie znajduje się kolejny punkt – strzelnica. Po strzelaniu zaczynam mozolnie wdrapywać się do następnego punktu. Podejście jest naprawdę ciężkie, stok jest stromy, miejscami oblodzony. Bolą stopy i ramiona, w które wrzynają się pasy workoplecaka. Przed oczami zaczynają latać ciemne plamki – od śniadania o szóstej rano zjadłem ledwie garść cukru i wypiłem około pół litra herbaty, nie licząc tych kilku garści śniegu. Kiedy docieram do kolejnego punktu mam już szczerze dość – muszę chwilę odpocząć. Niestety, jak na złość, w punkcie nie ma kolejki i przystępuję do zadania z marszu. Tym razem rozpoznaje się tablice ze zdjęciami różnych elementów broni oraz replik asg. To, co ma odpowiednik w broni ostrej rozpoznaję, o części przedmiotów nie mam zielonego pojęcia. Zjadam kawałek Scho-ka-koli i wypijam ostatnie krople herbaty z manierki, poprawiam owijki i idę dalej. Droga jest płaska, a nawet nieco z górki, próbuję biec, ale wychodzi mi tylko koślawy świński trucht. Udaje mi się tak dotruchtać tak do dwóch kolejnych punktów, na jednym z nim jest test wiedzy ogólnowojskowej. To już prawie koniec, wystarczy tylko dotrzeć do mety ! Schodzę ostro w dół i docieram do szosy wyłożonej drobną granitową kostką. Tędy najkrócej, ale trucht po twardym to katorga – czuję chyba każdy z ćwieków podeszwy buta. Wiem jednak, że zdążę w limicie czasu, choćbym miał ściągnąć buty i zasuwać ten ostatni kilometr boso. Wreszcie Walim, jeszcze chwila i docieram na metę. Tutaj ważą mój ekwipunek i odbierają trackera GPS. Koniec…

Zaliczyłem wszystkie punkty kontrolne i zmieściłem się w limicie czasu. Na wyniku zaważyły w głównej mierze buty, które spowalniały mnie najbardziej – od połowy trasy starałem się raczej zdążyć przed zamknięciem trasy, a nie walczyć o jak najkrótszy dystans. Tym niemniej zadanie jest możliwe do wykonania.

Polecam przyszłoroczny GF Point rekonstruktorom, którzy chcieliby sprawdzić siebie i swój ekwipunek w naprawdę ciężkiej próbie terenowej, w rywalizacji ze sprawnymi zawodnikami używającymi wyposażenia współczesnego. Naprawdę warto !

Kilka zdjęć dzięki uprzejmości Dawida Śledzińskiego z obsługi punktu kontrolnego w Rzeczce.

Autor: Marcin Morawski


Akta osobowe oficera Armii Radzieckiej

W poprzednim artykule dotyczącym akt osobowych podoficera WP wspomniałem o rubrykach zapożyczonych z radzieckich akt osobowych. W niniejszym artykule czytelnik będzie miał możliwość zobaczyć radzieckie akta osobowe i porównać je ze wzorem stosowanym w Polsce. Chociaż podobieństw jest więcej niż tylko obecność danych o pobycie za granicą, nie należy wyciągać wniosków o dokładnym kopiowaniu, gdyż wojskowe akta osobowe w całej Europie wyglądają dość podobnie. Za przykład posłużą tutaj akta z lat 40. i 50., ale wzór praktycznie nie zmienił się do końca istnienia ZSRR. Wszystkie wykorzystane przykłady to akta osobowe oficerów Armii Radzieckiej. Akta oficerów formacji podległych innym resortom niż obrony wyglądają –wedle mojej wiedzy – podobnie. Należy też pamiętać, że w radzieckich Siłach zbrojnych teczki zakładano wyłącznie oficerom i – prawdopodobnie – podoficerom służby nadterminowej. W chwili obecnej dostęp do akt osobowych przechowywanych w CA MO jest utrudniony – tj. wgląd do nich możliwy jest tylko na standardowych zasadach udostępniania.

Również ten artykuł adresowany jest głównie do osób zainteresowanych badaniami w archiwach poradzieckich.

Pierwszą sprawą jest okładka. Większość teczek z lat 50. i późniejszych posiada zwykłą kartonową okładkę – najczęściej w bladoniebieskim kolorze, starsze teczki jednak są często powleczone tkaniną lub imitacją skóry i mają rozmaite kolory – zielony, bladoniebieski a nawet czarny. Wydaje się jednak, że kolor okładki nie ma żadnego specjalnego znaczenia. Nagórze okładki znajdziemy nazwę resortu – czyli będzie to „Ministerstwo Obrony Związku SRR” lub w starszej wersji – „Ludowy Komisariat Obrony ZSRR”. Poniżej znajduje się gwiazda z sierpem i młotem oraz tytuł „Akta osobowe” i trzy rubryki: stopień, nazwisko oraz imię i otczestwo. Ponieważ stopień mógł się zmienić, rubryki wypełniano zwykle poprzez naklejenie pasków papieru z właściwymi danymi, później jednak często wpisywano dane długopisem.

Teczka jest zszyta i o ile mi wiadomo, był to jedyny praktykowany sposób.

Po wewnętrznej stronie okładki znajduje się kieszonka na zdjęcie. W starszych teczkach ma ona postać ramki, w którą od góry wsuwa się zdjęcie tak, by było widoczne po otwarciu teczki, w późniejszych jest to zwykle kawałek kartki podklejony tak, by tworzyć kopertkę na zdjęcie – by zobaczyć podobiznę oficera, należy ją wyjąć z kieszonki. Zwykle też tutaj znajduje się karta kontrolna. Co ciekawe – zdjęcie wymieniano po każdym awansie, czasem również po zmianie przydziału. Stąd też sporo zdjęć z akt osobowych trafiło na rynek kolekcjonerski.

Pierwszą stronę zajmuje odpowiednik polskiego zeszytu ewidencyjnego – „posłużnoj spisok” stanowiący w zasadzie ankietę personalną zawierającą informacje n/t oficera. Poniżej rubryk na nazwisko, imię i otczestwo znajduje się tabelka wymieniająca awanse na kolejne stopnie oficerskie (stopnie podoficerskie nie są wymieniane, nawet jeżeli oficer uprzednio takie otrzymał). Poniżej tabelki znajduje się informacja o numerze wojskowego dokumentu tożsamości oficera, zaś na dole – miejsce na datę i podstawę sporządzenia.

Strona druga zawiera dość szczegółowe informacje o oficerze – data i miejsce urodzenia, narodowość, język ojczysty, znajomość języków obcych,  klasa społeczna przed wstąpieniem na służbę, zawód, informacje o wykształceniu, posiadane tytuły naukowe, informacje o napisanych pracach, artykułach, posiadanych patentach.

Trzecia strona zawiera  informacje na temat przynależności do komsomołu i partii oraz informacje o rodzinie.

Strona czwarta zawiera listę odznaczeń (zwykle bez podanych numerów). Przy odznaczeniach bojowych nadanych za wysługę lat powinna się znaleźć stosowna adnotacja. W tej rubryce powinny się także znaleźć informacje o odznaczeniach zagranicznych. Na stronie piątej z kolei jest tabelka na wymienienie innych nagród i pochwał, z tym że zwykle wpisywano tu tylko pochwały gdy oficer został wymieniony w rozkazie z imienia i nazwiska, toteż „podziękowań Stalina” za zdobywanie miast itp. zazwyczaj próżno tu szukać.

Strona szósta opisuje w skrócie udział w działaniach wojennych na frontach: a) Wojny Domowej; b)walki z bandytyzmem, konfliktów i innych działań wojennych, c) Wojnie z Finlandią i d) Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej.

Siódma strona zawiera informacje o odniesionych ranach, pracy zawodowej poza armią (teoretycznie przed służbą, ale informacje o pracy po zwolnieniu do rezerwy lub przejściu w stan spoczynku zazwyczaj także tu wpisywano). Na dole strony jest jeszcze rubryka na podanie piastowanych funkcji partyjnych.

Następna strona zawiera jeszcze informacje o ewentualnej przynależności do Gwardii Czerwonej oraz o dacie i okolicznościach wstąpienia do na służbę wojskową, potem zaś znajduje się tabelka zawierająca przebieg służby wojskowej, która ciągnie się aż do strony 13.

Dopiero na stronie 14 znajdujemy rubrykę z „danymi uzupełniającymi”, czyli ogólnie wszelkie „haki” – partyjne (czy był karany, czy miał odchylenia ideologiczne lub czy należał do ugrupowań opozycyjnych lub innych partii), służbowe (czy był za granicą, na terenach okupowanych, w niewoli, czy służył w białej armii lub armiach zagranicznych, czy był karany sądownie itp.) i rodzinne (wszystko co powyżej na temat rodziców i najbliższej rodziny).

Strona piętnasta zawiera informacje o urlopach, ekwiwalentach za niewykorzystany urlop, stażu służbowego (ogólnie, również w stopniach podoficerskich oraz przeniesieniu do innego okręgu wojskowego (poza ostatnią, te rubryki najczęściej pozostawiano niewypełnione).

Ostatnia strona zeszytu ewidencyjnego zawiera informacje o przechodzeniu służby w rezerwie i zawiera miejsce na podpis oficera po sporządzeniu i każdej modyfikacji treści.

Warto dodać, że zeszyt ewidencyjny często był wypełniany odręcznie przez samego oficera w obecności przełożonego, który całość następnie sprawdzał.

Do zeszytu ewidencyjnego powinny zostać dołączone również życiorysy sporządzane cyklicznie przez samego oficera. Później zaś znajduje się okładka następnego rozdziału – materiałów opiniodawczych, której wewnętrzna strona zawiera spis dokumentów załączonych. Znajdziemy tu charakterystyki okresowe, wnioski awansowe a zwykle również wnioski odznaczeniowe na odznaczenia bojowe za wysługę lat (gdzie zwykle wymienia się również służbę stopniach podoficerskich). Podobno zdarzało się, że do teczek trafiały też kopie innych wniosków odznaczeniowych, ale osobiście się z tym nie spotkałem.

Następna część – również zaopatrzona w okładkę ze spisem – mieści materiały uzupełniające – odpisy świadectw ukończenia kursów, opinie lekarskie, wyciagi z rozkazów itp.

Uwaga! Zdjęcia i skany pochodzą z kilku różnych teczek, dlatego też proszę nie dziwić się, że dane się nie zgadzają.

Autor: Kamil Szustak

SUMMARY

This text describes the structure of a Soviet Army officer personnel file with the examples of its contents. The photographs used come from a few different files, so the data does not match. It is worth to notice that some pages show corrections done by hand.

Poszukiwane informacje o żołnierzu 3 Pomorskiej Dywizji Piechoty


Szeregowy Gidal Elbaum w 1945r. 

Wszystko zaczęło się ponad rok temu, w kwietniu 2013r. Wtedy to po natknięciu się na mój artykuł o dokumentach 1 i 2 AWP, skontaktował się ze mną David, mieszkający w USA syn telefonisty z 3 samodzielnej kompanii łączności, szeregowego Gidala Elbauma. Będąc w posiadaniu kilku dokumentów i zdjęć z okresu służby swojego ojca w 1 Armii Wojska Polskiego, chciał się dowiedzieć możliwie jak najwięcej o losach rodzica w okresie przed ostatecznym opuszczeniem przez niego Polski w 1946r. Przez ten czas starałem się pomóc zarówno w zakresie badań (kontakty z Archiwami Państwowymi i CAW, poszukiwania źródeł i literatury) jak interpretacji i tłumaczenia pozyskanego materiału. Niestety, trudno tu mówić o dużych sukcesach – poszukiwania w Centralnym Archiwum Wojskowym nie przyniosły zbyt wielu przydatnych informacji – dość powiedzieć, że w zasobie CAW nie odnalazł się nawet wniosek odznaczeniowy na brązowy medal „Zasłużonym na Polu Chwały”. Co gorsza – mimo długich poszukiwań w antykwariatach i bibliotekach nie udało mi się nawet dotrzeć monografii 3 Dywizji Piechoty, która być może pomogłaby rozwiać pewne wątpliwości.


Charakterystyka sporządzona przez przełożonego w 1946 – w tym przypadku to coś na kształt listu polecającego dla demobilizowanego żołnierza. 


W związku z powyższym, oraz wobec wyczerpania (niemal pełnego) możliwości pozyskania dalszych materiałów archiwalnych, nie pozostaje nic innego jak zwrócić się z poniższym apelem do internautów – zarówno pasjonatów historii 2. wojny światowej jak i krewnych żyjących bądź zmarłych weteranów 3 DP:
Jeżeli dysponujesz jakimikolwiek materiałami przybliżającymi historię 3 samodzielnej kompanii łączności (choćby wspomnianą wyżej monografią 3DP), jesteś w posiadaniu relacji żołnierzy jednostki (lub choćby tylko 3 dywizji), lub nawet znasz któregoś z nich osobiście – nie wahaj się napisać.
Jeżeli rozpoznajesz –Ty, lub ktokolwiek z kręgu Twoich krewnych i znajomych – którąkolwiek z osób przedstawionych na zdjęciach załączonych do niniejszego artykułu – napisz koniecznie!
Jeżeli znasz kogokolwiek, kto przed wojną, w czasie wojny, lub bezpośrednio po niej znał Gidala Elbauma lub jego brata Borucha (żołnierza 1 pułku łączności) – Napisz!
Osoby mogące (i chcące) pomóc proszę o kontakt mailowy (al_muell@wp.pl) lub telefoniczny pod numerem 667 601 657.
Spośród informacji na temat jednostki, synowi weterana zależy szczególnie na ustaleniu gdzie w maju 1945r. rozlokowana została 3 kompania łaczności przed powrotem dywizji do Polski, oraz wszelkie informacje – nawet plotki – na temat szczególnego incydentu dokonanego w pobliżu stacjonowania jednostki w maju lub na początku czerwca 1945 – napadu rabunkowego, linczu bądź morderstwa na cywilu bądź cywilach niemieckich – domniemanych funkcjonariuszach NSDAP.


Informacja z rejestru – ze zbiorów CAW. 



Szeregowy Gidal (Gedali) Elbaum syn Dawida, urodzony w 1919r. w Lublinie, służył w 3. samodzielnej kompanii łączności 3 Pomorskiej Dywizji Piechoty od 14 października 1943r. do 30 stycznia 1946r. Pełnił funkcję telefonisty oraz nieetatowego szewca –jako że przed wojną pracował jako szewc, stał się bardzo popularny wśród kadry kompanii ale także wśród oficerów pozostałych jednostek dywizji jako człowiek, który umie szybko i dobrze naprawić bądź poprawić (np. ocieplić i zaimpregnować) obuwie. W szeregach dywizji brał udział m.in. w walkach o Warszawę i Kołobrzeg. Odznaczony brązowym medalem „Zasłużonym na Polu Chwały” i medalem „Za Warszawę”. Po powrocie dywizji do kraju, znalazł się wraz z jednostką w Lublinie, gdzie spotkał swoją przedwojenną narzeczoną, z którą, wkrótce po zakończeniu służby wziął ślub i wyemigrował. Zmarł w 2001r. w USA.


Gidal Elbaum wraz z grupa krewnych (?) po prawej jego brat, Boruch Elbaum 

Tymczasowe zaświadczenie o odznaczeniu brązowym medalem “Zasłużonym na Polu Chwały” 

Tymczasowe zaświadczenie o odznaczeniu medalem “Za Warszawę” 

Fotografia kolegi z wojska – dane nieznane 

Fotografia kolegi z wojska – prawdopodobnie nazwiskiem Gitelman. Warto zwrócić uwagę na orła w koronie. 

Fotografia kolegi z wojska – podpisane prawdopodobnie “Kazimierz”, dane nieznane. 

djęcie kolegów z wojska, dane nieznane, prawdopodobnie jeden o nazwisku Miller 

Zdjęcie kolegi z wojska, podpisane, niestety nie dałem rady odcyfrować podpisu (Połecki Wacław ?). 

Autor tekstu: Kamil Szustak

Festiwal Zabytków Techniki pod Parą – Jaworzyna Śląska 2013

GRH Osiemnasty Kołobrzeski miała przyjemność wziąć udział w imprezie o nazwie „Festiwal Zabytków Techniki”, który odbył się 1 czerwca 2013 r. na terenie Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej.
Nasi rekonstruktorzy przyjechali do muzeum w piątek późnym wieczorem i zajęli się przygotowaniem noclegu w zabytkowym, tzw. „bydlęcym”, wagonie kolejowym typu Kdn. Możliwość takiego noclegu zastrzegliśmy sobie jeszcze w fazie pierwszych uzgodnień, wzbudzając tym spore zdumienie organizatorów. Na podłodze wagonu – który miał następnego dnia grać jedną z głównych ról w inscenizacji – rozłożyliśmy słomę, na którą poszły płaszcze-namioty. Wnętrze rozświetlała ciepłym blaskiem naftowa lampa i można powiedzieć, że zrobiło się po prostu przytulnie. Nie za bardzo chciało się spać, dlatego wybraliśmy się na zwiedzanie muzealnych bocznic – całe rzędy milczących lokomotyw i wagonów robiły w nocnej scenerii niesamowite wrażenie. 
Ranek przyniósł jednostajny, gesty deszcz, który miał nas nie opuścić aż do końca. W trakcie Festiwalu przewidziano trzy inscenizacje związane z historią Jaworzyny Śląskiej: otwarcie linii kolejowej, pokaz grupy Alt Kreutzen odtwarzającej wojsko pruskie (mający związek z powstaniem miejscowości) oraz przyjazd na stację przesiedleńców z Kresów Wschodnich w 1945 roku. Przyjazd pierwszego pociągu miał odbyć się na dworcu kolejowym, pozostałe rekonstrukcje na terenie muzeum – organizatorzy słusznie przenieśli je z otwartej przestrzeni do wielkiej hali parowozowni. Na wczesny poranek przewidziano ostatnią próbę z reżyserem widowiska, gdzie ostatecznie ukształtował się scenariusz i podzielono role uczestniczących w inscenizacji 1945 roku grup – czyli naszej oraz frakcji RH stowarzyszenia „Aureus mons” ze Złotoryi i namysłowskiej „Oki”. Następnie mieliśmy dłuższą przerwę, którą można było przeznaczyć na zwiedzanie ekspozycji muzealnych – w tym bardzo ciekawej kolekcji motocykli Harley-Dawidson, zbiorów związanych z koleją czy sporej makiety kolejowej w skali H0. Nie mniej ciekawe były ekspozycje zewnętrzne – czyli różnego rodzaju lokomotywy i wagony. Po pewnym czasie powrócił skład wykorzystywany na dworcu kolejowym i po odczepieniu parowozu mieliśmy niezbyt częstą okazję przepchnięcia kolejowego wagonu na miejsce jego postoju (trzeba przyznać, że słowa pracowników muzeum „przepchniecie go chłopaki?” początkowo potraktowaliśmy jako żart). Wreszcie coraz bardziej gęstniejący deszcz zagonił nas do „naszego” wagonu, gdzie spokojnie czekaliśmy na początek ostatniej inscenizacji.


Scenariusz inscenizacji „Przesiedlenia 1945” zbliżał ją raczej do teatralnego spektaklu lub alegorycznego żywego obrazu niż klasycznej rekonstrukcji historycznej. Łączył bowiem w sobie elementy rekonstrukcyjne z pokazem typu światło-dźwięk oraz spektaklem muzycznym. Pociąg składający się z lokomotywy typu TKt48-18 połączonej z dwoma wagonami towarowymi wjechał powoli, buchając kłębami pary do hali parowozowni i zatrzymał się o kilka metrów od pierwszych rzędów siedzeń widowni. Z pierwszego wagonu wysiedliśmy my i po przejęciu stacji od żołnierzy radzieckich zaczęliśmy rozstawiać punkt PUR, gdzie przesiedleńcy mieli być rejestrowani i – w razie potrzeby – miała być im udzielana pomoc medyczna. Następnie otwarte zostały drzwi drugiego wagonu, z którego wysiadła niewielka grupa przesiedlonych. Co prawda rekonstrukcyjny purysta mógłby przyczepić się do wielu rzeczy w ich strojach, jednakże aktorsko role te zostały zagrane na naprawdę wysokim poziomie (ludność cywilną odgrywali aktorzy Teatru Bezdomnego z Żarowa). Po rejestracji w punkcie PUR przesiedleńcy byli kierowani do stojącej za rzędami krzeseł ciężarówki obsługiwanej przez rekonstruktorów Oki i stamtąd odjechali do swoich nowych domów. Na zakończenie inscenizacji zabrzmiała piosenka z filmu „Prawo i pięść”, a po tym widzowie mogli podejść bliżej i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia z rekonstruktorami, karabinami i lokomotywą.


Zdjęcie dzięki uprzejmości Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa na Śląsku. Autorką zdjęcia jest Agnieszka Zastawna


Wreszcie wsiedliśmy z powrotem do wagonu i wesoło machając odjechaliśmy w siną dal, a dokładnie na pobliską bocznicę – w parowozowni miał za chwilę rozpocząć się ostatni punkt programu, czyli wspólne czytanie przez dzieci wiersza „Stoi na stacji lokomotywa” przy akompaniamencie dźwięków prawdziwego parowozu (para buch, koła w ruch…).
Festiwal trzeba ocenić jak najbardziej pozytywnie, nawet pomimo straszliwie niesprzyjającej pogody, która odbierała zwiedzającym ochotę na cokolwiek. Widać było zresztą wyraźnie, że ilość gości była o wiele mniejsza niż zaplanowana przez organizatorów, czemu w sumie trudno się dziwić. Ci, którzy wytrwali, nie mieli jednak czego żałować. Dla nas była to dodatkowo okazja do zapoznania się z dawnym taborem kolejowym i jego wykorzystaniem w transporcie wojskowym okresu II wojny światowej. Doświadczenia te były niezwykle pouczające.


Cyfrowa stylizacja zdjęcia – Bolesław Morawski

Autor: Marcin Morawski

Święto 18 Bielskiego batalionu desantowo-szturmowego im. kpt. Ignacego Gazurka 2013

GRH ‘Osiemnasty Kołobrzeski’ miała zaszczyt i przyjemność wziąć udział w uroczystościach święta 18 Bielskiego batalionu desantowo-szturmowego im. kpt. Ignacego Gazurka.
Można powiedzieć, że jednostka ta jest bezpośrednim spadkobiercą odtwarzanego przez nas 18 Kołobrzeskiego Pułku Piechoty 1AWP – to właśnie po rozformowaniu 18 Kołobrzeskiego PP w 1957 r. jego dorobek i tradycje przejął 18 Kołobrzeski Pułk Powietrzno-Desantowy.


Uroczystości trwały dwa dni i odbyły się na terenie jednostki w Bielsku. W czwartek wieczorem wzięliśmy udział w podniosłym i wzruszającym apelu poległych. Następnie, w piątek mieliśmy przyjemność spotkać się z dowódcą jednostki oraz grupą weteranów wojsk powietrznodesantowych. Przed południem rozpoczął się ‘dzień otwartych koszar’. Ilość dzieci i młodzieży naprawdę nas zaskoczyła – okolica placu apelowego zaroiła się od przedszkolaków, uczniów podstawówek oraz umundurowanej młodzieży z różnych klas o profilu wojskowym.


Na zakończenie skorzystaliśmy z zaproszenia na elegancki bankiet w domu żołnierza i po krótkiej niestety chwili odpoczynku wyruszyliśmy w długą drogę powrotną.

Autor: Marcin Morawski

SUMMARY

This short text is about our participation in the Day of the 18th Airborne Storm Battalion of the Polish Army – the unit that continues the traditions of the 18th Infantry Regiment.

Marsz na Biskupią Kopę 2013

Ambitne plany przeprowadzenia w sierpniu obozu szkoleniowego dla Rekonstruktorów 1Armii WP oraz RKKA spaliły niestety na panewce. Nie mieliśmy zbyt wielu zgłoszeń, a ostatecznie nawet i ci, którzy zapowiedzieli swój udział, zrezygnowali z niego z takich czy innych powodów. W tej sytuacji nie mieliśmy możliwości przeprowadzenia zajęć w zaplanowanej formule (która miała przecież obejmować np. warty, służbę w kuchni polowej, budowę obozowiska oraz ćwiczenia). Nie chcąc jednak całkowicie zmarnować czasu poświęconego na przygotowania oraz aby nie tracić na darmo urlopu postanowiliśmy przeprowadzić zajęcia we własnym gronie. Pozostało zatem jedynie wymyślić jakiś plan. który byłby ciekawy, oparty na historii i stanowiący dla uczestników pewne wyzwanie.

W 1945 r, 18 Pułk Piechoty powracając z Niemiec do nowego miejsca stacjonowania w kraju przechodził między innymi przez Prudnik. Jednocześnie w tym samym okresie narastało napięcie na granicy polsko-czechosłowackiej. Czesi rościli sobie pretensje do części Śląska. Na terenie powiatu prudnickiego miały miejsce związane z tym incydenty – między innymi w Pokrzywnej czescy żołnierze zawiesili na budynku gospody flagę Czechosłowacji. Puszczając wodze wyobraźni na tak zarysowanym tle historyczny powstał projekt zajęć – oto ze składu Pułku wydzielono patrol ochotników, który miał wykonać marsz na szczyt Biskupiej Kopy (889 m n.p.m.) – najwyższego wzniesienia Gór Opawskich. Marsz ten miałby propagandowo zaznaczyć obecność polskiego wojska i przynależność tych terenów do Polski.

Marsz wykonaliśmy w składzie czterech osób. Mieliśmy ze sobą pełne oporządzenie i wyposażenie przenoszone w workoplecaku, łącznie z żywnością i zapasem wody. Wyruszyliśmy wczesnym rankiem, dzień był pogodny i upalny. Większość trasy prowadziła wzdłuż granicy. Na szczycie Biskupiej Kopy – pod znajdującą się tam wieżą widokową zasiedliśmy do krótkiego odpoczynku i posiłku.

Nasza obecność wzbudziła spore zainteresowanie wśród licznych turystów, zarówno Polaków, jak i Czechów. Powrót okazał się o wiele bardziej uciążliwy. Trzech z nas cierpiało mniej lub bardziej z powodu otarć stóp – twarde buty i upał dały się pod koniec drogi porządnie we znaki. Wreszcie, już po zmroku, po 12 godzinach marszu i mając w nogach niemal 40 kilometrów powróciliśmy do ośrodka Ranger Survival Club, gdzie każdy dostał po misce smażonych ziemniaków i z ulgą wsadził nogi do balii z wodą.

Autor: Marcin Morawski

Zimowa razwiedka 2012

Poniższy tekst jest rozwinięciem relacji z Zimowych ćwiczeń w Górach Izerskich. Pierwotnie tekst został opublikowany w magazynie “Komandos”.

W wyjątkowo zimny lutowy weekend odbyło się ćwiczenie polowe GRH „Osiemnasty Kołobrzeski”, dotyczące działania w trudnych, zimowych warunkach górskich z wykorzystaniem nart. Zajęcia były oparte na instrukcji MON „Rozpoznanie w górach” z 1953 roku, która jest tożsama z zasadami stosowanymi podczas II wojny światowej. W ćwiczeniu wzięło udział jedynie dwóch rekonstruktorów, co spowodowane było trudnościami w pozyskaniu odpowiedniego sprzętu narciarskiego (a konkretnie mówiąc aktualnymi cenami starych nart i kijków). Terenem zajęć był obszar Gór Izerskich, gwarantujący odpowiednią pokrywę śnieżną i surowe warunki pogodowe.
Pierwsze kilometry marszu na nartach przebiegły z pewną ostrożnością, spowodowaną lekkim brakiem zaufania do kilkudziesięcioletnich, drewnianych nart. Okazało się jednak, że tradycyjny sprzęt znakomicie sprawdza się zarówno na przetartych ścieżkach, jak i w kopnym śniegu. Jedynym problemem były strome podejścia, które trzeba było pokonywać jodełką. Zdecydowaliśmy się zatem na wyjście w najwyższe rejony Gór Izerskich – Wysoki Grzbiet. Szybko zachodzące słońce oświetlało purpurową łuną zmrożony śnieg i całkowicie oblepione szadzią świerki. Dookoła roztaczała się piękna panorama Gór Izerskich i Karkonoszy, a bezchmurne niebo i wyjątkowo przejrzyste powietrze pozwalało dostrzec nawet najdrobniejsze szczegóły. Niestety, taka pogoda niesie za sobą bardzo silny mróz, temperatura spadała z każdą chwilą. Planując zajęcia przewidywałem nocleg w terenie przygodnym, jednakże uwzględniając prognozę pogody oraz zmierzoną temperaturę (która przekroczyła wczesnym popołudniem minus 18 stopni) podjąłem decyzję o zejściu do schroniska. Oczywiście, zrobiłem to z pewnym żalem i poczuciem porażki. Niestety, aby przetrwać noc bez współczesnego sprzętu biwakowego konieczne byłoby utrzymywanie stale płonącego ogniska. W tych warunkach terenowych trzeba by wyciąć kilka sporych drzew – chociażby po to, aby wyłożyć gałęziami miejsce odpoczynku i zapewnić sobie opał. Rekonstrukcja to jednak nie wojna i nie mogliśmy dla zabawy trzebić i tak już ciężko doświadczonych izerskich lasów. Rozpoczęliśmy długie zejście w kierunku Hali Izerskiej. Tymczasem słońce zaszło, a mróz przybierał na sile. Chłód przenikał przez płaszcze i drelichowe mundury, bolały stopy, piekły policzki, traciliśmy czucie w palcach rąk. Gdy w końcu dotarliśmy do schroniska, na wywieszonym przy drzwiach termometrze było minus 28 stopni. Rozmowa z gospodynią przekonała mnie, że rezygnacja z bytowania była rozsądna – poprzedniej nocy zanotowano tam 42 stopnie mrozu. Zjedliśmy swoją rekonstrukcyjną kolację w postaci ciemnego chleba z wędzoną słoniną i cebulą, popiliśmy herbatą z wojennych kubków. Nocleg też był rekonstrukcyjny – ot, nakryć się płaszczem i podłożyć pod głowę zwinięty płaszcz-namiot.

Kolejny dzień powitał nas silnym wiatrem i drobnym śniegiem. Trochę ocieplało, na termometrze jedynie minus 18 stopni. Wyszliśmy długim łagodnym podejściem kierując się na kolejny masyw – tym razem graniczną górę Smrek. Po kilku godzinach marszu zatrzymujemy się w zagłębieniu pod świerkami, chroniąc się nieco przed wiatrem i próbując coś zjeść. Znajduję sterczący uschły pieniek i odłupuję od niego kilka szczap, ale drewno jest oblepione szadzią, nasiąknięte i zmrożone. Nie udaje się zagotować wody, musimy zadowolić się kilkoma sucharami i plastrem słoniny. Popijamy wodą z manierek, przenoszonych za pazuchą płaszczy. Odpoczynek nie może trwać długo, już po kilkunastu minutach zaczyna się robić naprawdę zimno – jesteśmy na wysokości około 1000 metrów i temperatura spada do minus 24 stopni. Wychodzimy w rejon podszczytowy Smreka, na przemian pojawia się mroźna mgła i drobny śnieg. Wreszcie osiągamy wierzchołek i wykonujemy kilka pętli wokół niego. W zasadzie nie ma czego obserwować, szczyt spowijają chmury, z których sypie śnieg, ślady są stare i zawiane, wokół cisza, pustka i mróz.

Schodzimy w dół, kierując się na graniczną rzekę – Izerę. Po wejściu w strefę lasu pokrywa śnieżna ulega zmianie – śnieg jest miękki, suchy i puszysty, nawet w nartach sięga dobrze ponad kostkę. Gdy wychodzimy nad rozlewiska Izery rozpogadza się, ale nisko wiszące nad horyzontem słońce nie daje już żadnego ciepła. Rzeka jest zamarznięta i jej przebiegu można się jedynie domyślać obserwując meandrujące zagłębienie. Brniemy wzdłuż granicy kolejne godziny i w końcu – jest już po zmroku, od wymarszu mija przeszło dziesięć godzin – docieramy na Halę Izerską. Pora na skromną kolację i odpoczynek – tym razem w atmosferze frontowej ziemianki, ponieważ nocujący z nami Czesi śpiewają smętne piosenki.

Kolejnego dnia wstajemy przed świtem. Zjadamy resztki chleba i słoniny, popijamy herbatą, pakujemy się i wyruszamy w drogę powrotną. Trasa początkowo wiedzie rozległymi wylesionymi obszarami Hali Izerskiej, później przez porośnięte kosodrzewiną torfowiska i w końcu wychodzi nad samą rzekę Izerę. Znowu pada śnieg i wieje silny, północny wiatr. Na szczęście droga wchodzi w dolinę i chowamy się w wysokopiennym lesie. Dalsza trasa jest nieco nużąca, docieramy do schroniska Orle, przed którym zatrzymujemy się na krótki odpoczynek. Tutaj jest już większy ruch, turyści są wyraźnie zainteresowani naszym umundurowaniem, a szczególnie nartami. Co ciekawe, większość dobrze orientuje się zarówno w idei rekonstrukcji, jak też dawnej technologii narciarskiej. Zajmujemy się zatem „pracą polityczną”, opowiadając o naszej grupie, historii rekonstruowanej jednostki oraz szczegółach wyposażenia. Tym samym postój w Orlu nieco się przedłuża. Wreszcie wyruszamy przez las w kierunku Jakuszyc. Tam zajęcia się kończą.
Ćwiczenie pozwoliło na sprawdzenie historycznego wyposażenia w ekstremalnych (jak na Polskę) warunkach pogodowych, a także dało okazję do doskonalenia umiejętności narciarskich w użyciu danego sprzętu. Szczególnie pozytywnie zaskoczyło nas to, jak doskonale sprawują się tradycyjne, drewniane narty i równie stare wiązania.

W trakcie zajęć używałem następującej konfiguracji umundurowania i wyposażenia: płócienna letnia koszula bieliźniana (radziecka), mundur drelichowy, trzewiki skórzane z sukiennymi owijkami, płaszcz sukienny, rękawice zimowe (radzieckie), szalokominiarka wełniana, rogatywka polowa szewiotowa. W trakcie przygotowań okazało się, że niezbędne do planowanego bytowania wyposażenie nie mieści się w standardowym workoplecaku (tzw. wieszcz-mieszoku). Dlatego używałem „zdobycznego”, przedwojennego turystycznego plecaka – w nim zmieściły się watowane spodnie, menażka, kubek, zapas żywności, toporek saperski, biały kombinezon maskujący, smary narciarskie i zestaw naprawczy, latarka elektryczna oraz filcowe buty – walonki. Do plecaka przytroczony był zrolowany płaszcz-namiot. Jako oporządzenie występował skórzany pas główny, z ładownicą do PPSz i saperką. Manierka – jak już wspomniałem wcześniej – przenoszona była za pazuchą płaszcza, co chroniło wodę przed zamarznięciem. Używałem jesionowych nart niemieckich z 1932, z wiązaniami typu kandaharowego, oraz bambusowych, również niemieckich kijków narciarskich. Narty zostały posmarowane smarem twardym na gorąco, zaś w strefie odbicia pokryte plastycznym smarem hamującym.

Góry Izerskie są najbardziej na zachód wysuniętym pasmem polskiej części Sudetów, graniczącym z Karkonoszami. Polska część Gór Izerskich dzieli się na dwa grzbiety – Wysoki Grzbiet (Smrek – 1124 m npm i Wysoka Kopa – 1126 m npm) oraz Kamienicki Grzbiet (Kamienica – 973 m npm). W Górach Izerskich brak jest w zasadzie stromych i wyraźnie zaznaczonych szczytów. Charakterystycznym rysem rzeźby Gór Izerskich jest stromy i wysoki (500-600 m) uskok oddzielający je na północy od Pogórza Izerskiego oraz wnętrze gór w postaci rozległego wypłaszczenia, którego centralną część zajmuje Hala Izerska – obszerna niecka o płaskim dnie położonym na wysokości 825 – 830 m n.p.m. Wyjątkowość tego miejsca polega na wysokim położeniu wklęsłej formy o tak dużych rozmiarach (ok. 15 km2).
Góry Izerskie pokryte były kiedyś gęstymi lasami świerkowymi, jednak zanieczyszczenia powietrza, kwaśne deszcze i inwazje szkodników spowodowały niemal całkowite wylesienie. Obecnie w krajobrazie dominują rozległe, porośnięte trawą hale, ze skupiskami młodych drzew. Na szczytach zdarzają się granitowe, mocno zerodowane skałki, a na Hali Izerskiej można znaleźć unikalne torfowisko porośnięte kosodrzewiną. Szczególnie ciekawy jest jednak wyjątkowo surowy klimat Gór Izerskich. Średnia temperatura roczna wynosi tam 4,5 C, opady przekraczają 1400 mm, a pokrywa śnieżna zalega średnio 110 dni. Liczne płytkie formy wklęsłe (doliny i kotliny) sprzyjają tworzeniu się zastoisk zimnego powietrza. Podczas zimy inwersje te mogą być na tyle częste, że nawet średnia temperatura chłodnej części roku (listopad – kwiecień) w tych obszarach, bywa niższa niż na grzbiecie Karkonoszy, a więc na wysokości ok. 500 m większej. Temperatura minimalna może tu spadać głęboko poniżej 0° nawet w środku lata (np. w lipcu 1996 na Hali Izerskiej na wysokości 2 m nad gruntem zanotowano temperaturę -5,0°C). Góry Izerskie należą do regionów o największej grubości pokrywy śnieżnej i najdłuższym czasie jej zalegania w Polsce. Ciągła pokrywa śnieżna utrzymuje się tu przeciętnie od połowy listopada do końca kwietnia. Dla strefy wysokościowej 800-1000 m wysokość pokrywy śnieżnej (HS) jest zdecydowanie największą w Polsce.
Specyficzne warunki klimatyczne sprawiają, że Góry Izerskie są często wykorzystywane w szkoleniu jednostek wojskowych. Zimowe bytowania w tym rejonie prowadziły już kompanie specjalne WP w latach ’70. Obecnie coraz częstszym widokiem są w Górach Izerskich żołnierze maszerujący na nartach.


Relacja z ćwiczenia opublikowana w Militarnym Magazynie Specjalnym ‘Komandos’ numer 2 (212)/2012. Autor: Marcin Morawski
Cyfrowa stylizacja zdjęć: Bolesław Morawski

SUMMARY

The textis the official article published in edition 2/2012 of “Komandos” Special Military Magazine. It contains the full description of the winter excersise described in a previous article.