W mroźny weekend 9-11 lutego miały miejsce kolejne obchody rocznicy przełamania Wału Pomorskiego – „Pommernstellung 2018”. W tym roku – dzięki inicjatywie kolegów z Wielkopolskiego Towarzystwa Techniki Militarnej -formuła imprezy została zmieniona. Otóż w ciągu całego dnia i około 20 kilometrów odtworzono w historycznych miejscach cały fragment walk na Wale Pomorskim, gdzie pododdział Wojska Polskiego stoczył kilka potyczek z grupami niemieckimi i w efekcie przedarł się przez linie obrony. Należy podkreślić, że rekonstrukcja nie miała charakteru inscenizacji (nie było zatem wcześniej rozpisanego scenariusza), lecz jedynie zarysowane tło, zaś przebieg i rozwój wydarzeń zależał od inicjatywy samych uczestników. Starcia toczyły się przy tym zarówno w terenie zurbanizowanym (w miejscowości Zdbice) jak też w pobliskich kompleksach leśnych, zaś rekonstruktorzy z obu walczących stron korzystali z broni palnej oraz replik działających w oparciu o LPG. Trzeba też podkreślić zaangażowanie uczestników po obu stronach, którzy wczuli się w historyczne tło i ofiarnie realizowali postawione zadania.
W mojej ocenie wydarzenie to ma szansę stać się prawdziwym kamieniem milowym polskiej rekonstrukcji i wzorem wyznaczającym nowatorskie trendy. Mamy szczerą nadzieję, że imprez w podobnej formule będzie z każdym rokiem coraz więcej.
W obchodach wzięli udział rekonstruktorzy z następujących grup: „Stowarzyszenie Miłośników Historii Gryfa Pomorskiego ,,Cis Męcikał”, „GRH 18 Kołobrzeski”, Wielkopolskie Towarzystwo Techniki Militarnej, GRH „Pionier 39” oraz GIH „Pomerania 1945”.
Tym artykułem chciałbym rozpocząć nowy mini-cykl poświęcony
dwóm „lustrzanym” kwestiom – oficerom Armii Czerwonej w Wojsku Polskim oraz
Polakom służącym w Armii Czerwonej. Wokół obu tych tematów narosło sporo mitów
zakorzenionych w narodowej świadomości, które, mam nadzieję, uda się choć
trochę nadkruszyć. W każdej części przedstawiona zostanie jedna sylwetka,
informacje na temat każdej z postaci czerpię z posiadanych pamiątek, materiałów
archiwalnych i/lub literatury. Na pierwszy ogień pójdzie jeden z wykładowców
taktyki artylerii z oficerskiej szkoły w Riazaniu – Kazimierz Nehrebecki.
Zdekompletowane, prywatne archiwum ppłk. Nehrebeckiego
trafiło do mnie w sposób dość standardowy – przez popularny portal aukcyjny.
Kilka (pewnie już ponad 10) lat temu moją uwagę przykuła aukcja z tytułem typu
„Teczka >>polskiego<< generała”, a opis zawierał takie perełki jak
„w zestawie 2 legitymacje = 2 najazdy na Polskę”; „>>polski<<
generał – a na prawdę ruski” itd. Zainteresowała mnie możliwość posiadania
pamiątek po generale, który w dodatku brał udział w dwu najazdach na Polskę,
choć już fakt, ze jedna z legitymacji ewidentnie była legitymacją
rencisty/emeryta sugerowała mi, ze sprzedawca jest osobą o bujnej wyobraźni. I
tak też było w istocie – generał okazał się „ledwie” podpułkownikiem, nieco za
młodym na udział w wojnie polsko-bolszewickiej, który w dodatku 17 września
1939r. był na rencie wojskowej… Tak czy inaczej zawartość teczki okazała się interesująca,
a postać „generała” – dość ciekawym przypadkiem radzieckiego Polaka, który po
wojnie zdecydował sie pozostać w Polsce. Oczywiście, gdy pojawiła się możliwość
i fundusze, zdecydowałem się na pozyskanie dostępnych materiałów z CA MO RF,
które pozwalają uzupełnić pewne luki w biografii oficera. Dzięki temu udało się
też uzyskać jego zdjęcie.
Kazimierz Nehrebecki urodził się 7 listopada 1905r. w
Odessie w polskiej rodzinie robotniczej. Prawdopodobnie międzynarodowa
atmosfera miasta sprawiła, że w dorosłym wieku był w stanie porozumiewać się po
polsku, rosyjsku i ukraińsku. W 1919r. ukończył 5 klas gimnazjum. Nie znalazłem
informacji co robił przez następne trzy lata, ale nie był to szczególnie
korzystny okres w tym regionie, przypuszczać można, że łapał się różnych zajęć
zarobkowych. W 1923r. wstąpił do Wyższej Szkoły Artylerii im. Frunzego, którą
ukończył w 1928r. Dość tajemniczą sprawą pozostaje jego małżeństwo – Wypełniony
pierwotnie prawdopodobnie w 1941r. arkusz ewidencyjny podaje informację, o tym,
że był żonaty i miał dziecko, zaś prawdopodobnie w 1949r. uzupełniono tę rubrykę
o imię żony (Agnieszka) i córki (Galina) z datą urodzenia 1929r., co
wskazywałoby na małżeństwo około 1928r. Tymczasem w marcu 1949r. , pułkownik
Skotnikow z Głównego Zarządu Kadr Ministerstwa Sił Zbrojnych ZSRR zapytanie o wzajemne
stosunki wystosował do Olgi Dmitriewnej Grekowej (Nehrebeckiej), zapytując
również o plany jej córki, Galiny, względem jej ewentualnego zamiaru wyjazdu do
Kazimierza Nehrebeckiego. Może to wskazywać, ze Olga była jego pierwszą żoną, a
wymieniona w arkuszu ewidencyjnym Agnieszka – drugą.
Tak czy inaczej, pierwszym jego stanowiskiem po ukończeniu
szkoły oficerskiej był dowódcą plutonu w szkole artylerii w Odessie, ponieważ
jednak pełnił tę funkcję około jednego miesiąca, wpisana jest jedynie w arkuszu
ewidencyjnym – w dwóch późniejszych wypisach z przebiegu służby nie ma już o
tym wzmianki.
4 października 1928r. obejmuje dowództwo plutonu w 21
samodzielnym dywizjonie artylerii najcięższej Rezerwy Naczelnego Dowództwa w
Aleksandrii (prawdopodobnie chodzi o miasto o tej nazwie w Obwodzie
Kirowohradzkim ówczesnej Ukraińskiej SRR), a niemal dokładnie rok później –
stanowisko dowódcy plutonu szkolnego w szkole młodszych dowódców
(podoficerskiej) w 120 pułku artylerii ciężkiej Rezerwy Naczelnego Dowództwa w
Dniepropietrowsku (związane to było z rozwinięciem dywizjonu w 120 pułk).
Arkusz ewidencyjny podaje datę miesięczną – styczeń – jako datę objęcia tego
stanowiska, ale w późniejszych wypisach figuruje data dzienna – 1 października,
co pozwala sądzić, że te dane są bliższe prawdy. Na początku grudnia 1930 roku
zostaje przeniesiony na stanowisko szefa radiostacji w tym samym pułku – było
to o tyle niezwykłe, że łączność radiowa w ówczesnej RKKA była wielkim
novum i rzadkością. Fakt powołania na
prestiżowe stanowisko dowódcy z wykształceniem artyleryjskim świadczy o braku
doświadczonych kadr z jednej, a wysokim zaufaniu do Nehrebeckiego z drugiej
strony.
W 1931r. przyjęty zostaje do WKP(b).
W czerwcu 1932r. skierowano go na trzymiesięczne kursy
przekwalifikowujące artylerii przeciwlotniczej w Sewastopolu – pomimo nazwy,
możliwe, że „przekwalifikowanie” dotyczyło specjalności łącznościowca, gdyż kolejne
dwa stanowiska były z nią związane: 19 marca 1933r. został szefem łączności 120
pac, a 3 maja 1933r. – szefem łączności Poligonu Naukowo-Doświadczalnego
Artylerii Przeciwlotniczej w Eupatorii, gdzie po trzynastu dniach został
instruktorem sztabu, choć warto podkreślić, że arkusz ewidencyjny za cały ten
okres podaje stanowisko „Dowódca łączności oddziału doświadczalnego”. Bez
względu na to, jaką faktycznie pełnił funkcję, sprawował ją do 9 stycznia
1934r. Ponieważ następne stanowisko objął dopiero 25 stycznia, domniemywać
można, że to w tym okresie pogorszył się jego stan zdrowia. Zwłaszcza że
następne stanowisko – dowódca parków artyleryjskich w 51 pułku artylerii
lekkiej w Odessie – trudno uznać za szczególnie bojowe. Według późniejszego
wypisu z przebiegu służby – mimo stanowiska w pułku pracował razem z dowódcą
artylerii VI Korpusu – Kuzminskim. Stanowisko to zajmował do maja 1935, kiedy
to przeniesiony został do rezerwy 2. kategorii, jako rencista wojskowy (choć
zachowana książeczka rencisty wojskowego-inwalidy III stopnia wydana została
dopiero w 1939r., jeden z zachowanych wypisów podaje informację o rencie od
1935r.). Jednak przejście oficera „pod kapelusz” w ZSRR rzadko kiedy oznaczało
faktyczne rozstanie z wojskiem – Już w czerwcu tegoż roku rozpoczął pracę jako
wykładowca „spraw wojskowych”* w Instytucie Mąki i Ziarna im. Stalina w
Odessie. W czerwcu 1938r. został z kolei dowódcą baterii szkolnej w 16
artyleryjskiej szkole specjalnej** w Odessie. Podczas pracy w szkole, pomimo
pozostawania w rezerwie, najpierw zatwierdzono mu stopień lejtnanta (co wiązało
się z przywróceniem stopni oficerskich w Armii Czerwonej), następnie zaś, w
1940, awansowano go do stopnia starszego lejtnanta. W szkole pracował do marca
1941r.
Można się zgadzać lub nie z twierdzeniem, ze ZSRR szykował
się w 1941r. do wojny ofensywnej, pozostaje jednak faktem, że wielu oficerów
rezerwy zostało już wiosną tego roku powołanych do służby czynnej. Jednym z
nich był Kazimierz Nehrebecki. 10 marca został przywrócony do służby i
skierowany na stanowisko dowódcy baterii w 586 pułku artylerii haubicznej 102
Dywizji Strzeleckiej w Złotonoszy. W szeregach 586 pah brał udział w walkach na
Froncie Południowozachodnim, tam też został 15. Sierpnia 1941r. kontuzjowany. 4
października skierowany został na stanowisko wykładowcy taktyki artylerii w
Oficerskiej Szkole Artylerii w Riazaniu, przeniesionej następnie do miasta
Tałgar w Kazachstanie. Od czerwca 1943r. pracował na tym samym stanowisku w 30
szkolnym pułku artylerii w Czebarkule na Uralu, tam też 5 stycznia 1944r.
otrzymał awans na kapitana. W pułku pozostawał do kwietnia, kiedy to, jeszcze
jako oficera Armii Czerwonej, oddelegowano go do Wojska Polskiego – konkretnie
do Wyższej Szkoły Oficerskiej Piechoty w Riazaniu (następnie przeniesionej do
Rembertowa) na stanowisko wykładowcy. O delegacji zadecydowała
najprawdopodobniej znajomość języka –
choć wykładowców Armia Czerwona Mogła oddelegować wielu, to jednak bardzo
nieliczni z nich byli w stanie prowadzić wykłady w języku polskim. 30 grudnia
uzyskał stopień majora. Prawdopodobnie gdzieś w tym okresie został także
odznaczony Orderem Czerwonej Gwiazdy za wysługę lat. Niestety, nigdzie nie
znalazłem dokładnej daty.
Mapa ćwiczebna -pozostałość po jakichś ćwiczeniach sztabowych w – jeszcze w Armii Czerwonej lub już w Wojsku Polskim
4 czerwca 1945r. przeniesiony zostaje do WSOA w Toruniu, a
na początku lipca 1946 – trafia na powrót do CWP w Rembertowie, gdzie prowadzi
wykłady przez następne dwa lata. Tutaj też, w listopadzie 1947r. otrzymuje
Order Wojny Ojczyźnianej II klasy. Według wniosku:
„Major Nehrebecki od pierwszych dni Wojny Ojczyźnianej brał udział w
bojach z niemieckim faszyzmem na froncie zachodnim [w] 1941r. na stanowisku
zast.[ępcy] szefa sztabu pułku artylerii, gdzie został kontuzjowany. Przez cały
okres swojej służby w Armii Czerwonej jako oficer i dowódca rzetelnie i
sumiennie pracował nad przygotowaniem bojowym kadr artyleryjskich korpusu
oficerskiego.
[W latach] 1944-1946 Major Nehrebecki rzetelnie wykonuje zadanie wyznaczone
przez rząd radziecki w celu przygotowania kadr artylerii Wojska Polskiego.”
18 sierpnia 1948 przeniesiony zostaje do Oficerskiej Szkoły
Artylerii Przeciwlotniczej w Koszalinie ze zmianą stanowiska na „starszy
wykładowca taktyki i służby liniowej”. Prawdopodobnie na początku 1949r. (z
marca tego roku pochodzi powtórne zapytanie do Olgi Grekowej, o którym
wspomniałem wcześniej) rozpoczął starania o przyznanie polskiego obywatelstwa i
przeniesienie na stałe do Wojska Polskiego. W związku z tym, w połowie lipca
1949 zostaje zdjęty ze stanowiska wykładowcy i przekazany do dyspozycji Departamentu
Kadr Artylerii Armii Radzieckiej.
Uznanie obywatelstwa polskiego otrzymuje 25 listopada, a z
dniem 5. Grudnia rozpoczyna służbę jako pełnoprawny oficer WP, początkowo
pozostając do dyspozycji Departamentu Personalnego WP, po miesiącu zaś wracając
do OSA P-lot. w Koszalinie na poprzednio piastowane stanowisko. W sierpniu
1950r., a więc po nieco ponad pół roku przechodzi w stan spoczynku.
Prawdopodobnie w tym czasie miał już stopień podpułkownika, nie udało mi się
jednak odnaleźć daty awansu. Radziecki arkusz ewidencyjny awansu tego nie
odnotował, co tym bardziej wskazuje na nadanie stopnia po zakończeniu służby w
Armii Radzieckiej.
W 1953r. pracuje w Lidze Lotniczej na stanowisku Kierownika
Sekcji Wyszkolenia Politycznego przy Zarządzie Głównym. Na stanowisku tym
pracuje przez 5 miesięcy. Dalsza jego kariera nie jest dokładnie znana – wraz z
rozwiązaniem umowy z ZGLL w sierpniu 1953r. zostaje skierowany do dyspozycji
biura kadr wydawnictw MON. W późniejszym okresie był jednym z autorów drugiego
rosyjsko-polskiego słownika wojskowego, wydanego w 1963r.
W latach 70. Pracował jako wykładowca na kursach rosyjskiego
organizowanych przez TPPR – pozostawał na tym stanowisku prawdopodobnie co
najmniej do 1982r.
Od 1978r. był członkiem Klubu Oficerów Rezerwy przy Lidze
Obrony Kraju.
Choć nie jest znana data wstąpienia do PZPR, to w 1987r.
ppłk. Kazimierz Nehrebecki wyróżniony został przez partię tytułem Zasłużonego
Działacza Ruchu Robotniczego.
Dalszych Losów ppłk. Nehrebeckiego niestety nie udało się ustalić. Prawdopodobnie zmarł około roku 2000. Historia tego oficera jest o tyle nietypowa, że właściwie od początku formowania 1DP, kadr oficerskich szukano głównie spośród radzieckich Polaków, nie zważając zupełnie na takie „szczegóły” jak orzeczenie o niezdolności do służby liniowej, niezgodność specjalizacji czy stan wiedzy wojskowej na poziomie 1918r. Tymczasem Nehrebecki oddelegowany do WP został dopiero w połowie 1944r. – świadczyć to może o tym, że jego wiedza i doświadczenie były przez długi czas zbyt cenne dla radzieckiego szkolnictwa wojskowego. Ciekawostką jest również uzyskanie polskiego obywatelstwa – znaczna część oficerów delegowanych z Armii Czerwonej, nawet narodowości polskiej, nie zdecydowała się na taki krok – pomijając fakt, że radzieckie władze niechętnie zgadzały się na „repatriację” swoich oficerów, to w latach 40. nic nie wskazywało jeszcze na to, że Polska będzie lepszym miejscem do życia niż ZSRR. Wielu oficerów negatywnie też zapatrywało się na możliwość porzucenia dotychczasowego życia – domów, rodzin, przyjaciół, a często też po prostu małych ojczyzn, na których ich przodkowie żyli od pokoleń.
Autor: Kamil Szustak
*Każdy student wyższej uczelni w ZSRR obowiązkowo
przechodził przeszkolenie wojskowe, zwykle związane z kierunkiem studiów, i
kończąc uczelnię uzyskiwał stopień dowódczy – po przywróceniu stopni
oficerskich – stopień młodszego lejtnanta.
**Szkoły specjalne, specszkoły, były niższym niż szkoły suworowskie stopniem wczesnej edukacji wojskowej – można je przyrównać do gimnazjów. Ukończenie specszkoły, a następnie szkoły suworowskiej dawało większe szanse przy wstępie do szkoły oficerskiej, a także ułatwiało przydział wymarzonej specjalizacji – np. lotnicze specszkoły były jedną z dwóch możliwości zapewnienia sobie wstępu do szkół oficerskich lotnictwa. Pierwszeństwo w przyjęciu do specszkół miały sieroty wojenne oraz dzieci zawodowych wojskowych.
Wspólne przedsięwzięcie Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa na Śląsku w Jaworzynie Śląskiej oraz GRH Osiemnasty Kołobrzeski
Dzięki życzliwości kierownictwa Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa na Śląsku w Jaworzynie Śląskiej mamy możliwość uczestniczenia w niezwykle interesującym projekcie muzealnym, związanym z wyjątkowym zabytkiem techniki – wagonem pancernym.
Jest to wagon wyprodukowany w Kanadzie i dostarczony do Rosji w okresie I wojny światowej w ramach wzmacniania potencjału transportowego carskich kolei. Los wagonu do 1941 roku pozostaje nieznany, najprawdopodobniej był wykorzystywany przez rosyjską – po rewolucji radziecką – kolej do celów transportowych. O zmianie właściciela świadczą, zachowane na obręczach kołowych, niemieckie cechy z listopada 1941 roku. Niemcy przebudowali zdobyczny wagon towarowy na improwizowany wagon pancerny – opancerzając go płytami betonowymi grubości 20 cm i instalując w pancerzu otwory strzelnicze, zabezpieczone płytą pancerną i wyposażone w ruchome przesłony. Otwory umożliwiały prowadzenie ognia z wewnątrz wagonu zarówno w pozycji stojącej, jak i leżącej. Do tego w podłodze zainstalowano właz desantowy, osłonięty z zewnątrz pancernymi fartuchami, pozwalający na spieszenie załogi, oraz wyjście na dach, w celu ewentualnej konserwacji anteny ramowej.
Wagon wykorzystywany był przez niemiecki Bahnschutz w służbie patrolowej na liniach kolejowych. Po zakończeniu II wojny światowej wagon przeszedł w ręce polskie. Ze względu na nasilające się walki z nacjonalistami ukraińskimi Wojsko Polskie w porozumieniu ze Służbą Ochrony Kolei sformowało pociągi pancerne, zabezpieczające linie kolejowe w rejonie walk, a także wspierające oddziały WP. Przedmiotowy wagon najprawdopodobniej wchodził w skład Pociągu Pancernego SOK Nr 1 „Szczecin”. Początkowo działał na linii kolejowej Medyka- Lubaczów – Rawa Ruska (ze względu na rozstaw kół), następnie został przerobiony na europejską szerokość torów. Na początku lat 50. wycofany ze służby i wykorzystywany jako ruchoma wartownia na wojskowych bocznicach kolejowych. Ostatnim miejscem stacjonowania była Twierdza Modlin, gdzie stopniowo niszczał i popadał w ruinę. Zimą 2015 roku został pozyskany do zasobów Muzeum w Jaworzynie Śląskiej.
Jest to jeden z dwóch zachowanych oryginalnych improwizowanych wagonów pancernych w Polsce (a prawdopodobnie również w Europie). Drugi znajduje się w Muzeum Broni Pancernej CSWL w Poznaniu.
W oparciu o tak niezwykły zabytek zdecydowaliśmy się stworzyć ekspozycję obrazująca okres służby wagonu w czasie walk z UPA po 1945 roku. Zamierzeniem jest połączenie klasycznej ekspozycji muzealnej, przekazującej niezbędne informacje zwiedzającym bez przewodnika (gabloty, tablice) z odtworzeniem wyglądu wnętrza w formie skansenowej. Do tego założono, że wagon będzie – podczas organizowanych w muzeum imprez historycznych – tłem dla tematycznej dioramy naszej grupy. W takich momentach wagon powinien dosłownie ożywać, przenosząc zwiedzających w czasie.
Co ważne, muzeum zdecydowało się w minimalnym stopniu ingerować w zachowany stan wagonu, traktując go jako świadectwo długiej historii. Dlatego nie przeprowadzono np. odmalowania wnętrza czy wymiany wytartych desek – innymi słowy, nie odtworzono jego stanu z okresu 1945-1950. Oglądając ekspozycję, trzeba mieć zatem na uwadze, że patrzymy wagon w stanie z 2018 roku, a nie z 1946. Tym niemniej specyficzna historyczna patyna, spękane drewno i chropowaty metal dodają zabytkowi wyjątkowego uroku, powodując uczucie obcowania z historią.
W toku tworzenia ekspozycji naprawiono (z odpowiedniego drewna rozbiórkowego) dwie prycze oraz klapę włazu desantowego. Do prycz uszyliśmy sienniki, które wkrótce zostały elegancko i wygodnie wypchane słomą. Na ścianach zawieszone zostały tablice informacyjne (łatwo demontowane w razie potrzeby wystawienia dioramy), a także – przygotowane przez piszącego te słowa – transparenty, których zadaniem jest w głównej mierze zakrycie najbardziej rzucających się w oczy napisów wyrytych przez kolejne roczniki poborowych. Zawiesiliśmy również zabytkowy obrazek święty oraz odpowiednią lampę naftową. Do ściany przyśrubowano solidnie atrapę karabinu, na podłodze rozstawiliśmy skrzynie amunicyjne, które (po wymianie wiek na płyty pleksi) służą jako gabloty.
W dalszym etapie prac uzupełniliśmy wyposażenie o kilka innych elementów i przede wszystkim wypełnimy eksponatami gabloty.
30. września 2018r. odbyła się premiera wystawy.
Załączone zdjęcia pokazują stan wagonu jesienią 2017r., po przeprowadzeniu pierwszego etapu przygotowania ekspozycji.
Autor: Marcin Morawski
SUMMARY
The Kr2-92 improvised armored railway car – currently in the Railway Museum of Jaworzyna Śląska – has been made in Canada for the Imperial Russian Railway as a cargo car. In 1941, after the invasion on the Soviet Union, the car was captured by Germans, who provided the car with improvised armour by adding one more wall and filling the space with concrete and adding the shooting windows. After the modification, the car was used by the German railway security service (Bahnschutz) in the occupied Soviet territories.
It was later captured by the Red Army and in 1945 was given to the Polish Army. IT was than used to form the first Armored Train of the Polish Railway Security Service (SOK) and was used in the fights against the UPA in the South-eastern Poland. After the train was decomissioned in early 1950’s the car was used as amobile guard post by the Army. in 2015 it was bought by the Museum or Railways and Industry of Jaworzyna Śląska. In 2017-2018 as a cooperation between the Museum and our reenactment group, an exhibition was organised in the car re-creating the looks of it during its service in the Raiulway Security. The photographs show its status in autumnof 2017, after the first phase of the exhibition creation.
W dniu 27 stycznia, w przepięknej scenerii masywu Mogielnicy, odbyły się manewry 1PSP AK pod kryptonimem “Krew na śniegu” z gościnnym udziałem sanitariusza “Osiemnastego Kołobrzeskiego” – Pitera. W ich trakcie zapoznano się z zarysem historycznym końcowego okresu wojny, a zwłaszcza Bitwy Szczawskiej, omówiono zachowane dokumenty m.in. na temat organizacji i składu służby medycznej AK z tego okresu, a następnie przystąpiono do ćwiczeń praktycznych. Podczas tychże porównano skład zasobnika medycznego sanitariusza AK i sanitariusza 1 AWP na froncie wschodnim.
Przeprowadzono pozoracje akcji sanitariusza, takich jak opatrywanie i ewakuacja rannego za pomocą pasów noszowych.
Następnie dla rozruszania przeprowadzono marsz zapoznawczy po terenie gdzie zachowały się jeszcze resztki kwater partyzanckich.
Działania zakończono, przy zapadających ciemnościach, pożegnalnym ogniskiem.
Obserwując w ostatnich latach środowisko rekonstrukcyjne, ale również czytając prasę i książki, zauważyłem jedną ciekawą rzecz: Osoby, często nawet dobrze wykształcone, zajmujące się okresem wojennym i tuż powojennym zdają się nie wiedzieć jednej bardzo prostej rzeczy – co to było NKWD.
Trudno mi bowiem inaczej wyjaśnić, że na niemal każdej rekonstrukcji związanej z powojennym podziemiem antykomunistycznym musi się pojawić przynajmniej jeden „funkcjonariusz NKWD” – najczęściej w mundurze i z obstawą złożoną z żołnierzy polskich. Trudno też inaczej wyjaśnić fakt, że poważne czasopismo, tłumacząc raport amerykańskiego wywiadu na temat sytuacji w Polsce w pierwszych latach powojennych tłumaczy „MVD Interior Troops” jako „NKWD”, a skądinnąd znani historycy mówią o „działaniach NKWD” w Polsce w roku 1947… Oczywiście czasem można to uznać za skrót myślowy, czasem po prostu niechęć do wprowadzania zamętu w głowach obywateli, których wiedza historyczna jest ogólnie znikoma i ogranicza się do kilku haseł. Sytuacji nie poprawiali też sami pracownicy organów i wojsk bezpieczeństwa wewnętrznego, którzy jeszcze w latach 80. potocznie mówili o sobie „czekiści” – i nie ważne czy pracowali w resorcie Spraw Wewnętrznych czy Bezpieczeństwa Państwowego.
Stwierdziwszy powyższe, postanowiłem sprawdzić co na temat
tajemniczego NKWD wiedzą osoby – wydawać by się mogło – najbardziej
zainteresowane tematem, tj. osoby odtwarzające sylwetki określane potocznie
jako „enkawudziści”. Najprostszym
sposobem wydało mi się zebranie wywiadów – w formie bądź to nagranych rozmów
przeprowadzonych osobiście, bądź udzielenia pisemnie odpowiedzi na kilka pytań.
Choć pytania rozesłałem do dość dużej liczby rekonstruktorów (każdy z nich
zgodził się pierwotnie odpowiedzieć), niewielu przesłało mi odpowiedzi. Z kolei
specyficzny profil imprez rekonstrukcyjnych, które w tym roku odwiedziłem,
sprawił, ze okazji do porozmawiania z rekonstruktorami o właściwym profilu
miałem niewiele. W związku z tym, chociaż wyniki „badania” pokrywają się z
moimi obserwacjami, trudno uznać je za miarodajne. Pamiętać przy tym także
należy o niskiej „profesjonalizacji” tego typu rekonstrukcji – mało kto skupia
się na tej jednej formacji. Z uzyskanych odpowiedzi wynika mi, że większość
osób, które odtwarzają formacje „okołoenkawudowskie” zajęło się tematem tylko
dlatego, że na takie sylwetki było zapotrzebowanie. Niewielu rekonstruktorów
przyciągnął „czar niebieskich czapek”. Nie znalazłem też informacji o
jakiejkolwiek grupie, która zajmowałaby się wyłącznie odtwarzaniem wojsk/służb
podległych NKWD, lub takich, które miałyby NKWD w swojej nazwie.
Jak wskazałem wyżej – istnieje jednak zapotrzebowanie na odtwarzanie sylwetek tego typu – świadczy o tym fakt, że szeroko rozumiani „enkawudziści” – nie zawsze z sensem i rzadko kiedy zgodnie z prawdą historyczną – są obowiązkowym elementem wszystkich inscenizacji związanych z powojennym podziemiem antykomunistycznym a także pojawiają się na inscenizacjach walk na Froncie Wschodnim. Tym artykułem chciałbym chociaż minimalnie poprawić poziom wiedzy historycznej rekonstruktorów i organizatorów inscenizacji. Dlatego też nie będzie to historia typu „od WCzK do FSB” – w artykule skupię się na okresie wojennym i pierwszych latach powojennych, w związku z tym, oprócz NKWD, w artykule pojawią się takie resorty jak NKGB, MWD i MGB a także – ze względu na czasowo wyłączane ze struktur resortów SW i BP UOO/UK „SMIERSZ” – NKO, NKWMF i MO. Zacząć jednak należy od podstaw, a zatem…
Co to właściwie było NKWD?
Najczęstsze odpowiedzi na to pytanie z jakimi można się zetknąć, to „tajna policja”, „specjalne oddziały wojskowe do zwalczania partyzantki”, „policja polityczna” itp. Każda z tych odpowiedzi zawiera w sobie mniejszą lub większą cząstkę prawdy, ale żadnej nie można uznać za prawidłową.
Aby odpowiedzieć na pytanie, należy na początek rozszyfrować skrót. NKWD to Narodnyj Komisariat Wnutriennych Dieł, czyli po polsku Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych. Ponieważ określenie „Ludowy Komisariat” (w skrócie „narkomat”) bywa mylące (pamiętam, że swego czasu przy okazji filmu o Tewje Bielskim jakiś krytyk filmowy napisał, że to postać kontrowersyjna, bo przed wojną był komisarzem – pracował w Ludowym Komisariacie Rolnictwa…), wypada wyjaśnić co ono oznacza. Otóż po Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej (lub, jak kto woli: Małym Komunistycznym Buncie Listopadowym) uznano, że trzeba stworzyć rząd całkiem nowy, który nawet nazewnictwo instytucji będzie odróżniać od poprzedniego systemu. W związku z tym za burżuazyjny przeżytek uznano na przykład… Ministerstwo. I w rządzie RSFRR nie było już rady ministrów, a rada Komisarzy Ludowych, z których każdy stał na czele odpowiedniego Komisariatu Ludowego. A zatem możemy w uproszczeniu powiedzieć, że NKWD to miej więcej tyle co MSW. I, jak to zwykle z resortami Spraw Wewnętrznych bywa, podlegały mu różne służby. Takie jak na przykład milicja, urząd stanu cywilnego, straż pożarna, wojska ochrony pogranicznej i wewnętrznej, więzienia (a właściwie obozy i kolonie karne – więzień w ZSRR nigdy nie było dużo…)
“Dowód wszechwładzy radzieckiej tajnej policji!” Czyli akt urodzenia wystawiony przez NKWD ZSRR
A co z „tajną policją”? No cóż, ta raz była częścią NKWD, a raz nie. Zaczęło się w 1934r., kiedy to NKWD ZSRR stworzono, łącząc NKWD RSFRR i OGPU ZSRR – ta druga instytucja, w prostej linii spadkobierca CzeKa, weszła w skład nowego resortu jako Główny Zarząd Bezpieczeństwa Państwowego (GUGB), jednak w lutym 1941r. instytucję tę powtórnie wydzielono tworząc NKGB (Ludowy Komisariat Bezpieczeństwa Państwowego) tylko po to, by 20 lipca tego roku ponownie scalić je w jeden Narkomat Spraw Wewnętrznych. Do pomysłu osobnego resortu powrócono w kwietniu 1943r. i tak już zostało, choć funkcje tych dwóch resortów często się zmieniały.
A teraz mały szok dla wszystkich, którzy krzyczą, ze NKWD
działało w Polsce jeszcze na przełomie lat 40. I 50.: Otóż NKWD przestało
istnieć w 1946r. I nie, nie zmieniło się magicznie w KGB, jak twierdzą
niektórzy. Co więcej w tym samym roku przestało też istnieć NKGB… Zanim
podniesie się krzyk, spieszę uściślić – istnieć przestały też wszystkie inne
narkomaty, bowiem w tym właśnie roku do łask wróciło słowo „ministerstwo”. W
miejsce interesujących nas resortów powstały więc MWD i MGB, czyli odpowiednio
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego.
A zatem, wracając do przytoczonych na początku odpowiedzi:
NKWD to tajna policja polityczna – trochę na odwrót. Tajna
policja polityczna bywała częścią NKWD, ale w interesującym nas okresie trwało
to krótko – od roku 1939 (to data początkowa wojny, a więc w/w okresu, nie
istnienia tego stanu) do lutego 1941r. i od lipca 1941r. do kwietnia 1943r.
Natomiast NKWD podlegała cały czas „zwykła” siła policyjna – tj. milicja.
NKWD to specjalne oddziały wojskowe do zwalczania
partyzantki – również na odwrót, ale tym razem już w dłuższym okresie czasu.
Walka z wrogą partyzantką była jednym z zadań Wojsk Wewnętrznych NKWD, które
istniały do 1946r.
Może się po prostu czepiam, ale gdyby uznać powyższe
odpowiedzi za prawdziwe, to należałoby uznać także prawdziwość takich
twierdzeń:
NKWD to zawodowa straż pożarna.
NKWD to urząd stanu cywilnego.
I tak dalej. Widać
już o co mi chodzi? A zatem – bądźmy precyzyjni i kiedy następnym razem
znajdziemy stary akt urodzenia z nagłówkiem „NKWD” to nie krzyczmy o
wszechwładzy radzieckiej tajnej policji, tylko pamiętajmy o tym, że podległość rejestru
urodeń Resortowi Spraw Wewnętrznych nie jest niczym niezwykłym.
Zamieszałem? No to teraz przejdźmy do drugiej ważnej sprawy
– skoro NKWD to cały resort, to…
Kim byli eksponowani wszędzie „enkawudziści”, czyli „żołnierze w niebieskich czapkach”?
Czapki z granatowym denkiem pojawiły się pierwszy raz jako
nakrycia głowy dla organów i wojsk (z wyjątkiem Wojsk Pogranicznych) OGPU pod
koniec 1924r., kiedy zorientowano się, że zaproponowany w sierpniu wzór – z
otokiem granatowym a denkiem czerwonym – za bardzo przypominał czapki
dyżurnego/komendanta stacji w WOSO. W 1934r., po wcieleniu OGPU do NKWD czapki
te pozostały obowiązującym nakryciem głowy Wojsk Wewnętrznych i organów GB
(czyli de facto używane były w dwóch Zarządach Głównych NKWD – GUGB i GU PiWO).
Ponieważ Narkom Spraw Wewnętrznych był jednocześnie głównym dowódcą Wojsk NKWD,
najczęściej przysługiwał mu mundur w kolorystyce Wojsk Wewnętrznych.
Aby nie wdawać się zbytnio w zawiłości umundurowania przed
1939r., wspomnę tylko jeszcze o reformie roku 1935, która nadała czapkom
wygląd, który praktycznie nie zmienił się do roku 1954. Wróćmy jednak do
podstawowego pytania – kto nosił takie czapki. Jak już wspomniano, byli to
funkcjonariusze GB (Bezpieczeństwa Państwowego) i żołnierze Wojsk Wewnętrznych.
Niezidentyfikowany oficer Organów NKGB (późniejsze zdjęcia wskazują na służbę w MGB/KGB), ok. 1945r.
Ci pierwsi to właśnie owa „tajna policja” a także wywiad, kontrwywiad i ochrona osób ważnych (członkowie rządu, kierownictwo partii itp.). Od wojsk NKWD odróżniały ich charakterystyczne naszywki w postaci czerwonego owalu z wyhaftowanym mieczem, sierpem i młotem, od 1937r. noszone na obu rękawach, zniesione w 1943r.
Druga instytucja to jednostki podległe GU PiWO, należące do
Wojsk Wewnętrznych – a zatem żołnierze Wojsk Konwojowych (zajmujących się
transportem więźniów, pilnowaniem ich poza miejscem uwięzienia, a przed 1939r.
i po 1956r. – pilnowaniem samych więzień), Wojsk Zabezpieczenia Tyłów
(niesławne Zagradotriady, czyli oddziały zaporowe), Wojsk Operacyjnych, Wojsk
Ochrony Szczególnie Ważnych Obiektów oraz Wojsk Ochrony Linii Kolejowych. Wspomnieć
należy także o specjalnych jednostkach przewidzianych do akcji dywersyjnych na
tyłach wroga, z których wywodziła się również część radzieckich partyzantów
(podległych NKWD, a nie republikańskim Sztabom Partyzanckim). Podlegające temu
samemu Zarządowi Głównemu Wojska Pograniczne w tym miejscu interesują nas
trochę mniej, gdyż żołnierze PW nosili czapki zielone.
Generał Mażyrin z Wojsk Ochrony Kolejowej MWD. Na obu zdjęciach dość wyraźnie widać czapki z niebieskim denkiem. Warto zaznaczyć, ze zdjęcie pochodzi już z 1947
Warto przy okazji także wspomnieć, że, wbrew pokutującym opiniom, żołnierze WW NKWD czasem brali także normalny udział w walkach – np. w obronie Moskwy czy szturmie Berlina. O technicznych jednostkach Wojsk Wewnętrznych można też trochę dowiedzieć się ze wspomnień oficera tychże, które zamieszczałem swego czasu na tej stronie.
W dużym skrócie – Zarówno funkcjonariusze GB jak i żołnierze
Wojsk NKWD nosili praktycznie identyczne mundury. Jedyne różnice to: naszywki funkcjonariuszy
GB przed 1943r. oraz Mundury galowe po 1943r. (dla GB – jednorzędowe, dla Wojsk
NKWD – dwurzędowe). Takie mundury utrzymywały się zarówno w okresie jedności
NKWD jak i w okresach samodzielności NKGB. Również po przekształceniu
narkomanów w ministerstwa oba resorty zachowały (z niewielkimi wyjątkami dla
jednostek lotniczych i pancernych) mundury niezmienione – w tym także
niebieskie czapki – aż do 1954r.
Warto jeszcze wspomnieć, że niebieskie czapki miała także
milicja. Te jednak miały otok jasnoniebieski a lamówki czerwone.
Coś już wiemy, przejdźmy zatem do haseł, które najczęściej słychać. Pierwsze pytanie brzmi:
Czy NKWD to organizacja zbrodnicza?
Jak już napisałem, NKWD podlegał cały szereg instytucji.
Wprawdzie ktoś mógłby powiedzieć, że każdą z nich obciąża coś – np. straż
pożarna dopuszczała się zbrodni komunistycznych polegającej na ochronie
przeciwpożarowej mienia państwa komunistycznego, w tym budynków partyjnych, w
urzędach stanu cywilnego dopuszczano się zbrodni komunistycznych polegających
na łączeniu w pary komunistów, a do tego gromadzono dane osobowe na potrzeby
państwa totalitarnego itd. Jednak póki co prawo międzynarodowe nie uznaje pojęcia
zbrodni komunistycznej a nawet gdyby uznawało, jej definicja nie pozwalałaby na
takie absurdy.
Zajmijmy się więc tymi instytucjami, w stosunku do których można postawić sensowne zarzuty. Zacznijmy – trochę pro forma – od góry. Przez cały okres wojenny Ludowym Komisarzem Spraw Wewnętrznych był Ławrientij Beria. Na stronie adresowanej do pasjonatów historii, jak sądzę, postaci tej nie trzeba przedstawiać, nie trzeba też dowodzić, że był to człowiek odpowiedzialny za bardzo liczne zbrodnie, a prawdopodobnie również na przestępstwa pospolite (i to głównie za te ostatnie został skazany na śmierć, o ile oczywiście jego proces faktycznie się odbył). Ale w grudniu 1945r. na tym stanowisku zastąpił go Siergiej Krugłow. I tu sprawa już nie jest taka oczywista. Choć Krugłow zaczynał karierę (jako protegowany Berii) w organach Bezpieczeństwa Państwowego, odpowiadał tam głównie za postępowania dyscyplinarne wobec funkcjonariuszy i żołnierzy NKWD, następnie zaś kierował działem kadr. Będąc zastępcą Berii, oprócz spraw kadrowych, jednocześnie był na froncie jako członek rad wojennych frontów, oraz szef zarządu odpowiedzialnego za budowę umocnień. Zarzucać mu można udział w fałszowaniu prawdy o zbrodni katyńskiej, miał też swój udział w radzieckim projekcie broni jądrowej, ale trudno właściwie przypiąć mu coś konkretnego.
Jeśli spojrzymy na represje względem ludności na terenach
zajętych przez ZSRR po 17 września 1939r., to niewątpliwie odpowiadają za nie
funkcjonariusze GUGB NKWD, żołnierze Wojsk Wewnętrznych NKWD oraz, w
ograniczonym stopniu, funkcjonariusze milicji.
Sprawa komplikuje się nieco w przypadku zbrodni katyńskiej –
sprawstwo kierownicze tej zbrodni to rzecz dobrze opisana, ale sprawstwo
bezpośrednie w dalszym ciągu jest słabo rozpoznane. Teoretycznie jeńcami od
początku do końca powinni się „opiekować” żołnierze WW NKWD i oni też powinni
byli dokonywać egzekucji. Kłóci się to jednak z przebiegiem egzekucji (strzały
z pistoletu w tył głowy) – ten wskazuje raczej, że bezpośrednimi wykonawcami
byli tu oficerowie WW, lub, co znacznie bardziej prawdopodobne – funkcjonariusze
GUGB NKWD.
Sprawa jest nieco trudniejsza jeśli idzie o represje z lat
1944-1945, bowiem wbrew pokutującym opiniom, NKWD miało niewielki udział w tej
działalności (ograniczając się zwykle do transportu aresztowanych i prowadzenia
obozów do których aresztowani ostatecznie trafiali). Tymczasem śledztwa,
tortury i aresztowania były w tym czasie domeną NKGB. Toteż mówienie o
zbrodniach NKWD w Polsce od 1944r. jest mało precyzyjne.
Odpowiadając zatem na pytanie – zdanie „NKWD był instytucją zbrodniczą” nie jest błędne, ale znów: jest nieprecyzyjne. Za zbrodnicze można uznać poszczególne instytucje podległe temu resortowi.
Znacznie bliższe prawdy będzie natomiast twierdzenie „NKGB
był instytucją zbrodniczą”, choć trzeba pamiętać, że i w tym resorcie działały
całe wydziały, które z wyżej wspomnianymi represjami nie miały nic wspólnego.
Zaświadczenie wydane przez Zarząd NKGB Obłasti Drohobycz dla rodziny majora GB Osadczego, 1944r.
Czy zatem osoba, która opowiada, że w 1944 roku torturował
ją enkawudzista mówi nieprawdę? Nie. Po prostu została wprowadzona w błąd przez
funkcjonujące w powszechnej świadomości skróty myślowe oraz przez to, że w
tamtym okresie funkcjonariusze GB i żołnierze Wojsk NKWD nosili praktycznie
identyczne mundury. Osoba taka zapewne opowiada o prawdziwych wydarzeniach, ale
myli instytucje. I tyle.
A pozostając jeszcze przy temacie zbrodni NKWD i NKGB – swego czasu, po tym jak napisałem w komentarzu na portalu dobroni.pl, że szeroko rozumiane próby gwałtu na cywilach (w miejscu publicznym) ze strony oficerów NKWD są całkowicie nieprawdopodobne dostałem odpowiedź: „Przedstawienie NKWD-zistów jako formacji o wysokim morale (…) i samodyscyplinie to kuriozum”. Przyjrzyjmy się więc kwestii
Jak to było z tym poziomem moralnym „enkawudzistów”?
Przy czym od razu zaznaczmy, że chodzi tu o „enkawudzistów”
szeroko rozumianych czyli żołnierzy wojsk NKWD i funkcjonariuszy GB.
Zadajmy sobie pytanie, kto szedł do pracy w resortach BP i
SW w ZSRR. Dzierżyński jako cechy idealnego czekisty wymieniał „Serce gorące,
głowa chłodna i czyste ręce”. Czekista zatem powinien być ideowym i pełnym
zapału komunistą, potrafiącym trzeźwo myśleć i do tego uczciwym. Czy tacy
ludzie pracowali w tych resortach? Zapewne byli i tacy. Z kolei w potocznym
rozumieniu „enkawudzista” to pozbawiony hamulców psychopata o sadystycznych
skłonnościach. Czy tacy ludzie pracowali w tych resortach? Zapewne byli i tacy.
Oprócz tego było sporo karierowiczów i oportunistów, sporo ludzi uczciwych,
sporo zwyrodnialców i całe mnóstwo typów pośrednich – jak wszędzie, choć akurat
tutaj trudno było zachować czyste sumienie. Ale cechy osobiste w małym stopniu
decydowały o tym, jak „prowadził się” i jak zachowywał się publicznie
„enkawudzista”.
Warto zaznaczyć, że do pracy w resortach starano się brać ludzi oddanych sprawie (a więc członków partii lub chociaż Komsomołu), o nieposzlakowanej opinii, nie posiadających „obciążeń genetycznych” (tj. mających właściwe pochodzenie) i posiadających przydatne wykształcenie (np. prawnicze). Podobne kryteria starano się stosować wobec szeregowych WW – pochodzili oni z ogólnego poboru wojskowego, ale NKWD miał pierwszeństwo wyboru poborowych.
Musimy też pamiętać, że mówimy tu o jednych kluczowych resortach w państwie totalitarnym, gdzie kontrola wewnętrzna stała na bardzo wysokim poziomie. Po pierwsze, władza musiała dbać, by w resortach siłowych nie zrodził się jakiś bunt. Po drugie, osoby z wiedzą niekoniecznie dla władzy wygodną musiały być godne zaufania i niepodatne na działania obcych wywiadów. Po trzecie całkiem serio obawiano się obcych agentów. I wreszcie po czwarte – najszybszą drogą awansu w strukturach, było „wykazanie się rewolucyjną czujnością”. O ile walka ze szpiegami czy wrogami ludu była dość ryzykowna (nigdy nie było wiadomo czy za chwilę „wróg ludu” nie okaże się jednak „uczciwym komunistą, który padł ofiarą spisku trockistowskiej kliki w organach bezpieczeństwa”, co dla owej kliki skończy się bardzo źle), o tyle niezbyt ryzykowne było donoszenie na kolegów. Jeśli któryś funkcjonariusz miał słabość do kobiet, alkoholu, lub hazardu, albo dopuszczał się przestępstw pospolitych, to zgłoszenie tego władzom zwierzchnim było nie tylko obowiązkiem każdego „enkawudzisty”, ale również prostą drogą do „wykazania się” i awansów. Co więcej, jeżeli oficerowi udowodniono, że wiedział o nagannym zachowaniu kolegi, podwładnego lub zwierzchnika, a nie zgłosił tego wyżej, to oficer ten w najlepszym wypadku dostawał naganę, a w najgorszym zarzuty o współudział w procederze. Dlatego też, o ile taki oficer nie był Berią lub jego najbliższym współpracownikiem, to musiał „prowadzić się moralnie”, a jeśli chciał dopuścić się czynu przestępczego, to musiał to robić bardzo dyskretnie, dbając o to, żeby nikt nigdy się o tym nie dowiedział. Oczywiście, nie oznacza to, ze prowadzący śledztwo funkcjonariusz GB nie wymuszał nieprawdziwych zeznań, nie fabrykował dowodów itp., ale była to już uznana metoda pracy podczas oficjalnego śledztwa, zwykle zresztą śledztwa na zamówienie z góry. Stąd lekki paradoks – funkcjonariusz mógł być sadystycznym bydlakiem, ale jednocześnie musiał się prowadzić nienagannie i poza pracą nie wolno mu było łamać prawa.
Ponadto to Wojska Wewnętrzne odpowiedzialne były za
utrzymanie porządku na tyłach frontu, w związku z czym, o ile w Armii Czerwonej
zarządzenie o ściganiu gwałtów, morderstw, rabunków itp. przestępstw na
ludności cywilnej zostało w większości zignorowane, o tyle żołnierze WW musieli
przyjąć to do wiadomości i stosowania, co oznacza, że po pierwsze sami nie
mogli sobie na takie wybryki pozwalać, a po drugie musieli ścigać
czerwonoarmistów odpowiedzialnych za takie działania.
Ponadto w Wojskach NKWD poziom wyszkolenia był zdecydowanie wyższy niż w Armii Czerwonej, a to przekładało się na wyższy poziom dyscypliny w oddziałach.
Podobnie rzecz wygląda z rozstrzeliwaniem jeńców – podczas rekonstrukcji często zdarza się, że robią to właśnie „enkawudziści”. Tymczasem to właśnie oni mieli na to najmniejsze szanse – bo najlepiej wiedzieli, że jeniec oznacza informacje (a później może także siłę roboczą) i to oni dostawali zawsze rozkaz zabezpieczania wszelkich schwytanych żołnierzy wroga. Jeśli kogoś rozstrzeliwali to najczęściej dezerterów lub innych żołnierzy skazanych przez sądy wojskowe na śmierć.
Skoro już wspomniałem rekonstrukcje, to ostatnio najczęściej
„enkawudzistów” możemy oglądać podczas inscenizacji związanych z działalnością
powojennej partyzantki. Odpowiedzmy sobie zatem na pytanie:
Jaki był udział Wojsk NKWD i organów NKGB w walce z podziemiem?
Aż do zakończenia wojny główny ciężar walk podziemiem
(polskim, ukraińskim i niemieckim) na Ziemiach Polskich spadał na wojska NKWD .
Wykorzystywano w tym celu zarówno Wojska Wewnętrzne jak i Wojska Pograniczne,
przy czym rola Wojsk NKWD była tutaj głównie ofensywna. Odpowiednie oddziały
wojsk NKWD zajmowały się także ochroną linii kolejowych. Oprócz tego to
oddziały Wojsk Konwojowych zajmowały się transportem więźniów do ZSRR lub
obozów na terenie Polski.
Ponieważ większość partyzantów była łapana lub aresztowana
przez oddziały radzieckie, ich przesłuchiwaniem zajmowali się głównie
funkcjonariusze GB. Zdarzało się także, że NKGB przydzielało łączników do
rejonowych UBP, zwłaszcza na terenach wzmożonej aktywności partyzantki, jednak
większość zatrzymanych przez Urzędy Bezpieczeństwa pozostawała w gestii
polskich władz, a obecność funkcjonariuszy GB w placówkach UBP i MO już wtedy
była dość rzadka, ale trzeba też pamiętać, że spora część kierownictwa Resortu
Bezpieczeństwa oraz wyższej i średniej kadry oficerskiej MBP stanowili
oddelegowani oficerowie NKGB i NKWD.
Pomimo że KBW osiągnął pełną gotowość do działań dopiero jesienią 1945r. już od wiosny aktywność Wojsk NKWD w walce z podziemiem była znacząco ograniczana (wiązało się to ze stopniowym wycofywaniem jednostek WP do kraju). Kierownictwo resortu przyjęło założenie, że od teraz to już sprawy polskie. Zgoda w tej kwestii była na tyle powszechna, że aresztowanie przywódców podziemia przez Sierowa całkowicie zaskoczyło polskie władze.
Oczywiście można tu przypomnieć, że największa bitwa podziemia antykomunistycznego po wojnie miała miejsce w Hucie w czerwcu 1945r. i że oddział „Szarego” rozbity został właśnie przez grupę z 98. pułku radzieckich Wojsk Pogranicznych. Tylko trzeba pamiętać, że wbrew przekazowi propagandowemu rajd pograniczników nie był odwetem za zbrodnię w Wierzchowinach (tę uważano za typowo polską sprawę) i nawet po zdobyciu przez „Szarego” samochodu pancernego na grupie pościgowej MO, Wojska NKWD nie kiwnęłyby palcem w tej sprawie. Radziecki oddział został wysłany w pogoń za eneszetowcami w odwecie za polowe lotnisko radzieckie, które ci spalili po drodze do Wierzchowin, zabijając całą załogę, niszcząc sprzęt i samoloty. To też tłumaczy, dlaczego w wyniku akcji nie było żadnych jeńców – w normalnych warunkach żołnierze Wojsk NKWD nie przegapiliby szansy na złapanie „języka”. Przypadek ten dobrze też pokazuje stopień wyszkolenia PW. Dwustuosobowy oddział, według niektórych źródeł mający swoim składzie również sporą grupę weteranów 27 Dywizji AK dał radę zniszczyć lotnisko Armii Czerwonej a także wybić dobrze uzbrojony i wsparty podchorążymi WP oddział MO wysłany w pościg, ale mimo zdobycia działek lotniczych i samochodu pancernego oraz nieznacznej przewagi liczebnej (radziecka grupa liczyła ok. 160 żołnierzy) nie zdołał nawet zadać pogranicznikom poważniejszych strat – po stronie radzieckiej zginął jeden żołnierz, 4 kolejnych zmarło od ran.
Nieco więcej aktywności wykazywały Wojska NKWD/MWD w Walce z
UPA, ale brało się to z faktu, że podziemie ukraińskie ZSRR uznawał także za
swój problem, pomimo tego jednak począwszy od drugiej połowy 1945r. działalność
przeciwpartyzancka tych wojsk na ziemiach polskich to naprawdę rzadkie
przypadki i to wyłącznie w odpowiedzi na działania podziemia przeciw radzieckim
instytucjom. I chociaż niebieskie czapki widać było coraz rzadziej, to NKGB/MGB
było po wojnie aktywne jeszcze do końca dekady. Również w strukturach MBP a
także wywiadu i kontrwywiadu wojskowego pełniła służbę znaczna liczba oficerów
delegowanych z ZSRR i to z nimi mogli mieć do czynienia schwytani członkowie
oddziałów podziemia.
Czyli w skrócie: do wiosny 1945 roku z podziemiem walczyły
głównie oddziały Wojsk NKWD, później ciężar walki przejęły na siebie WP i KBW.
Do połowy 1945r. funkcjonariusze NKGB czuli się w Polsce jak u siebie, potem
stali się praktycznie niewidoczni.
Warto wspomnieć o jednym jeszcze haśle, które zwykle
pojawiało się wypowiedziach dotyczących NKWD.
Co to był SMIERSZ i co miał wspólnego z NKWD?
Spotkałem się ze stwierdzeniem, że była to „akcja radzieckiego wywiadu w czasach stalinowskich mająca na celu likwidację obcych szpiegów”. Nie jestem pewny, ale do powszechnej świadomości określenie „akcja” w stosunku do SMIERSZu weszło albo za sprawą któregoś z filmów o przygodach agenta 007, albo po prostu to nieporozumienie wynikając z nieco mylącej nazwy – „Smiert’ Szpionam”, czyli „śmierć szpiegom”. Wyjaśnijmy zatem co to był ten SMIERSZ i skąd się wziął.
Nie zagłębiając się zbytnio w historię – w 1918 we
wszystkich jednostkach wojskowych powołano do życia tzw. Wydziały Specjalne
(Osobyje Otdieły), które stanowiły organ kontroli kontrwywiadowczej w wojsku.
Praktycznie cały czas, aż do 1943r. podlegały one resortowi Bezpieczeństwa Państwowego
lub GUGB w czasie podległości tegoż względem NKWD. Jednak w 1943r. Wydziały
Specjalne wydzielono z NKWD (pozostawiając tam jedynie te działające w Wojskach
NKWD) i podporządkowano je odpowiednim narkomatom – Obrony (NKO) i Marynarki
Wojennej (NK WMF), pozostawiając jednak dotychczasowych pracowników (zmieniając
ich stopnie z GB na ogólno wojskowe, tj. major GB stawał się majorem itd.), a
co ważniejsze, Wydziały Specjalne przemianowano na Wydziały Kontrwywiadu (OKR)
„SMIERSZ”. Warto nadmienić, że OKR
„SMIERSZ” podlegały bezpośrednio odpowiednim komisarzom ludowym, czyli…
Stalinowi i admirałowi Kuzniecowowi.
Zatem najprościej – „SMIERSZ” był instytucją wojskową o
„bezpieczniackim” rodowodzie zajmującą się działalnością kontrwywiadowczą. Nie
był żadną akcją.
Co ciekawe, początkowo nazwa miała brzmieć „SMIERNIESZ” –
skrót od „ Smiert’ Niemieckim Szpionam”, Śmierć Szpiegom Niemieckim – ale nazwa
ta nie przypadła do gustu Stalinowi, który stwierdził, że nie tylko o
niemieckich szpiegów tu chodzi, że w ZSRR panoszą się szpiedzy różnych państw i
kazał skrócić nazwę do „SMIERSZ”. Nie da się ukryć, że nazwa „SMIERNIESZ” brzmi
nieco komicznie.
Jak więc widzimy, SMIERSZ nie był częścią NKWD, choć jego
pracownicy wywodzili się właśnie stamtąd. Oficerowie SMIERSZU mieli nie
odróżniać się od pozostałych oficerów jednostki do której byli przydzieleni,
toteż „smierszowcy” nie tylko nie nosili specjalnych odznak ale musieli nosić
mundury odpowiednie do jednostki – np. pancerne – i nie miało znaczenia, że
taki oficer o czołgach nie miał pojęcia. Trzeba jednak powiedzieć, że ponieważ
pracownicy OO zwykle byli absolwentami ogólno wojskowych szkół oficerskich,
starano się ich przydzielać do jednostek, które miały jakikolwiek związek z ich
specjalizacją.
Fragment książeczki wojskowej oficera rezerwy – co ciekawe, osoba wypełniająca myślała ahistorycznie – praca dla Smierszu została ujęta jako praca w organach MWD w składzie 3. Frontu Ukraińskiego – w czasie istnienia tegoż, nazwa MWD jeszcze nie istniała, a Smiersz nie był częścią NKWD.
I o wiele bardziej skrupulatnie wypełniona historia zatrudnienia w książeczce ewidencyjnej członka partii – nazwy “Wydział Specjalny”, UKR “Smiersz” i “Zarząd Kontrwywiadu MGB” odpowiadają okresom, dla których zostały wpisane.
Pozostaje jeszcze jedna sprawa:
Jak wyglądał „ekawudzisa”?
Podczas imprez rekonstrukcyjnych osadzonych w realiach lat
1943-1945 często możemy oglądać oficerów „NKWD”, którzy wyglądają w miarę
dobrze. Tzn. noszą czapkę z niebieskim denkiem, często nawet prawidłową
gimnastiorkę z naszytymi kieszeniami (repliki są obecnie dość łatwo dostępne) i równie prawidłowymi
pagonami (także możliwe do kupienia w Polsce)… A do tego granatowe bryczesy.
Z czerwoną lamówką… No dobra, ostatnio lamówka też ma już często prawidłowy
kolor. Czerwoną lamówkę też da się na upartego wytłumaczyć. Nawet te granatowe
bryczesy nie były takim rzadkim widokiem na polu bitwy u oficerów radzieckich,
nie tylko z GB i wojsk NKWD.
Starszy lejtnant Swietłakow w gimnastiorce dla WW NKWD z naszytymi kieszeniami.
Powiedzmy zatem, że wygląd oficera Wojsk Wewnętrznych jest
sprawą dość powszechnie znaną. Gorzej natomiast z szeregowcami i podoficerami.
Jeśli już widać ich na rekonstrukcjach, to zazwyczaj od oficerów odróżniają ich
tylko pagony. A to już poważniejszy błąd.
Przede wszystkim podoficerowie Wojsk Wewnętrznych raczej nie
nosili na co dzień granatowych spodni (większość przed majem 1945r. nie dostała
mundurów galowych, a tylko z nimi mogli takowe nosić, a nawet jeśli, to na
takie odstępstwo od regulaminu raczej sobie nie pozwalano). Po drugie –
podoficerom i szeregowcom przysługiwała gimnastiorka bez kieszeni – taka jak w
Armii Czerwonej. Oczywiście, widać czasami na zdjęciach szeregowców w bluzach
oficerskich NKWD, ale to raczej wyjątek niż reguła. W przeciwieństwie też do
Armii Czerwonej, nie natknąłem się na ślad żadnego rozporządzenia w wojskach
NKWD, które by regulowało wykorzystywanie gimnastiorek z naszytymi kieszeniami
przez niższe szarże. Kolejnym elementem wątpliwym jest kolorowa czapka. Choć
znane są zdjęcia, na których całe plutony występują w tym charakterystycznym
nakryciu głowy, to jednak w pobliżu frontu częściej noszone były furażerki i
hełmy, a zimą uszanki. Spowodowane było to z jednej strony względami
maskowania, a z drugiej niechęcią do uszkodzenia tak ważnego elementu
umundurowania. Ponadto większość żołnierzy wojsk wewnętrznych powołanych pod
koniec wojny, czapek tych zwyczajnie nie dostało. Dlatego też podstawowym
elementem odróżniającym żołnierzy WW od Czerwonoarmistów będą pagony. Biorąc
pod uwagę jak bardzo pozwala to ograniczyć koszty rekonstrukcji jednostek WW
NKWD aż dziw bierze, że widać tylko samotnych oficerów otoczonych
czerwonoarmistami.
Inaczej nieco wyglądała sprawa z funkcjonariuszami NKGB.
Pamiętać należy przede wszystkim o tym, że w organach Bezpieczeństwa
Państwowego w ogóle nie przewidywano szeregowców. Nawet po rozwinieciu korpusu
podoficerskiego w 1943r. najniższym stopniem był młodszyj sierżant specialnoj
służby, a stopnie podoficerskie były tylko 4 (prócz wspomnianego młodszego
sierżanta, sierżant, starszyj sierżant i starszyna specialnoj służby).
Podoficerom w organach przypadały głównie funkcje pomocnicze. Śledztwo
Prowadził zawsze oficer – a więc co najmniej młodszyj liejtienat
gosudarstwiennoj bezopasnosti. Tak czy inaczej, zarówno podoficerowie jak i
oficerowie organów nosili mundury jednego typu – oficerskiego. Mundury ich
porównać można do mundurów służbowych oficerów Wojsk NKWD – tu zatem zawsze na
miejscu są kolorowe czapki, granatowe bryczesy, bluzy z naszytymi kieszeniami
(a nawet kurtki służbowe) i pasy z koalicyjką. I ważna uwaga – po 1943r. raczej
nadawano funkcjonariuszom organów odznaczenia cywilne – jedynie za wysługę lat
nadawano odznaczenia tak jak w Armii Czerwonej. Dlatego też oficer GB z dwoma
Orderami Czerwonej Gwiazdy jest raczej mało prawdopodobnym przypadkiem, za to ten
sam oficer z Orderem Znaku Honoru jest już bardziej na miejscu. Pamiętać należy,
że oficerowie GB nie pojawiali się nigdzie sami – taki oficer był na zbyt ważną
personą. Chociaż zależało to od zadania w danym miejscu, zwykle towarzyszyło mu
2-3 pomocników (np. drugi oficer i dwu podoficerów – kierowca i asystent), a
nierzadko dostawali do ochrony żołnierzy wojsk NKWD.
Powyższe opisy pasują również do żołnierzy i funkcjonariuszy
MWD i MGB do końca lat 40. Praktycznie dopiero w latach 50. Zaczęły się zmiany
w umundurowaniu i wyposażeniu (te ostatnie spowodowane były głównie
przezbrajaniem żołnierzy najpierw w SKSy, później zaś w AK-47 i pistolety
Makarowa.
Tych kilka uwag o umundurowaniu NKWD i NKGB to oczywiście
tylko wierzchołek góry lodowej, okres przed 1943r. wymagałby szczegółowego
opracowania, podobnie jak np. kwestia mundurów galowych. Myślę jednak, że
literaturę traktującą o samym umundurowaniu osoby zainteresowane rekonstrukcją
tych instytucji znajdą bez większych
problemów.
Lejtnant Wojsk Pogranicznych, wówczas już MWD, w mundurze galowym Wojsk Wewnętrznych i Pogranicznych wz.43.
Ja tymczasem chciałbym poruszyć jeszcze jedną sprawę.
Jak dobrze wykorzystać „enkawudzistów” w rekonstrukcji?
Najbardziej oczywistym
i widowiskowym zadaniem dla
„enkawudzistów” wydaje się ustawienie oddziału zaporowego Wojsk Wewnętrznych z
karabinami maszynowymi za liniami nacierającej piechoty, strzelających do
próbujących się wycofać czerwonoarmistów. Obrazek taki pięknie uzupełniałby
obraz frontalnego szturmu na pozycje niemieckie w czasie walk na terytorium
ZSRR. Tyle tylko, że taki obrazek byłby anachronizmem w przypadku rekonstrukcji
praktycznie każdej potyczki na Ziemiach Polskich. Tu raczej należałoby dać
Wojskom Wewnętrznym zadanie pokazania „co było dalej”. Na przykład: Po zajęciu
terenu przez Armię Czerwoną lub Wojsko Polskie, wkraczają podążający za frontem
„wewnętrzniacy”. Przejmują od jednostek frontowych jeńców, wyłapują maruderów i
ewentualny element podejrzany wśród ludności cywilnej, formują z nich kolumnę
marszową i odprowadzają na tyły. Publiczne egzekucje na miejscu nieszczególnie
mają sie do prawdy historycznej.
Inna możliwość to zaskoczenie oddziału Wojsk NKWD przez niewykrytą wcześniej grupę wojsk niemieckich bądź operację oczyszczania tyłów z wojsk nieprzyjaciela przez oddziały WW – należy tu jednak pamiętać o dwu kwestiach – po pierwsze, wszelkie oddziały Armii Czerwonej mogą co najwyżej dołączyć później jako odsiecz, po drugie zaś dobrze wyszkolone oddziały wojsk NKWD miałyby raczej małe szanse na przegraną w potyczce z niedobitkami niemieckimi odciętymi od głównych sił. Narzuca to więc pewne ograniczenia scenariuszowe, które nie zawsze muszą organizatorom pasować do przyjętych założeń.
O wiele łatwiej natomiast wykorzystać „enkawudzistów” w
scenariuszach związanych z działaniem partyzantki antykomunistycznej w latach
1944-1945. Oddziały WW przysłane celem wykrycia i zniszczenia działających w
okolicy oddziałów podziemia lub po prostu spalenia sprzyjającej partyzantom wsi
to dobry początek inscenizacji, pozwalający rozwinąć scenariusz w dowolną
stronę, włącznie z wysłaniem odsieczy w postaci pobliskich oddziałów Armii
Czerwonej lub MO. O akcji od początku wspólnej WW i oddziałów MO/WBW, jak to
czasem widać podczas inscenizacji, można jednak zapomnieć.
Można też wreszcie wykorzystać w tym okresie oficerów NKGB i to nawet w sposób, w jaki „enkawudziści” są czasem na takich inscenizacjach wykorzystywani – tzn. na posterunek MO lub do lokalnego UBP przyjeżdża śledczy z organów celem przejęcia więźniów bądź udziału w przesłuchaniu. Tyle tylko, że ów śledczy nie jedzie sam w eskorcie żołnierzy WP, jak to zwykle bywa – Powinien to być oficer w towarzystwie tłumacza (co najmniej młodszy lejtnant GB), protokolanta , kierowcy (podoficerowie SS), a jeżeli ma również wywieźć więźniów, powinien towarzyszyć mu oddział Wojsk Konwojowych NKWD, najlepiej z samochodem ciężarowym. Podstawowy problem jest jednak taki, że sylwetki funkcjonariuszy NKGB powinny być odtworzone naprawdę dobrze, a nie jak ma to zazwyczaj miejsce, na “odwal się”. Taka grupa byłaby wdzięcznym celem dla zasadzek ze strony podziemia, trzeba jednak scenariusz wymyślić tak, aby wyglądało to prawdopodobnie – akcja musi być przemyślana i przeprowadzona zgodnie z zasadami sztuki. Wymaga to też odpowiedniego terenu – tego typu akcję można przeprowadzić w terenie miejskim, szczególnie przy ograniczonym miejscu lub na drodze poza miastem, natomiast nieprawdopodobnie wyglądałaby na otwartej przestrzeni, a takie tereny zwykle przeznacza się pod rekonstrukcję. Zawsze jednak można ograniczyć teren poprzez ustawienie atrap ruin/budynków – rozwiązanie takie zapewnia też części widowni, znajdującej się za tymi atrapami spojrzenie na samą inscenizację z pozycji partyzantów, czyniąc widowisko bardziej atrakcyjnym.
Artykuł oczywiście nie wyczerpuje tematu. Powyżej
zaoferowałem jedynie garść informacji, które, mam nadzieję, okażą się przydatne
zarówno dla osób chcących odtwarzać formacje w niebieskich czapkach, jak i
piszących scenariusze.
Jeżeli temat wzbudzi zainteresowanie, za jakiś czas być może
rozwinę temat dorzucając w ramach cyklu „Zapomniane sylwetki…” oficera GB.
Jak zawsze, jestem otwarty na wszelkie pytania, sugestie i wytykanie błędów, których to zapewne się nie ustrzegłem.
Autor: Kamil Szustak
Skróty użyte w Artykule:
W artykule dopuściłem do pewnego chaosu, pozwalając by skróty rosyjskie mieszały się z polskimi. Wykaz nie jest alfabetyczny, a w/g kolejności wystepowania w tekście:
– NKWD – Narodnyj Komisariat Wnutriennych Dieł – Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych – odpowiednik MSW.
– WCzK – Wsierossijskaja Czieriezwyczajnaja Komissija po Borbie s Kontrrewoliucijej i Sabotażem – Wszechrosyjska Nadzwyczajna Komisja do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem – pierwszy radziecki organ państwowy do spraw Bezpieczeństwa Publicznego.
– FSB – Fiederalnaja Służba Biezopasnosti – Federalna Służba Bezpieczeństwa – od 1995r. instytucja, która przejęła wiekszość zadań dawnego KGB.
– NKGB – Narodnyj Komissariat Gosudarstwiennoj Biezopasnosti – Ludowy Komisariat Bezpieczeństwa Państwowego – resort funkcjonujący w ZSRR w roku 1941 i latach 1943-1946, sprawujący pieczę m.in. nad wywiadem i kontrwywiadem.
– MWD – Ministierstwo Wnutriennych Dieł – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, od marca 1946r. zastąpiło zlikwidowany NKWD.
– MGB – Ministierstwo Gosudarstwiennoj Biezopasnosti – Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego – zastąpiło w marcu 1946r. NKGB.
– Resorty SW/WD i BP/GB – Resorty Spraw Wewnętrznych i Bezpieczeństwa Państwowego, Skróty SW i WD oznaczają to samo – przy czym pierwszy to skrót polski (Spraw Wewnętrznych), drugi – rosyjski (Wnutriennych Dieł), stosowane w tekście zamiennie z powodu nieogarnięcia tematu przez autora 🙂 Analogicznie rzecz wygląda z BP/GB.
UOO – Uprliewnienieje Osobych Otdiełow – Zarząd Wydziałów Specjalnych – Komórka w resortach SW/GB (podległość zmienna w zależności od okresu) odpowiedzialna za kontrwywiad w armii.
UK „SMIERSZ” – Uprliewnienije Kontrrazwiedki “Smiersz” – Zarząd Kontrwywiadu “Smiersz” – instytucja wydzielonaz NKGB i podporządkowana resortom odpowiedzialnym za rodzaje Sił Zbrojnych ZSRR zajmująca się działalnością kontrwywiadowczą w tychże. Pracownicy wywodzili się z NKGB.
– NKO – Narodnyj Komissariat Oborony – Ludowy Komisriat Obrony – odpowiednik części MON/MSWojsk. do 1946r.
– NKWMF – Narodnyj Komissariat Morskogo Fłota – Ludowy Komissariajat MArynarki Wojennej – Resort odpowiedzialny za MArynarkę Wojenną ZSRR –
MO – Ministierstwo Oborony – Ministerstwo Obrony – w 1946r. przekształcono w nie NKO.
SUMMARY
The text was based on a short reasearch done among Polish re-enactors and deals with some myths about Soviet war-time State Security organisations, answering some basic questions, like “What was NKVD and what was its connection with the NKGB and how to properly use the employees of both of them in the re-enactment.
Chociaż do pierwszego listopada pozostało jeszcze trochę czasu, to przypadek sprawił, że już osiemnastego października dane mi było zapalić znicz na grobie weterana.
W początkach października przypadkiem trafiłem na informację, że grób porucznika Feliksa Stoli (o którym pisałem na już wcześniej w artykule o kolekcjonowaniu odznaczeń) znajduje się na cmentarzu parafialnym w Krotoszynie. Jednocześnie akurat trafiła się okazja by tam pojechać (kilka dni wolnego oraz wizyta u rodziny mieszkającej niedaleko). Jako że nieprędko będę miał kolejny urlop, a pogoda zapowiadała się nadzwyczaj korzystna, grzechem byłoby nie wykorzystać takiego splotu okoliczności. Bez dalszej zwłoki skontaktowałem się z biurem parafialnym i otrzymałem informacje dotyczące bliższej lokalizacji grobu: sektor 3S, rząd 10, grób 2. Kilka minut nad planem miasta pozwoliło mi tak zaplanować czas, który miałbym w Krotoszynie, że po wizycie na cmentarzu zdążyłbym jeszcze zlokalizować dom, w którym porucznik Stola mieszkał po wojnie i powinienem zdążyć ze wszystkim w dwie godziny. Spisałem najważniejsze informacje, wyrysowałem sobie uproszczony plan trasy, jaką miałem przejść i uzbrojony w kartkę i ołówek wysiadłem w środowy poranek przed bramą cmentarza przy ulicy Lelewela w Krotoszynie…
I tu niestety spotkała mnie niemiła niespodzianka – brak
planu cmentarza. Również żaden z sektorów na cmentarzu nie był oznaczony
numerem. Jak to mówią – koniec języka za przewodnika. Zacząłem rozpytywać ludzi
o sektor S3, niestety nikt nie był w stanie mi go wskazać – ludzie wiedzą,
gdzie leżą ich bliscy, trafiają na pamięć, niepotrzebne im więc żadne oficjalne
współrzędne.
Niewiele też pomogli mi pracownicy dbający o porządek na cmentarzu – „Wie pan, nowy ksiądz jest, zmienił numerację sektorów, wszystko w komputerze ma…” Również nazwiska nie kojarzyli. W domu, gdzie ponoć mieszka zarządca, niestety nikogo nie zastałem, a wycieczka do biura zarządu cmentarza i z powrotem nie dała się wpasować w ograniczony czas jakim dysponowałem. Jedyna informacja jaką uzyskałem, to ogólne wskazanie rejonów, gdzie leżą ludzie zmarli w połowie lat 90. (wiedziałem już, że Feliks Stola zmarł w 1994r.). Pozostało mi zatem obejście „zygzakiem” wszystkich wskazanych sektorów. Trwało to dość długo, a w końcu i tak omal nie przeoczyłem właściwego grobu – nagrobek jest dość zaniedbany i gdyby nie kartka i ołówek, nie dałbym rady odczytać nic poza nazwiskiem.
Jednak odrobina pracy pozwoliła odczytać daty urodzin (na grobie widnieje data 13.07.1920, podczas gdy do tej pory miałem informację, że urodził się 30 lipca) i śmierci (13.02.1994). Trochę więcej problemu miałem z odczytaniem informacji poniżej dat, ostatecznie jednak udało mi się odtworzyć tekst: „Ku pamięci Apolonia Cierniewska”. Nie mam niestety żadnych wskazówek co do tego kim była pani Apolonia – siostrą? Kuzynką? Żoną? Sąsiadką samotnego weterana?
Stan grobu wskazuje, że obecnie w Krotoszynie nie mieszka
raczej nikt z rodziny – grób jest dość zaniedbany i choć znalazły się na nim
trzy znicze, stan płyty pod nimi wskazuje, że prawdopodobnie leżą tam od kilku
miesięcy. Zapaliłem przyniesiony ze sobą znicz i po minucie ciszy ruszyłem na
poszukiwanie domu pana porucznika.
Zadanie okazało się dość proste, a i droga zajęła mi mniej czasu niż zakładałem (co pozwoliło nadrobić prawie półtorej godziny spędzone na cmentarzu). Dom odnalazłem bez problemów, a ewidentnie zabytkowa tabliczka z numerem upewniła mnie, że numeracja pozostała niezmieniona w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Dom okazał się niedużym, typowym dla wielkopolskich miasteczek i wsi parterowym budynkiem z poddaszem i ogrodem na tyłach. Dom z całą pewnością niedawno był remontowany, zapewne obecni mieszkańcy nie mają z weteranem z Lubelszczyzny wiele wspólnego. Nie udało mi się zresztą nikogo tam ani w okolicy zapytać o dawnego mieszkańca. Co ciekawe, za domem znajduje się niewielki lasek sosnowy, do którego prowadzi furtka na tyłach ogrodu. Ciekawe, czy pan porucznik, już na rencie, chętnie tam wychodził wspominając młodość, czy też raczej po partyzanckich latach, całym szlaku bojowym trauguttowców i służbie granicznej „na końcu świata” miał już wszelkich lasów serdecznie dosyć?
W tym roku po raz pierwszy przy okazji Gali Parowozów w Jaworzynie Śląskiej Fundacja Ochrony Zabytków Techniki zorganizowała w dniach 9-10 września Galę Techniki Rolniczej w sąsiednich Piotrowicach Świdnickich.
Trwająca dwa dni impreza odbywała się na terenie folwarku w Piotrowicach, gdzie w przyszłości, po zakończeniu prac remontowych, otwarte zostanie Muzeum Techniki Rolniczej.
Organizatorzy przewidzieli dla zwiedzających sporo atrakcji – zobaczyć można było sprzęt rolniczy z różnych epok, a także takie perełki jak czechosłowacki samochód na parę czy słynny ford T. Dla najmłodszych (i nie tylko) przewidziano cały szereg dawnych zabaw. Można było także wziąć udział w warsztatach tańca ludowego. Jednak najbardziej spektakularnymi wydarzeniami były Traktoriady (tj. parady traktorów objeżdżające Piotrowice i Jaworzynę) oraz wyścigi ciągników, zaś w nocy z soboty na niedzielę odbyła się zabawa taneczna – początkowo „na ludowo” dzieki występującemu na żywo zespołowi, później zaś już w bardziej „współczesnych” klimatach.
Dzięki GRH „Oka” można było także zobaczyć odtwarzane na żywo sceny z filmu „Sami Swoi”.
GRH „Osiemnasty Kołobrzeski” wzięła udział w imprezie jako oddział MO z 1945r. zapewniający porządek na terenie festynu. Dzięki uprzejmości Fundacji mieliśmy okazję przenocować w pomieszczeniach remontowanego pałacu (na sianie) a także zwiedzić ów obiekt nocą, przy świetle latarek i na własne oczy zobaczyć, że tajemnicze UFO, które podobno ukryto pod dachem pałacu rzeczywiście tam jest.
Obecności Białej Damy, która rzekomo ma straszyć w pałacu nie udało się stwierdzić. Może przestraszyła dzielnych obrońców Ludu Pracującego, a może po prostu rzeczeni obrońcy zbyt twardo spali.
Na koniec drugiego dnia, po trudnym pościgu i krótkiej strzelaninie, dzielnym milicjantom udało się ująć dwóch dezerterów próbujących obrabować przybyłych na Ziemie Odzyskane osadników.
Gala cieszyła się sporym zainteresowaniem zwiedzających, zaś możliwość wykupienia biletu łączonego na oba wydarzenia pozwoliła wielu miłośnikom zabytków techniki zaliczyć wszystkie atrakcje. Następna gala już za rok.
Podobnie jak przed rokiem, wraz kolegą Marcinem wzięliśmy
udział, jako dwuosobowa reprezentacja Ranger Survival Club w airsoftowym biegu
na orientację GF POINT. Impreza jest bodaj największą tego typu w kraju, o czym
najlepiej świadczy fakt, że uczestnicy zjeżdżają na Dolny Śląsk z całej Polski
(w tym roku impreza nabrała nawet wymiaru międzynarodowego – udział wzięli
między innymi podchorążowie AMW z zagranicy).
Obydwaj startowaliśmy w kategorii „Basic” – najprostszej –
co wcale nie znaczy że łatwej – i jedynej, w której posiadanie sprawnej repliki
ASG nie było wymagane. Tak jak w roku poprzednim zdecydowałem się wystartować w
sprzęcie rekonstrukcyjnym. Do startu w oficerkach tym razem zniechęciła mnie
pogoda – już dwa tygodnie wcześniej wiadomo było, ze na trasie leży sporo
śniegu, a na ocieplenie się nie zanosiło. Według niektórych prognoz,
spodziewana odczuwalna temperatura w dniu biegu miała sięgać nawet -14 stopni.
Ta informacja skłoniła mnie też do ubrania się nieco cieplej niż poprzednio. Do
podstawowego munduru i zestawu radzieckiej bielizny dodałem sweter, szalik i
kufajkę, a także trzewiki z owijaczami. Całości dopełniała sukienna rogatywka,
pas oficerski z repliką pistoletu TT w kaburze i pełniąca funkcję chlebaka
torba od maski przeciwgazowej. Pamiętając o problemie jakim w zeszłym roku był
niedobór wody, wziąłem ze sobą dwie pełne jej manierki, w tym jedną dla
łatwiejszego dostępu umieściłem w chlebaku.
Przed startem, w dniu biegu.
W piątek wieczorem dotarliśmy do szkoły w Marciszowie pełniącej
funkcję bazy dla całej imprezy oraz mety biegu. Pierwsze wrażenia zdawały się
potwierdzać niekorzystne prognozy – temperatura powietrza w okolicach -5 stopni
i silny wiatr nie nastrajały zbyt optymistycznie. Zarejestrowawszy się w biurze
zawodów udaliśmy się na nocleg (przewidziany na Sali gimnastycznej) i
posiliwszy się poszliśmy spać.
W sobotę wiatr nieco się uspokoił, dzień zapowiadał się cieplejszy niż sądziliśmy, mimo wszystko jednak nie zdecydowałem się zostawić kufajki. Rudawy Janowickie nie należą może do najwyższych gór, ale także tutaj pogoda potrafi być nieprzewidywalna. Po obowiązkowej zbiórce zostaliśmy przewiezieni autobusami do Janowic Wielkich, gdzie na terenie miejscowego Ośrodka Sportu i Rekreacji rozdano nam mapy, przypomniano zasady i po krótkim odliczaniu rozpoczęliśmy bieg.
Punkty kontrolne zostały umieszczone w takich miejscach, że
pierwszą moją myślą było pobiec do punktu 1 po zaliczeniu przedtem tych
położonych na południe od Janowic, ale rzut oka na godziny otwarcia punktów
zniechęcił mnie do tego pomysłu – punkty 1 i 2 zwijały się o godzinie 12,
tymczasem start wypadł o 9:15. Nie mając wielkiego wyboru, ruszam na punkt
pierwszy. Krótki bieg przez miasto i wzdłuż drogi, potem ostre podejście na
szczyt góry Popiel i już pierwsze zadanie – szczęśliwie bardzo proste – 22
pompki. Dwie szybkie serie, podbijam kartę i biegiem na dół, kieruję się na
punkt nr 3. Według mapy najkrótsza droga tam wiedzie pod górę przez łąki do
Miedzianki. Na mapie widać nawet oznaczoną drogę. Niestety droga szybko znika
pod śniegiem, a łąki okazują się pastwiskami poprzecinanymi ogrodzeniem z drutu
kolczastego, kończą się zaś bramą, której dolne krawędzie giną pod lodem w
zamarzniętej do dna kałuży. Udaje mi się przeskoczyć bramę i złapać równowagę
na lodzie, ale to nie koniec ogrodzeń z drutu. Jeszcze trochę pod górę i
docieram do trzeciego punktu kontrolnego. Test z wiedzy o piechocie górskiej –
praktycznie co rok jest jakiś test zahaczający o ten temat. I jak co roku –
wstyd przyznać – niewiele pamiętam. Wymagany własny długopis – jeśli ktoś nie
ma – karne pompki. Na szczęśnie w kieszeni mam stary dobry ołówek. Niewiele to
niestety pomaga – opuszczam punkt z przekonaniem, nałapałem karne minuty za
błędne odpowiedzi.
Szybki bieg w dół zbocza, marsz drogą asfaltową, zakręt w drogę leśną i za chwilę docieram do punktu nr 2. Podbicie karty i idę dalej, kierując się na „czwórkę” dobrze oznaczony szlak turystyczny ułatwia dotarcie, jednak w połowie staję jak wryty – cała szeroka droga pokryta zamarzniętym wodospadem. Bez raków – nie ma szans przejść, schodzę na bok by ominąć lód i trafiam na strumień. Woda wygląda na czystą, więc uzupełniam manierkę – do połowy już wypitą – kufajka niestety sprawiła, że cały czas byłem zapocony. Jakoś udaje mi się ominąć lód nie przemaczając przy okazji butów. Jeszcze trochę pod górę i docieram do ruin zamku Bolczów. Zadanie testowe, ale trochę inne – na terenie zamku, w miejscach niekoniecznie oczywistych powywieszane kartki z opisem zamku i jego historii, na podstawie których można rozwiązać test. Niektóre naprawdę sprytnie ukryte, a jedna zostawiona „dla podpuchy” – nie dająca odpowiedzi na żadne z pytań, ale nieuważne przeczytanie może prowadzić do zaznaczenia błędnej odpowiedzi (pytanie o mieszkańców zamku w XIV wieku, kartka wspominała jego mieszkańców… w wieku XVII). Krótka przerwa na przywitanie z chłopakami z GRH 1 PSP AK, którzy „robili klimat” na zamku, podbijam kartę i lecę dalej, do punktu nr 5.
Stamtąd drogą asfaltową do punktu 7. Alpinistyka. Wejście na skałę o własnych siłach (z asekuracją) i zjazd na linie. Można mieć odjęte 30 minut od czasu. Szybkie zastanowienie – 3 osoby w kolejce, w najlepszym razie – 5 minut na każdą, a pewnie 10. Przy moim lęku wysokości – 10-15minut na wejście, do tego zmęczenie mięśni… Ponieważ kary za niewykonanie zadania brak, podbijam kartę i biegnę z powrotem na dół, by po chwili ponownie pod górę skierować się na punkt 6, stamtąd prosta droga do „ósemki”, ale po drodze dopada mnie pierwszy kryzys. Może to odwodnienie, a może ogólne osłabienie, ale przez chwilę wlokę się noga za nogą. Przepoconą kufajkę można by wykręcać, ale nie mam co z nią zrobić, więc nie zdejmuję. Podejrzewam, że jej masa wzrosła znacząco… Wypijam małymi łykami prawie pół manierki, zagryzam czekoladą i kawałkiem boczku (tak, wiem, jak to do siebie pasuje) i jakoś dochodzę do punktu nr 8. Jak na złość – akurat wysiłkowy: 5 pajacyków, czołganie, machanie liną i bieg z ciężarkiem pod i nad przeszkodami. Stojąc w kolejce mogę trochę odpocząć, co pozwala mi bez większych problemów zrobić trzy pierwsze zadania (choć rzucając się do czołgania na ubity przez licznych poprzedników śnieg boleśnie obijam kolano), chwytam ciężarek i czuję, że nie dam rady pobiec. Przechodzę powoli ostatni tor (przy okazji powtórnie obijając sobie kolano – tym razem obciążnikiem), i wracam na start. Nie zmieściłem się w normie – będą karne minuty.
W drodze na punkt ósmy – dopada zmęczenie…
Na szczęście droga do następnego punktu – nr 11 – wiedzie asfaltem w dół, wiec udaje mi się jakoś złapać oddech. Widząc, że punkt mieści się w budynkach stadniny koni czuję przypływ nadziei – może każą składać ogłowie na pamięć? Pudło – test teoretyczny z pierwszej pomocy. Też nie najgorzej, choć przy kilku pytaniach mam wątpliwości. Oddaję test, podbijam kartę i ruszam dalej. Już wcześniej doszedłem do wniosku, że do „dwunastki” lepiej iść na azymut zamiast trzymać się dróg. Trochę pod górę, przez pola – nie powinno być trudno. Niestety, pola pokryte są dość grubą warstwą śniegu, próbuję więc w miarę możliwości manewrować po „łysych plackach”, starając się skorygować azymut – niezbyt to wychodzi o czym przekonuję się słysząc coraz bliżej strzały – ani chybi zbliżam się do strzelnicy dla kategorii Pro i Team, co oznacza, ze zszedłem za daleko na południe. Odbijam na północny wschód i niestety trafiam na gęsto zarośnięty krzakami, mocno podmokły las. Pod warstwą śniegu – powalone drzewa, błoto i rozlewiska strumieni. Buty mam już całkiem przemoczone. W końcu docieram do drogi – na szczęście oznakowanej jako ścieżka dydaktyczna – tuż obok skrzyżowania. Jest ono tak charakterystyczne, że nie mam wątpliwości gdzie wyszedłem. Wprawdzie do punktu muszę się kawałek cofnąć, ale droga jest prosta. Siadam na chwilę by poprawić odwiązany owijacz i dochodzę do wniosku że dopadł mnie drugi kryzys. Łapię pięć minut odpoczynku i opróżniam do dna pierwszą manierkę, po czym ruszam dalej. Na punkt docieram już bez problemów. Korzystam z gościnności obsługi i z herbatą w ręku siadam do kolejnego zadania – test z wiedzy o Rudawskim Parku Krajobrazowym – trzeba było patrzeć na tablice dydaktyczne mijane w kilku miejscach – niestety większość pytań mnie przerasta – muszę strzelać. Będą kolejne karne minuty. Na szczęście świadomość że zostały już tylko dwa punkty i ciepła herbata zagryziona resztką czekolady dają zastrzyk energii – szybkim krokiem ruszam w dół… i niestety okazuje się, ze droga do Wieściszowic nie będzie tak przyjemna jak się wydawało – niezbyt równa droga polna zasypana jest śniegiem. Przejście okazuje się męczące – czuję, że obtarłem pięty, mokre wełniane skarpety sprawiają wrażenie, jakby były zrobione twardej juty… Tymczasem do następnego punktu trzeba podejść jeszcze kawałek pod górę. W końcu docieram. Kolejny punkt z nieobowiązkowym zadaniem – strzelnica ASG, kolejka mała, zastanawiam się nad przystąpieniem do zadania (kilka stanowisk, zadania różne), ale dochodzę do wniosku, że czas mam nienajlepszy. Podbijam kartę i zbiegam na dół. Dalsza droga wygląda znajomo – wiedzie obok miejsca, gdzie w zeszłym roku był jeden punktów kontrolnych. Również punkt dziesiąty, do którego docieram już bez problemów mieści się w tym samym miejscu co ostatni punkt w zeszłym roku. Tu niespodzianka – zamiast przystępować do ostatniego zadania można uderzyć w dzwon i zrezygnować z dalszego udziału, zjeść kiełbaskę, wypić herbatę… Biorąc pod uwagę, że był to punkt najbliższy mety, wątpię, by ktokolwiek się na to zdecydował. Zamiast więc bić w dzwon przystępuję do zadania – test wiedzy ASG – szereg dziwacznych części, które trzeba rozpoznać. Nie mam zielonego pojęcia co jest co, więc strzelam. Oddaję test i od razu dostaję wyniki. Tylko dwa pytania trafiłem – tu się dopiero minuty posypią… Ostatni kawałek już po równym, choć obtarte nogi dokuczają, dość szybkim krokiem docieram do mety. To już koniec, ale ta edycja jednak dała mi w kość bardziej niż poprzednie…
Podsumowując: W tym roku bieg oceniłbym jako trudniejszy – wprawdzie trasa pozwalała na łatwiejsze nawigowanie niż w zeszłym roku, ale za to więcej było odcinków typowo górskich. Swoje też zrobił śnieg i lód. Brak również było wcześniejszych informacji w zakresie tematyki testów (w zeszłym roku można się było przynajmniej obkuć z historii Arado), ale z drugiej strony – do obu „krajoznawczych” testów można się było nauczyć na bieżąco, w trakcie biegu. Dystans wypadł (przynajmniej dla mnie) nieco krótszy niż w roku ubiegłym – przeszedłem około 25 km, co było też najkrótszym sugerowanym przez organizatora dystansem t tej kategorii.
Mapa z zaznaczoną trasą. Przerywana linia pokazuje przybliżoną trasę przez pola za punktem 11. Wykreskowany obszar za punktem 13 to strefa zamknięta wokół “ostrej” strzelnicy.
Sprzęt, tak jak i w zeszłym roku sprawdził się. Jedyne czego
żałuję, to że wziąłem kufajkę. Wystarczyłaby pałatka, jak w zeszłym roku, która
w razie czego ochroniłaby przed wiatrem, daje się złożyć i przewiesić przez
ramię, no i nie poci się człowiek pod nią tak bardzo. Buty – typowe skórzane
trzewiki na gumowej podeszwie spełniłyby swoje zadanie w pełni gdybym ich nie
przemoczył – dobrze dobrana skarpeta pozwala w takich butach poruszać się
wygodnie, choć oczywiście we współczesnych butach trekkingowych na pewno byłoby
przyjemniej, a już z pewnością lepiej by się biegało.
Najważniejszy swój cel osiągnąłem – po raz kolejny udało się
udowodnić, że na sprzęcie rekonstrukcyjnym da się zrobić to samo co używając
osiągnięć współczesnej mysli technicznej – gore-texów, odzieży termoaktywnej
itp. Ogólny wynik też wypadł niezły – rzeczywisty czas dotarcia (6 godzin 57
minut) dawał mi miejsce około 25-30, niestety łącznie zebrałem godzinę i dziesięć
minut czasu karnego, co ostatecznie pozwoliło mi zająć miejsce 47 na 92.
Jak zwykle nie załapałem się na żadne oficjalne zdjęcia, ale
przynajmniej widać mnie na tym filmie:
(w scenie startu kategorii – 1:39)
Sam też nie bardzo miałem czas i chęci do robienia zdjęć, ale przynajmniej jest co wrzucić.
„No, pora brać się do roboty” – pomyślał Nikołaj gasząc papierosa.
Co prawda sierżant Rybałko, dowódca drużyny technicznej, zapewniał go, że skład był gotowy do drogi, ale Nikołaj wolał sprawdzić wszystko osobiście. W końcu to on odpowiadał za ten transport i to jego, lejtnanta wojsk kolejowych Nikołaja Artaszesowicza Geworkiana, pociągną do odpowiedzialności jeśli okaże się, że chłopaki Rybałki odwalili jakąś fuszerkę. Poza tym – lubił tę robotę – wszak jego przodkowie od trzech pokoleń pracowali na kolei, można powiedzieć, że miał to we krwi. Nawet jego rodzice poznali się w pracy, i rodzina ojca, z początku niechętna małżeństwu z Rosjanką dała się przekonać dopiero tym, że przyszła synowa pracowała na kolei.
Najpierw dokładnie sprawdził, czy wszystkie wagony są dobrze pozaczepiane, a ładunek zamocowany w sposób uniemożliwiający jego przesunięcie w czasie jazdy. Przy ostatnim wagonie niedbale oddał salut Romanience.
Starszy lejtnant Romanienko dowodził ochroną składu. Chociaż miał wyższy stopień, to Nikołaj był formalnie jego zwierzchnikiem, czego Romanienko nie mógł ścierpieć. Nikołaj zastanawiał się czasem, na ile ich wzajemna niechęć wynika z różnic charakteru, a na ile ze skomplikowanego stosunku służbowego.
Sprawdziwszy wagony wrócił na początek składu i wspiął się na tender by ocenić ilość węgla. Ludzie Rybałki się nie obijali i węgla powinno wystarczyć co najmniej do Lublina. Następnie wszedł do kabiny by sprawdzić poziom wody, obszedł parowóz w poszukiwaniu ewentualnych uszkodzeń. Na oko wszystko było w porządku, ale dla świętego spokoju zajrzał jeszcze pod parowóz. Gdy tak się pochylał, usłyszał za sobą kroki. Gdy kroki zatrzymały się za jego plecami, powoli obrócił głowę…
Momentalnie wykonał pełny obrót ciała jednocześnie wyprężając się jak struna, a dłoń wyćwiczonym ruchem wystrzeliła do daszka czapki. Przed nim stał zastępca komendanta stacji, major Wołokuszyn. Co prawda odkąd się okazało, że dziadek Nikołaja, Suren Geworkian służył w starej armii w tym samym pułku kolejowym co ojciec Wołokuszyna ich stosunki stały się niemal serdeczne, to jednak major był strasznym służbistą i miłośnikiem regulaminów.
– Spocznij! – Powiedział Wołokuszyn odsuwając rękę od daszka czerwonej czapki – Co tam, jakaś awaria?
– A skąd, towarzyszu majorze – odpowiedział Nikołaj rozluźniając się – rutynowa kontrola. Za godzinę będziemy rozpalać, transport powinien wyjechać o czasie.
– Miejmy nadzieję. Front już czeka na ten sprzęt… Ale ja nie o tym… Nasze dowództwo przesłało dla was zaktualizowaną mapę linii na zachód stąd – powiedział wyciągając mapę z torby polowej – Wygląda na to trzeba będzie zmienić trochę waszą trasę, most wysadzili…
Jak wspomniałem w jednej z poprzednich części cyklu, transport kolejowy był kluczowy dla funkcjonowania państwa radzieckiego i jego Sił Zbrojnych – tak samo jak wcześniej ważny był dla Armii Imperium Rosyjskiego. Nie powinno zatem dziwić, że to właśnie w państwie Romanowów, w 1851r., powstały pierwsze na świecie wojska kolejowe (aczkolwiek trzeba pamiętać, ze wiele armii takowych nigdy nie posiadało, transport kolejowy powierzając szerszej służbie transportu wojskowego). Oprócz wojsk kolejowych (ŻDW), dla nadzoru nad całością wojskowych dróg komunikacji (kolejowych i, w mniejszym stopniu, wodnych) w radzieckich siłach zbrojnych funkcjonowały tzw. Organy WOSO (Organy Wojskowych Dróg Komunikacji). Służba WOSO – składająca się wyłącznie z oficerów – była wynalazkiem typowo rosyjskim, a jej początki sięgają również XIXw., chociaż za dzień jej powstania przyjmuje się 5 marca 1918r.
Zadania wojsk kolejowych definiuje się jako zabezpieczanie obiektów wojskowych dróg komunikacji. W definicji tej mieszczą się zadania takie jak: przygotowanie, budowa i obrona wyżej wspomnianych obiektów do celów wojskowych. Najpowszechniejszym zadaniem jest oczywiście naprawa i budowa linii kolejowych oraz, w razie potrzeby ich niszczenie. Prócz tego do zadań żołnierzy tej formacji należy ochrona (łącznie z obroną p-lot) linii, stacji, magazynów, parowozowni i innych obiektów kolejowych użytkowanych przez wojsko (w tym zakresie w obiektach pod zarządem cywilnym ochroną zajmowała się Strzelecka Ochrona Kolei, znana też jako Kolejowa WOCHR). Wojska kolejowe obsługiwały także transporty wojskowe oraz pociągi pancerne. Z kolei Organy WOSO, w interesującym nas tutaj zakresie, koordynowały całość funkcjonowania transportu kolejowego (a także rzecznego) – organizowały transporty, czuwały nad ich przebiegiem, obsługiwały – z pomocą żołnierzy ŻDW – na stacjach. Odpowiadały również za koordynację działań z cywilnymi organami transportu kolejowego.
O ile służby te były niezależnymi od siebie, o tyle pamiętać należy, że szeregowcy i podoficerowie ŻDW często byli kierowani do służby pod rozkazami oficerów WOSO (w przypadku transportu wodnego analogicznie postępowano z personelem WMF) – np. komendantem stacji był oficer WOSO, a podlegali mu podoficerowie i szeregowcy zajmujący się np. obsługą transportów (obsługa lokomotyw, przetaczanie wagonów) byli już żołnierzami wojsk kolejowych. O tym jak blisko były ze sobą powiązane te służby, najlepiej niech świadczy fakt, że oficerów obydwu przygotowywała ta sama szkoła oficerska – Leningradzka Wyższa Szkoła Wojsk Kolejowych i WOSO (LWU ŻDW i WOSO).
Pomimo tego, że WOSO była służba stricte tyłową (podczas gdy ŻDW już niekoniecznie), to traktowano ją jako w pewnym sensie elitarną (znajdowało to swój wyraz m. In. w umundurowaniu, o czym za chwilę) – oficerowie WOSO należeli do najlepiej wykształconych w Armii Czerwonej (podczas gdy wielu oficerów innych rodzajów wojsk przed szkołą wojskową miało ukończonych raptem 3-4 klasy, lub tylko kursy dla małogramotnych organizowane przez aparat polityczny przy jednostkach wojskowych). Nie ma w tym nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że od nich zależało w dużym stopniu funkcjonowanie całej armii.
Jeśli chodzi o umundurowanie, to w interesującym nas okresie pozornie obie służby nosiły bardzo podobne (przed 1943 – właściwie identyczne) – w przypadku ŻDW barwami obowiązującymi były niebieski i czarny, a w przypadku WOSO – zielony i czarny. I tak czapki dla ŻDW miały czarny otok i niebieską lamówkę, a czapki oficerów WOSO – czarny otok i zieloną lamówkę i dodatkowo nad otokiem wyhaftowaną lub metalową odznakę WOSO (złote uskrzydlone koło) na czarnym tle. Zdarzały sie jednak dość często przypadki donaszania przez oficerów WOSO czapek sprzed 1943, które miały identyczną kolorystykę jak czapki ŻDW. Mundury, zarówno polowe jak i służbowe, nie odbiegały od standardu ogólnowojskowego. Wyróżniającym elementem były lamówki (dla oficerów WOSO – zielone, dla oficerów ŻDW – niebieskie) oraz pagony (dla oficerów WOSO – z zieloną lamówką i czarnymi prześwitami na mundur galowy i służbowy i z zieloną lamówka i czerwonymi prześwitami na mundur polowy; dla oficerów ŻDW – z czarną lamówką i czerwonymi prześwitami). W ten sposób mundur ŻDW zasadniczo nie różnił się od mundurów wielu służb – jak np. saperów, gdy tymczasem mundury WOSO miały barwy niespotykane w gdzie indziej. Osobną kategorię stanowią tutaj oficerowie WOSO – komendanci stacji i przystani oraz ich zastępcy. Jako wyznacznik funkcji otrzymywali oni czapki z czerwonym denkiem oraz kurtki służbowe z kołnierzem pokrytym czarnym aksamitem oraz ze znakiem służby wyhaftowanym na lewym ramieniu, na romboidalnej naszywce z czarnego aksamitu z lamówką koloru zielonego. W przypadku braku kompletnego umundurowania tego typu, niektórzy z komendantów wykorzystywali funkcjonujące do 1941r. opaski naramienne dla oznaczenia swojej funkcji.
W wojskach kolejowych, ze względu na specyfikę pracy, prócz standardowych mundurów, często wykorzystywano wszelkiego rodzaju odzież specjalną – kurtki dla załóg wozów bojowych, kombinezony robocze (zarówno wojskowych jak i cywilnych wzorów), a nierzadko również kurtki skórzane. W charakterze odzieży zimowej dominowały typowe dla służb tyłowych watowane kurtki dwurzędowe oraz standardowe kufajki. Również oficerom WOSO przysługiwały kurtki, jednak często nosili oni typowe płaszcze oficerskie. Jako obuwie szeregowcom i podoficerom ŻDW wydawano trzewiki z owijaczami, lub kirzowe oficerki. Oficerowie ŻDW najczęściej nosili oficerki ze skóry juchtowej lub kirzowe, tymczasem oficerowie WOSO byli chyba jedyną większą grupą w Armii Czerwonej, w której powszechnie stosowano przewidziane dla oficerów służb tyłowych trzewiki i sztylpy, chociaż wielu z nich nosiło również oficerki.
Prezentowana sylwetka to lejtnant radzieckich wojsk kolejowych. Ubiór stanowi standardowy polowy mundur oficerski wz.43, na którym oficer nosi kombinezon roboczy. Na głowie oficera – czapka służbowa z czarnym otokiem i niebieską lamówką. Czapka została pozbawiona podpinki, gdyż podczas pracy parowozu temperatura w kabinie bywa na tyle duża, że ta mogłaby się stopić. Jako obuwie nosi oficerki ze skóry juchtowej. Oporządzenie stanowi pas oficerski z koalicyjką, kabura na pistolet oraz podoficerska raportówka – w służbach tyłowych często wydawana zamiast oficerskich mapników. Uzbrojenie oficera stanowi pistolet TT, choć w wojskach kolejowych częściej oficerom wydawano rewolwery Naganta.
Przy sobie żołnierz nosi legitymację oficerską późnego wzoru, papierosy, zdobyczne zapałki i latarkę. W raportówce oprócz dokumentów typowo służbowych (takich jak mapy, rozkazy itp.) przenosi piórnik, notesik oraz książeczkę mundurową.
Późnomarcowe słońce
stało już wysoko kiedy dotarł do kolejnej kępy krzaków. Musiał zatrzymać się na
chwilę, żeby złapać oddech. Choć temperatura była już wyższa niż rano, ubranie
miał w dalszym ciagu mokre, koszula lepiła mu się do ciała, spodnie miał
cieżkie i sztywne od błota i wody. Jedynie marynarka, którą wkrótce po
przeprawie zdołał wykręcić, byłą w miarę sucha.
Usiadł i wyjął z kieszeni
ostatni kawałek kiełbasy, którą ukradł z wędzarni. Była półsurowa i miał
wrażenie, że zaczęła się już powoli psuć. Nie zamierzał jednak wybrzydzać –
przez ostatnie trzy dni żywił się tylko tą kiełbasą, a żołądek domagał się
jedzenia. Przez jakiś czas jeszcze miał głód pod kontrolą, ale ta cholerna
rzeka, w której o mało co się nie utopił, wyciągnęła z niego resztkę sił.
Nie miał specjalnego planu, ale
wydawało mu się, ze ucieczka nie powinna być trudna. Pamiętał z geografii,
jeszcze ze szkoły powszechnej, że z Grazu do dawnej granicy z Jugosławią było
jakieś 60-70 kilometrów. Gospodarstwo, do którego trafił na roboty, znjadowało
się na południe od miasta, wydawało się więc logicznym, że odległość będzie
mniejsza. Oceniał, ze dojdze w dzień-dwa. Nie przewidział tylko, że teren wokół
był górzysty, prawie całkiem pozbawiony drzew, a do tego będzie musiał omijać
wszelkie osady ludzkie. No i ta przeklęta rzeka – pamiętał wprawdzie mgliście
ze szkoły, że między Austrią a Jugosławią coś płynęło, ale nie spodziewał się,
czegoś takiego. No i nie oczekiwał, że most, który w końcu udało mu się
znaleźć, będzie pilnowany. Wszak ani Austrii, ani Jugosławii już nie ma,
wszystko to wielka Rzesza.
Zastanawiał się, czy jego
ucieczka miała w ogóle jakiś sens. Czy nie lepiej byłoby pójść do najbliższej
wsi i oddać sie w ręce Niemców? W końcu – jakie miał podstawy, by myśleć, że na
południu czeka go coś lepszego? Pamiętał wprawdzie jeszcze z 1941r., że
podziemne gazety wspominały o powstaniu w Jugosławii, pamiętał też, że jesienią
cała wieś, łącznie z Jurgenem Schwarzbeckiem, grubym bauerem, u którego
pracował, wpadła w straszną panikę na wieść o kapitulacji Włoch, szybko jednak
się uspokoili, gdy Hitler zajął ziemie dawnego sojusznika. Wiedział też, że na
północ nie ma sensu się kierować – Wprawdzie bolszewicy ponoć dotarli już do
Polski, ale raz, że diabli wiedzą czego się po nich spodziewać, wszak już raz
nas zdradzili, a dwa, że to setki kilometrów przez Niemcy. Nawet gdyby gruby
Shchwarzbeck pozarzynał wszystkie swoje świnie i wędzarnia pełna była mięsa,
które można „porzyczyć”, to i tak nie starczyłoby na taką wędrówkę. Ale zostać
było niepodobna. Zwłaszcza odkąd spasiony parteigenose, tuszą podobny do swoich
zwierząt hodowlanych, obciął im racje żywnościowe do poziomu, który nie
pozwalał mieć nadziei na dożycie do końca wojny.
Odpocząwszy trochę i oszukawszy
głód, ruszył dalej. Żeby oderwać się jakoś od swojej nieciekawej sytuacji,
zaczął w myślach śpiewać sobie piosenki. Tak go to zajęło, że głosy usłyszał
dopiero podchodząc do skalnej formacji na szczycie kolejnego wzgórza.
Przystanął i zaczął nasłuchiwać. Gdzieś po drugiej stronie większa gupa ludzi
prowadziła ożywioną dyskusję. Do tego dość wesołą, na co wskazywały okazjonalne
wybuchy śmiechu. Już miał zawrócić, kiedy usłyszał, że niewidoczni jeszcze
ludzie zaczęli spiewać. Nie rozróżniał słów, ale melodia wydała mu się znajoma.
W dzieciństwie słyszał ją, gdy z chłopakami z sąsiedztwa chodził szydzić z
jeńców bolszewickich w pobliskim obozie.
„Czyżby Rosjanie?”
Pomyślał. „Dotarli aż tutaj?”
Ostrożnie wyjrzał zza
skały. Rzeczywiście, w znajdującej się w dół zbocza kępie krzaków dostrzegł
ludzkie sylwetki. Część stała, kilku ludzi siedziało – to właśnie oni śpiewali
– większość jednak krzątała się, najwyraźniej zwijając obozowisko. Postanowił
podejść bliżej. Zaczął rozróżniać słowa pieśni:
…Da će kod nas
slomit’ vrat,
Prije ćemo mi
umrijeti,
Nego svoje zemle dat’!
Słowa brzmiały
znajomo, ale był pewien, że to nie rosyjski. Czyżby jednak…? Nie kryjąc się
już ruszył przed siebie. „Może to pasterze?” – pomyślał.
Zgazit ćemo izdajice
I prihvatit ljuti
boj…
Pieśń nagle się
urwała. Zobaczył, ze ludzie w dole zaczęli się rozbiegać, większość zaległa na
ziemi, kilku z nich padło na ziemię.
„Chyba mnie
zauważyli…” – przemknęło mu przez głowę.
– Stoj! Roke Gor! –
usłyszał za plecami. Zatrzymał się i podniósł ręce do góry.
– Obrni se!
– Nie rozumiem –
odpowiedział powoli odwracając głowę. Za nim, zasłonięty skalnym występem, stał
żołnierz z czerwoną gwiazdą na czapce i mierzył do niego z karabinu. „Ki diabeł?”
– pomyślał.
– Ne razumete? –
zapytał żołnierz – Kdo ste? Čech? Slovak?
– Polak. Z robót
uciekam, Ziwilarbeiter.
– Poljak? Smo Vojaki
Jugoslovanske Narodnoosvobodilne Vojske, 3 Slovenska Brigada. Si bo šel z nami!
Pojdi!
Żołnierz wydawał się
trochę uspokojony, ale karabinu nie opuścił. „Jugosłowiańskie narodno-coś tam
wojska?” – pomyślał idąc z rękami w górze – „Może coś rzeczywiście było w tych
opowieściach o powstaniu w Jugosławii…”
17
kwietnia 1941r., po jedenastodniowej obronie, Jugosławia skapitulowała wobec
niemieckich i włoskich najeźdźców. Wieloetniczne państwo podzielone zostało
miedzy Niemcy, Włochy, Węgry, Bułgarię i tzw. Niepodległe Państwo Chorwackie.
Rząd, z królem Piotrem II udał się na emigrację. Ale mimo kapitulacji rządu,
podziału kraju między okupantów, wielu mieszkańców Jugosławii ani myślało
złożyć broń. Już 11 maja Powstały Wojska Jugosławiańskie w Ojczyźnie pod
dowództwem pułkownika (późniejszego generała) Dragoljuba Mihailovicia, znanego
bardziej pod pseudonimem „Čiča Draža” (wujek Draża – Draża to zdrobnienie od
Dragoljub). Mniej więcej w tym samym czasie do tworzenia oddziałów
partyzanckich wezwał przywódca jugosłowiańskich komunistów – Josip Broz
używajacy pseudonimu „Tito”. W ten sposób zaczęły się tworzyć oddziały
partyzanckie, które już wkrótce zaczęły używać nazwy Narodowo-wyzwoleńcze
Oddziały Partyzanckie Jugosławii (Narodnooslobodilački partizanski Odredi
Jugoslavije, NOPOJ). To właśnie te ostatnie będą tematem ponizszego artykułu.
Za właściwy początek działalności Titowskiej partyznatki
uznaje się 27 sierpnia 1941r., kiedy to, powołano Sztab Główny (Vrhovni Štab,
VŠ) NOPOJ, na czele ktorego staneli wywodzący się z róznych narodów Jugosławii
członkowie władz KPJ – Josip Broz-Tito (syn Chorwata i Słowenki) oraz m.in.
Edvard Kardelj (Słoweniec), Milovan Dżilas (Czarnogórzec) i Aleksander Ranković
(Serb). Już 4 lipca Sztab Główny wezwał narody jugosłowiańskie do powstania.
Wezwanie to spotkało się z zaskakująco dużym (i skutecznym) odzewem. 7 lipca
rozpoczęło się powstanie w Serbii, 6 dni później – w czarnogórze, a w
przedostatnim tygodniu lipca – w Słowenii, Chorwacji, Bośni i Hercegowinie. W
październiku zaś wybuchły walki w Macedonii. W Serbii w wyniku powstania
partyzanci przejeli kontrolę nad znacznym obszarem, który, od siedziby VŠ w
Użicach nazwano „Republiką Użicką”. Choć republika przetrwała tylko nieco ponad
dwa miesiące, jej funkcjonowanie znacząco pomogło w dalszej działalności
partyznatki – w Użicach partyzanci zdobyli fabrykę bronii, która przez 67 dni
dostarczyłą im ponad 21 tysięcy karabinów i ponad 2,5 mln. sztuk amunicji. Tu
również zaczęły wychodzić pierwsze partyzanckie gazety. Aby opanować sytuację w
Serbii, Niemcy ściagneli posiłki z Grecji i Francji. Większość oddziałów
partyzanckich zdołała się wycofać, niestety okupant zemścił się na ludnosci
cywilnej Serbii, mordując ogółem około 10 tysięcy ludzi (w tym minimum 9 tys.
Ludności cywilnej). Sukces partyzantów i krwawe represje okupanta przyczyniły
się do dalszego wzrostu popularności NOPOJ. Z tego też okresu pochodzą pierwsze
konflikty pomiędzy partyzantami Tity a czetnikami Mihailovicia.
Z oddziałów, które zdołały wycofać się z Serbii stworzono w
grudniu 1941r. 1 Brygadę Proletariacką pod dowództwem Kočy Popovicia – oddział
„elitarny”, stanowiący pierwszy zalążek regularnych sił zbrojnych Jugosławii.
NOPOJ pozostawały cały czas aktywne w walce z okupantami i wojskami NPCh. W
listopadzie 1942r. zmieniono nazwę NOPOJ na NOV i POJ (Narodnooslobodilačka
Vojska i Partizanski Odredi Jugoslavije, często w skrócie zwane NOVJ) – nazwy
sugerowały, że dowództwo zaczęło robić rozróżnienie pomiędzy zaczynającymi
coraz bardziej przypominać regularne jednostki NOV i nieróżniacymi się
specjalnie od oddziałów partyzanckich w innych krajach okupowanych POJ. Pomimo
tego jednak w dalszym ciągu całość sił Titowskich określano jako „partyzantów”.
Co ciekawe, aż do drugiej połowy 1943r., mimo znaczących
sukcesów, mimo bitew o na prawdę wielkiej skali (jak np. Nad Neretwą w marcu
czy nad Sutjeską w czerwcu 1943r.) partyzanka Tity pozostawała niezauważona
przez aliantów – również przez ZSRR. Właściwie dopiero po II sesji AVNOJ
(Antyfaszystowska Rada Wyzwolenia Narodowego Jugosławii, powstały w listopadzie
1942r. w kontrolowanym przez partyzantów Bihaciu w Bośni podziemny parlament) w
Jajcach w listopadzie 1943r. brytyjska prasa zaczęła przychylniej pisać o NOVJ,
a rządy sprzymierzonych zaczęły bardziej sprzyjać Ticie, stopniowo odwracając
sie od budzacych coraz większe kontrowersje czetników. Za deklaracjami
politycznymi poszły czyny – brytyjczycy zaczęli zrzucać coraz więcej sprzętu i
żołnierzy sił specjalnych do pomocy NOVJ, zaczęli także organizować transport
lotniczy dla ewakuacji rannych partyzantów. Realną pomoc zaczął okazywać także
Związek Radziecki – wysyłając misję wojskową (od lutego 1944r., w tym doradców
mających doświadczenie wyniesione z radzieckich oddziałów partyzanckich), przekazując
broń i amunicję oraz dając do dyspozycji partyzantów pewną liczbę samolotów
wraz z załogami. Swoją misję wojskową i ograniczoną pomoc materialną wysłały
również Stany Zjednoczone.
Pod
koniec 1943r., zajęci do tej pory opanowywaniem sytuacji kryzysowej
spowodowanej kapitulacją Włoch Niemcy podjęli próbę spacyfikowania Jugosławii
(operacje „Panther” i „Kubelblitz”). Rezultaty były jednak dość mizerne.
Dopiero przeprowadzona 25 maja 1944r. operacja „Roesselsprung” odniosła pewien ograniczony
sukces. Chociaż nie udało się osiągnąć jej głównego celu – pojmania bądź
zabicia Tity oraz reszty członków VŠ NOVJ, to jednak Niemcom udało się (na
krótko) przejąć kontrolę nad częścią terytorium Bośni wyzwolonego przedtem
przez partyzantów wraz z dotychczasową siedzibą sztabu – miastem Drvar, zaś
dowództwo NOVJ musiało sie ewakuować przez Potoci i Preodac do lotniska w
Kupreš, skąd radzieckim samolotem przemieściło się na Bari (będącą wówczas pod
kontrolą Aliantów), a stamtąd na Vis. Zaś zdobycie nieukończonego jeszcze
munduru marszałkowskiego Tity zostało z sukcesem wykorzystane przez niemiecką
propagandę.
We
wrześniu 1944r. Tito podpisał w Moskwie porozumienie z radzieckim dowództwem,
na mocy którego wyzwolenie Jugosławii miało się odbyć w ramach wspólnych
działań 3 Frontu Ukraińskiego i NOVJ. Jednostki partyzanckie wzięły udział u
boku Armii Czerwonej w Operacji Belgradzkiej. Partyzantka titowska prowadziła później
walki z topniejącymi siłami niemieckimi (pozostałości Grup Armii „E” i „F”),
chorwackimi i czetnikami aż do całkowitego wyzwolenia Jugosławii w połowie maja
1945r. Wiosną 1945r., już jako Armia Jugosławiańska (Jugoslavenska Armija – JA)
wzięła także ograniczony udział w walkach we Włoszech u boku Brytyjczyków i
Amerykanów.
Chociaż jednostki NOVJ zwykło sie
określać mianem „partyzantki”, trzeba zdać sobie sprawę z faktu, że była to
nieco inna partyzantka niż np. w Albanii, Grecji czy nawet w Polsce. Dość powiedzieć,
że w szczytowych okresach NOVJ liczyły nawet 800 tys. Ludzi (i liczba ta
oznacza czynnych żołnierzy, nie obejmuje konspiratorów politycznych,
wywiadowców, agitatorów itp.) na około 11mln. Mieszkańców Jugosławii w 1945r.
Ale nawet nie w liczebności tkwi zasadnicza różnica. W ramach NOVJ
funkcjonowały bowiem w róznych okresach jednostki zmotoryzowane, artyleryjskie,
pancerne, a nawet marynarka wojenna (ta ostatnia od grudnia 1942r., choć nie
była zbyt liczna, to jednak prowadziła skuteczne działania przeciwko włoskiej
marynarce na Adriatyku, wsławiła się również podczas obrony Korczuli w grudniu
1943r.). Niektóre jednostki posiadały nawet własne orkiestry. Dodać do tego
należy także lotnictwo – NOVJ od 1944r. utrzymywało kilka stałych lotnisk i dysponowało
niewielką liczbą samolotów udostępnionych przez ZSRR, choć należy zaznaczyć, że
załogi i większość personelu technicznego stanowili żołnierze Radzieckich WWS.
Specyfiką NOVJ pozostaje też jej wieloetniczność. Oprócz narodów Jugosławii, w
szeregach partyzantki walczyli Bułgarzy, Włosi, Francuzi, Czesi, Polacy,
Rosjanie, Niemcy i inni. Często jednostki organizowano z przedstawicieli danej
narodowości (włoska Brygada „Garibaldi”, bułgarska „Christo Botew”, Polski
Batalion w Bośni i Kompania im. „Starego” w ramach polsko-francuskiej brygady
„Liberte” w Słowenii itp.). Ciekawa jest tutaj historia Polaków w NOVJ –
pierwszymi byli uciekinierzy z obozów jenieckich i obozów pracy przymusowej
oraz dezerterzy z Wehrmachtu, których kierowano do różnych jednostek. Ale już
np. Polski Batalion tworzyli głównie Bośniaccy Polacy, przesiedleni na te
tereny (głównie w okolice miasta Prnjavor) przez monarchię Austro-Węgierską na
przełomie XIX i XXw., zaś kadrę Kompani im. „Starego” (nazwa od pseudonimu
Nowotki) stanowili członkowie PPR i AL z Łodzi, aresztowani, a następnie
wysłani do obozu koncentracyjnego, skąd części z nich udało się zbiec wraz z
dużą grupą komunistów francuskich.
Choć , jak w każdej partyzantce,
tak i w NOPOJ w pierwszym okresie działalności trudno mówić o jakimś jednolitym
umundurowaniu, to jednak da się zauważyć pewne trendy, które z czasem zaczną
się nasilać, a już pod koniec wojny na dostępnym materiale fotograficznym
widzimy dość jednakowo ubrane oddziały NOVJ. Dlatego też warto zatrzymać się na
chwilę nad tematem umundurowania partyzantów.
Pierwszym elementem wyróżniającym
partyzantów NOPOJ/NOVJ były czerwone gwiazdy, które oficjalnie przedstawiano
jako międzynarodowy symbol oporu przeciwko faszyzmowi. Początkowo gwiazdy te
były wyłącznie wycinane z czerwonych tkanin lub wyszywane nicią, jednak bardzo
szybko zaczęły pojawiać się gwiazdy metalowe – wytwarzane z blachy malowanej
lub emaliowanej na czerwono. Wraz z utworzeniem 1 Brygady Proletariackiej, dla
wszystkich jednostek otrzymujących status dywizji lub brygady proletariackiej
wprowadzono czerwoną gwiazdę z sierpem i młotem – wykonywaną z blachy.
Zachowana gwiazda tego typu na czapce kpt. Jana Drąga (w zbiorach MWP, wygląd
znany mi wyłącznie na podstawie zdjęć z książki „Emblematy, godła i symbole GL
i AL” K. Satory) wygląda na pomalowaną gwiazdkę używaną przez Armię Czerwoną na
„pilotkach” (furażerkach), możliwe więc, ze część gwiazd była produkcji
radzieckiej (nie jest to nieprawdopodobne – w ZSRR wykonywano pierwsze
jugosłowiańskie odznaczenia partyzanckie). Gwiazdy początkowo montowano na
dowolnych nakryciach głowy – w początkowym okresie w tej roli wykorzystywano
wszelkie czapki cywilne, zdobyczne nakrycia głowy wojsk okupacyjnych oraz
stosowane w przedwojennej armii, popularne jako element stroju ludowego
Szajkacze, te ostatnie jednak dość szybko zniknęły jako kojarzone z czetnikami
i monarchią. W drugiej połowie 1941r. w NOPOJ zaczęły pojawiać się Triglavki,
zwane też Partizankami. Te sukienne „trojgłowe czapki” (często z odwijaną
osłoną na kark i uszy), wzorowane na czapkach używanych przez wojska
republikańskie w czasie hiszpańskiej wojny domowej, wymyślili chorwaccy
komuniści z Zagrzebia jako symbol „ciągłości walki z faszyzmem”. Choć ich
potoczna nazwa pochodzi od kształtu, a nie od najwyższego szczytu Słowenii, nie
sposób nie zauważyć, ze ta nazwa funkcjonowała głównie w tam. Problem z triglavkami
polegał na tym, że ich produkcja była dosyć skomplikowana, toteż już w 1943r.
zaczęły być sopniowo wypierane przez titovki. Od samego początku popularnością
cieszyły się wszelkie furażerki – początkowo zbobyczne niemieckie i bardzo cenione
za nausznik włoskie – później również w niewielkich ilosciach dostarczone przez
sojuszników brytyjskie i radzieckie. Jednak najbardziej znaną wersja są właśnie
titovki, pod względem kroju wzorowane na radzieckich „pilotkach”, wykonywane
zwykle z sukna. Choć źródła mówią o szarych titowkach, wspomniana już wyżej
czapka kpt. Drąga wykonana została z sukna koloru zielonego – być może
brytyjskiego pochodzenia. Jak łatwo się domyślić, nazwa pochodzi od marszałka
Tito, który w takiej czapce występował conajmniej od 1942r. W kwietniu 1944r.
Titowkę dowództwo uznało za obowiązujący element umundurowania NOVJ.
Triglavka (Wikimedia Commons)
Początkowo nie funkcjonowały żadne kurtki mundurowe,
powszechnie noszono odzież cywilną lub zdobyczne mundury, choć warto zauważyć,
że większą popularnościa od kurtek, cieszyły się niemieckie i włoskie koszule
mundurowe – wykonane z lżejszych materiałów i posiadające praktyczne kieszenie.
Część partyzantów dysponowała także kurtkami mundurowymi przedwojennej armii
jugosławiańskiej, nie były one jednak zbyt praktyczne, co więcej były kolejnym
elementem kojarzonym z czetnikami. Już w 1941r. zaczynają się pojawiać sukienne
kurtki mundurowe nie przypominające żadnych stosowanych przez okupantów,
najwyraźniej będące produktami miejscowych krawców. Większość z nich
zaopatrzona była w 4 kieszenie i miała zamknięty kołnierz. Posłużyły one
później za wzór dla mundurów JNA. Sporą popularnościa cieszyły się również
brytyjskie battledressy i koszule mundurowe. Poza doradcami, zbiegłymi jeńcami
radzieckimi i personelem lotniczym, nie są znane przypadki wykorzystywania
przez partyzantów radzieckich gimnastiorek czy kurtek mundurowych. ZSRR zresztą
niechętnie udostepniał radzieckie mundury sojuszniczym oddziałom partyzanckim.
Poza spodniami cywilnymi, bardzo popularne były wszelkiego
rodzaju bryczesy – początkowo wykorzystywano przedwojenne bryczesy wojskowe (chyba
jako jedyny element przedwojennego mundury utrzymały się do końca wojny),
zdobyczne niemieckie oraz te, stanowiące elementy stroju ludowego – np. w
środkowej Serbii nierzadko miały one zwyczajowo kolor zielony lub szary. Pewną
popularnościa cieszyły się również spodnie niemieckie, brytyjskie i włoskie.
Stroje ludowe ze środkowej Serbii. Warto zwrócić uwagę na zielone bryczesy, szajkacze i kierpce. (Wikimedia Commons)
Trudno dociec jak wyglądała sprawa okryć wierzchnich, gdyż
widać je na stosunkowo nielicznych zdjęciach. Choć późniejszy generał Radoljub
Čolaković wspomina, że podczas marszu na Igman miał płaszcz skórzany, spotkałem
się z informacją, że jakiekolwiek długie płaszcze były niepopularne – do tego
stopnia, że zdobyte płaszcze niemieckie często skracano do pół uda. Na
zdjęciach, również tych z okresu późnowojennego widać też często kurtki cywilne
różnego typu.
Jeśli wierzyć Čolakoviciowi, jeszcze na początku 1941r.
czestym widokiem był partyzant noszący na nogach skórzane łapcie (kierpce), co
zapewne spowodowane było popularnościa tego obuwia wśród ludności wiejskiej,
jednak stopniowo coraz więcej partyzantów miało solidniejsze obuwie.
Szczególnie popularne były praktyczne w terenie górskim trzymające w kostce
trzewiki – bądź to zdobyczne włoskie lub niemieckie, bądź zrzutowe brytyjskie i
amerykańskie, bądź też cywilne turystyczne. Do trzewików raczej nie stosowano
owijaczy, natomiast sporą popularnością cieszyły się włoskie wywijki. Często
też, przy braku tych ostatnich, dla ochrony przed otarciami wywijano na wierzch
grube wełniane skarpety, które skądinnad były własciwie elementem obowiązkowym.
Poza najwyzszym dowództwem NOVJ, nie są znane zdjęcia partyzantów w oficerkach,
choć podobno zdarzały się przypadki wykorzystywania niemieckich saperek.
W czasie wojny kilkukrotnie wprowadzano rozmaite oznaki
stopni. Choć już w lipcu 1941 r. wprowadzono system oznak stopni dość luźno
wzorowany na radzieckich oznakach z lat 20, to rzadko były one stosowane.
System stopni i towarzyszące mu oznaki zmieniono już w styczniu 1942r., ich
stosowanie stało się wówczas powszechniejsze. Oznaki stopni tego wzoru noszono
na rękawach, lub, rzadziej, na lewej stronie piersi nad kieszenią. Ostatnią,
gruntowną reformę systemu stopni i odpowiadających im oznak przeprowadzono w
maju 1943 i obowiązywała ona do końca wojny. Te oznaczenia przewidziane były do
noszenia na mankietach kurtek mundurowych. Obowiązujące oznaczenia stopni
zobaczyć można tu: https://sr.wikipedia.org/wiki/Официрски_чинови_НОВЈ
Dodać jeszcze należy, że zdarzały się sporadyczne przypadki
noszenia przez oficerów NOVJ pagonów typu radzieckiego, z tym że prawdopodobnie
były to przedwojenne pagony jugosłowiańskie, w których zamiast „gwoździ” rolę
oznaczeń stopnia pełniły gwiazdy.
Przedstawiona na zdjęciach sylwetka to szeregowy (Vojnik)
NOVJ ubrany i wyposażony dość typowo dla połowy 1944r. Nakrycie głowy stanowi
furażerka niemiecka z naszytą gwiazdą z czerwonego sukna, która, podobnie jak
niemiecka koszula „tropikalna” i „zdenazyfikowany” pas stanowi efekt przejęcia
niemieckiego magazynu mundurowego. Spodnie to popularne w środkowej serbii
cywilne bryczesy w kolorze zielonym. Jako szeregowiec nie nosi żadnych oznak
stopnia, choć i tak zwykle nie naszywano ich na koszulę. Całości dopełniają
trzewiki noszone z grubymi, wełnianymi skarpetami, wywiniętmi dla większej
wygody noszenia butów, oraz noszona w plecaku kurtka mundurowa partyzanckiej
produkcji wykonana z szarozielonego sukna. Jako dokument identyfikacyjny
żołnierz nosi legitymację służbową. Ponieważ legitymacja nie posiadała miejsca
na zdjęcie, czestą praktyką było noszenie luzem zdjęcia legitymacyjnego. Prócz
tego w kieszeniach prznosi także kilka zdjęć pamiątkowych z ćwiczeń oddziału
partyzanckiego oraz zapasową łódkę z amunicją do karabinu – z niezbyt jasnych
przyczyn, partyzanci jugosłowiańscy niechętnie nosili jakiekolwiek ładownice.
Wodę przechowuje w pochodzacej z radzieckich dostaw manierce, którą z kolei
przenosi w cywilnym plecaku turystycznym, wraz z zapasem pożywienia, kocem,
menażką i kurtką mundurową.
Autorem zdjęć, o ile w opisie zdjęcia nie zaznaczono inaczej,
jest Sebastian Sroka
Wykorzystane dla potrzeb sylwetki legitymacja i zdjęcie
należały do kapitana Jana Janečka z Brygady Czechosłowackiej NOVJ im. Žižki.
Bibliografia:
Publikacje papierowe:
Druga Wojna Światowa. Ruch Oporu na Bałkanach, p. red. M.
Juchniewicza, Warszawa 1986.
Čolaković R., Notatki żołnierza wojny narodowowyzwoleńczej,
Warszawa 1963.
Satora, K. „Emblematy, Godła i Symbole AL i GL, Warszawa
1973.
Żołnierz Polski. Ubiór, uzbrojenie i oporządzenie, T.V,
Warszawa 1965.
Jeszcze jako uzupełnienie powyższego – formacje zagraniczne nosiły mniej więcej to samo co ogół partyzantów (może poza Włochami i Bułgarami – ci wywodzili się głównie z dezerterów i jako tacy byli zwykle nie najgorzej umundurowani). W kwestii odznak wyróżniających wiem tylko tyle, że w Polskim Batalionie poniżej gwiazdy noszono mała flagę biało-czerwoną w formie prostokąta. Podkreślić należy, że był to znak wyróżniający tej jednostki, Polacy służący w “nie-polskich” jednostkach NOVJ takowych nie nosili.
Autor: Kamil Szustak
SUMMARY
The article presents the history of the Yugoslav partisan units led by Josip Broz-Tito and discusses their usual look. The photographs give an example of how an average partisan could have looked like in 1944 – the cap is still not unified “titovka”, but a german side cap. The ankle boots and breeches are civilian and the belt and shirt are captured German.