Nikołaj Jakowlewicz Maksimczuk, pierwszy mąż Nadieżdy Bewzy
(autorki wspomnień zamieszczonych w poprzedniej części), urodził się w 1918
roku, był więc rówieśnikiem Grigorija Kusznirczuka (autora wspomnień
zamieszczonych w części pierwszej) , prawdopodobnie zatem to z nim Kusznirczuk
w 1934 roku wstąpił do szkoły łączności i o nim pisał, że „Specjalność
łącznościowca nie przypadła mu do gustu”, co dość ciekawie brzmi w przypadku
człowieka, który większą część służby spędził w wojskach łączności.
Wspomnienia majora Maksimczuka to kolejna porcja wspomnień z
oblężonego Leningradu i pierwszych dni wojny. Choć niewiele miejsca (mówiąc
oględnie) poświęca swojemu życiu osobistemu, jego wspomnienia potraktować
należy jako uzupełnienie wspomnień Nadii Bewzy.
Major Maksimczuk. Sposób noszenia odznaczeń i granatowy kolor munduru wskazuje na wykonanie zdjęcia w latach 1969-1980, jednak obecność medalu 250-ciolecia Leningradu wskazuje na rok nie wcześniejszy niż 1982.
„MAKSIMCZUK NIKOŁAJ JAKOWLEWICZ
Rocznik 1918, Ukrainiec, wykształcenie wyższe, członek KPSS
Stopień wojskowy – Major
Urodziłem się 6-go maja 1918 roku we wsi Zińkow w rodzinie
ubogich chłopów. W Zińkowie minęły moje lata dziecięce i młodzieńcze. Uczyć się
w szkole przyszło z przerwami. A w sierpniu 1938 roku z 10-tej klasy na
ochotnika wstąpiłem do Woroneskiej Wojskowej Szkoły Łączności. Szkołę
ukończyłem przed terminem w grudniu 1939 roku z awansem na stopień – lejtnanta.
Tu też, w szkole, zostałem wyposażony we wszystko co niezbędne według norm
czasu wojny i 24 grudnia razem z innymi takimi lejtnantami – kolegami z koszar
zostałem wysłany na front do 7 armii, która działała na Przesmyku Karelskim.
W
sztabie 7-ej armii dostałem przydział do 10 Korpusu Strzeleckiego, a z korpusu
do 70 Dywizji Strzeleckiej. Nowy, 1940 rok powitałem już na froncie w sztabie
dywizji. Nas, młodych lejtnantów, rozmieścili w fińskim rigu (coś w rodzaju
ukraińskiej stodoły), a rankiem 1-go stycznia 1940 roku przyjął nas komisarz
dywizji – pułkowy komisarz Galstian i udzielił nam ojcowskich rad jak
zachowywać się bezpośrednio na pierwszej linii. Nas, dziesięciu młodych lejtnantów z
Woroneskiej Szkoły Wojskowej Łączności poprzydzielano o jednostek dywizji. Ja i
jeszcze jeden lejtnant (nazwiska już nie pamiętam) zostaliśmy skierowani d 227
Pułku Artylerii Haubic. W sztabie pułku dostałem przydział na stanowisko
dowódcy plutonu łączności w dowództwie 2 dywizjonu, a mój towarzysz, na takie
samo stanowisko w 1 dywizjonie.
W składzie 227 PAH brałem udział w działaniach bojowych przy
przerywaniu Linii Mannerheima, w bojach o półwysep Koivisto i przejściu po
lodzie przez Zatokę Wyborską na tyły Finów broniących miasta Wyborg. 10 marca
przecięliśmy drogę Wyborg-Helsinki i zaczęliśmy działać na tyłach Armii
Fińskiej.
A 13 maca wojna się zakończyła i podpisano traktat pokojowy.
Po zakończeniu działań bojowych, zgodnie z traktatem
pokojowym nasza dywizja przemieściła się na 40 km po Szosie Helsińskiej, gdzie
ustanowiono nową granicę państwową. Przez dwa tygodnie ochranialiśmy granicę, a
potem przekazaliśmy ją pogranicznikom.
Za działania bojowe dywizja odznaczona została Orderem
Lenina, a 227 PAH – Orderem Czerwonego Sztandaru.
Po przekazaniu granicy pod ochronę pograniczników, nasz pułk
przeszedł na miejsce stacjonowania, które zajmował przed rozpoczęciem działań
wojennych. Kwatery zimowe znajdowały się w mieście Leningrad na Prospekcie
Izmaiłowskim w koszarach dawnego Pułku Izmaiłowskiego, a latem w obozach
Osinowaja Roszcza.
Wielka Wojna Ojczyźniana zastała mnie w obozach letnich w
tejże Osinowoj Roszczy. W nocy z 21 na 22 czerwca byłem dyżurnym operacyjnym
pułku. Cała kadra oficerska pułku wyjechała do miasta na dzień wolny. W
pododdziałach pułku zostali tylko dyżurni. Czuło się, że wojna się zbliża, gdyż
nasz pułk co tydzień wyjeżdżał na swoje pozycje na granicy za Wyborgiem.
Dowódca pułku rozkazał aby przy najmniejszej zmianie sytuacji bezzwłocznie go
wezwać. Ale nie wytrzymał i o 23:00 wrócił do sztabu i poszedł odpoczywać w
swoim gabinecie. W ślad za nim wrócił komisarz pułku i także poszedł odpoczywać
w swoim gabinecie. Około 1:30 22 czerwca dowódca dywizji wezwał do siebie
dowódcę i komisarza. Z dywizji wrócili po 30 minutach i zamknęli się w pokoju
operacyjnym aby popracować. O 4:00 ponownie wezwał ich dowódca dywizji. Po
kilku minutach dowódca zadzwonił do mnie z dywizji i rozkazał wydać rozkaz
dywizjonom zatankować wszystkie ciągniki. A kilka minut później dowódca pułku i
komisarz wrócili do miejsca stacjonowania pułku i kazali mi ogłosić alarm
bojowy, złożyć namioty i przygotować się do marszu. Gdy przez radio nadali
komunikat o niemieckiej inwazji, pułk był już gotów do przeprowadzenia marszu.
Tego samego dnia, niemiecki samolot, który przedarł się od strony Finlandii bombardował lotnisko w
Lewaszowie. A wieczorem nasz pułk forsownym marszem przemieścił się na
wcześniej przygotowane pozycje.
Na fińskiej granicy
pozostawaliśmy do 3 lipca 1941 roku. Do tego czasu Niemcy zajęli Litwę i
wtargnęli na Łotwę i nasza dywizja została czasowo przerzucona w rejon miasta
Ługa. Gdy Niemcy zdobyli miasto Ostrow i ruszyli w kierunku Nowogrodu 70 DS i
nasz 227 PAH zostały czasowo przerzucone w rejon miasta Solcy i z marszu
przeszły do ataku. Wszystkie jednostki dywizji miały pełne etaty, ponieważ
jednostki stacjonujące w Leningradzkiej Obłasti i mieście Leningrad zostały
zaopatrzone w komplet broni i sprzętu według norm wojennych i w związku z tym w
ciągu kilku dni udanego natarcia przemieściliśmy się naprzód na 20 km i
wyzwoliliśmy miasto Solcy. Jednakże Niemcom udało się znacząco przemieścić na
naszych flankach i znaleźliśmy się de facto w okrążeniu.
Nadszedł rozkaz do odwrotu i wyszliśmy w rejon osady
Miedwied’ i zajęliśmy obronę nad rzeką Szełoń. Tu pozostawaliśmy w obronie do
11 sierpnia. 10 i 11 sierpnia nasz rejon był celem zmasowanych bombardowań
lotnictwa przeciwnika. Front się wygiął i nasza dywizja ponownie znalazła się w
okrążeniu. Do tego czasu Niemcy podjęli już walkę nad rzeką Ługa, tzw. „Łuzka
Rubież”. Zaczął się odwrót. Dowódca dywizji wysłał wszystkie samochody na
północ, w stronę Leningradu. Na przedzie kolumny jechał samochód dowódcy, a sam
dowódca znajdował się w jednostkach dywizji i przemieszczał się razem z
żołnierzami. Osobistym szoferem dowódcy dywizji był nasz ziomek Gudłowski
Stepan Iwanowicz, który prowadził kolumnę. Ale do tego czasu Niemcy wysadzili
desant z powietrza we wsi Miniuszy, który niespodziewanym atakiem na kolumnę
samochodów zniszczył ją całkowicie. W tym boju jako pierwszy poległ Gudłowski
S. I.
O ile pułkom strzeleckim dywizji udało się w większości
wyjść z okrążenia, o tyle nasz 227 PAH, który na wyposażeniu miał haubice 152mm
przyszło to z wielką trudnością. Przeprawy przez rzeką Ługa były już zajęte
przez Niemców i artylerzyści wraz z dowódcą pułku ruszyli do zuchwałego ataku i
udało im się wyrwać w składzie dwóch dywizjonów. Trzeci dywizjon, który dotarł do
przeprawy trochę później, pozostał w okrążeniu i prowadził ostrzał zajętej
przez Niemców przeprawy, aż nie zużył całej amunicji. Ja dotarłem do przeprawy
już w drugiej połowie dnia, gdyż trzeba było zdjąć łączność. W tym czasie byłem
dowódcą plutonu łączności baterii sztabowej pułku.
Przyszło mi wychodzić z okrążenia na własną rękę z
niewielkim oddziałem żołnierzy (34 ludzi). Lasem przemieściliśmy się w kierunku
miasta Nowogród celem wyjścia na linię kolejową Nowogród-Leningrad i orientując
się według linii kolejowej przemieścić się na północ w kierunku miasta
Leningrad. Wyszliśmy na 10-15km na północ od Nowogrodu i lasem, w odległości
5-8 km od linii kolejowej ruszyliśmy w stronę Leningradu. Linia kolejowa
służyła nam za punkt orientacyjny, gdyż mapy topograficznej niemieliśmy. Po 7
dniach, głodni i zmęczeni, wyszliśmy przy stacji kolejowej Radofinikowo, mając
ze sobą broń strzelecką. Środki łączności radioaparaturę zniszczyliśmy razem z samochodem
w lesie. Tu nas nakarmili i odpoczęliśmy kilka godzin. Stacja Radofinikowo
znajdowała się na głębokich tyłach Niemców, ponieważ przemieszczali się oni
szosami i już byli niedaleko Leningradu (około 30-40km). Wieczorem razem z
wojskowym komendantem stacji niewielkim składem (parowóz i trzy wagony
towarowe) postanowiliśmy przebijać się do Leningradu. To nam się udało. Bez postojów,
bez sygnałów nasz skład o 5 rano zatrzymał się na stacji Leningrad-Towarowa.
W ciągu kilku dni odnaleźliśmy nasz 227 PAH i wznowiliśmy powstrzymywanie
nacisku Niemców, którzy uparli się zdobyć miasto Leningrad.
Szczegółowo walk opisywać nie będę, ponieważ było ich bardzo
dużo. Cofając się w walce doszliśmy do Pawłowska i Puszkina. W parku Pałacu
Jekaterinińskego umocniliśmy pozycje artyleryjskie i prowadziliśmy ogień do
Niemców. Ale przyszło i Puszkino opuścić, a potem i Pulkowo. Nasz pułk w
składzie dywizji został przerzucony do rzeki Ust’-Iżora, gdzie uczestniczył w
walkach w rejonie Zakładów spirytusowych. Potem brał udział w walkach pod
Pulkowem, w Krasnym Borze, gdzie 8 grudnia 1941 roku zostałem ranny i
skierowany do szpitala. W tym czasie Leningrad znajdował się już w pełnej
blokadzie, której okropności są wszystkim znane.
Leżałem w szpitalu na Piotrogrodzkiej Stronie na ul.
Skorochodowa w pomieszczeniach szkoły. Nic do jedzenia, lekarstw brak,
nieprzerwane bombardowania i ostrzały. 8 stycznia wypisano mnie ze szpitala i
skierowano do batalionu ozdrowieńców, który stacjonował na Placu Issakiewskim w
Pałacu Marinskim (budynek Lensowietu). Wodę do przygotowywania posiłków
nosiliśmy z rzeki Newa. Ze szpitala do batalionu ozdrowieńców dotarłem pieszo
(transport nie funkcjonował) i zajęło to cały dzień. W pomieszczeniach nie było
ogrzewania, nie było wody, opatrunków nie zmieniano. Na początku lutego z
batalionu ozdrowieńców przeniesiono mnie do pułku zapasowego kadry oficerskiej,
który zajmował koszary w pobliżu Dworca Witebskiego. Za mną przyjechał mój były
dowódca łączności 227 PAH, ale już nie zostałem jego podkomendnym. Z niedożywienia i postępującej dystrofii
zachorowałem i położono mnie do szpitala na 7 Czerwonoarmijnej w budynku
Instytutu Transportu Kolejowego. Leżałem na 5 piętrze w izbie dla przypadków
beznadziejnych. Żeby nas uratować, karmiono nas
uparcie: dawali dziennie 300g świeżego białego chleba, 20 lub 30 g masła
i cukru. Zgromadziłem trochę pieniędzy i mnie jeszcze przynosili pieniądze z
naszego miasteczka wojskowego i
dodatkowo kupowałem jeszcze chleba i masła. Porcja chleba kosztowała 300 rubli.
I tak, w ciągu tygodnia wyniki moich badań się trochę poprawiły. Udało mi się
przekonać lekarza i dostać dokumenty wypisowe.
Ze szpitala skierowano mnie na punkt przejściowy, który
znajdował się na Fontance 90. Po drodze zaszedłem do znajomych i poprosiłem o
łyżkę, gdyż swoją gdzieś straciłem, a bez łyżki się nie da. Na punkcie
przejściowym przebywałem trzy dni, a potem ponownie skierowano mnie do pułku
zapasowego, z którego zostałem
skierowany do szpitala. Po tygodniu- dwu
udało mi się dostać przydział do pułku zapasowego 55 armii. To bliżej frontu,
pierwszej linii. A tam po dwóch dniach dostałem przydział na stanowisko dowódcy
kompanii łączności w pułku strzeleckim (numeru pułku nie pamiętam). Dowodziłem
kompanią zwiadu do połowy maja 1942 roku. Pułk stacjonował w rejonie osady
Aleksandrowskoje. Dowódcą pułku był mój znajomy z wojny fińskiej.
W drugiej połowie maja skierowano mnie do Leningradu na
kursy doskonalenia kadry oficerskiej łączności. Kursy prowadzono na terenie
pułku zapasowego przy dworcu Witebskim. Po ukończeniu kursów (2 miesiące)
pozostawiono mnie na kursach w charakterze wykładowcy spraw liniowych.
Latem 1942 roku Front Leningradzki podjął natarcie na Newską
Dubrowkę celem przerwania blokady i mnie odkomenderowano do oddziału
operacyjnego sztabu frontu w charakterze oficera łączności. Pełniłem tę funkcję
przez 3 miesiące. Zostałem skierowany do Nadmorskiej Grupy Operacyjnej, która
od Leningradu była odcięta przez Niemców w rejonie Ligowo-Strelnia.
Docieraliśmy tam tylko przez Kronsztad, kutrami po Zatoce Fińskiej.
W październiku 1942 roku wróciłem z dowództwa na kursy i
ponownie pracowałem jako wykładowca spraw liniowych i topografii na kursach
młodszych lejtnantów.
Na początku kwietnia 1943 roku zostałem naczelnikiem łączności
339 specjalnego batalionu Artylerii i CKM (OPAB)79 rejonu umocnionego. OPAB
zajmował pozycje od Zatoki Fińskiej do Wzgórz Pulkowskich. Zadanie OPAB – nie
przepuścić przeciwnika po wycofaniu się naszych wojsk z przedniego skraju.
Niemcy naszych opabowców nazywali „Stalinowskim SS”. Mieliśmy absolutny zakaz w
jakiejkolwiek sytuacji przemieszczać się wprzód lub w tył – bronić się do ostatniego
żołnierza.
14 stycznia 1944 roku rozpoczęła się operacja mająca na celu przerwanie blokady. Po
wycofaniu się Niemców ze wzgórz Pulkowskich, nasz OPAB zachęcony ogólnym
przejściem do natarcia także ruszył do natarcia
i jako pierwszy wkroczył i zajął miasto Puszkin. W 1941 roku ja
opuszczałem miasto jako ostatni i w styczniu 1944 roku wkraczałem doń jako
pierwszy. Sztab rozlokował się w budynku dawnego liceum. Wszystkie pałace były
zburzone. Ale przez pomyłkę pisarzy sztabowych, naszemu OPAB nadano nazwę wyróżniającą
nie „Puszkiński” ale „Pawłowski”, ponieważ także Pawłowsk został tego samego
dnia wyzwolony, ale przez inne jednostki.
Po dwudniowym odpoczynku nasz 339 OPAB forsownym marszem
przemieścił się na stację Jelizawietino, a stąd lasami w rejon Krasnyje Strugi
celem przechwycenia wycofujących się Niemców.
Spod Krasnych Strug 339 OPAB został przerzucony w rejon
miasta Pskowa, gdzie znajdował się do połowy kwietnia 1944 roku. W końcu
kwietnia batalion został przemieszczony w rejon miasta Narwa, a ja zostałem
przekazany do dyspozycji oddziału kadr wojsk Frontu Leningradzkiego. Dostałem
przydział do 23 armii, która znajdowała się na Przesmyku Karelskim. Tutaj w
czerwcu zostałem ranny i wysłano mnie do szpitala do miasta Leningrad.
Po wyleczeniu przebywałem pułku zapasowym do czasu
otrzymania nowego przydziału. Pod koniec listopada lub na początku grudnia
dostałem przydział na stanowisko dowódcy kompanii telefoniczno-kablowej 74
samodzielnego batalionu łączności dywizji strzeleckiej. W styczniu 1945 roku
dywizja stacjonowała w mieście Tallin, a w kwietniu przeniosła się w rejon
miasta Elgawa aby wziąć udział w bojach mających na celu likwidację
Kurlandzkiego Zgrupowania Wojsk Niemieckich. Walki rozpoczęliśmy 5 maja, a 8
hitlerowska armia skapitulowała. Tak dla mnie skończyła się Wielka Wojna
Ojczyźniana.
Z Łotwy nasza dywizja została przemieszczona do miasta
Ostrogożsk w Obłasti Woroneskiej. We wrześniu 1945 roku zostałem skierowany na
kurs doskonalenia kadry oficerskiej łączności w mieście Kijów. Po ukończeniu
kursu zostałem skierowany na Daleki Wschód do miasta Ussurijsk do samodzielnej
kompanii Powietrznego kierowania i kontroli (WNOS) [jednostki odpowiedzialne za
kontrolę ruchu lotniczego]. W maju 1948 roku kompania została przeniesiona
rejon Port-Artur w Chinach.
W czerwcu 1949 roku dostałem przydział do 83 Mieszanego
Korpusu Lotniczego (SAK) na stanowisko starszego oficera służby WNOS do
oddziału PWO [Obrony przeciwlotniczej] przy oddziale operacyjnym korpusu. W
1952 roku zlikwidowano oddziały PWO w jednostkach lotniczych i dostałem
przydział na stanowisko naczelnika jednostki szkoleniowej w szkole strzelców
powietrznych 74 dywizji szturmowej.
W 1956 roku 74 Dywizja Szturmowa została przeformowana w
Mysliwską , przekazana wojskom PWO i przystąpiła do nauki latania na samolotach
MIG. Szkoła Strzelców Powietrznych została rozformowana a ja dostałem przydział
do tej samej dywizji na stanowisko zastępcy szefa sztabu do spraw prac
mobilizacyjnych.
W początkach 1957 roku nasza dywizja została rozformowana, a
cały personel – zdemobilizowany. Ja zostałem zdemobilizowany w maju 1957 roku w
stopniu majora z dożywotnim prawem noszenia munduru i przyznaniem wojskowej
renty. Pojechałem do stałego miejsca zamieszkania – miasta Kursk.
Po demobilizacji ukończyłem Moskiewski Instytut Historyczno-Archiwistyczny i przepracowałem w Państwowym Archiwum Kurskiej Obłasti ponad 25 lat na stanowisku naczelnika oddziału do spraw naukowo-technicznego opracowania dokumentów archiwalnych. W związku z pogorszeniem stanu zdrowia w 1986 roku zostałem zwolniony i obecnie jestem na emeryturze.”
Jako uzupełnienie prezentuję wniosek odznaczeniowy na Order
Wojny Ojczyźnianej II kl. dla starszego lejtnanta (porucznika) Maksimczuka z
maja 1945 roku:
„Tow. Maksimczuk uczestniczy w Wojnie Ojczyźnianej od
czerwca 1941r.
Od pierwszych dni natarcia tow. Maksimczuk uczestniczył na
Froncie Leningradzkim. Za okres operacji bojowych tow. Maksimczuk był
dwukrotnie ranny. W czasie działań 72 DS. 182 PS w rejonie Biełoostrowa tow.
MAksimczuk nieprzerwanie zapewniał łączność dowódcy batalionu z nacierającymi
wojskami.
Pod silnym ogniem artyleryjskim moździerzowym tow.
Maksimczuk sam osobiście naprawiał usterki na linii łączności. W czasie
rozwijania linii był ciężko ranny, ale nie zważając na rany tow. Maksimczuk
kontynuował dowodzenie podkomendnymi swojego plutonu nie opuszczając pola bitwy
i dopiero po otrzymaniu rozkazu dowódcy batalionu został odesłany do batalionu
medyczno-sanitarnego. Tow. Maksimczuk zasługuje na państwowe odznaczenie Orderem
Wojny Ojczyźnianej II kl.”
Udało się także odnaleźć informację o odznaczeniu jubileuszowym Orderem Wojny Ojczyźnianej I klasy w 1985r. oraz medalem „Za obronę Leningradu” 15.08.1943 rozkazem dowództwa 339 OPAB.
Wstęp i tłumaczenie: Kamil Szustak
SUMMARY
The fourth part of the series contains the memoires of mjr. N. Ya. Maksimchuk, who, apart from being Nadezhda Bevza’s first husband, was also a friend of G. Kushnirchuk, who “found no liking in communications worker specialty”. Surprisingly, he ended up as a communications specialist in the Red Army. His story covers the Winter War, Siege of Leningrad and post-war military service.
Tą częścią rozpoczynam mały pod-cykl, obejmujący wspomnienia
trojga spośród Zinkowian, których losy są w pewnym sensie połączone – Nadieżdy
Bewzy, Nikołaja Maksimczuka i Pawła Bewzy. Na początek wspomnienia Szeregowiec
Nadii Smoluchowskiej-Bewzy, zawierające, oprócz dość ogólnych wspomnień ze
służby w wojskach kolejowych, również krótką, przejmującą historię z Leningradu
czasu blokady.
Niestety, nie udało mi się znaleźć zbyt wiele materiałów
archiwalnych na temat N. Bewzy (próbowałem każdego nazwiska w różnych
wariantach), co jest o tyle dziwne, ze powinny się zachować przynajmniej akty
nadania medali za zwycięstwo nad Niemcami i Japonią. Udało się jedynie odnaleźć
informację o odznaczeniu Orderem Wojny Ojczyźnianej II kl. Dla “Nadieżdy
Jefimownej Bewzo” (Бевзо Надежда Ефимовна) w 1985r., toteż w tej części
całkowicie oddaję głos autorce.
Szeregowiec Bewza w szeregach Armii Czerwonej, ok. 1945r.
“BEWZA (panieńskie nazwisko SMALIUCHIWS’KA)
NADIA JUCHIMIWNA,
ROCZNIK 1923,
UKRAINKA, SZEREGOWIEC
Urodziłam
się w 1923 roku we wsi Adamiwka w rodzinie chłopa. Tu spędziłam lata dziecięce
i młodzieńcze. Ukończyłam Adamowską niepełnośrednią, a potem Zinkowską średnią
szkołę.
W
listopadzie 1940 roku wyszłam za mąż za oficera Armii Czerwonej, Zinkowianina
Maksimczuka Mykołę Jakowicza, który właśnie ukończył Woroneską Wyższą Szkołę
Łączności i w stopniu lejtnanta został skierowany do pełnienia słuzby do
Leningradu, i w grudniu ja również przyjechałam do Leningradu, gdzie zastała
nas wojna.
Od
pierwszych dni wojny Niemcy starali się otoczyć i zdobyć Leningrad. Toczyły się
nieprzerwane walki na ziemi, w powietrzu i na morzu. W wyniku bombardowań z
powietrza zniszczone zostały Badajewskie składy żywności, elektrownie i inne
obiekty, co postawiło mieszkańców miasta i jego obrońców w ciężkiej sytuacji.
Pierwsza strona wspomnień N. Bewzy
Ja,
jako małżonka żołnierza, poszłam pracować do Szpitala ewakuacyjnego nr 2015,
który znajdował się koło dworca Moskiewskiego. Pracowałam na oddziale przyjęć,
gdzie trafiali ranni. Brakowało siły roboczej, były bezsenne noce, było bardzo
ciężko, ale pomagałam frontowi tak długo jak mogłam. W tym ciężkim czasie
urodziła mi się córka, która przeżyła wszystkiego dwa miesiące i zmarła z
głodu, ale pochować jej od razu nie mogłam, gdyż bez ustanku trwał szalony
ostrzał z armat dalekiego zasięgu. Dziewczynka przeleżała w mieszkaniu w
trumience około 2 miesiące, ale ponieważ mieszkanie nie było ogrzewane i były
silne mrozy, ona przetrwała, nie rozkładała się. Gdy ostrzał był już lzejszy,
pochowałam ją.
W 1942
roku nasze wojska przerwały blokadę Leningradu i rodzinom żołnierzy pozwolono
na wyjazd z Leningradu w ramach ewakuacji. Korzystając z tego zezwolenia, 12
marca ewakuowałam się do Obłasti Kalinińskiej, Rajonu Owinszczeńskiego, wsi
Miedianki.
Ewakułowałam
się z jedną rodziną i poprostu na tej rodziny życzenie. Mieli małą dziewczynkę,
lat czterech, mamę-staruszkę i siostrę. Pomogłam im w przejeździe, ewakuacji i
uratowałam im zycie. Obecnie rodzina ta znów mieszka w Leningradzie, bardzo mi
wdzięczna, utrzymuję z nimi przyjaźń i pisujemy do siebie.
Życie
rodzinne się nam z Mykołą Maksimczukiem nie układało, nasze drogi się rozeszły
i zostałam sama.
6 listopada 1942 roku zostałam zmobilizowana w szeregi Armii Czerwonej i skierowana na służbę w 19 Samodzielnym Batalionie Mostowym 30. brygady kolejowej na stanowisko telefonistki.
Pod koniec 1943 roku, dostałam przeniesiona do służby w 3. brygadzie kolejowej do oddziału rozpoznania technicznego na posadę maszynistki, a w listopadzie 1944 roku do 22 batalionu tejże brygady do jednostki liniowej. Podstawowe zadania wojsk kolejowych sprowadzały się do następujących: podczas odwrotu naszych wojsk szliśmy za oddziałami pierwszoliniowymi i niszczyliśmy mosty kolejowe, tory kolejowe i inne środki komunikacji, nie dając możliwości szybkiego posuwania się Niemcom.
Podczas
natarcia naszych wojsk również szliśmy za nacierającymi jednostkami
pierwszoliniowymi dla jak najszybszego uporządkowania i odbudowy mostów
kolejowych i torów, aby dać mozliwość zaopatrzenia naszych wojsk na czas w
technikę wojskową, amunicję, żywność i ewakuacji rannych na tyły celem leczenia
w szpitalach.
Oczywiście,
warunki pracy wojsk kolejowych w sytuacji bojowej były szczególnie ciężkie,
dlatego że faszyści nieprzerwanym bombardowaniem i ostrzałem artyleryjskim nie
dawali możliwości wykonywania koniecznej pracy.
Po zakończeniu wojny z faszystowskimi Niemcami naszą
jednostkę skierowano na daleki wschód celem udziału w wojnie z Japonią. W tej
wojnie, choć krótkotrwałej, wojskom kolejowym praca szła jeszcze trudniej,
ponieważ w dowolnum momenie doby napadali japońscy samuraje i chińscy
Chunchuzi*, którzy, wykorzystując warunki górzysto-lesistego terenu, prowadzili
ogień z automatów, a nocą próbowali przekradać się do naszych jednostek i
zabijać przy użyciu noży.
W wojnie z Japonią nasza jednostka walczyła w składzie Pierwszego Frontu Dalekowschodniego.
Tak
oto, w czasie wojny zdarzyło mi się przebywać na Frontach: Północko-zachodnim,
1 i 2 Białoruskim, 1 i 2 Ukraińskim i 1 Dalekowschodnim. Brałam udział w
wyzwoleniu miast Homel, Żłobin, Bobrujsk, Kowel, Psków, Czernihów, Warszawa,
szeregu miast i wsi Niemiec, i na 1 Dalekowschodnim Froncie od stacji „Przygraniczna”
do miasta Harbin.
W 1944
roku podczas walk o miasto Żłobin na Białorusi zostałam ranna i tylko cudem
uszłam z życiem. Ogólnie być w zablokowanym Leningradzie, przeżyć wszystkie
niedole dni blokady, przejść całą wojnę na frontach i pozostać przy życiu – to
właśnie mi się udało na złość wszystkim śmierciom.
I na
zakończenie chcę życzyć naszej młodzieży, dzieciom, wnukom i prawnukom aby nie
przeżyli i ni doświadczali takich niedoli wojny, jakich doświadczyło nasze
pokolenie, aby żyli, cieszyli się, pracowali dla dobra naszej Ojczyzny i
otrzymywali państwowe odznaczenia nie wojenne, a za pokojową pracę w Kraju.
We
wrześniu 1945 roku zostałam zdemobilizowana z Armii Czerwonej, wróciłam do
domu, do wsi Adamowka i pracowałam w Zinkowskim oddziale komunikacji jako
sortowaczka korespondencji.
W 1947 roku wyszłam za mąż za uczestnika Wielkiej Wojny
Ojczyźnianej, Zinkowianina Bewzę Pawła Juchimowicza, który do 1960 roku służył
w Zabajkalskim i Syberyjskim Okręgach Wojskowych.
W 1960
roku został zdemobilizowany z Armii Czerwonej w stopniu majora i pojechaliśmy
do stałego miejsca zamieszkania w mieście Woroneż, gdzie mieszkamy do dziś.
W Woroneżu pracowałam w dyrekcji Kolei Południowo-Wschodniej na posadzie sekretarza-maszynistki. Obecnie nie pracuję, jestem na emeryturze, zajmuję się wychowaniem wnuka i wszystkim dzieciom świata życzę szczęśliwego dzieciństwa i pokojowego nieba nad głową.”
Tłumaczenie i wstęp: Kamil Szustak
*dosł. „Czerwonobrodzi” – popularna nazwa chińskich bandytów z pogranicza rosyjsko-chińskiego, tu raczej użyte w takim znaczeniu jak „samuraje” – jako popularne określenie wroga – może chodzić zarówno o prawdziwych bandytów, jak i o oddziały lokalnych watażków lub nawet chińskich komunistów.
SUMMARY
The memoires of private Nadezhda Bevza (Smalyukhivska) open a sub-series of the Zinkov veterans memoires, as the next parts present the memoires of Nadezhda’s two husbands. In her text, Bevza shortly describes her life in besidged Leningrad and in the Red Army, where she servedon 6 different fronts (!) in the railway units during the fights against the Germans and later the Japanese.
Zapraszam do lektury drugiej części. Tym razem wspomnienia st. sierżanta Mychajły Kabaczyńskiego, który brał udział w początkowym okresie wojny, następnie ranny trafił do niewoli z której, w okolicznościach, o których milczy, powrócił w ojczyste strony, by w 1944r. ponownie wziąć udział w walce z Niemcami w szeregach 726 pułku strzeleckiego 395 dywizji strzeleckiej 1 Frontu Ukraińskiego. Choć można powiedzieć, że miał w życiu szczęście (mało brakowało, a wziąłby udział w wojnie z Finlandią, przetrwał w miarę spokojny najazd na Litwę, w pierwszych dniach wojny wydostał się z zasadzki i ciężko ranny został przez kolegów odstawiony do wsi, potem niewola, KL i wreszcie końcówka wojny w Armii), ale choć jego zasługi w czasie wojny zostały docenione, warto zwrócić uwagę na to, czego podoficer Kabaczyński nam nie mówi. Bardzo lakonicznie pisze o swoim powrocie z obozu koncentracyjnego w Czechosłowacji na Ukrainę. Nie pisze też o trudnościach, które prawdopodobnie miał po wojnie – np. co działo się od października 1945 do stycznia 1946, dlaczego na studia trafił ponownie dopiero w 1951 roku, oraz dlaczego dopiero w 1958r. został członkiem partii. Abstrahując jednak od ewentualnych problemów związanych z pobytem w niewoli, warto zwrócić uwagę na krótkie uwagi n/t Armii Czerwonej w 1941r.
Podobnie jak większość Zinkowian, swoje wspomnienia spisał
po ukraińsku.
Wspomnienia uzupełnia wniosek odznaczeniowy na medal „Za
odwagę” z 1945r.
Mychajło Kabaczyński, zdjęcie powojenne, ok. lata 60.
„Kabaczinskyj Mychajło Wołodymyrowycz,
Rok urodzenia 1919, Ukrainiec, Wykształcenie wyższe, członek
KPSS, Stopień wojskowy: Starszy sierżant.
Urodziłem się 25 grudnia 1919 roku we wsi Stanisławowka
Rejonu Winkowieckiego, Obłast‘
Chmielnicki, w rodzinie chłopa-biedaka.
W 1939r. z wynikiem „celująco” zakończyłem Zinkowską szkołę
średnią i rozpocząłem studia w Charkowskim Ukraińskim Instytucie
Dziennikarstwa. Ale uczyć się nie
mogłem.
14 listopada1939r. zostałem powołany w szeregi Armii
Czerwonej, służąc początkowo Woroneżu, potem w Kursku w Wojskach Lądowych. Z
Kurska nasza dywizja wyjeżdżałana wojnę z Finami. Po dwutygodniowym przygotowaniu
w pobliżu miasta Kingisepp [dawniej Jamburg] nasza jednostka powinna była
przystąpić do walki. Ale 11 marca zostały zakończone rozmowy w sprawie rozejmu.
Dywizja ponownie wróciła do Kurska.
Pierwsza strona wspomnień M. Kabaczyńskiego. Duża ilość wykrzykników wynika z faktu, ze wspomnienia spisano po ukraińsku na maszynie z rosyjską czcionką,która nie przewidywała ukraińskiego “I”.
W czerwcu 1940r. dywizja brała udział w akcji wtargnięcia na Litwę. W sierpniu 1940 roku wyszliśmy z Litwy w mieście Słuck Białoruskiej SRR. Tam służyłem do samego początku wojny w 107 pułku strzeleckim 55 dywizji strzeleckiej w plutonie CKM, a potem jako pisarz w 4 kompanii strzeleckiej.
O zdradzieckim napadzie Niemiec na Związek Radziecki
dowiedzieliśmy się z przemówienia Mołotowa do ludu radzieckiego w radiu około
godziny 9 rano 22 czerwca 1941 roku powracając ze stołówki.
Od razu też ogłoszono alarm. Pułk zebrał się na placu przed
koszarami.
Po wystąpieniu dowódcy pułku Iudina nas cały dzień
dozbrajano i domundurowywano, wydano nam racje żywnościowe na kilka dni w
postaci suchego prowiantu i konserw.
Późno wieczorem wyruszyliśmy do pułku samochodowego, który
stacjonował 15-20 km od Słucka.
Następnego dnia – rankiem 23 czerwca na ciężarówkach
pojechaliśmy kierunku granicy. Cały czas prześladowało nas wrogie lotnictwo.
Podczas ostrzału maszynowego zabity został kierowca kolumny,
na której jechał nasz pluton. Na pytanie dowódcy, kto potrafi prowadzić
samochód, nikt się nie odezwał. Było to
wymowne świadectwo niskiego wyszkolenia technicznego naszej armii. Spieszyliśmy
się i do granicy dotarliśmy na piechotę. Tak wyszliśmy na granicę.
Zatrzymaliśmy się w lesie. Prowadziliśmy obserwację w dniach 23-25 czerwca. Nad
nami cały czas nisko krążyły wrogie samoloty, czasem ostrzeliwując nas z
karabinów maszynowych.
Podczas takiego ostrzału, wroga kula prześliznęła się po hełmie na mojej głowie, przedziurawiła połę mojego płaszcza, kiedy zapisywałem w rejestrze stanu osobowego nowo mianowanego lejtnanta Awerjanowa na stanowisko dowódcy pierwszego plutonu.
Po trzydniowej obserwacji dowództwo doszło do wniosku, że naprzeciw nas niema wrogich wojsk. I kiedy stało się jasnym, że niemieckie wojska na czołgach już daleko zaszły w głąb naszego terytorium, w południe 25 czerwca padł rozkaz odwrotu. Był bardzo upalny dzień. Wyszliśmy z lasu i wybuchła panika, nastąpił niezorganizowany odwrót. Wrogie lotnictwo na otwartym polu, z karabinów maszynowych zabiło wielu naszych żołnierzy.
Grupa wycofujących się, około 15-20 ludzi, w której składzie byłem i ja, za wsią trafiła raptem na niemiecką zasadzkę. Pod krzakami stał zakryty gałęziami czołg. Niemcy wybiegli z czołgu i zalegli w okopie. Ledwo zawróciliśmy, gdy tylko otworzyli do nas ogień z karabinów maszynowych.
Kilku ludzi zginęło a ja zostałem ciężko ranny kulą
rozrywającą w lewą nogę w staw kolanowy. Towarzysze odczołgali się z powrotem.
Ja też , ale krwawiąc, straciłem siły i zostałem pozostawiony na polu boju. Zastępca dowódcy plutonu, st. sierżant Wania
Kowalenko, z którym cały czas się przyjaźnię, pozostawiając mnie, zapewnił, że
z nastaniem ciemności przyjdzie po mnie. Swojego słowa dotrzymał. Gdy tylko się
ściemniło on z jeszcze jednym żołnierzem przyszli i na pałatce wynieśli mnie z
pola walki i zanieśli do pierwszej chaty wsi Bałabanowyczi [Bałabanowicze, wieś
w Obłasti Baranowicze], gdzie żyło dwoje staruszków.
Ot, co znaczy żołnierska przyjaźń. Ona i wzajemna pomoc
zapewniły także zwycięstwo naszego ludu, naszej armii w Wielkiej Wojnie
Ojczyźnianej.
Mnie położyli w stodole (bo w chacie było bardzo gorąco), a sami poszli szukać transportu, aby zawieźć mnie do jednostki sanitarnej. Ale już więcej nie wrócili.
Trwały ciężkie walki o Baranowicze.
Na drugi dzień opatrunek zmienił mi stary mieszkaniec wsi,
uczestnik pierwszej wojny światowej. A na trzeci dzień gospodarz zawiózł mnie
jednokonnym wozem do centrum Rajonu – miejscowości Nowa Mysz [Dawniej
miasteczko gminne w IIRP, obecnie wieś-stolica Rajonu Nowomyskiego na
Białorusi], gdzie zbierali rannych, opatrywali rany. Po tym nas, rannych
przewozili na podwodach do Baranowicz, już zajętych przez Niemców.
Rozmieszczono nas w starej, dwukondygnacyjnej szkole i na sposób prymitywny (bo nie było punktów medycznych) nasi lekarze starali się nas leczyć. Tam przeleżałem ze trzy miesiące. Rana się zagoiła – [wywieziono mnie] do obozu jenieckiego, a potem do obozu koncentracyjnego za Ostrawą w Czechosłowacji. Tam było nas 40 tysięcy ludzi – na otwartej przestrzeni za drutem kolczastym [Według ogólnodostępnych źródeł KL Hanke otwarto dopiero w 1945r – prawdopodobnie chodzi o inny obóz, który mógł działać w okolicy, może też chodzić o zupełnie inny obóz, a nazwa „Ostrawa” może być pomyłką].
Codziennie ginęły setki ludzi od dyzenterii, sztucznie
wywoływanej jakimś napojem o wyglądzie herbaty, którym nas poili.
Cudem wydostałem się z tego piekła w końcu listopada i 5 grudnia 1941r. dostałem się do domu, na terytorium okupowanym. Na tym też zakończył się pierwszy okres wojny w moim życiu. Podczas wojny pracowałem gospodarstwie rodziców.
30 kwietnia 1944 roku po wyzwoleniu rajonu od najeźdźców hitlerowskich zostałem powołany do Armii Radzieckiej, gdzie brałem udział w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej przeciw niemieckim najeźdźcom. Za bojowe zasługi odznaczony zostałem orderem Wojny Ojczyźnianej II klasy [W 1985r., na 40 rocznicę wojny], medalem „Za odwagę” [Za dokonania podczas walk o łużyckie miejscowości Stradow i Radewise w kwietniu 1945r., patrz niżej], „Za zdobycie Berlina”, „Za zwycięstwo nad Niemcami”.
Zostałem zdemobilizowany 19 października 1945 roku, od 10
stycznia 1946 roku pracowałem jako dyrektor początkowej, siedmioletniej,
średniej szkoły we wsiach Rajonu Winkowieckiego. W 1951 roku ukończyłem
Instytut Nauczycielski w Kamieńcu Podolskim, a w 1958 roku – Instytut Pedagogiczny
tamże.
Od 1 grudnia 1951 roku do 31 sierpnia 1952 roku pracowałem
jako inspektor szkół Inkowieckiego RWNO [mniej więcej odpowiednik naszego
kuratorium oświaty].
W 1970 roku zostałem odznaczony medalem „Za ofiarną pracę” z
okazji 100-lecia urodzin W. I. Lenina, jestem członkiem KPZR od maja 1958 roku,
od 1979 roku na emeryturze.
Obecnie Pracuję jako przewodniczący rady weteranów wojny i
pracy wsi Żeniszkiwci [dawniej Żeniszkowce].”
„1 Front Ukraiński
Tajne
Egzemplarz nr 2
Dla 726 pułku strzeleckim odznaczonym Orderem Aleksandra
Newskiego 395 Tamańskiej dywizji strzeleckiej odznaczonej orderem czerwonego
sztandaru i orderem Suworowa 1 Frontu Ukraińskiego
6 Maja 1945 roku
W imieniu Prezydium Rady Najwyższej Związku SRR – odznaczam:
Medalem „Za Odwagę”
(…)
6.Dowódcę drużyny strzeleckiej 4 kompanii strzeleckiej
sierżanta Kabaczyńskiego Michaiła Władimirowicza, za to, ze on w bojach o
miejscowości Radiwejze [Radeweise] i Sztradow [Stradow] 20-21.04.1945 roku i w
boju o likwidację okrążonego zgrupowania przeciwnika okazał wyjątkową
wytrwałość i heroizm, w rezultacie czego wzięto do niewoli 11 niemieckich
żołnierzy i zdobyto znaczne ilości łupów.
Urodzony w 1919, Ukrainiec, bezpartyjny, W Armii Czerwonej od 26.4.1944 roku[,] powołany przez Wońkowiecki RWK, na frontach Wojny Ojczyźnianej od 20-5-1944 roku(…)”
Wstęp i tłumaczenie: Kamil Szustak
SUMMARY
The text is a translation of themamoires of sr. sgt M. V. Kabachinskiy – a veteran of the GPW. He shortly describes his pre-war service, short service in 1941, then his time in concentration camp and later participation in the late war years. Addedisalso an award recommandation for a medal “For Bravery” to Kabachinskiy for actions in Lusitia.
Wieś Zińkow (ukr. Zińkiw, Pol. Zinków) leży na terenach
obecnej Ukrainy, w obwodzie Chmielnickim, w Rajonie Wińkowieckim i należy do
najstarszych znanych osad na Podolu – pierwsza wzmianka o wsi pochodzi z
1404r., kiedy to król Włądysław Jagiełło nadał ją Piotrowi z rodu Szafrańców.
Prawa miejskie otrzymał w 1458, już z inicjatywy nowych właścicieli – Odrowążów
za zgodą króla Kazimierza Jagiellończyka. Miasto spustoszone zostało podczas
powstania Chmielnickiego, było też jedną z twierdz konfederatów barskich. Po
drugim rozbiorze Polski znalazł się w granicach Imperium Rosyjskiego. Prawa
miejskie utracił prawdopodobnie pod koniec XIXw. W 1989r., tj. w czasie który
nas interesuje, wieś zamieszkiwało 3399 osób, czyli niespełna połowa liczby
ludności z początku XXw. – największe spustoszenie wywołała tu wojna
(wymordowano m. in. ok. 2000 Zinkowskich Żydów) i stalinowskie wywózki. Ocenia
się również, że „swój kamyczek” do wyludnienia miejscowości dorzuciła kampania kolektywizacyjna (powołano wówczas w
Zinkowie Kołchoz „Progres”).
Zbiór wspomnień Zinkowian-uczestników wojny – okładka
Dobrych kilka lat temu trafił w moje ręce wydany w
oszałamiającej liczbie trzech egzemplarzy zbiór wspomnień mieszkańców Zinkowa –
uczestników wojny, zebrany w latach 1987-1990 staraniami uczniów zinkowskich
szkół pod nadzorem „kolegium redakcyjnego” składającego się z trojga weteranów.
O ile większość zgromadzonych wspomnień nie wychodzi poza ramy szablonu
„Urodziłem się… Przed wojną pracowałem Kołchozie…, Zmobilizowany zostałem…
Służyłem w… Wyzwalałem miasta… Odznaczony zostałem… Na zakończenie chcę złożyć
podziękowania naszej Partii za…”, o tyle niektóre niosą w sobie garść
interesujących informacji, niektóre też zawierają pewną dozę krytycyzmu pod
adresem władz ZSRR, bądź ówczesnych, bądź tych z okresu przedwojennego. Może
sprawił to towarzyszący pierestrojce „powiew wolności”, a może po prostu
niektórzy weterani, mający wówczas po około 70 lat (a zatem zbliżający się do
ówczesnej statystycznej granicy długości życia), uznali, że mogą sobie pozwolić
na więcej szczerości. Wspomnienia w większości spisane były w języku
ukraińskim, w tym też języku napisano wstęp i posłowie, kilka relacji zostało
jednak przez autorów spisanych po rosyjsku – w większości dotyczy to weteranów
mieszkających w tym czasie poza Zińkowem – być może związane to jest z
nieznajomością języka Ukraińskiego przez tychże. Ciekawostką są także typowo
polskie nazwiska niektórych weteranów – jak Krakowski, Kabaczyński, czy Mazur.
Chociaż żaden z nich nie zadeklarował narodowości Polskiej, trudno oprzeć się
wrażeniu, że w tym przez wieki związanym z Polską regionie pozostały ślady
Polskości. Być może wielu mieszkańców czuło się Ukraińcami, innym wpisano
narodowość ukraińską, bo deklarowali się jako „miejscowi”, dla innych zaś była
to strategia pozwalająca uniknąć represji w poszczególnych okresach władzy
radzieckiej. Pamiętać też jednak należy, że sprawa przynależności narodowej
zawsze jest wieloznaczną na terenach pogranicza.
W miarę możliwości postaram się zamieścić kilka wybranych,
moim zdaniem interesujących dla polskiego czytelnika, wspomnień w tłumaczeniu
na język polski.
W tej części prezentuję wspomnienia ppłk. Grigorija
Trofimowicza Kusznirczuka urodzonego w kwietniu 1918r. Warto zwrócić uwagę na
informacje o łączności radiowej w Armii Czerwonej (a raczej jej niewielkiemu
rozpowszechnieniu) czy szerzej – o niedostatkach Armii Czerwonej (przypominam
–tekst pisany jeszcze w czasach istnienia Związku Radzieckiego) oraz o
postrzeganiu w ZSRR trwającej od 1939r.
Drugiej wojny światowej (kłóci się to trochę z – będącym efektem
nieporozumienia – mitem o tym, że w ZSRR uznaje się ową wojnę za konflikt
toczony w latach 1941-1945). Wrażenie wywierają też – choć krótkie – opisy
życia jednostki tyłowej w oblężonym Leningradzie. Wspomnienia swoje spisał po
Rosyjsku, są one także jednymi z dłuższych zamieszczonych w zbiorze.
Zdjęcie podpułkownika Kusznirczuka pochodzące ze zbioru wspomnień, prawdopodobnie wykonane w latach 80. Wśród odznaczeń widać 2 ordery Czerwonej Gwiazdy (jeden prawd. za wysługę 15 lat), medal Za zasługi bojowe (10 lat), za obronę Leningradu. Dziwi brak baretki medalu za 20lat służby oraz medali rocznicowych.
„Moją ojczystą krainą – wieś Zińkow. W tych odległych latach
dwudziestych wieś zlewała się w jedno miasteczkiem, przedłużając i uzupełniając
się wzajemnie. Siedmioletnia szkoła, którą ukończyłem w 1933r., znajdowała się
na umownej granicy między wsią a miasteczkiem, razem z pięknym ogrodem, wcześniej należącym do miejscowego, nie
szczególnie bogatego, ale znającego się na tych sprawach człowieka. Podczas
organizacji kołchozu „Progres” wszelkie tereny rolnicze, w tym również ogród
przeszły pod władanie nowych gospodarzy. Czasy nie były lekkie, ale ciekawe i u
nas, podrostków, wzbudzały nadzieje, różne radosne przeczucia przyszłych
sukcesów życiowych. Szkoła, Komsomoł, dobrzy nauczyciele, których wspominam do
dziś, zaszczepiali poczucie zaufania, odpowiedzialności i poważnego podejścia
do rozwiązywania szkolnych problemów. Szkoła, jak to dziś widzę, dawała <wówczas>
niezły poziom wiedzy. Chciało się kontynuować naukę. Świat stał otworem, a
drogi i ścieżki prowadziły we wszystkie strony. Tak przynajmniej się wtedy
zdawało. Iść dokądkolwiek, byle się nie lenić i być śmiałym. Od
najwcześniejszego dzieciństwa lubiłem rysować, ale spełnić swych marzeń o
zostaniu artystą z wielu powodów się nie udało.
Jesienią 1933r.zostałem przyjęty do Nowouszyckiego Przemysłowego
Technikum Mechanizacji Gospodarki Rolnej. Poczuć się studentem w burzliwym,
młodzieńczym życiu było przyjemnie i ciekawie. Ale douczyć się udało tylko do
połowy zimy: był czas głodu, studentów prawie przestano karmić. Skromne
stypendium na samo tylko jedzenie można było stracić w kilka dni. Pomocy z domu
również nie należało oczekiwać. Zabrawszy dokumenty, wróciłem do domu, gdzie
również nie było zbyt wesoło, ale ratował ogródek i ręce chętne do pracy w tej
materii. Ojciec, Trofim Iosifowicz, inwalida pierwszej wojny światowej i wojny
domowej, umarł w 1929r.
Do sierpnia 1934r. pracowałem w kołchozie, a potem, ze
szkolnymi przyjaciółmi Kolą
Maksimczukiem i Borią Gurnym <Górnym> wyjechałem do Kijowa. Gurny już
uczył się na FZU <Szkoła Fabryczno-Zakłądowego Uniwersytetu – w ZSRR od 1922
do 1940r. szkoła zawodowo-techniczna niższego poziomu> Łączności, a my z
Kolą złożyliśmy dokumenty w technikum artystycznym. Ale tu się nam nie
powiodło: technikum nie miało internatu, nie było gdzie mieszkać i my, nie
przystąpiwszy do egzaminów, zabraliśmy dokumenty i zapisaliśmy się do FZU
łączności. Tam był wielki internat i wysokie stypendia. Koli specjalność łącznościowca nie przypadła do gustu i
wkrótce wyjechał do Zińkowa, a ja, oczarowany wielkim miastem, jego kulturą i
historycznymi pomnikami, zostałem nie bacząc na nic. W Kijowie funkcjonował
system kartkowy i można było jako tako wyżyć. Ukończywszy FZU, zostałem
skierowany na stanowisko montera do kijewskiej ATS <Automatyczna Centrala
Telefoniczna>. Jesienią 1935r. zapisałem się na wieczorowy oddział
Przemysłowego Fakultetu Robotniczego przy Kijowskim Instytucie Przemysłowym. Pracowałem
i uczyłem się do 1938r. Na pół roku przed ukończeniem fakultetu, otrzymałem
wezwanie z RWK <WKU> i zabrawszy swój skromny dobytek, wyjechałem służyć
w Armii Czerwonej. Ze służbą mi się powiodło: zostałem skierowany do
samodzielnego szkolnego batalionu łączności, jedynego w Związku Radzieckim
przygotowującego specjalistów do remontu radioaparatury, majstrów
telefonicznych i elektromechaników. Batalion zajmował dawne Koszary Pawłowskie
na pięknym przedmieściu Leningradu – Gatczynie.
Po upływie roku, jako jeden z najlepszych kursantów zostałem
skierowany na kursy wojskowych techników łączności i w grudniu 1939r. nadano mi
pierwszy stopień techniczny „młodszy technik wojskowy” <młodszy wojen
technik, odpowiednik młodszego lejtnanta w jednostkach technicznych>. Do
dalszej służby zostałem pozostawiony w tymże batalionie jako instruktor prac
montażowych celem szkolenia specjalistów łączności nowych roczników. Zostawiłem
za sobą koszary i nawet o tym nie marząc stałem się zawodowym wojskowym.
W trakcie niedługiej kampanii fińskiej <wojny zimowej>
wielokrotnie zajmowałem się na bazie batalionu punktem remontu radioaparatury.
Wojna trwała krótko, ale była bardzo ciężka. Natarcie naszych wojsk następowało
na zawczasu przygotowane rubieże obronne przy bardzo niskich temperaturach: do
-40 stopni Celsjusza. Straty były znaczące, zarówno ludziach, jak i w technice.
Wielu moich kolegów z kursów przywoziło uszkodzone w ostrzale radiostacje i po
remoncie ponownie wykorzystywało je dla
zabezpieczenia wojsk.
Wojna pokazała znaczne niedostatki w przygotowaniu wojsk: dowodzenia, współdziałania i wyposażenia wojsk. Regulaminy i instrukcje nie odpowiadały wymogom prowadzenia wojny. W batalionie rozpoczęła się przebudowa programu szkolenia specjalistów. Sytuacja międzynarodowa była skomplikowane i, patrząc dzisiejszej perspektywy – nieprzewidywalna. Prawie cały 1940 rok i do wiosny 1941 przebywałem w dowództwach wojsk. Rozkazem naczelnika wojsk łączności Lenwo (Leningradzki Okręg Wojskowy) powołano niewielkie grupy specjalistów dla stałej kontroli i remontu radioaparatury w wojskach <okręgu>. Skalowanie i dostosowywanie parametrów do norm warunków technicznych tysięcy radiostacji od batalionu strzeleckiego <piechoty> aż po korpusy czy armie w tym czasie była zadaniem niełatwym i bardzo odpowiedzialnym: trwały przygotowania do wojny. Chociaż druga wojna światowa w Europie zaczęła się już inwazją Niemiec na Polskę 1 września 1939r., gdzie wiało grozą, ale będąc młodymi, bezpiecznymi i niedoinformowanymi nie czuliśmy tego. Pracowaliśmy ciężko, ale nie patrząc na to jako na przygotowania do czegokolwiek, a w celu wykonania rozkazu w wyznaczonym czasie.
Starszy Brat Fiodor służył na Zachodniej Ukrainie po
przekroczeniu przez nasze wojska granicy z Polską i przyłączenia przez ZSRR
terenów Zachodniej Białorusi i Ukrainy. Pisał dobre, patriotyczne listy. Z
powodu licznych odczuć nie mogę powiedzieć, że wojna zaczęła się
niespodziewanie. W wojskach od pół roku już wyczuwało się jakieś ukryte
napięcie, stan wewnętrznego alarmu, ale zewnętrzna informacja polityczna była
krańcowo uspokajająca, wpajała bezpieczeństwo <poczucie bezpieczeństwa> i
jednocześnie niezrozumienie rozwijającej się sytuacji. Od pierwszych godzin
wojny Leningrad i wojska rozlokowane wokół miasta zostały ściągnięte z zimowych
kwater letnich obozów i zajęły silne pozycje obronne. W garnizonie Gatczyńskim pozostał tylko nasz batalion
szkolny pełniący służbę wartowniczą i patrolową. Bombardowania miasta i
szczególnie lotniska zaczęły się po kilku dniach: płonęły magazyny paliwa,
hangary, budynki techniczne. Zuchwałe Focke-Wulfy latały stale nisko i
próbowaliśmy prowadzić ogień z broni osobistej. Innej broni nie mieliśmy na
stanie. Na początku lipca batalion zajął pozycje obronne na północ od Gatczyny
zabezpieczył szosę leningradzką, ale okazało się, że przeciwnik wysadził w nocy
desant i zaczął obejście z prawej. Dostaliśmy rozkaz nocą skrycie przemieścić
się bliżej Leningradu i zająć pozycje obronne na południowych zboczach Wzgórz
Pulkowskich. Znane na cały świat obserwatorium znalazło się dosłownie za
naszymi plecami. Do października broniliśmy szosy, ale poza bombardowaniami i
ostrzałem artyleryjskim nie doświadczyliśmy niczego. Byliśmy w drugim rzucie.
Przed nami były pierwszoliniowe jednostki piechoty. Prócz karabinów starego
wzoru i odrobiny nabojów nie mieliśmy nic. W październiku, w dzień upadku
Kijowa, batalion został przemieszczony do Leningradu w rejon hipodromu,
otrzymawszy rozkaz jak najszybciej przystąpić do zajęć <szkoleniowych>. Obecność w pobliżu
Dworca Witebskiego i innych obiektów wojskowych ściągała na nas przeciwnika:
bombardowania i ostrzał artyleryjski nie ustawały ni w dzień ni w nocy. Choć
liczne naloty z powietrza były powstrzymywane przez działka przeciwlotnicze,
nie zawsze się to udawało i samoloty, które przedarły się przez obronę
przeciwlotniczą zrzucały ciężkie bomby fugasowe i liczne sotnie „zapalniczek”
<bomb zapalających>. I dniem i nocą wybuchały pożary. Oprócz
<prowadzenia> zajęć dosłownie pod ogniem, nocą patrolowaliśmy ulice,
wyłapywaliśmy rakietczików <ludzi dających sygnały rakietnicami?> i
ochranialiśmy szczególnie ważne obiekty. Zajęcia prowadziliśmy po 12 godzin
dziennie, bez dni wolnych. Roczny program „ściskaliśmy” do trzech miesięcy.
Zaczęło się ostre zmniejszanie norm żywieniowych. Wprowadzono system kartkowy z
dzienną racją 300 gram chleba /w połowie wymieszanego z celulozą i jakimiś
innymi śmieciami/, kilkudziesięciu gram kaszy i dziesięciu gram tłuszczów
niewiadomego pochodzenia. Zaczęła się dystrofia i masowa śmiertelność, nie
tylko pozostałych w mieście cywilów, ale i żołnierzy batalionu. Prosiliśmy o
przeniesienie na front, tam racje były nieco większe niż na tyłach, <a>
nikt nie chciał umierać głupią śmiercią głodową, ale rozkaz był bezwzględny:
uczyć! Szczególnie trudno było w grudniu: wody brak, energii elektrycznej brak,
ogrzewania brak, na ulicach leżą i siedzą trupy ludzi, których się nie usuwa.
Na opał, a zwłaszcza do żołnierskiej kuchni spalono wszystkie płoty, meble,
konstrukcje drewniane. Połowa batalionu nie wstaje, koszarach smród… Brakuje
sił, <ogarnia> zobojętnienie, nic już nie wzbudza zainteresowania.
Siedzący na zajęciach mają przyćmiony, martwy wzrok. Zachodziła swego rodzaju
selekcja: najsłabsi umierali jako pierwsi, szczególnie ci o słabej woli, nie
znający pracy fizycznej, nie zahartowani w dzieciństwie i młodości. W kwietniu
1942r. batalion został rozformowany, wielu otrzymało przydziały do rejonów
umocnionych, a ja do szkoły specjalistów łączności radiowej, utworzonej
specjalnie na rozkaz Stalina. Na frontach brakowało radiooperatorów, dowództwo
wojsk potrzebowało niezawodnej łączności radiowej. Życie w „kamiennym worku”
stało się nieco lżejsze: poprawiło się zaopatrzenia po „drodze życia” <linia zaopatrzenia przez jezioro
Ładoga>, każdą wolną przestrzeń zagospodarowano na grządki. Teraz głównym
przeciwnikiem był szkorbut. Ratowały napary ze szpilek drzew iglastych,
pokrzywy, pierwsze pędy szczawiu i cebula. A zajęcia trwały z poprzednią
intensywnością, nawet we śnie. W styczniu 1943r. zostałem skierowany do 46
dywizji strzeleckiej, ale z chwilą przerwania blokady i szerokiego natarcia
naszych wojsk, zostałem ponownie odwołany do szkoły radiospecjalistów. Ofensywne
działania naszych wojsk na wszystkich frontach wymagały wciąż więcej i więcej łącznościowców.
Po zakończeniu wojny ukończyłem Wyższą Szkołę Oficerską w
Leningradzie i zostałem skierowany do Leningradzkiej Szkoły Wojskowej
Łączności, a potem służyłem w Akademii Łączności jako zastępca dowódcy pułku do
spraw technicznych i w 1966r. zostałem zwolniony do rezerwy w stopniu
podpułkownika.
Po przejściu do rezerwy pracowałem w instytucie projektowym
i międzynarodowym węźle komunikacyjnym do 1986 r. W KPZR od 1942r. Byłem
odznaczony orderami i medalami.
Obecnie mieszkam w Leningradzie, jak prawie wszyscy
staruszkowie męczę się z różnymi chorobami, ale jak zawsze, z charakteru jestem
optymistą i mam nadzieję na lepsze. Nasi ludzie zasługują na lepsze życie,
zasłużyli na nie nie tylko dlatego, że pokonali najtrudniejszego i
najsilniejszego wroga, ale dlatego, że wbrew wszystkim nieszczęściom i
trudnościom, przy przeciwnościach losu, niedostatkach i poniesionym ofiarom
zachowali czystość duszy, wolę i zadziwiającą miłość do swego kraju.
Spoglądając na przeszłość i czas przeżyty, można powiedzieć,
że Wielka Wojna Ojczyźniana dla każdego układała się inaczej. Jednych mocno
dotknęła, innym przyszło złożyć głowę w ofiarnym boju, niektórzy swoją pracą
zabezpieczali sukces walki, swoją wiedzą pomogli tam, gdzie zostali wysłani
przez dowództwo. Do tej kategorii należą również łącznościowcy. Nie
uczestnicząc bezpośrednio w boju, łącznościowcy zabezpieczali dowodzenie
wojskami, co ostatecznie wpływało na przebieg operacji. Wojna to przede
wszystkim praca z niczym nie porównywalna i nie do powtórzenia nigdy więcej.
Dla mnie, prostego wiejskiego chłopaka z nikomu nieznanego Zinkowa, niemającego
ani „pleców” ani znajomości, losy potoczyły się szczęśliwie. Z trudem, ale
przeżyłem blokadę Leningradu, gdzie ludzkie życie mogło zakończyć się w mękach
głodowego półzapomnienia i pod ruinami budynków, przez prawie trzy lata
wystawionych na bombardowania i ostrzały artyleryjskie. Była bardzo ciężka
praca, było poczucie odpowiedzialności, dążenie, by jak najwięcej wiedzieć i
jak najwięcej uczynić własnymi rękami, w końcu pokochać tą sprawę, której
poświęciło się swoje życie, nawet jeśli nie odpowiadało twoim marzeniom, zawsze
pomagało wżyciu, pomagało w najtrudniejszym czasie, w ekstremalnych momentach
wojny.
Wyczerpani do granic możliwości pięć ostatnich dób
kończącego się roku 1941, pozostając bez jakichkolwiek produktów żywnościowych,
bez światła i ogrzewania, pod ostrzałem i bombami. Nie przerywaliśmy
wykonywania postawionych zadań. W aktywności, w pracy umysłu i serca tliło się
życie. Zaprzestanie pracy prowadziło do apatii, utraty nadziei, rozpaczy i
nieuniknionego końca.
Czterdzieści pięć lat upłynęło od czasu zakończenia Wielkiej
Wojny Ojczyźnianej. Trudno żyło się naszemu ludowi przed nią, trudno po niej,
niemniej trudno żyje się obecnie, pod koniec dwudziestego wieku. Obroniliśmy
nasz kraj przed wrogiem zewnętrznym, ale nie przeanalizowaliśmy, nie
zrozumieliśmy całej złożoności sytuacji wewnątrz kraju. Przez dziesięciolecia
piętrzyliśmy problemy. Struktury partyjno-administracyjne przejąwszy pełnię
władzy, lekko i władczo odnosiły się do ich rozwiązywania. Wczorajsi frontowcy,
inwalidzi, którzy utracili zdrowie i zdolność do pracy, wdowy i sieroty zostali
zapomniani, niekiedy żyją w skrajnej nędzy. System biurokratyczny, przyznawszy
sobie prawo do wszystkich zdobyczy cywilizacji, utworzywszy niebywały aparat
represji, w tym także Siły Zbrojne, wykorzystuje je do wskazywania narodowi
kierunku. To zjawisko nie jest niczym nowym dla państwa totalitarnego i nie
może nie wywoływać oburzenia wśród ludzi, którzy uwolnili się od bałamutnych
propagandowych fajerwerków. Teraz już są inne czasy i inni ludzie. Morale w
narodzie i w armii upada. Jest to nieszczęście, które wymaga podjęcia
radykalnych działań, jeżeli mamy żyć w cywilizowanym społeczeństwie i pozostać
wielkim państwem.”
Jako uzupełnienie, przytaczam poniżej jeszcze wniosek
odznaczeniowy z czerwca 1944r. (tj. z czasów służby w Szkole Łączności) na
Order Czerwonej Gwiazdy dla autora wspomnień, oraz zdjęcie pochodzące ze
zbioru, prawdopodobnie pochodzące z lat 80.:
„Starszy Lejtnant <porucznik> t.<owarzysz> Kusznirczuk G. T. pracuje na stanowisku dowódcy kompanii od września 1942r. W czasie swojej pracy dał się poznać jako oficer zdyscyplinowany, pracowity, zdolny i pełen inicjatywy. Dobrze kieruje procesem przygotowania bojowo-naukowego. Posługuje się dobrą metodyką podczas prowadzenia zajęć, swoją wiedzę przekazuje podkomendnym w sposób wzbudzający zaufanie i zrozumiały. Dobrze organizował praktyczne nauczanie kursantów w warsztatach frontowych i na bazie mie oraz w warsztatach szkoły, w rezultacie czego opuszczający kompanię pod jego kierownictwem majstrzy radiowi i elektromechanicy, kierowani do jednostek frontu, pracują niezawodnie i umiejętnie.”
Tłumaczenie, wstęp i uwagi: Kamil Szustak
SUMMARY
The above text is the first of the series of translations of the memoires of the veterans of the Great Patriotic War, who werenative to the village of Zinkov in Khmelnitsky Oblast, Ukraine. The texts, written in late 1980’s and early 1990’s are of differen quality, thus in this series only those found “more interesting” are translated and published. This part contains the text written by lt. col. Grigoriy Trofimovich Kushnirchuk – a radiotechnical specialist, during the war, instructor of the only radiospecialist school in the Red Army in Gatchina, and later – Leningrad. The memoires are valuable also because of original and critical opinions expressed by the author.
Ofiarnie i z ochotą odpowiedzieli mieszkańcy naszych umiłowanych gór na zarządzenie gaulateira Śląska – Hankego o utworzeniu niemieckiego Volkssturmu. Nie dość, że w ciągu niespełna dwóch tygodni powstały niezbędne struktury zbrojne, to jeszcze nie zabrakło chętnych do ćwiczenia się w wojennym rzemiośle! Jak słusznie mówi instrukcja Volkssturmu: „żadnych rozwlekłych gadek, same praktyczne ćwiczenia!” I oto ochotnicy z okręgu Hirschberg stanęli w miniony piątek na zbiórce przy stacji kolejowej w Jacobstahl. Plan działania – manewry terenowe w zimowych górach. Pierwszy głos zabrał wyśmienity mówca, stary towarzysz partyjny Kneipp. Nasze ukochane góry – mówił – staną się opoką, na której roztrzaskają się dzikie bolszewickie hordy. Niczym krew wsiąka w piach, tak i oni wsiąkną w nasze cudne doliny, by znaleźć w nich jedynie mękę i zgon. Niech każdy dzielny mieszkaniec gór – wezwał – nie ulęknie się nawet najcięższych ofiar i trudów, z wiarą w ostateczne zwycięstwo. Nie powstrzyma nas nawet srogi mróz i głęboki śnieg, będziemy nieugięci, twardzi i zahartowani jak stal ! – po wygłoszeniu tych podniosłych słów towarzysz partyjny Kneipp udał się saniami do gospody w Karlstahl, natomiast żołnierze Volkssturmu przystąpili do ćwiczeń.
Jako pierwszy czekał ich długi, nocny marsz narciarski na szczyt Tafelfichte. Wszyscy uczestnicy znieśli te trudy nad podziw dzielnie, nawet instruktorzy – podoficerowie strzelców alpejskich – z uznaniem wypowiadali się o umiejętnościach narciarskich naszych górali. Następnie cała grupa zjechała przez Gross Iser do Karlstahl, gdzie zaplanowano dalsze wojskowe ćwiczenia. Strzelanie, okopywanie się w głębokim śniegu, rzuty granatem i obsługa pięści pancernych – zajęło to czas do wczesnego popołudnia. Na koniec ogłoszono zawody w biegu narciarskim, do którego zgłosiło się kilkunastu najsprawniejszych narciarzy. Dzień zakończył się w gospodzie Schneidera w Karlstahl. Strudzeni lecz dumni volksturmiści, nad tradycyjną niemiecką kiełbasą i przy kuflu wyśmienitego lwóweckiego piwa do późna w noc śpiewali piękne wojenne i partyjne pieśni. Możemy być spokojni o losy naszej małej ojczyzny, gdy strzegą jej tacy obrońcy !
Rubezahl 12 grudnia 1944
Prezentowana sylwetka przedstawia żołnierza Volkssturmu z okręgu Hirshberg (Jelenia Góra) z okresu końca 1944 r. Volkssturm na Śląsku powołany został zarządzeniem gaulaitera Hankego z października 1944 r. Zgodnie z zarządzeniem, volkssturmiści mieli we własnym zakresie zapewnić sobie ubiór i wyposażenie (w tym buty, menażkę, koc i plecak). Prezentowany volksstrumista wyposażył się odpowiednio do spodziewanych walk w terenie górskim. Jako doświadczony turysta i narciarz ma na sobie bawełniane kalesony do kolan, bawełnianą grubą koszulę wkładaną przez głowę, wełniany sweter i wełniane spodnie górskie (tzw. pumpy), odpowiednie i do wędrówki i do jazdy na nartach. Do narciarskich butów o charakterystycznym kwadratowym nosie założył wysokie cienkie podkolanówki oraz grube wełniane skarpety. Brezentowa kurtka typu anorak to również górska klasyka.
Przynależność do formacji wojskowej podkreśla standardowa niemiecka czapka feldmutze (chociaż bez armijnych insygniów), zaś oznaką rozpoznawczą volkssturmu jest opaska na lewej ręce. Reszta dobytku mieści się w plecaku. Volkssturmista używa swoich prywatnych nart i kijków.
Objaśnienie nazw geograficznych: Jacobstahl – Jakuszyce Karlstahl – Orle Gross Iser – obecnie nieistniejąca wieś na Hali Izerskiej Tafelfichte – Smerek
Fotografie wykonano w rejonie Orla.
Tekst z gazety „Rubezahl” (Liczyrzepa) jest literacką fikcją.
Już rok temu nosiłem się z zamiarem powtórzenia wyczynu Marcina z roku 2014 , ale z trochę innymi założeniami. Planowałem wystartować w niższej kategorii (BASIC, kategorię NAVIGATOR w 2015 już zlikwidowano, w kategorii PRO wymagana była sprawna replika ASG, a takowej nie miałem), w oficerkach zamiast trzewików i z płaszczem zamiast kurtki watowanej. Los jednak chciał inaczej i ostatecznie wylądowałem wówczas jako uzupełnienie reprezentacji grupy PARASIM startującej w kategorii TEAM. Odmienne wymagania tej kategorii oraz nieco inne priorytety sprawiły, że w ubiegłym roku wziąłem udział wykorzystując dalece nowocześniejszy mundur i ekwipunek. Ale idea nie umarła i jako że w tym roku innych planów nie było, zgłosiłem się na początku zapisów.
Jak na złość, na początku stycznia skręciłem kostkę, co skutecznie wybiło mi z głowy start w oficerkach, a pogoda (temperatura dochodząca do 8 stopni) sprawiła że płaszcz okazał się zbędny. Wystąpiłem w związku z tym w umundurowaniu letnim (kurtka i spodnie drelichowe, letnia koszula i kalesony) podporucznika 1AWP wzbogaconym o zdobyczny sweter niemiecki, z minimalnym oporządzeniem (pas z koalicyjką i pistoletem, manierka z wodą, torba zawierająca dodatkową manierkę i zapas pożywienia – kiełbasę, czekoladę i landrynki). Jako obuwie wykorzystałem trzewiki juchtowe z owijaczami, a całości dopełniała pałatka – złożona i przewieszona prze ramię tak, że osłaniała trochę szyję przed wiatrem, jednocześnie tworząc z przodu coś na kształt dużej kieszeni, w której idealnie mieściła się mapa i inne potrzebne przedmioty. Plan miałem niezbyt ambitny – zaliczyć wszystkie punkty kontrolne i zmieścić się w czasie (tj. dotrzeć do mety przed zamknięciem)
W tym roku GF POINT odbywał się na obszarze Rudaw Janowickich i Gór Lisich. Trasa dla kategorii BASIC ustalona byłą na 25km przy czym była to odległość najkrótsza – mierzona po liniach prostych, tymczasem w rzeczywistości nie było tak łatwo.
Mapa dostarczona przez organizatora, na której zaznaczyłem swoją trasę.
Bieg rozpoczął się 30 stycznia o godzinie 9:25 w parku w Kamiennej Górze. Na hasło „Start!” wszyscy uczestnicy ruszyli biegiem. Najkrótsza trasa do pierwszego punktu kontrolnego wiodła przez most nad stawem, tam też początkowo pobiegłem. Widząc jednak jak wiele osób pobiegło w tę stronę i obawiając się zatoru na moście, zdecydowałem się obiec staw z prawe strony. Nie wiem czy słusznie, ale do pierwszego punktu, mieszczącego się a szczycie wzgórza, dotarłem mniej więcej w połowie stawki. Chwila w kolejce i stałem się posiadaczem „przepustki do kompleksu Arado”. Dalej biegiem w dół, przez park, mijając po drodze ustawione tam działa i inny sprzęt wojskowy zbiegłem do miasta. I tu pierwszy mój błąd – zobaczywszy, że większa grupa przede mną obejrzała mapę i pobiegła w prawo, postanowiłem podążyć za nimi, nie sprawdzając, czy to dobra droga. Duży błąd. Na tyle duży, że po przebiegnięciu ładnej pętli po centrum miasta, do drugiego punktu – kompleksu Arado – dotarłem jako ostatni. Przeklinając własną głupotę i obiecując sobie, że od tej pory będę sam sprawdzał trasę odczekawszy swoje w kolejce, okazałem przepustkę i wziąłem się za wypełnianie testu wiedzy o kompleksie – na szczęście dzień wcześniej powtórzyłem sobie informacje na ten temat i na większość pytań byłem w stanie odpowiedzieć prawidłowo. Szybkie wypełnienie testu pozwoliło mi wyprzedzić kilka osób, ścięcie kilku zakrętów w dalszej drodze przez miasto – jeszcze kilka. Najprostszą drogą dotarłem do punktu trzeciego – strzelnicy ASG. Biegłem bez okularów, do tego silny wiatr, spora kolejka chętnych … Usłyszawszy, że za niestrzelanie nie ma karnych minut, podbiłem kartę i ruszyłem dalej w kierunku punktu nr 6. Decyzja była słuszna – udało mi się wyprzedzić kilka kolejnych osób, dalej jednak nie było już tak różowo – z punktu szóstego planowałem dostać się do „czwórki” – niby według mapy sprawa prosta – dwie drogi przez las, nawet jak wybiorę złą, to i tak powinienem dotrzeć w krótkim czasie. Niestety rzeczywistość okazała się nieco inna. Krótko mówiąc – w lesie było więcej dróg, a ja wybrałem tę niewłaściwą. Nie chcąc iść na azymut (teren dawnej fabryki amunicji, duża szansa na połamanie nóg) dotarłem ostatecznie do punktu drogą bardzo okrężną. Na szczęście do kolejnego punktu na mojej trasie – nr.5 droga była znacznie prostsza. Jedyny problem po drodze – pęknięty pasek w spodniach. Szybkie przeszukanie kieszeni ujawniło kawałek sznurka – chwila postoju i metodą adekwatną do warunków odtwarzanej epoki udało mi się zapobiec opadnięciu dolnej części garderoby.
Na „piątce” – kolejka. Kara za niewykonanie zadania – 90 karnych minut. Nawet nie było co się zastanawiać, karnie stanąłem w kolejce. Zadanie polegało na wejściu po drabince speleo na linę rozwieszoną między drzewami, dotarciu do drugiego jej końca, gdzie zawieszony był „dziurkacz”, podbiciu karty i zjeździe na linie w ciągu 3 minut. Wszystko oczywiście z asekuracją. Zaraz po wykonaniu zadania chwyciłem znowu sprzęt i czapkę i zbiegłem na dół, kierując się na punkt siódmy. Już w połowie drogi pięty bolą – nie ma wątpliwości – pierwsze obtarcia zaliczone. Od tej pory starałem się już nie biegać i wybierać łagodne podejścia.
W punkcie siódmym kolejny test – tym razem z zakresu pierwszej pomocy. Większość pytań łatwa, ale w trzech musiałem strzelać, test wypełniony w dwie minuty, zrezygnowałem z możliwości napicia się herbaty, złapałem tylko przydziałowego wafelka ruszyłem dalej i pogryzając go w marszu. Na drodze spotkałem uczestnika, który z powodów zdrowotnych zmuszony był wrócić do punktu 7. Podobno przede mną bardzo ostre podejście. Postanowiłem wziąć sobie to ostrzeżenie do serca i chcąc oszczędzać stopy zdecydowałem się na łagodniejszą drogę okrężną, by najpierw trafić do punktu nr 9 na szczycie Wielkiej Kopy. Pomysł może nie był zły, ale dwie rzeczy uświadomiły mi, że lepiej było iść krótszą drogą – oznaczenie skrętu na szczyt było od tej strony niewidoczne, na szczęście szybko zorientowałem się, że jestem za daleko. Do punktu 10 zbiegłem z góry i… niestety poznałem drugi powód dla którego wybór dłuższej trasy był błędem. Czeka tu kolejny test – z bronioznawstwa, tym razem na czas, obciążony dużą karą za niewykonanie, a kolejka dłuuuga. Ponad 20 minut stania, minuta na test i można ruszać dalej. Pięty zaczynały coraz bardziej dokuczać, ale świadomość, że większość trasy już za mną dodała sił. W krótkim czasie dotarłem do położonego nad Błękitnym Jeziorkiem punktu czternastego – tu dwa zadania przygotowane przez Akademię Marynarki Wojennej – wystukać w alfabecie morse’a swój numer zawodnika (miałem łatwo – 448) a następnie bieg (2 okrążenia) z obciążeniem – norma: 1,5 minuty. Niestety – przekroczyłem o 3 sekundy, a to oznacza karne minuty. Kolejny punkt, nad Purpurowym Jeziorkiem przynosi miłe zaskoczenie: można się napić herbaty i odpocząć na hamaku, a czas odpoczynku zostanie odjęty od końcowego wyniku. Mając jednak na uwadze, że przede mną jeszcze cztery punkty a do zamknięcia mety mało czasu, nie zdecydowałem się na postój. Do punktu nr 11 (brak zadań, tylko podbicie karty) dotarłem bez przeszkód, stamtąd jednak trzeba się było cofnąć do „ósemki” (tu także tylko podbijali karty).
Po doświadczeniach z czwórki miałem pewne obawy przed pójściem „prostą drogą przez las” do ostatniego punktu, ale tu spotkało mnie pozytywne zaskoczenie – droga była rzeczywiście prosta, a większość bocznych dróg zaznaczonych na mapie – całkowicie zarośnięta. Dwunasty punkt kontrolny… test wiedzy ASG. Na stole 10 części replik (w tym tak małe jak zawór gazowy – wielkości zaworu w zapalniczce!), a do każdej z nich 3 możliwe odpowiedzi na karcie. Nie wiedziałem – śmiać się, czy płakać? Ostatecznie wybrałem trzecią opcję – strzelać na chybił-trafił. Szybkie podbicie karty i w drogę! Ostatnie półtora kilometra udało mi się przebyć w miarę dobrym tempem, na mecie zostałem powitany słowami: „Za mundur to powinny być dodatkowe punkty.”
Podsumowując – plan udało się zrealizować, w klasyfikacji zająłem 34 miejsce w swojej kategorii (na 130 startujących i 108 sklasyfikowanych), co biorąc pod uwagę skromne założenia, kiepską kondycję i sprzęt w standardzie lat 40. było wynikiem całkiem dobrym. Przebyta trasa wyszła mi około 28km. Nowa lokalizacja oferuje teren znacznie bardziej zróżnicowany niż ubiegłoroczna (Góry Sowie i masyw Włodarza), w moim odczuciu jednak była nieco mniej wymagająca – góry jednak niższe, podejścia mniej strome, i choć miejscami zalegał śnieg i lód, nie było – w przeciwieństwie do trasy ubiegłorocznej – takich miejsc gdzie konieczne byłoby użycie raków. Trudniejsze jednak było wyszukiwanie skrótów – mało szlaków, punktów orientacyjnych, tereny „niebezpieczne” jak ten na Antonówce…
Nowość w tym roku – pamiątkowy dyplom dla każdego uczestnika, który ukończył bieg
Co ciekawe – jak do tej pory nie załapałem się na ani jedno zdjęcie z samego biegu. O tym, żeby wziąć własny aparat człowiek oczywiście nie pomyślał.
Jest zimny lutowy wieczór. Słońce zaszło kilka godzin temu, na niebie lśnią metalicznie i zimno gwiazdy. Nieprzyjemny, wilgotny chłód rozpełza się po lesie, znad pobliskiego jeziora wstaje lekka mgiełka. U zbiegu piaszczystych dróg w wysokopiennym sosnowym lesie stoi duży głaz z pamiątkową tablicą – to właśnie tutaj, dokładnie 71 lat temu żołnierze 11 Pułku Piechoty ze składu 4 DP jako pierwsi przełamali główną pozycję Wału Pomorskiego. Stoimy przed pomnikiem w szeregu, z zapalonymi pochodniami, w leśnej ciszy rozbrzmiewają słowa apelu poległych. „Chwała bohaterom !” – odpowiada echo znad jezior i mokradeł. Dźwięki pieśni „Śpij kolego” odegranej na trąbce kończą tę podniosłą uroczystość, niknąc wśród odległych leśnych ostępów.
Bunkier obserwacyjny niedaleko przesmyku Morzyca
W ten sposób rozpoczęliśmy swój udział w cyklicznym projekcie SH ERIKA, poświęconym przełamaniu Pozycji Pomorskiej. Następnego ranka o świcie stanęliśmy na zbiórce, przygotowując się do najważniejszej części imprezy – marszu szlakiem walk sprzed 71 lat. Wszyscy umundurowani, w pełnym oporządzeniu, z wypakowanymi workoplecakami. Na początku odwiedzamy tzw. „przesmyk śmierci” pomiędzy jeziorami Smolno i Zdbiczno, gdzie zapalamy znicz przed pamiątkowym kamieniem. Wkrótce nadjeżdża willys z polową kuchnią, której obsługa serwuje gorącą zbożową kawę. Dalsza droga wiedzie w kierunku miejscowości Golce. Po dłuższej wędrówce leśnymi przecinkami docieramy nad jezioro Golce, gdzie zaplanowano dłuższy popas. Kuchnia tym razem wydaje gęstą zupę, wszyscy z ulgą zdejmują plecaki i rozsiadają się pod drzewami na skraju plaży. Po obiedzie odwiedzamy pobliską miejscowość, w której zapalamy kolejny znicz pamięci. Stamtąd idziemy w kierunku przesmyku Morzyce, omijając szerokim łukiem rozległe bagno. Przy drodze ze Zdbic do Golców odwiedzamy ukryty w lesie bunkier obserwacyjny. Wreszcie docieramy do Zdbic, gdzie najpierw odwiedzamy skansen wojskowego sprzętu, a później stajemy w środku wsi – czeka tam na nas ognisko i niezwykle miłe przyjęcie mieszkańców. Zostaliśmy ugoszczeni pysznym jedzeniem, ciastem i różnymi napojami. Dobrze po zmroku część rekonstruktorów wyrusza do miejsca zakwaterowania rzutem kołowym, my natomiast – i jeszcze czterech kolegów – decydujemy się przebyć ten ostatni odcinek pieszo. Gdy wracamy do bazy, wieczór dopiero się rozkręca. Do późnej nocy gra akordeon i rozbrzmiewają wojenne i wojskowe piosenki.
Przesmyk śmierci – jezioro Smolno
Niestety nie możemy wziąć udziału w ostatnich zaplanowanych częściach imprezy, pilne sprawy zmuszają do powrotu do domu w niedzielny poranek. Ominie nas zatem niedzielne zwiedzanie schronów na terenie jednostki wojskowej w Wałczu, Muzeum Grupa Warowna Cegielnia oraz wizyta na wojennym cmentarzu.
Przesmyk śmierci – jeden ze zniszczonych niemieckich bunkrów
„Przełamanie Pommernstellung” z pełnym przekonaniem zaliczam do ekstraklasy rekonstrukcyjnych imprez. Zarówno organizatorzy, jak też uczestnicy pojmują rekonstrukcję podobnie do mnie – jako odtworzenie warunków życia i służby, trudu i znoju żołnierzy oraz jako hołd dla bohaterów sprzed lat. Dodajmy do tego perfekcyjną organizację, zaangażowanie i niezwykle przyjazną atmosferę, bez śladu zadęcia, krytykanctwa i złośliwości. Jest to impreza, na którą z pewnością i wielką ochota powrócę jeszcze nie raz.
Chwila odpoczynku w marszu
Autor: Marcin Morawski
Skansen w Zdbicach
Ciekawy pomnik na który natknęliśmy się po drodze do Wałcza. W 2018r. pomnika już nie było…
– Zachodźcie, Władysławie Piotrowiczu, śmiało! – siwy jak gołąbek staruszek w posklejanych przylepcem okrągłych okularach machnął zapraszająco szerokim gestem – czaju może pokosztujecie, jak raz świeżego zaparzyłem?
Władek przytupnął kilkukrotnie w progu, podejmując beznadziejną próbę pozbycia się z butów grubej warstwy żółtawego błota. W końcu, w obliczu całkowitej bezowocności swoich starań, zdjął czapkę i podszedł do stojącego w kącie samowara.
– O ho-ho – staruszek ucieszył się jak dziecko – to przy takiej okazji i ja chętnie się napiję !
Po chwili siorbali wrzący napar z talerzyków, przytrzymując w zębach drobne kawałeczki cukru.
– O to jest już dobrobyt, jak w komunizmie – stary rozmarzył się, przewracając oczami – czaj i cukier i nawet do chleba tłuszcz ! A wiecie, że w gazecie o tym waszym polskim wojsku czytałem? Gdzież ja to… O, jest ! Słuchajcie – na rozkaz generalissimusa Stalina, salwą z …. Dział uczczono zdobycie przez Polaków niemieckiej twierdzy Kolberg. Może to i wasz brat tam teraz pierś do orderu wypina ?
Władek nie odpowiedział, nagle zmarkotniał i ponuro spojrzał przez okno, na tonące w wiosennym deszczu, niekończące się rzędy torów, wagonów i kolejowych budynków.
– No, nie smućcie się! Na froncie z karabinem każdy jeden potrafi walczyć. A wy jesteście specjalista, kolejarz! Wasza praca tutaj więcej dla zwycięstwa znaczy, niż tam na froncie. Wojna się skończy, do Polski wrócicie. A teraz lepiej już idźcie, sprawdzić te towarowe na jutro rano, bo jak kierownik się napatoczy, to znowu będzie was od jaśniepanów i kontrrewolucji wyzywał….
Chociaż w ZSRR zdawano sobie sprawę z tego, że w Europie toczy się wojna, to aż do 22 czerwca 1941r. tylko niewielka część społeczeństwa dotknięta była w jakkolwiek sposób toczącym się za granicą konfliktem. Gdy jednak niemieckie wojska przekroczyły granice Związku Radzieckiego, każdy obywatel totalitarnego państwa odczuł – w mniejszym lub większym stopniu – skutki tego wydarzenia. Większość męskiej populacji (i pewna część żeńskiej) ZSRR została wcielona do Armii Czerwonej. Istniało jednak wiele powodów dla których pewni ludzie, mimo właściwego wieku i dobrego stanu zdrowia uniknęli mobilizacji – i nie miało to zwykle wiele wspólnego z narodowością bądź poglądami. Najczęściej powodem było wykonywanie pracy niezbędnej dla właściwego funkcjonowania państwa w stanie wojny. Dla wielu było to błogosławieństwo, pozwalające uniknąć wysłania na front i dużego prawdopodobieństwa śmierci, dla innych – w tym również wielu Polaków próbujących wstąpić do armii Andersa czy później 1DP – przekleństwo, uniemożliwiające wzięcie udziału w walkach. Tym niemniej, wielu robotników przemysłowych, górników czy kolejarzy pozostawało przy swojej dotychczasowej pracy. W tej części to właśnie na kolejarzach się skupimy.
Tak jak
wcześniej w Imperium Rosyjskim, tak też w Związku Radzieckim kolej odgrywała
zawsze wielką rolę. Przypomnijmy, że to właśnie niewydolność kolei była jednym
z czynników decydujących o klęsce w wojnie rosyjsko-japońskiej, zaś opóźnienia
w transporcie żywności były ostatnią iskrą, która podpaliła rewolucyjną beczkę
prochu i położyła kres panowaniu carów. Nowi władcy Rosji Radzieckiej, a
później ZSRR doskonale rozumieli znaczenie kolei dla funkcjonowania kraju. Od
chwili utworzenia Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich koleje
pozostawały w gestii Ludowego Komisariatu Dróg Komunikacji (ros. Народный
комиссариат путей сообщения, w skrócie NKPS lub Narkomput’, odpowiedzialny
również za transport wodny) i tak pozostało do chwili przemianowania go na
ministerstwo w 1946 r. Jakkolwiek był to resort cywilny, przez cały okres
funkcjonowania był instytucją umundurowaną i silnie związaną z wojskiem i
resortami odpowiedzialnymi z bezpieczeństwo państwowe – co nie może dziwić w
ogromnym państwie o słabo rozwiniętej sieci dróg. Przez cały czas kolej
dostarczała zapasów i siły żywej Siłom Zbrojnym ZSRR a także służyła do
transportu więźniów, którzy w owym czasie stanowili ważny element siły roboczej
– bez ich niewolniczej pracy wiele stalinowskich „cudów” nigdy by nie powstało.
Dość powiedzieć, że pierwszym Ludowym Komisarzem Dróg Komunikacji ZSRR został
Feliks Dzierżyński. Po wybuchu wojny znaczenie kolei wzrosło jeszcze bardziej –
w dalszym ciągu pozostawała ona najszybszym środkiem by dostarczyć na front
ludzi, sprzęt czy żywność. Nic więc dziwnego, ze pracownicy kolei uważani byli
za swego rodzaju elitę, chętnie nagradzaną przez władze, a od 1932 trwała
modernizacja dróg żelaznych w całym kraju.
Robotnik kolejowy, zdjęcie z numeru magazynu USSR in Construction z lipca 1938r., poświęconego radzieckim kolejom
W
chwili ataku na ZSRR, niemieckie dowództwo zakładało wykorzystanie zdobytej infrastruktury
kolejowej i taboru. Plany te jednak trzeba było szybko zrewidować – zniszczenia
mostów, torów, wyposażenia stacji oraz samego taboru na zajętym terytorium,
spowodowały konieczność odbudowy. Przy tej zaś okazji tory na remontowanych
trasach przestawiano na zachodnioeuropejski standard. Rozwiązanie to z jednej
strony powodowało spore koszty, z drugiej jednak pozwalało uniknąć konieczności
przeładowywania transportów na dawnej „granicy” na składy szerokotorowe. Uznano
przy tym, że łatwiej wymienić tory niż od zera produkować wagony i lokomotywy
dostosowane do lokalnego standardu. W związku z tym, jeszcze kilka lat po
wojnie w zachodnich regionach Związku Radzieckiego funkconowały obok siebie
trasy szerokotorowe i „zachodnioeuropejskie”.
Właściwie każdy pracownik
radzieckiej kolei był co najmniej robotnikiem wykwalifikowanym – nawet robotnik
torowy musiał zdać ministerialny (Komisariatalny?) egzamin. Choć w chwili ataku
Niemiec na ZSRR większość pracowników radzieckiej kolei średniego i niższego
szczebla miała już długi staż pracy, to fakt, że stacje kolejowe, mosty czy
wreszcie same składy były częstym celem niemieckiego lotnictwa sprawiał, że
śmiertelność wśród kolejarzy była wyższa niż w innych grupach zawodowych.
Każdemu pracownikowi kolei przysługiwał mundur. Do 1943 r.
były to mundury wz. 32, zmodyfikowany następnie w 1934 r. Od 1943 r. był to już
mundur nowego wzoru, o bardziej militarnym wyglądzie (choć de facto wygląd
mundurów wzorowany był raczej na carskich mundurach kolejarskich). Jednak z
racji toczącej się wojny przemundurowanie pracowników kolejowych przebiegało
bardzo powoli. O ile wyżsi urzędnicy czy pracownicy bardziej widoczni
(naczelnicy i dyżurni na dużych stacjach, personel obsługi pociągów
pasażerskich itp.) otrzymali nowe mundury dosyć szybko, o tyle szeregowi
pracownicy – od których również wymagano noszenia munduru – zwykle otrzymywali
tylko czapki lub nawet tylko odznaki nowego typu, które często mocowali na
starych czapkach wz.32 lub na cywilnych czapkach zakupionych prywatnie. Resztę
ich ubioru stanowiły często dostosowane elementy mundurów starego wzoru
wymieszane z elementami ubioru cywilnego. Dostępne zdjęcia wskazują, że taka
sytuacja utrzymywała się jeszcze kilka lat po wojnie.
Grupa radzieckich szeregowych pracowników kolejowych, ok.1945. Zdjęcie wykonane raczej wkrótce po wojnie, o czym świadczy wojskowa gimnastiorka wz.43 u mężczyzny na pierwszym planie. Warto zwrócić uwagę na różnice kolorystyce czapek i rozmaitość nieregulaminowej odzieży.
Prezentowana sylwetka to właśnie typowy szeregowy pracownik
kolei – robotnik taborowy zatrudniony w Połtawskich Zakładach Remontu Taboru
Kolejowego – przywracanych do użytku po odbiciu miasta z rąk Niemców półtora roku
wcześniej.
Jego ubiór stanowi typowa dla robotników kolejowych mieszanka – nieregulaminowa czapka w kolorze bardzo ciemnego granatu z lamówką w takim samym kolorze (jak wiele czapek kolejarskich z lat 30. I 40. ta jest tak ciemna, że wydaje się czarna), na której obowiązujący do 1943r. emblemat w postaci czerwonej gwiazdy z wizerunkiem nadjeżdżającego parowozu zamieniono na nowy zestaw oznak – skrzyżowany klucz i młotek (do tej pory występujący tylko na korpusówkach i guzikach kolejarskich) oraz umieszczoną wyżej małą gwiazdkę z sierpem i młotem – identyczną jak stosowana w Armii Czerwonej. Spodnie to wprowadzone w 1932r. spodnie do butów w kolorze granatowym – wyjątkowo nawet w poprawnym, regulaminowym odcieniu granatu. Buty to typowe oficerki ze skóry juchtowej wzoru wojskowego wydawane kolejarzom z powodu niedoboru regulaminowych oficerek z gładkiej skóry. Zielona koszula w tradycyjnym kroju to element cywilny, podobnie jak ciemnogranatowa kamizelka. Pas główny typu oficerskiego stanowi nie do końca zgodny z regulaminem element umundurowania – wedle regulaminów przysługiwał starszym stanowiskiem (szeregowym pracownikom przysługiwał pas identyczny jak szeregowym w Armii Czerwonej). Na kamizelce widoczna jest odznaka członka Komsomołu – wstąpienie do młodzieżówki było znacznie prostsze niż do partii, a w podobnym stopniu ułatwiało życie i poprawiało możliwości awansu. Jako wierzchnie okrycie robotnik wykorzystuje mocno wysłużoną watowaną kurtkę dwurzędową typu wojskowego – pochodzącą prawdopodobnie z tego samego źródła co większość wydawanej robotnikom przemysłowym odzieży zimowej – z frontowego odzysku – stąd liczne uszkodzenia naprawione byle jak widoczne na tej kurtce. Robotnik wykorzystuje typowy młotek rewizyjny do sprawdzenia działania hamulców w kołach wagonów skierowanych na remont – tu akurat zdobycznych wagonów niemieckich (jak wspomniano, w 1945r. wiele torów na terenie Ukranińskiej SRR funkcjonowało jeszcze w rozstawie europejskim, co umożliwiało wykorzystywanie na tym obszarze niemieckiego taboru).
W kieszeni robotnika możemy znaleźć głównie
najpotrzebniejsze rzeczy – bilety pozwalające na dojazd do miejsca pracy,
przepustkę na tren zakładów, Dyplom NKPS potwierdzający zdanie egzaminu
państwowego pozwalającego na pracę w charakterze robotnika taborowego oraz
książeczkę wojskową.
Bezpośrednią inspiracją do napisania tego artykułu był
znajdujący się w moim posiadaniu zestaw dokumentów po pewnym Polaku –
pracowniku radzieckich kolei, który właśnie ze względu na wykonywaną pracę,
pomimo przeszkolenia wojskowego w charakterze sanitariusza, nie został
zmobilizowany ani do Armii Czerwonej ani do Wojska Polskiego. Z zestawu tego
pochodzą widoczne na zdjęciach książeczka wojskowa, świadectwo egzaminu oraz
bilety kolejowe.
Autorem wszystkich zdjęć poza zdjęciami archiwalnymi jest Sebastian Sroka.
Autorem beletryzowanego wstępu do artykułu jest Marcin
Morawski
Dziękuję Maciejowi Mądremu za konsultację oraz Muzeum Kolejnictwa i Przemysłu na Śląsku za udostępnienie pleneru.
Autor: Kamil Szustak
SUMMARY
The text above is a part of a series of articles presenting the “Forgotten Characters of the WW2”. In this case it is a worker of the Soviet Railways from Poltava in the spring of 1945. The worker is wearing a mixture of regulation and non-regulation clothing and he is checking the brakes of a captured German railway cars -those were used in the Soviet Union after Germans rebuilt most of the tracks destroyed in the combat operations in the “Western” size – narrower than those used in the Soviet Union.
Wilgotny ziąb wciskał się pod ubranie. Niebo na wschodzie powoli zaczynało jaśnieć, rosa przed świtu osadzała się błyszczącymi kroplami na każdej gładkiej powierzchni. Franek zadrżał, postawił kołnierz marynarki i wcisnął dłonie pod pachy, próbując zachować przynajmniej odrobinę ciepła. Patrzył na budynek parowozowni, z którego powoli wytaczała się lokomotywa, buchając kłębami pary i dymu. Żółtawy blask żarówek z wnętrza hali niknął w mieszających się, czarno-białych obłokach i podświetlał gruby korpus parowozu oraz cienie kilku robotników. Do tego dochodziła czerwona poświata z wnętrza budki maszynisty, rozjarzająca się silnie w chwilach, kiedy dorzucał on węgla do paleniska. Maszyna wjechała na stalowy pomost i zatrzymała się, na znak kulawego kolejarza. Kuternoga pociągnął jakąś wajchę i cała konstrukcja drgnęła ze metalicznym zgrzytem, a następnie zaczęła się obracać niczym wskazówka gigantycznego zegara. Po chwili zatrzymała się, a skierowana na właściwy tor lokomotywa sapnęła głośno, zahuczała i potoczyła się do przodu. – Ruszże się człowieku – zagderał z tyłu jakiś głos po niemiecku – czego stoisz i gapisz się jak ten wół? – Cholerny Polak – odpowiedział ktoś inny – pewnie w życiu nie widział pociągu… Franek obejrzał się i zobaczył dwóch starszych mężczyzn, ubranych w wybrudzone smarami kombinezony i czarne czapki z daszkiem. – No dalej – powiedział wyższy z nich – do roboty! Tu nie fabryka porcelany, tu się pracuje! Rozumiesz po niemiecku? – Tak jest – odpowiedział – już idę. Rozmyślnie powoli skierował się w stronę warsztatów. Osiem miesięcy temu trafił do Koenigszelt, niewielkiego miasteczka na Dolnym Śląsku i zaczął pracę w tutejszej fabryce porcelany. Gdy jednak front zaczął upominać się do coraz więcej mężczyzn, pobór dotknął część nietykalnych do tej pory robotników kolejowych. Dlatego pewnego dnia niemieccy nadzorcy wybrali kilku Polaków, najlepiej obznajomionych z techniką, i skierowali ich do pracy w tutejszej parowozowni. Koenigszelt było ważnym węzłem kolejowym i parowozownia była naprawdę duża.
Niemiecka gospodarka czasu wojny trawiona byłą przez pewną zasadniczą bolączkę – brak rąk do pracy. Większość mężczyzn w wieku produkcyjnym trafiała do służby w formacjach wojskowych. Uzupełnienie braków siły roboczej spadło wiec na państwo, które nie kwapiło się do wydawania wielkich sum na ten cel. Dlatego też powstał pomysł, ażeby do pracy na rzecz Trzeciej Rzeszy zatrudnić ludność z terenów okupowanych. Ludność tę starano się do pracy na rzecz okupanta przekonać zarówno poprzez aparat propagandy jak i zmusić poprzez aparat represji. Na terytorium okupowanej Polski już od 1939r. funkcjonował przymus pracy dla wszystkich w wieku 18-60 lat (później dolną granicę obniżono do 14 lat). Osoby niezatrudnione, lub takie, które w miejscu zatrudnienia nie zostały uznane za niezbędne brano na roboty w pierwszej kolejności. Choć takie osoby starano się wyszukiwać i przekonywać, grożąc represjami wobec samego zainteresowanego (z wysłaniem do KL włącznie) lub jego rodziny, jednocześnie starano się jednak nakłonić Polaków do dobrowolnego zgłaszania się na roboty. Później „chętnych” do pracy znajdowano w łapankach. Złapanych lub „przekonanych” polaków kierowano do pracy na terenie Rzeszy jako tak zwanych „pracowników cywilnych” (Ziwilarbeiter) – pracownicy tacy mieli bardzo ograniczoną swobodę poruszania się (godzina policyjna, zakaz uczestniczenia w wydarzeniach kulturalnych i religijnych razem z Niemcami, zakaz korzystania z transportu publicznego, zakaz opuszczania miejscowości zatrudnienia bez przepustki), nie mieli także praw urlopowych, czas ich pracy zależny był od decyzji pracodawcy. Polacy z tej Kategorii, w celu identyfikacji, mieli obowiązek nosić na odzieży naszywkę z literą „P”.
Zaopatrzenie w żywność i odzież zazwyczaj było niedostateczne, również warunki mieszkaniowe pozostawiały wiele do życzenia (zakwaterowanie budynkach gospodarskich, piwnicach lub barakach, rzadziej w wydzielonych mieszkaniach), toteż robotnicy z reguły cierpieli z niedożywienia i braku opieki medycznej (choć stworzono im możliwość ubezpieczenia zdrowotnego).
Większość „pracowników cywilnych” trafiała do rolnictwa, choć w miarę ubywania specjalistów na front, nazistowskie władze kierowały coraz więcej robotników do przemysłu, przy czym odsetek Polaków kierowanych na roboty przymusowe w przemyśle nigdy nie przekroczył 35%. Jakby w opozycji do powyższego, większość dostępnych zdjęć robotników przymusowych przedstawia osoby dobrze ubrane i zadbane. Trzeba jednak pamiętać, ze była to mniejszość – głównie wyspecjalizowani robotnicy zatrudnieni w przemyśle i usługach bądź jako służący w miastach, dodatkowo do zdjęć starano się zawsze wyglądać możliwie najlepiej – w końcu miały one być pamiątką. Oczywiście, prócz Ziwilarbeitrów praca niewolnicza Polaków na rzecz okupanta miała też inne przejawy – takie jak skoszarowana Służba Pracy (Baudienst), niewolnicza praca jeńców wojennych, czy przymusowe świadczenia pracy na rzecz okupanta na miejscu. Oprócz tego część Polaków z terenów w 1939r. wcielonych do ZSRR po 1941r. trafiła do kategorii Ostarbeitrów – traktowanych jeszcze gorzej niż Ziwilarbeitrzy.
Prezentowana sylwetka to robotnik przymusowy z kategorii Ziwilarbeitrów, zatrudniony na „lepszym” stanowisku – jako pracownik warsztatu w parowozowni w Koenigszelt na Dolnym Śląsku. Ów lepszy status zapewniło mu doświadczenie w pracy w charakterze ślusarza w PKP przed wojną. Ubiór jest dość typowy dla robotników, którym nie zapewniano zazwyczaj specjalistycznej odzieży – tania sukienna marynarka z naszywką „P” na piersi, Modne wówczas szerokie spodnie – również sukienne oraz biała koszula noszona z wywiniętym kołnierzem (na sposób często spotykany na zdjęciach „bez krawata”. Całości dopełniają znoszone, cywilne trzewiki w kolorze brązowym oraz pas skórzany. Robotnik nie posiada zbyt wielu przedmiotów osobistych – co bardziej wartościowe (jak zegarek) zostały już dawno przehandlowane, przedmioty zabronione – skonfiskowane, w pracy nosi ze sobą wyłącznie dokumenty – Książeczkę pracy dla obcokrajowców oraz dokument tożsamości.
Autorem beletryzowanego wstępu jest Marcin Morawski Autorem Zdjęć jest Sebastian Sroka Dziękujemy Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa na Śląsku (http://muzeumtechniki.pl/) za udostępnienie plenerów. Autor: Kamil Szustak
SUMMARY
The text above is a part of a series of articles presenting the “Forgotten Characters of the WW2”. This part concentrates on the fate of Polish forced labor workers. The character shown is an example of Polish “Zivilarbeiter” sent to work in the railway works in Koenigszelt, Lower Silesia in 1944.
Podziękowanie od dowództwa WBW za udział w walkach przeciwko UPA – 1947r.
Wraz ze wzrostem popularności tematu powojennej partyzantki
antykomunistycznej w ostatnich latach, wzrosło także zainteresowanie
rekonstrukcją takich oddziałów. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać lepsze
lub gorsze grupy odtwarzające oddziały podziemia, lub choćby tylko specjalne
sekcje przy już istniejących grupach. Zaraz też zaczęły się, organizowane
głównie w okolicach ustalonego na 1 marca – rocznicę egzekucji członków IV ZG
WiN – nowego święta, inscenizacje prawdziwych bądź fikcyjnych działań
antykomunistycznego podziemia. Większość z tych inscenizacji – nawet teraz, po
czterech latach – trapią dwie poważne bolączki. Pierwsza to brak odpowiedniego
przeciwnika dla partyzantów. Drugą zwykle jest scenariusz, który nijak nie
przystaje do realiów.
Pierwsza bolączka bierze się stąd, że nie ma praktycznie
grup odtwarzających polskie powojenne siły bezpieczeństwa (choć na forum portalu
www.dobroni.pl swego czasu jeden z
użytkowników podzielił się pomysłem stworzenia GRH KBW). Nie byłoby to
problemem – wszak niemal równie często (a w początkowym okresie nawet częściej)
zdarzały się walki z oddziałami WP. Można by też wykorzystać oddziały MO lub
ORMO, które zwłaszcza na początku swego istnienia przypominały z wyglądu
oddziały partyzanckie, odróżniając się od nich wyłącznie opaską na ramieniu (to
był też powód, dla którego partyzantka po wojnie szybko zrezygnowała z opasek w
barwach narodowych). Jednak z jakiegoś powodu organizatorzy takich imprez
upierają się zwykle, żeby przeciwnikiem partyzantki po stronie polskiej były WW/KBW,
mimo że ich rolę powierzają grupom odtwarzającym 1/2AWP. Nieco lepiej wygląda
sprawa w przypadku inscenizacji potyczek z oddziałami Armii
Czerwonej/Radzieckiej lub WW NKWD/MWD/MGB – grup odtwarzających radzieckie
formacje jest znaczni więcej, choć i tu, bez względu na wszystko stronę tę
nazywa się najczęściej „NKWD”. Głównym problemem wydaje się tu postawienie na
głównego bohatera (partyzantów), dla którego cała reszta stanowi jedynie
mgliste tło, a zatem może być niedopracowana. Cóż, gdy w Polsce zaczęła się
rekonstrukcja, nawet w grupach odtwarzających WH czy SS na wiele rzeczy
przymykano oko.
Bolączka druga ma chyba podobne podłoże. Dochodzi do tego drugi
powód, który trudno mi określić inaczej niż jako ignorancję. Stąd KBW w 1944r.,
stąd niezliczone UBP rozbijane przez partyzantów, niezliczone zasadzki na
dobrze uzbrojone oddziały KBW… Wymieniać można długo. Oddając jednak
sprawiedliwość organizatorom muszę nadmienić, że w tych rzadkich przypadkach,
gdy inscenizacja aspiruje do rekonstrukcji konkretnego, prawdziwego wydarzenia,
wierność realiom jest zwykle o wiele wyższa.
Celem tego artykułu nie jest obrażanie kogokolwiek – choć
znając życie niektórzy zacząwszy czytać poprzedni akapit obrażą się i od razu
walną „1/5” pod artykułem – ani tym bardziej wyśmiewanie. Nie chcę też nikogo
na siłę przekonywać do swoich racji. Pragnąłbym jedynie, żeby takie
inscenizacje – skoro już się je robi – trzymały dostatecznie wysoki poziom by
zasłużyć na miano rekonstrukcji. Dlatego też poniżej znajdzie czytelnik nie
tylko mocno skróconą historię polskich Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego ale
także garść uwag o ich umundurowaniu, wyposażeniu oraz roli w imprezach
rekonstrukcyjnych wraz z propozycjami wykorzystania.
W artykule używam wymiennie nazw Wojska Wewnętrzne i Wojska
Bezpieczeństwa Wewnętrznego w odniesieniu do całości formacji, bez względu na
to jaką nazwę nosiła ona w danym okresie. Natomiast nazwy KBW czy PSBS są
używane jako prawidłowa nazwatych formacji w danym okresie.
Początki Polskich
Wojsk Wewnętrznych
Trzech żołnierzy KBW i harcerz (?), około 1946-1948, drugi z lewej – kapral Ż. Warto zwrócić uwagę na niejednolite mundury i pas niemiecki
Na początek warto odpowiedzieć sobie na pytanie: po co w
Polsce stworzono taką formację jak Wojska Wewnętrzne?
Już słyszę odpowiedzi, że do walki z podziemiem,
konwojowania jeńców itp. Ale odpowiedź na to pytanie jest znacznie prostsza –
wszak wszystkie te zadania można było powierzyć formacjom działającym w ramach
WP, MO, czy Straży Więziennej – bez potrzeby tworzenia nowego bytu. Formację tą
powołano do życia dlatego, że taka sama istniała w ZSRR. Po prostu „doradcy”
wysłani do nowo tworzącego się Resortu Bezpieczeństwa Publicznego PKWN i
późniejszego MBP chcieli by resort funkcjonował tak, jak do tego przywykli. A
zatem brak jednego – i to kluczowego – elementu był nie do pomyślenia.
Zalążkiem przyszłych WW był Polski Samodzielny Batalion
Specjalny. Formacja ta w trakcie wojny zajmowała się głównie szkoleniem
żołnierzy do zrzucenia za linie wroga, a po podporządkowaniu nowo utworzonemu
Polskiemu Sztabowi Ruchu Partyzanckiego(późniejsza Baza Zaopatrzenia
Materiałowo-Technicznego rozformowana dopiero w marcu 1945r.) – utrzymywanie łączności
z oddziałami partyzanckimi i przygotowanie grup partyzanckich do dalszych
działań. W sierpniu 1944r. (data dzienna pozostaje nieznana – podaje się różne
daty: od 4 do 24 sierpnia) PSBS, przekazany RBP PKWN, w Lublinie znalazł się
już 14 sierpnia, zaś następnego dnia wziął udział w defiladzie z okazji święta
Wojska Polskiego (przebieg jego obchodów w Lublinie dziś wzbudza spore, choć
nie do końca zrozumiałe emocje). Jeszcze w tym samym miesiącu zaczęła się
krystalizować koncepcja przekształcenia batalionu w Wojska Wewnętrzne. W tym
celu zapadła decyzja o reorganizacji i uzupełnieniu składu batalionu. W ramach
reorganizacji podzielono go na trzy kompanie (wedle niektórych źródeł miały
przejść przyspieszone szkolenie w zakresie walk w mieście i być
przerzucone do Warszawy – w tym celu
przynajmniej jedna kompania miała zostać rzekomo przetransportowana do Otwocka,
gdzie oczekiwała na rozkaz, który nigdy nie nadszedł, zaś po około tygodniu
miała wrócić do Lublina, epizod ten jednak ma wątłe potwierdzenie w źródłach) i
utworzono nowe jednostki organizacyjne, których powstanie wskazywało na
postawienie przed batalionem nowych zadań – Centrum Wyszkolenia oraz Wydział
Budowlany. Zaczęto też pobór do jednostki – początkowo w miejscu stacjonowania
– Świdniku – później pisma w sprawie poboru do PSBS wysłano do nowo tworzonych
RKU. W tym okresie starano się przyjmować – tak jak do MO czy MBP głównie
byłych partyzantów, choć PSBS stawiał przede wszystkim na byłych AL-owców oraz
członków dawnych grup partyzanckich podległych PSzRP i byłych członków
radzieckich oddziałów partyzanckich narodowości polskiej. Mile widziano także
żołnierzy mających za sobą już frontowe doświadczenia, choć ze względu na
pierwszeństwo walki z Niemcami, musiano ich wyszukiwać w jednostkach zapasowych
i szpitalach.
Początkowo RBP nie miał konkretnego pomysłu na wykorzystanie
PSBS – resort wszak dopiero się organizował – a i sam batalion zajmował się
głównie dostosowywaniem miejsca zakwaterowania i nie był zdolny do wykonywania
jakichkolwiek poważnych zadań. Dopiero na początku września ruszyło szkolenie
rekrutów. Wtedy też batalion przekazał grupę 37 osób do ochrony PKWN – grupa ta
stała się zalążkiem przyszłego Batalionu Ochrony PKWN. W tym czasie głównym
problemem PSBS były braki sprzętu i problemy z zaprowiantowaniem – jednostka
pozostająca daleko od frontu, o niejasnych zadaniach siłą rzeczy musiała się
znaleźć na samym końcu listy zaopatrzeniowej.
Po zakończeniu pierwszego cyklu szkolenia w CW, w batalionie
przeprowadzono kolejną reorganizację – utworzono dwie kompanie szkolne
(podchorążych i podoficerów), trzy plutony szkolne (łączności, kobiecy
sanitarny oraz oficerów polityczno-wychowawczych, dziewięć kompani strzeleckich
(piechoty) oraz kompanię wart wewnętrznych PKWN.
Pierwszym zadaniem, które powierzono batalionowi było
ściąganie świadczeń rzeczowych na całym obszarze wyzwolonym przez Armię Czerwoną. W tym celu z batalionu
– stacjonującego wówczas w Jastkowie koło Lublina – wydzielono grupy dla
poszczególnych powiatów. Żołnierzy batalionu kierowano również do działań
propagandowych (agitacja) oraz do pomocy przy pracach rolnych i realizacji
reformy rolnej.
Na początku listopada żołnierze batalionu zostali też
wykorzystani przez RBP do realizacji październikowej uchwały KC PPR o
„aresztowaniu volksdeutschów, reichsdeutschów i innych opornych obszarników
oraz reakcji”. Wedle dostępnych danych w pierwszych dniach listopada dokonywali
aresztowań volksdeutschów. W zakresie obowiązków batalionu była również
zabezpieczanie listopadowej wizyty w Lublinie delegacji radzieckiej (przybyłej
podpisać umowę odnośnie zarządu nad kolejami w Polsce).
Oprócz tego żołnierze batalionu prawdopodobnie brali udział
w wyłapywaniu dezerterów z 31pp w
połowie października. Również w październiku PSBS podporządkowany został
Samodzielny Batalion Ochrony Jeńców Wojennych – był to kolejny sygnał, że
przebudowywana jednostka miała pełnić takie same funkcje jak radzieckie WW.
Jak na ironię, pierwsze walki tej jednostki z podziemiem
miały miejsce przy wykonywaniu „bezpiecznych” zadań jak ściąganie świadczeń czy
działania polityczno-propagandowe. Wynikało to z tego, że słabo uzbrojone i
zaopatrzone niewielkie grupy operacyjne były dla oddziałów podziemia łatwym
celem. W tym czasie batalion nie prowadził akcji skierowanych przeciwko
podziemiu (polskiemu i mniejszości narodowych). Anna Grażyna Kister w swojej
książce wspomina tylko jedną akcję w powiecie siedleckim. Akcja ta
zorganizowana została ad hoc i stanowiła odwet za zamordowanie przez oddział
podziemia grupy milicjantów – przy czym sprawa miała podobno wątek osobisty
(wśród milicjantów mięli znajdować się krewni któregoś z oficerów batalionu). O
motywie osobistej zemsty świadczyć może fakt, że wszyscy członkowie podziemia
ujęci podczas akcji zostali zastrzeleni – rzekomo przy próbie ucieczki.
Już 19 października kierownictwo PPR zadecydowało o uznaniu
PSBS za zalążek Wojsk Wewnętrznych, wzywając do dalszej rozbudowy jednostki. W
związku z tym dowództwo batalionu wystąpiło z prośbą do dowództwa WP o
zezwolenie na mobilizację dalszych 4 tysięcy żołnierzy, Przy czym poborowych
miał osobiście wskazywać dowódca batalionu, płk. Henryk Toruńczyk. Jego plan
zakładał powołanie do nowej jednostki głównie byłych partyzantów z AL i
oddziałów radzieckich.
Decyzja o stworzeniu na bazie PSBS Brygady Wojsk
Wewnętrznych zapadła w pierwszej połowie listopada 1944r., jednak dopiero z
dniem 1 grudnia jednostka przeszła na nowy etat. Datę tą należy uznać za datę
powołania Wojsk Wewnętrznych, jednak jeszcze przez dłuższy czas w dokumentach
pojawiała się nazwa Samodzielny Batalion Specjalny. W skład brygady początkowo
wchodziły następujące jednostki: dowództwo, Centrum Wyszkolenia, Batalion
Ochrony PKWN, batalion Wartowniczy (powstały na bazie SBOJW) i dwa Bataliony
Operacyjne. W grudniu doszły do tego jeszcze kwatermistrzostwo, Wydział Budowlany,
Wojskowa Administracja Garnizonu, Wydział Sanitarny i sztab brygady. W ramach
brygady stworzono też – z „synów pułku”, których nagromadziło się dużo w PSBS –
batalion małoletnich, który wiosną 1945r. przekształcono w szkołę kadetów im.
Gen. K. Świerczewskiego.
Do końca 1944r.
planowano utworzenie trzech brygad zmotoryzowanych WW po 5000 ludzi każda,
jednak do tego czasu nawet pierwsza brygada nie zdołała osiągnąć pełnego stanu.
Głównym powodem takiego stanu rzeczy były bardzo ścisłe kryteria doboru
materiału ludzkiego, ale także fakt, że w tym czasie również Wojsko Polskie
potrzebowało siły ludzkiej, a wobec toczącej się wojny nowe władze na pierwszym
miejscu stawiało potrzeby walki z Niemcami, a nie utrzymanie porządku na
tyłach. Z tego też powodu przez cały czas istnienia WW, borykały się one z
brakami nie tylko w sprzęcie i umundurowaniu, ale nawet w produktach
żywnościowych.
Zadania wojsk wewnętrznych definiowano kopiując wzorce
radzieckie – stąd np. Batalion Wartowniczy. O naturze jego zadań najlepiej
świadczy fakt jego stacjonowania na terenie dawnego obozu koncentracyjnego na
Majdanku (w styczniu przeniesiony został do Krzesimowa). Batalion zajmował się
eskortowaniem jeńców, ochroną obozów jenieckich, obozów internowania dla
volksdeutschów oraz Obozu Specjalnego w Skrobowie gdzie kierowano żołnierzy WP
podejrzanych o działalność szpiegowską lub konspiracyjną – pretekstem do
powołania obozu było wykrycie grupy byłych partyzantów w WP, która prowadziła
„działalność spiskową” oraz zdobycie przez NKWD dokumentów świadczących, że w
Lubelskiej Komendzie Okręgu AK istniał referat specjalny, którego zadaniem było
organizowanie konspiracji w strukturach WP. W marcu 1945r. z obozu doszło do
masowej ucieczki, co przyczyniło się do jego zamknięcia. Z innych obozów
ochranianych w tym czasie przez żołnierzy batalionu warto wymienić obóz pracy w
Krzesimowie, jego podobóz w Poniatowej oraz obóz w Błudku (26 marca obóz, z
którego dzień wcześniej wywieziono wszystkich więźniów został rozbity przez
oddział „Wira”, archiwum obozu zniszczono, zaś schwytanych oficerów – w tym
komendanta obozu, kpt. Władysława Konowałowa – zamordowano). W gestii batalionu
pozostawała również ochrona więzienia w Lubelskim Zamku (w lutym 1945r. część
żołnierzy stacjonującej tam 4 kompanii wartowniczej zorganizowała ucieczkę
więźniów skazanych na śmierć).
Bataliony Operacyjne WW skierowano do walki z podziemiem,
jednak ze względu na ich niewielką wartość bojową (słabe wyszkolenie, kiepskie
uzbrojenie) początkowo kierowano je głównie do zadań ochronnych, ciężar akcji
przeciwko oddziałom podziemia zrzucając na jednostki WW i PW NKWD, jednak od
końca listopada 1944r. do połowy stycznia 1945r. bataliony zaangażowane zostały
do tzw. „akcji rozbrajania terenu”. W założeniach chodziło o wynajdywanie
„elementów niebezpiecznych” (członków i – często domniemanych –
współpracowników partyzantki polskiej i ukraińskiej oraz band rabunkowych a
także volksdeutschów i dezerterów) oraz konfiskowanie broni. W tym celu
żołnierze KBW dokonywali rewizji, aresztowali podejrzanych, konfiskowali broń,
zaś wsie, których mieszkańców uznano za „aktywnie wspierających” oddziały UPA –
palili w całości lub częściowo. W ramach akcji przeprowadzono też kilka
zasadzek i przeszukano obszary leśne, jednak z marnym skutkiem. Już na początku
akcji oba bataliony poniosły poważne straty, co zapewne przełożyło się na
dalsze działania (brutalne traktowanie mieszkańców, unikanie, w miarę
możliwości, walki). Ponieważ spisy aresztowanych musiały być wypełniane bardzo
skrupulatnie, należy przypuszczać, że większość aresztowanych zatrzymano na
mocnych podstawach. Początkowo zatrzymanych wszystkich kategorii kierowano do
obozów, jednak już 5 grudnia 1944 dowódca WW, płk. Toruńczyk wydał instrukcję,
która nakazywała aresztowanych volksdeutschów kierować do miejsca internowania
w Zamościu a stamtąd do obozu w Błudku, dezerterów – do prokuratury wojskowej,
a członków i współpracowników podziemia w uzasadnionych przypadkach
kierować do resortu BP, resztę zwalniać.
Pomimo niedoborów siły ludzkiej od stycznia 1945r. starano się
rozszerzać WW i powierzać im nowe zadania. W tym celu przeprowadzono dodatkowy
pobór, w ramach którego przyjęto do brygady nowych żołnierzy, pozyskano także
żołnierzy z jednostek WP (choć byli to głównie żołnierze z jednostek rezerwowych
i „ozdrowieńcy”). W połowie stycznia powierzono Wojskom Wewnętrznym nowe
zadanie – podążanie za przemieszczającymi się jednostkami frontowymi i
zabezpieczanie obiektów przemysłowych oraz zapewnienie ochrony nowo
organizującym się władzom administracyjnym. Wraz z przemieszczaniem się frontu,
batalionom operacyjnym powierzano też zadania rozbrajania nowo wyzwalanych
terenów, choć w znacznie mniejszym
zakresie niż miało to miejsce na Zamojszczyźnie – pierwszeństwo przyznano
zadaniom ochronnym i zabezpieczeniu obiektów przemysłowych. W tym też czasie na
bazie batalionu ochrony utworzono samodzielny pułk ochrony rządu.
12 lutego 1945r. Brygadę WW rozformowano a na jej podstawie
stworzono dwie samodzielne brygady – które miały stacjonować w Łodzi i Katowicach – oraz Dowództwo Główne
Wojsk Wewnętrznych. Później – w
początkach marca – przystąpiono także do tworzenia trzeciej brygady.
W tym okresie działania przeciwko podziemiu były bardzo
nieliczne – o ile nie liczyć akcji rozbrajania – gdyż WW skupiały się na
zadaniach ochronnych. Walki z nieujawnionymi oddziałami podziemia na
Lubelszczyźnie powierzono 3 brygadzie, która jednak nie była zdolna do
jakichkolwiek działań przeciwpartyzanckich. Na terenach zachodnich oddziały WW
walczyły głównie z pozostałościami rozbitych jednostek niemieckich, na
wschodzie większe znaczenie miały tylko walki z UPA (przy wsparciu jednostek
WP) – podczas tej akcji oddziały WW spaliły wieś Masiuki oraz przeprowadziły
aresztowania i rekwizycje w kilku innych wsiach. Z okresu tego znane jest tylko
7 akcji skierowanych przeciwko oddziałom polskiego podziemia
antykomunistycznego. Zdarzały się natomiast akcje oddziałów podziemia przeciwko
mniejszym oddziałom WW.
Powstanie Korpusu
Bezpieczeństwa Wewnętrznego
26 marca 1945r. zapadła decyzja o przekształceniu Wojsk
Wewnętrznych w Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Planowano, że nowa formacja
do 1 maja osiągnie liczebność 32 000 ludzi. Zakładano stworzenie szesnastu
pułków kawalerii, dziesięciu samodzielnych batalionów ochrony i samodzielnego
batalionu łączności. Oprócz tego w ramach korpusu miały działać jeszcze
Dowództwo Główne, Centrum Wyszkolenia i trzy szpitale okręgowe. Zakładano
scentralizowany system dowodzenia i terytorialność (jednostka KBW w każdym z 16
województw). Choć Korpus miał podlegać MBP, jego formowanie powierzono
Ministerstwu Obrony Narodowej (zadanie poboru żołnierzy i wydzielenie kadry
oficerskiej na potrzeby Korpusu) oraz Ministerstwu Przemysłu i Aprowizacji
(zaopatrzenie KBW według norm dla WP). Bazę dla KBW stanowiły rozformowane WW.
Przeprowadzono dodatkowo pobór, który jednak przerwano o osiągnięciu stanu ok.
20 000 ludzi ze względu na brak mundurów, broni, amunicji, kadry
oficerskiej a także brak możliwości wyżywienia żołnierzy.
Nowo tworzoną
formację nękały w tym czasie liczne dezercje, jednak wbrew powszechnemu obecnie
mniemaniu (i ówczesnym przedstawianiu
tego problemu przez dowództwo KBW), w niewielkim stopniu wynikały one z
działalności agitacyjnej podziemia oraz ogólnej niechęci do formacji.
Prawdziwym problemem był fakt, że dla większości poborowych zostanie żołnierzem
KBW zmieniało w ich życiu jedynie to, że musieli żyć w marnych warunkach z dala
od rodziny i nie mieli co jeść – wielu z nich nie dostało ani broni (wg. stanu
na 30.04.1945r. na łączną sumę 28 448 żołnierzy było tylko 7566 sztuk
broni!) ani mundurów. O takich przyczynach dezercji świadczy fakt, że wielu
żołnierzy którzy oddalili się samowolnie dość szybko wracało do jednostek
zaspokoiwszy głód. Uzbrojenie – jak wspomniano wyżej – w dalszym ciągu było
niedostateczne – KBW dysponowało głównie bronią zdobyczną – niemiecką, do
której coraz trudniej było zdobyć amunicję. Również niewielka ilość oficerów
przy tak wielkich rzeszach szeregowców nie sprzyjała utrzymaniu dyscypliny. Najgorzej
jednak przedstawiała się sytuacja z końmi. Na 16 organizowanych pułków
kawalerii w kwietniu 1945r. było tylko 68 koni, zaś konie wierzchowe stanowiły
tylko niewielką ich część. Właśnie niedobór koni zadecydował o ostatecznej
rezygnacji z planu oparcia KBW o jednostki kawaleryjskie.
Skład nowej formacji wyraźnie wskazywał, że za główne
zadanie zreformowanych WW uznano tym razem walkę z podziemiem – wszak w
operacjach przeciwpartyzanckich, toczonych często w trudnym terenie, jednostki
konne sprawdziłyby się lepiej niż jakiekolwiek pojazdy. Na takim zdefiniowaniu
zadań zaważyła nie tylko działalność polskiego podziemia antykomunistycznego i
UPA, ale również poważne traktowanie przez nową władzę zagrożenia ze strony
podziemia niemieckiego – choć Werwolf na terenie Polski okazał się w
rzeczywistości kilkoma niewielkimi oddziałami bez większego znaczenia,
pozbawionymi centralnego dowodzenia (łączne siły niemieckich grup podziemnych w
1945r. wynosiły ok. 3000 ludzi, z tym że liczebność każdej z nich wynosiła
kilkadziesiąt osób – największa grupa – „Edelweiss-Piraten” – liczyła około 200
dobrze wyszkolonych ludzi, ale był to wyjątek w skali kraju) i jakiegokolwiek
wsparcia, to w 1945r. zagrożenie to traktowano poważnie – zwłaszcza na Ziemiach Odzyskanych. To właśnie
ta obawa stanowiła jeden z powodów wzmożenia akcji wysiedleńczej z jednej, a
osadnictwa wojskowego z drugiej strony. W tym czasie jednak KBW pozostawał
niezdolny do prowadzenia jakichkolwiek działań przeciwpartyzanckich, skupiając
się jedynie na zadaniach ochronnych. Jest to o tyle ważne, ze wiosną 1945r.
nastąpił wzrost aktywności podziemia i poza wykorzystywanymi doraźnie
jednostkami WP oraz będącymi w stadium organizacji MO i Urzędów BP, nowa władza
nie dysponowała siłą mogącą przeciwdziałać atakom.
Zmiana koncepcji
24 maja władze dostrzegły że dotychczasowe plany formowania
KBW zakończyły się porażką. Jednocześnie zakończenie działań wojennych dało
większe pole manewru i pozwoliło wykorzystać wracające z frontu jednostki do
nowych zadań. 25 maja dowództwo KBW przekazano generałowi dywizji B.
Kieniewiczowi – dotychczasowemu dowódcy 4DP. Jednocześnie całą dywizję
przekazano do dyspozycji Korpusu, z jednoczesną demobilizacją z 4DP i jednostek
KBW szeregowych z roczników 1917-1920 i starszych oraz podoficerów z rocznika
1905 i starszych. Reorganizację zakończono w sierpniu 1945r. W jej toku
stworzono 15 specjalnych pułków bezpieczeństwa (zachowano przy tym ich rozdział
terytorialny), 2 pułki zmotoryzowane, 10 samodzielnych batalionów ochrony,
samodzielny batalion łączności, samodzielną kompanię samochodową, Centrum
Wyszkolenia, Sąd Wojskowy i Prokuraturę. Jesienią zorganizowano także centralny
szpital KBW w Warszawie i włączono do korpusu Samodzielną Eskadrę Lotnictwa
Łącznikowego. Tym razem formowanie KBW zakończyło się większym sukcesem, choć
wszystkich trudności nie przezwyciężono. W chwili ponownego przejęcia KBW przez
MBP w sierpniu 1945r. na 2559 oficerów KBW 1000 pochodziło z 4DP, a tylko 552 z
poprzedniego formowania korpusu. 700 przybyło ze szkół oficerskich (w tym 162 z
CW KBW). Udało się zapewnić w miarę jednolite umundurowanie i wyposażenie
żołnierzy (choć w dalszym ciągu 50% oficerów było bosych, a wielu chodziło w
obuwiu cywilnym!). Rozwiązano również problem uzbrojenia zapewniając broń
praktycznie wszystkim żołnierzom i ostatecznie wycofując z użytku broń
zdobyczną. Problemem było jednak dostarczenie środków transportu – w sierpniu
1945r. KBW posiadał tylko 31% stanu etatowego samochodów i motocykli. Źle
wyglądała również sytuacja żywnościowa – jednostkom polecano ściągać
kontyngenty i wykorzystywać je na własny użytek.
Przykład wojskowego źródła kadr dla KBW – 4DP. Legitymacja medalu “Za warszawę” sierżanta łączności KBW Michała R. Podpis płk Orkan-Łęckiego świadczy, że za enigmatycznym numerem poczty polowej kryje się prawdopodobnie Dowództwo WBW Olsztyn.
Wobec uaktywnienia się podziemia zbrojnego, we wrześniu
1945r. podjęto decyzję o kolejnej reorganizacji KBW. Korpus
„zdecentralizowano”, przekazując odpowiednio duże oddziały do dyspozycji szefów
WUBP oraz dodając jednostki przewidziane do działań innych niż przeciwpartyzanckie. Powołano
zatem do życia czternaście dowództw Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego, 14
batalionów operacyjnych, 10 samodzielnych batalionów ochrony, pięć
samodzielnych batalionów ochrony kolei, 14 samodzielnych kompanii konwojowych,
Samodzielny Pułk Zmotoryzowany, Samodzielny Pułk Ochrony Rządu, Samodzielny
Batalion Łączności, Centrum Wyszkolenia KBW, Remontową Bazę Samochodową,
Samodzielną Eskadrę Lotnictwa Łączności, Szpital KBW, Zakład Tresury Psów
Służbowych, kompanię karną, kompanię gospodarczą i kompanię samochodową.
Działania KBW
Właściwie dopiero jesienią 1945r. KBW uzyskało gotowość
bojową i zostało skierowane do walki z podziemiem – o ile przedtem to Wojska
Wewnętrzne były w defensywie, wykonując głównie zadania ochronne, o tyle teraz
mogły przystąpić do działań ofensywnych. Zapewne wielu żołnierzy KBW – bez
względu na sympatie polityczne – paliło
się do wzięcia odwetu na podziemiu. Od listopada 1944r. do końca maja 1945
zginęło w walce z partyzantką 94 żołnierzy WW-KBW, z czego 92 w okresie marzec
– maj, a więc w czasie gdy Korpus nie prowadził żadnych działań przeciw
podziemiu. Wiązało się to ze wspomnianym już wzrostem aktywności partyzantki –
rozbijano więzienia i obozy, napadano na pociągi i instytucje państwowe,
których ochroną zajmowali się żołnierze Korpusu, organizowano zasadzki na
żołnierzy WW-KBW ściągających kontyngenty lub prowadzących działalność
Polityczno-propagandową, które najczęściej kończyły się rozstrzelaniem
rozbrojonych żołnierzy. O zmianie rodzaju prowadzonych działań zadecydowało też
tymczasowe ograniczenie działalności podziemia po sierpniowej amnestii. Warto
dodać, ze w tym czasie często jako wsparcie przydzielano KBW jednostki WP.
Podziękowanie za służbę w KBW dla sierżanta R. – miły, choć mało znaczący gest na zakończenie służby.
Oprócz działań typowo przeciwpartyzanckich, ochronnych i
ściągania kontyngentów, KBW prowadził działalność propagandową, organizując
wiece, pomagając w pracach rolniczych czy budowlanych, a także wspierał
organizowanie lokalnych komórek partii (głównie PPR i PPS, choć nie tylko) i
organizacji młodzieżowych. Działalność propagandowa nasiliła się zwłaszcza
przed referendum 1946 roku i wyborami w roku następnym. Grupy propagandowe KBW
były w tym czasie dość łatwym celem dla oddziałów podziemia, choć w tym okresie
skupiało się ono jednak w działaniach ofensywnych na atakowaniu posterunków MO
oraz mniejszych grup WP i formacji radzieckich. W trakcie referendum i wyborów
żołnierze KBW odpowiadali również za ochronę części lokali wyborczych,
jednocześnie w ramach działań prewencyjnych przeczesywano lasy i organizowano
obławy na żołnierzy podziemia.
Zaświadczenie o demobilizacji sierżanta R. – bardziej wymierna korzyść ze służby – WUBP i PUBP miały za zadanie pomagać demobilizowanym żołnierzom KBW w organizowaniu sobie dalszego życia -np. przez służbę w UBP lub MO. Niestety, brak danych o dalszych losach sierżanta R.
Sfałszowane referendum i wybory wraz z ogłoszoną w 1947r.
amnestią znacząco uspokoiły sytuację w kraju poważnie osłabiając podziemie. Dlatego
też od tego momentu działalność KBW przeciwko „oddziałom leśnym” przyjęła formę
w pełni ofensywną. Głównym zadaniem KBW w tym okresie stała się jednak służba
ochronno-konwojowa.
Od 1948r. podziemie było właściwie w stanie zaniku, i
chociaż KBW prowadził działania przeciwko oddziałom partyzanckim, to większość
jego działań ofensywnych wymierzona byłą w „grupy bandyckie bez zabarwienia
politycznego” oraz grupy UPA. W okresie tym w akcjach przeciwpartyzanckich
często stosowano siły niewspółmierne do potrzeb (przeciw oddziałom liczącym
kilkadziesiąt osób wysyłano nierzadko kilka tysięcy żołnierzy), co rodziło
pytania o zasadność takich działań. Coraz więcej jednostek KBW kierowano jednak
do ochrony obiektów przemysłowych, bojąc się akcji sabotażowych, jednak obawy
te okazały się bezzasadne – mimo zaangażowania ogromnych sił i środków w
ochronę obiektów przemysłowych nie zanotowano ani jednego aktu sabotażu któremu
KBW mogłoby zapobiec.
Od 1956r. właściwie zabrakło już pomysłu na Wojska
Wewnętrzne – większość zadań, które w
ZSRR wykonywały Wojska Wewnętrzne, w Polsce powierzono odpowiednim służbom
mundurowym, zaś po wydarzeniach poznańskich niechętnie patrzono na możliwość
wykorzystania KBW w tłumieniu zamieszek.
Także klimat pierwszych lat rządów Gomułki sprzyjał odchodzeniu od bezmyślnego
kopiowania wzorców radzieckich. Pomysł wykorzystania KBW do walki grupami
dywersyjnymi był raczej abstrakcyjny – do 1956r. zanotowano tylko dwa przypadki
„zrzutu grup dywersyjnych” na teren Polski. Dlatego też kierowano KBW do prac
budowlanych, a ostatecznie w 1965r. rozformowano, włączając oddziały Korpusu do
jednostek OT.
Kto służył w Wojskach Wewnętrznych?
PSBS był de facto pierwszą polską jednostką elitarną. Poza
pierwszą kadrą instruktorską – oficerami Armii Czerwonej i Hiszpanami – całość
kadry oficerskiej wybierał osobiście dowódca – płk. Toruńczyk. Właściwie
większość żołnierzy batalionu została na jego i innych oficerów batalionu
prośbę skierowana z pozostałych jednostek WP do tej właśnie jednostki. Później
w jednostce znaleźli się także byli członkowie oddziałów partyzanckich, zaś od
chwili przekazania PSBS RBP, koncepcja dowódcy zakładała rekrutowanie do
batalionu przede wszystkim byłych partyzantów AL, Dąbrowszczaków oraz elementu
„wyrobionego politycznie” mającego doświadczenie bojowe. Szybko jednak zabrakło
odpowiedniego materiału ludzkiego, toteż po przekształceniu WW w KBW do
formacji przyjmowano wszystkich (chętniej witając jednak żołnierzy
spełniających pewne kryteria). Ciekawostką jest fakt, że w tym czasie do KBW
trafiło 35 byłych partyzantów AK oraz nieco mniejsza liczba byłych partyzantów
BCh – początkowo postrzeganych przez wszystkie organa MBP jako dobry materiał
do służby – szybko jednak, na fali wietrzenia spisków, przeniesiono ich do
jednostek WP. W okresie późniejszym osoby mające za sobą służbę w Armii
Krajowej czy nawet Batalionach Chłopskich nie mogły pełnić służby w KBW. Można
zatem między bajki włożyć opowieści o żołnierzach KBW ujawniających się jako
byli partyzanci i przejawiających chęć wstąpienia do oddziału podziemnego. Wraz
przekazaniem dowództwa gen. Kieniewiczowi, do KBW trafili doświadczeni
żołnierze frontowi, zaś po przekazaniu KBW do dyspozycji MBP zaczęto prowadzić
pobór kwalifikowany.
Mile widziano zatem osoby „wyrobione politycznie”
(członkowie partii lub organizacji młodzieżowych), robotniczego pochodzenia,
ale chętnie też witano poborowych z jak najlepszym wykształceniem. Do służby
nie dopuszczano poborowych z wyrokami za przestępstwa pospolite (bez względu na
to, jak poważne byłyby to przewinienia). Drzwi Korpusu były otwarte także dla
ochotników – tych najwięcej przybywało z rodzin osiedlających się na Ziemiach
Zachodnich, ale także z Lubelszczyzny i Polski północno-wschodniej, a więc
obszarów gdzie najaktywniejsze było podziemie zbrojne.
Dobrym przykładem najbardziej pożądanego materiału ludzkiego
jest tutaj kapral Ż. (kilka pamiątek po nim można znaleźć w zdjęciach
dołączonych do artykułu). Mamy zatem osobę z pochodzeniem robotniczym,
nadprzeciętnym wykształceniem dającym dodatkowo przydatne umiejętności (7 klas
szkoły powszechnej, szkoła typu technicznego ze specjalnością ślusarz),
wyrobioną politycznie (członek PPS), mającą w dodatku doświadczenie w zawodzie.
Jego umiejętności zostały szybko wykorzystane (został rusznikarzem), zaś
wyrobienie polityczne pozwoliło mu wykonywać obowiązki z zaangażowaniem i
inicjatywą, co zostało docenione przez dowództwo.
Charakterystyka służbowa kaprala Ż. – jak widać, dowództwo było z niego zadowolone. Niewykluczone, że jego wzorowa służba w KBW stała się początkiem jego przyszłej, niewątpliwie błyskotliwej kariery zawodowej i politycznej (był między innymi posłem na sejm). Dokument ten stanowi jeden z dowodów na dbałość jednostek KBW o przyszłość demobilizowanych żołnierzy.
Umundurowanie i
wyposażenie Wojsk Wewnętrznych
Niewiele zachowało się fotografii żołnierzy PSBS, a znane przedstawienia pokazują głównie członków grup dywersyjnych, w związku z czym trudno rozpoznać szczegóły umundurowania. Wydaje się jednak, że jego żołnierze nosili takie mundury jak pozostałe jednostki WP (choć ze względu na niejasną podległość tej jednostki we wczesnym okresie, możliwe że początkowo wydawano żołnierzom umundurowanie radzieckie). Należy przyjąć, że w czasie gdy batalion podporządkowany był RBP PKWN, umundurowanie żołnierzy niczym nie różniło się od umundurowania WP, również barwy broni odpowiadały tym stosowanym w innych jednostkach. Wygląda nawet na to, że co najmniej do połowy 1946r. żołnierze KBW nosili mundury nie różniące się niczym od ogólno wojskowych – w moim posiadaniu znajduje się fotografia kaprala Ż. – zmobilizowanego w kwietniu 1946r. – z okresu jego służby w KBW jako rusznikarza i nosi on na kołnierzu jednolicie czarne proporczyki służby uzbrojenia wz.45!
Zdjęcie kaprala Ż. z początku służby w KBW – jeszcze w stopniu szeregowca. Warto zwrócić uwagę na proporczyki służby uzbrojenia wz.45
Należy jednak pamiętać, że do maja 1945r. żołnierze WW-KBW wyglądali raczej jak oddział partyzancki – wielu w ogóle nie miało mundurów, lepiej sytuacja wyglądała tylko w batalionie ochrony. W lutym 1946r. dla niektórych jednostek WP oraz batalionu ochrony PKWN wprowadzono jako służbowe nakrycie głowy czapki okrągłe w miejsce rogatywek (miękkie rogatywki pozostawiono do munduru polowego), prawdopodobnie wkrótce potem to nakrycie głowy stało się standardowym w KBW. Trudno powiedzieć kiedy granatowy kolor stał się barwą WBW – prawdopodobnie dopiero w 1948r., wraz z reformą mundurową, tak przynajmniej wynikałoby z dostępnej literatury. Wtedy to barwą wojsk lądowych stał się czerwony (amarantowy), wydaje się zatem, że znane czapki okrągłe z otokiem granatowym wyprodukowane między 1949 a 1952r. (wcześniej obowiązujące w piechocie) muszą być czapkami KBW. Wskazywałyby też na to pasy galowe z granatową lamówką oraz granatowe patki z tego okresu, dostępne czasem na rynku kolekcjonerskim. Należy także pamiętać, że w 1948r. zmieniły się mundury szeregowców i podoficerów – o ile oficerom pozostawiono kurtki siedmioguzikowe i bryczesy z oficerkami, to większość szeregowców i podoficerów nosiła teraz trzewiki, proste spodnie ze spinaczami nogawek i bluzy pięcioguzikowe. Przynajmniej część tych zmian dotknęła także KBW, jednak jeszcze przez kilka lat donaszano stare sorty. W 1952r. wprowadzono nowe mundury w całych siłach zbrojnych. Mundury wszystkich rodzajów dla oficerów i podoficerów zawodowych zaopatrzono w lamówki wzdłuż szwów spodni i wokół mankietów. Dla KBW lamówki były granatowe. Lamówki zniknęły ponownie w 1956r.,choć zdarzało się donaszanie mundurów wz.52 do 1960r. W 1960r. również w KBW przeprowadzono reformę mundurową. Choć zachowano dla nich mundury oparte na mundurach wz. 36, to wprowadzono guziki plastikowe. KBW otrzymało też czapki nowego wzoru, z plecionym otokiem z tym że zachowano jego barwę granatową. Trudno ocenić na ile barwa granatowa wynikała z chęci kopiowania radzieckiego wzorca, a na ile byłą nawiązaniem do tradycji piechoty.
Mundur polowy oficera KBW wz.52. Zapinany na 7 guzików i dwie haftki (rozpięte ze względu na rozmiar szyi manekina). Warto zwrócić uwagę na lamówki wokół mankietów i szwu bryczesów.
Mundur galowy oficera KBW wz.52 – zwracają uwagę lamówki wokół mankietów i pasa galowego wz.49. Niestety, mundur zbyt mały by wyeksponować go na manekinie, ew. modelu.
Zanim zakończę temat umundurowania, chciałbym wspomnieć o
jeszcze jednej rzeczy – mianowicie odznaczeniach z wysługę lat. Chociaż wydawać
by się mogło, że KBW, jako formacja podległa resortowi Bezpieczeństwa
Państwowego powinna otrzymywać wprowadzone w 1954r. odznaki „W służbie narodu”,
to jednak z całą pewnością przynajmniej do 1954r. żołnierze WW-KBW otrzymywali
medale „Siły zbrojne w służbie ojczyzny”. W chwili obecnej nie jestem z całą
pewnością stwierdzić, że tak samo było po 1954r., wydaje się jednak, że chciano
podkreślić fakt, że wielu oficerów
zaczęło służbę wojskową przed 1944r.,
czego przy odznaczaniu „W służbie narodu” nie przewidziano. Do artykułu
dołączyłem zdjęcie legitymacji medalu „Siły zbrojne w służbie ojczyzny”
nadanego oficerowi KBW w 1954r. Dowodzi to, że przynajmniej do tego momentu
takie medale „wewnętrzniakom” wręczano. Z drugiej strony, najniższa klasa
medalu nadawana była wówczas za 5 lat służby, podczas gdy najniższa klasa
odznaki „W służbie narodu” przewidziana była dopiero za 10 lat.
Legitymacja brązowego medalu “Siły Zbrojne w Służbie Ojczyzny” (za 5 lat) dla por. U. – oficera łączności KBW. W tle zaświadczenie o ukończeniu kursu oficerów politycznych KBW, potwierdzające przynależność oficera do Korpusu.
Jeżeli chodzi o wyposażenie i uzbrojenie żołnierzy Wojsk
Wewnętrznych, to wyglądało to różnie w zależności od okresu. Choć PSBS był
początkowo jedną z lepiej wyposażonych jednostek WP, to w chwili przekazania go
do dyspozycji RBP PKWN większość posiadanego uzbrojenia została zdana na
potrzeby RON PKWN, zaś na potrzeby RBP – w tym i PSBS-WW – zaczęto przekazywać
broń niestandardową – głównie zdobyczną niemiecką. Co za tym idzie, przeciętny
żołnierz PSBS-WW wysyłany do wykonania jakichkolwiek zadań początkowo (tj. do
połowy 1945r.) uzbrojony był najczęściej w karabin Mausera, rzadziej w któryś z
niemieckich pistoletów maszynowych. Jako oporządzenie dostawał zwykle pas oraz
radziecki workoplecak, łopatkę, ew. maskę p-gaz wraz z torbą. Choć na stanie
były ładownice, rzadko z nich korzystano – niewiele ładownic wzoru radzieckiego
można było wykorzystać do przenoszenia niemieckiej amunicji, której i tak
zwykle brakowało. Dodać należy, że większość żołnierzy nie opuszczała koszar –
raczej starano się nie afiszować z faktem, że znaczna część szeregowych nie ma
nie tylko broni, ale nawet munduru czy butów. Jeżeli chodzi o oficerów, to
większość kadry z PSBS zachowała pistolety TT i rewolwery Nagant, ale nowa
kadra najczęściej także otrzymywała broń „niestandardową”. Pomimo, że były one
wśród żołnierzy WP popularnym trofeum, niemieckie pistolety P08 i P38 były
dostępne w ilościach pozwalających uzbroić nieliczny korpus oficerski Wojsk
Wewnętrznych.
Właściwie sytuacja pozostała niezmieniona do maja 1945r.
Wtedy to wraz z przybyciem do Korpusu żołnierzy 4DP, trafiły też znaczne ilości
uzbrojenia radzieckiego. Bardzo szybko też zaczęto wymieniać broń niemiecką na
bardziej standardową – mając na uwadze nowe zadania korpusu stawiano raczej na
uzbrojenie żołnierzy pistolety maszynowe. Od 1946r. oddziały KBW należały już
do najlepiej uzbrojonych jednostek wojskowych w Polsce.
Jak wykorzystać
Wojska Wewnętrzne w rekonstrukcji historycznej
Tak jak wspomniano na początku, organizatorzy inscenizacji
działań powojennego podziemia antykomunistycznego, w roli przeciwnika stawiają
partyzantom KBW. Choć Wojska Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie były jedynym adwersarzem
partyzantki, niewątpliwe da się je wykorzystać. Trzeba jednak pamiętać o
realiach konkretnego okresu. Zakładam tu, że z powodu nikłego zainteresowania
tematem, działania WW-KBW przeciwko UPA czy grupom niemieckim raczej nie
doczekają się w najbliższym czasie imprez rekonstrukcyjnych.
Dla roku 1944 i początku 1945 należałoby się skupić na
działaniach, gdzie KBW będzie defensywie. Najprostszym wydaje się wykorzystanie wątku „rozbrajania
terenu” Gotowy scenariusz mógłby wyglądać następująco: Do wsi przybywa
wzmocniony oddział PSBS (należy pamiętać o uzbrojeniu niemieckim, ale do roli
żołnierzy wykorzystać można grupy odtwarzające 1/2AWP). Zaczynają się
przeszukania, aresztowania i rekwizycje. Kilku mieszkańców ucieka do lasu, po
pewnym czasie wracają z grupą partyzantów. Zaczyna się walka, której wynikiem
może być: całkowite zwycięstwo partyzantów zakończone rozstrzelaniem
nielicznych jeńców; całkowite zwycięstwo oddziały PSBS (wspartego posiłkami)
zakończone rozstrzelaniem nielicznych jeńców bądź oddaniem ich w ręce pracowników
organów BP, ew. spaleniem części zabudowań.
Inna możliwość (do wykorzystania również później) to grupa
żołnierzy PSBS-WW, która przybywa do wsi (lub jest w drodze do wsi/ze wsi)
celem zebrania dostaw obowiązkowych i przeprowadzenia akcji propagandowej.
Grupa jest nieliczna i słabo uzbrojona (jeżeli powraca, to ma dodatkowo jakiś
wóz lub samochód wyładowany produktami spożywczymi). W pewnym momencie wpada w
zasadzkę. Po krótkiej walce żołnierze Wojsk Wewnętrznych widząc beznadziejność
swojej sytuacji postanawiają się poddać. Partyzanci przeszukują ich, zabierają
broń i mundury, zabraną żywność, zabijają agitatora i dowódcę, resztę żołnierzy
puszczają wolno. W przypadku małych grup zbierających kontyngenty rolę WW można
spokojnie powierzyć grupom odtwarzającym partyzantkę – będzie to dobrze
oddawało wygląd ówczesnych „wewnętrzniaków”.
Inna jeszcze możliwość to napad grupy partyzanckiej na
siedzibę władz gminnych lub miejskich: Partyzanci atakują ochraniany przez
nieliczne siły MO (tę rolę można także powierzyć partyzantom, uprzednio zaopatrzywszy
ich w opaski biało-czerwone). Zabijają członków partii, niszczą spisy,
zabierają pieniądze. W chwili gdy mają opuścić budynek, na miejsce przybywa
wezwany oddział WW. Wynik walki zależy od fantazji organizatorów.
Kolejna wreszcie możliwość w tym okresie to napad grupy
partyzanckiej na więzienie lub obóz – gotowym scenariuszem wydaje się tutaj
rozbicie obozu w Błudku. Choć w omawianym okresie miały miejsce także napady na
więzienia w Rzeszowie, Zamościu, Tarnobrzegu i Białej Podlaskiej, brakuje jednak
informacji na temat tego, czy obiekty te były ochraniane przez KBW.
W tym okresie możliwe są również ulubione przez
organizatorów napady na placówki organów BP, trzeba jednak pamiętać, że nie
były one tak częste.
Od lata 1945r. zwiększa się liczba działań ofensywnych KBW –
dlatego też w tym okresie warto skupić się na mniejszych akcjach
przeciwpartyzanckich Korpusu czyniąc z niego siłę ofensywną. W tym okresie
żołnierze KBW mogą być odtwarzani przez grupy odtwarzające WP na Wschodzie,
należy jednak pamiętać o zmianach barwy broni w WP w 1945r.Typowy scenariusz
mógłby zakładać atak KBW na obóz partyzancki. W dalszym ciągu jednak możliwe są
zasadzki podziemia na grupy propagandowe KBW – nie wolno przy tym zapomnieć, że
sytuacja się zmieniła i żołnierze Korpusu są już lepiej uzbrojeni i wyszkoleni.
Dla lat 1946-1948, oprócz dalszych działań
przeciwpartyzanckich i zasadzek na szczególnie aktywne przed referendum i
wyborami grupy agitacyjne KBW (pokusić się można nawet o odtworzenie teatrzyku
zorganizowanego w mieście przez taką grupę), ciekawym pomysłem wydaje się
rekonstrukcja którejś z demonstracji siły ze strony podziemia (opanowanie
Parczewa w lutym 1946 czy Radomska kwietniu), choć ze względu na specyfikę tych
działań niewiele wiązało się z nimi akcji zbrojnych z udziałem KBW (praktycznie
tylko pościgi za rozpraszającymi się grupami) a także ataków na lokale wyborcze
i komisje obwodowe podczas referendum –
pomimo prowadzenia w tym czasie przez KBW intensywnych działań przeciwko
oddziałom leśnym (celem zablokowania jakichkolwiek działań partyzantki
skierowanych przeciwko referendum) – przypadków takich zanotowano 100, w ich
wyniku zginęło 14 pracowników komisji, a 7 zostało rannych, jednak
najpoważniejszy atak na lokal wyborczy nastąpił w Gilowicach powiat Żywiec w
nocy z 29 na 30 czerwca 1945r. Choć atak został odparty przez żołnierzy KBW,
tego typu akcja aż prosi się o rekonstrukcję.
Po 1948r. działalność przeciwpartyzancka KBW to jedynie
wielkie obławy na oddziały leśne. Standardowy scenariusz to wielka obława (z
psami!) na obóz partyzantki czy zasadzka na niewielką grupę partyzancką
wracającą z akcji rekwizycyjnej w pobliskiej wsi. Pamiętać jednak należy, że w
tym okresie mundury wojskowe różniły się już znacząco od wojennych, toteż do
odtwarzania takich akcji należałoby powołać grupę odtwarzającą jednostki KBW.
Pozostaje otwartym pytanie, czy ktokolwiek (włącznie z grupami odtwarzającymi
partyzantkę)chciałby odtwarzać działania z tego okresu.
Tablica rozmów radiowych – de facto mini książka kodów do łączności radiowej dla KBW. Wydana w liczbie 300 egzemplarzy, ten akurat, o numerze 58 należał prawdopodobnie do sierżanta R, który po wycofaniu tegoż wziął go na pamiątkę.
Jak zawsze chętnie wysłucham wszelkich uwag merytorycznych na
temat powyższego tekstu.
Podstawę bibliograficzną dla powyższego artykułu stanowiły
trzy poniższe opracowania:
Kister, A.G., Pretorianie. Polski Samodzielny
Batalion Specjalny i Wojska Wewnętrzne 18 X 1943-26 III 1945, Warszawa 2010.
Jaworski, M., Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego
1945-1965, Warszawa 1984.
Żołnierz Polski. Ubiór uzbrojenie i oporządzenie
od wieku XI do 1965 roku, Tom V – Od 1939 do 1965 roku, (Praca zbiorowa), Warszawa 1965r.
Autor: Kamil Szustak
Artykuł został pierwotnie opublikowany 1.03.2015r. (data publikacji wyszła przypadkowo, nie była to zamierzona prowokacja) na portalu dobroni.pl. Poniżej zamieszczam komentarze, które znalazły się pod oryginalnym artykułem – warto zapoznać się z galerią stworzoną przez jednego z czytelników.
SUMMARY
In 1944,
with the creation of pro-Soviet temporary Polish government (PKWN), the
Department of Interior affairs was created. As it was supervised by the Soviet
state security “advisors”, it was equipped with most of the institutions that
existed within the NKVD/NKGB. Thus, the polish Iterior Troops were created.
This text describes the genesis and history of the Polish Interior Security
Troops as well as their role in the reenactment. An English translation of the
above text will be available on the website soon.