Nie da
się ukryć, że kolekcjonerzy polskich odznaczeń cierpią na brak dobrych
opracowań, które pozwoliłyby nie tylko rozpoznać rodzaj odznaczenia, ale także
określić jego producenta i okres wykonania, czy wykluczyć podróbki. Tym
bardziej więc dziwi fakt, że wydana w 2008 roku praca Wojciecha Steli „Polskie
Ordery i Odznaczenia” przeszła praktycznie bez echa. Właściwie pierwszy raz o
istnieniu tego dzieła usłyszałem w ubiegłym roku od kolekcjonera z USA.
Szukając książki, udało mi się ustalić tytuł i autora oraz możliwości nabycia,
ale nie znalazłem praktycznie żadnych recenzji ani uwag na jej temat. Ponieważ
jednak potrzeba nabycia dobrego opracowania na temat odznaczeń nadawanych
żołnierzom 1 i 2 Armii Wojska Polskiego wydała mi się pilniejsza niż poszerzanie
kolekcji, w ubiegłym miesiącu zdecydowałem się nabyć pierwszy tom książki,
obejmujący lata 1943-1946.
Pierwszą rzeczą, która mnie zaskoczyła po odebraniu przesyłki był jej niewielki rozmiar. Po zdjęciach spodziewałem się wydania w formacie A4, tymczasem książka ma format niewiele większy od A5. Bynajmniej nie jest to jednak wada – wraz z twardą oprawą i dobrym papierem, ten „raportówkowy” format czyni książkę idealnym podręcznikiem, który można zabrać np. na giełdę lub zlot – nie tylko mieści się do torby podręcznej, ale ponadto odporna jest na uszkodzenia mechaniczne. Pozytywne pierwsze wrażenie potęguje piękna szata graficzna – okładka jest ładnie zaprojektowana i przyciąga wzrok, dalej jest jeszcze lepiej – książka pełna jest dużych i wyraźnych zdjęć. Dodatkowym atutem, widocznym także na pierwszy rzut oka, jest fakt, że książka ma tekst przetłumaczony od razu na angielski, rosyjski i niemiecki. Wrażenie może zepsuć nieco błąd ortograficzny na okładce, ale dość trudno go wypatrzeć. Tyle jeżeli chodzi o pierwsze wrażenie. Przyjrzyjmy się teraz bliżej zawartości książki.
Tekstu w książce jest mało. Trudno to uznać za wadę,
osobiście odniosłem wrażenie, ze jest go akurat tyle ile trzeba i ani odrobinę
więcej. W czytaniu przeszkadzać może nieco mała czcionka, jest to jednak zabieg
zrozumiały – dzięki temu książka zachowuje stosunkowo niewielką objętość przy
dużej ilości materiału ikonograficznego. Niestety, problemem, który szybko
rzuca się w oczy jest brak korekty – w tekście polskim roi się od literówek i
niestety nie wszystkie ujęte są w dołączonej do książki erracie – obejmuje ona
tylko poważne błędy, głównie dotyczące opisów odznaczeń lub zdjęć. Z kolei
tekst angielski jest bardzo poprawny, wolny od błędów. Oceny tekstu rosyjskiego
się nie podejmę – mogę tylko powiedzieć, że dla mnie, osoby, która w żadnym
razie nie mówi płynnie po rosyjsku, za to bardzo dużo w tym języku czyta, jest
on w pełni zrozumiały. Biorąc to pod uwagę, oraz własną – marną – znajomość
języka niemieckiego zakładam, że tłumaczenia na ten język jest równie dobre jak
na angielski. Niestety, wielojęzyczność książki kończy się przy opisach zdjęć i
skanów dokumentów – te występują jedynie po polsku, toteż dla obcokrajowców
nieznających dobrze polskiego (ew. rosyjskiego, gdyż jak łatwo się domyślić,
wiele przytoczonych dokumentów sporządzonych zostało w tym właśnie języku) może
to obniżyć wartość książki. Z drugiej jednak strony – opisy te nie są zbyt
długie i powinny być proste do przetłumaczenia z pomocą słownika.
W częściach tekstu dotyczących historii znaleźć można parę
„skrótów myślowych”, które w efekcie pozwalają na wysnucie nie do końca
prawdziwych wniosków (np. kwestia ostatecznego ustalenia granic Polski w
Jałcie), jednak raczej nikogo nie skłoni do sięgnięcia po tę książkę chęć
poznania polskiej historii – poważni kolekcjonerzy polskich odznaczeń (a inni
raczej po tę pracę nie sięgną) w większości należą do ludzi oczytanych.
Mnie osobiście szczególnie uderzyły w tekście trzy rzeczy:
1.Brak konsekwencji w niektórych spisach – np. w spisach
odznaczonych część odznaczonych wymieniona jest najpierw z imienia a później z
nazwiska, część odwrotnie; brakuje także konsekwencji w nazewnictwie odznaczeń
obcych (np. pisanie raz o „odznace bohatera ZSRR” innym razem o medalu lub po
prostu o „złotej gwieździe”, czy też brak informacji o odznaczeniach, które
widać np. na zamieszczonych obok zdjęciach);
2.Pisownia nazwisk obcych – nie zawsze konsekwentna. Zwraca
też uwagę co innego – o ile nie dziwi umieszczenie przy nazwisku marsz.
Żymierskiego w nawiasie nazwiska Łyżwiński – wszak nie była to zmiana nazwiska
dokonana w jakikolwiek oficjalny sposób – o tyle dziwi umieszczenie przy
nazwisku gen. Popławskiego informacji, jakoby nazywał się on Siergiej
Fiodorowicz Gorochow – kwestia jego podwójnej tożsamości, oparta na jednym, źle
podpisanym zdjęciu i materiale wspomnieniowym została już dość dawno wyjaśniona
ponad wszelką wątpliwość (obecnie zresztą każdy, kto ma dostęp do Internetu i
zna choć trochę rosyjski może samemu znaleźć dowody na to, że Popławski jednak
Gorochowem nie był);
3.Zdziwienie autora na fakt nazywania Krzyża Zasługi orderem
– faktycznie, można spierać się co do poprawności takiego określenia, jednak
nawet przed wojną w niektórych dokumentach oficjalnych znaleźć można określenie
„order krzyża zasługi”.
Zdjęcia i skany
Ogromnym atutem książki, zwłaszcza dla mnie, jako
wielbiciela wszelkich papierów, jest duża ilość dokumentów, które obejrzeć
można w książce. Rozmaite wzory dokumentów od odznaczeń (zwłaszcza dokumentów
tymczasowych, wzorów, o których istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia), czy
podziękowań, a nawet wnioski odznaczeniowe czy choćby wzory podpisów dowództwa
czynią dla mnie osobiście to opracowanie wartym każdej wydanej złotówki. Dla każdego kolekcjonera odznaczeń bezcenne
będą zwłaszcza opisy techniczne odznaczeń sporządzone w radzieckich mennicach. Tropicieli ciekawostek historycznych
zainteresuje np. przytoczona korespondencja w sprawie Krzyża Walecznych st.
wachmistrza Wincentego Tabora (wypożyczonego jako wzór dla wykonania nowych
przez mennice radzieckie). Jednak najważniejsze z punktu widzenia tematu tej
pracy są zdjęcia samych odznaczeń. I tutaj autor nie zawiódł – w książce
pokazane są wyraźne zdjęcia awersów i rewersów poszczególnych odmian odznaczeń,
wraz z powiększeniem cech charakterystycznych danej odmiany. Również
towarzyszące zdjęciom opisy odznaczeń, przedstawione w czytelnej formie
skrótowej zawierają wszystkie najważniejsze informacje.
Świetnym uzupełnieniem są również zdjęcia odznaczonych,
prezentujące konkretne ordery i medale noszone w epoce przez żołnierzy Wojska
Polskiego i Armii Czerwonej. Tu jednak mnie osobiście uderzył pewien fakt – o ile
zdjęcia wyższych dowódców są zwykle opisane dość dokładnie, o tyle zdjęcia
większości oficerów, podoficerów i szeregowych już nie. Rozumiem, że sporo
zdjęć typu „koledzy z wojska” może nie być wcale opisana lub podpisana tak
nieczytelnie, że nazwisko osób przedstawionych staje się niemożliwym do
odczytania, jednak większość zdjęć oficerów radzieckich wygląda na oficjalne
zdjęcia z archiwów, a zatem powinny być podpisane na odwrocie. Osobiście jako
osoba zainteresowana nadaniami polskich odznaczeń oficerom radzieckim chętnie
poznałbym nazwiska osób przedstawionych na tych zdjęciach.
Ogólnie rzecz biorąc, gdybym miał wystawić książce ocenę, to byłoby to 5+. Autor wykonał ogrom pracy przy gromadzeniu materiałów do tej książki i choćby za to należy mu się najwyższe uznanie. Także układ książki jest czytelny i ułatwia szybkie znalezienie potrzebnej informacji, a niewielkie rozmiary wpływają dodatnio użyteczność książki. Ogólne wrażenie mogą nieco psuć zamieszczone w książce reklamy, jednak należy je wybaczyć – wszak dzięki nim książka nie jest jeszcze droższa, a jakby nie spojrzeć, wszystkie związane są jakoś z tematyką odznaczeń. Myślę że cena – 120zł nie jest zbyt wygórowana jak na takie opracowanie. Z całą pewnością, gdy sytuacja finansowa pozwoli, sięgnę po tom drugi. Zakup książki polecam wszystkim poważnie myślącym o kolekcjonowaniu polskich odznaczeń – to bezapelacyjnie lektura obowiązkowa.
Wojciech Stela, Polskie Ordery i Odznaczenia, Tom I, Warszawa 2008r.
Autor: Kamil Szustak
SUMMARY
The text conains a review of book on Polish orders and decorations 1943-1946 published in 2008 by Wojciech Stela. The book is trilingual, with text in Polish, English and Russian and can be used as a great handbook for award collectors, showing known variations of each of the awards as well as details that allow for distinguishing between them. The book also contains a lot of additional material.
Niniejszy artykuł stanowi uzupełnienie wspomnień pułkownika Wojsk Wewnętrznych I. I. Swietłakowa zamieszczonych wcześniej. Jest to krótka ‘autobiografia’ jego ojca, Iwana Swietłakowa spisana prawdopodobnie w 1928r. na potrzeby jakiejś instytucji, prawdopodobnie Jednostek Ochrony Kolei, być może jako umotywowanie prośby o przyznanie renty lub po prostu jako pisany okresowo życiorys do akt. Niniejszy tekst źródłowy zainteresować może osoby zainteresowane armią rosyjską z okresu pierwszej wojny światowej (mamy tu bowiem przykład ‘oficera z przypadku’), jak i armią czerwoną okresu wojny domowej. Stanowi on także dło dla wspomnień Iwana Swietłakowa młodszego – może wyjaśnić dlaczego trafił on akurat do Wojsk NKWD. W tekście starałem sie zachować oryginalny układ zdań unikając jednocześnie kalek językowych. Na ile się to udało, zostawiam ocenie czytelników.
Za wszelkie uwagi odnośnie tego tekstu, jak również wszelkie korekty (zwłaszcza rozszyfrowanie skrótów) będę wdzięczny. Tymczasem zapraszam do lektury.
Życiorys
Urodziłem
się w 1889 roku, we wsi Mordowka, Włość Kożyńska, Orłowski (Chałturinski)
Ujezd, Wiatska Gubernia, żyłem w rodzinie ojca, która wchodziła w skład rodziny
dziadka Swietłakowa Wasilija. Uczyłem się w szkole powszechnej, potem w
dwuklasowej szkole MNN [Skrótu nie udało się rozszyfrować]. Na tym zakończyła
się moja edukacja. W 1907r. w lutym rodzina dziadka podzieliła się na trzy
domy. Rodzina ojca składała się wówczas z14 ludzi, a w całej rodzinie dziadka
było 24 osoby. Ojcu, zgodnie z ówczesną tradycją nadano trzecią część majątku i
ziemi, związku z czym dla rodziny brakowało. Wspólne życie w domu stało się
niemożliwe. Starszy brat postanowił jechać na Syberię, ja zdecydowałem się
jechać z nim. Miałem wówczas 16 lat [coś się te rachuby nie zgadzają].
Uzyskawszy dokumenty przesiedleńcze, wyjechaliśmy do miasta Czita [miasto w
południowej Syberii, w obecnym Kraju Zabajkalskim], gdzie postanowiliśmy podjąć
pracę. Początkowo chcieliśmy zatrudnić się na kolei, ale po tym jak tłumy
bezrobotnych zostały przez kozaków batami przyszło nam szukać pracy w mieście.
(W tym czasie w Czitcie była reakcja po stłumieniu rewolucji 1905r.) Brat
szybko znalazł mi pracę piekarni Greka Iosifidi, Gdzie przepracowałem trzy
miesiące, po czym zachorowałem z przepracowania. Brat zatrudnił się jako
woźnica u kupca Korotkowa. [Ja] Po wyzdrowieniu zostałem pomocnikiem piekarza u
Popandopullo na Piesczance, gdzie pracowałem do 1910r. do października.
Pracowałem rok na Amurskiej stacji kolejowej Buszule u tego samego gospodarza,
a potem wróciłem w rodzinne strony w związku z wezwaniem do służby wojskowej.
Nie zostałem wcielony do armii, potraktowano mnie ulgowo, ożeniłem się,
przeżyłem dwa miesiące i znów pojechałem do Czity. Zimą 1911r. pracowałem u
Popandopullo, a latem 1911 roku – na stacji Kruczina u dostawcy Woropajewa w
piekarni i jeden miesiąc jako brygadzista od robót ziemnych na budowie drugiej
linii Kolei Zabajkalskiej. Zimą 1912 i 1913 roku pracowałem w piekarni na
kwaterach zimowych w okolicach Piesczanki z bratem Grigorijem. Latem 1913r.
pracowałem w piekarni Jerancewa na przystani Paszkowo nad Amurem.Jesienią 1912
i w 1913r. w Czitie odbywały się ćwiczenia rezerwy. Latem 1914r. pracowałem z
żoną w piekarni przy kopalni złota braci Szumowów, 70 wiorst od Czity wzdłuż
rzeki Krucziny.
Zaczęła się imperialistyczna wojna, jesienią w listopadzie zakończyłem pracę w kopalni i celem uniknięcia mobilizacji wyjechałem do Amurskiej Obłasti, na stację Magdagacz, gdze zatrudniłem się w piekarni Taneko i Popandopullo, pracowałem do września 1915r. We wrześniu zostałem zmobilizowany przez Błagowieszczańskiego Naczelnika Wojskowego, wysłany do miasta Krasnojarska do 15 batalionu zapasowego, 4 kompanii, bracia Stiepan i Grigorij z rodzinami mieszkali przy stacji Urusza Kolei Amurskiej, zostali zmobilizowani w 1914r., a brat Michaił mieszkał w domu, zmobilizowany w 1914r., został wysłany na front, gdzie poległ pod Krakowem. Gdy zostałem zmobilizowany, moja rodzina i rodziny braci pojechali do ojca, na którego utrzymaniu była rodzina trzynaściorga dzieci i sześciorga dorosłych. Od tego czasu ojciec zaczął handlować. Jeszcze pracując w kopalni zacząłem samokształcenie, mając zamiar zdać egzamin na kurs maturalny i wstąpić do szkoły medycznej. Gdy zostałem wezwany do służby wojskowej, nie zakończyłem jeszcze pełnych przygotowań, poszedłem na egzamin, zdałem za cztery klasy szkoły realnej w Krasnojarsku. Do szkoły medyków dostać się nie udało, a zostałem skierowany do drużyny szkolnej, gdzie uczyłem się 7 miesięcy, a następnie wiosną 1916 roku zostałem odkomenderowany, jako mający wykształcenie, do trzeciej Irkuckiej Szkoły Chorążych, którą ukończyłem we wrześniu, skierowany zostałem do 35 Pułku Piechoty do miasta Tiumień do P-ej kompanii [karabinów maszynowych?], a przez półtora miesiąca byłem oddany do dyspozycji
Tiumieńskiego Naczelnika Wojskowego celem przeprowadzenia mobilizacji koni,
otrzymałem tam stanowisko dowódcy oddziału rezerw końskich do kwietnia.
Wkwietniu
1916 roku zostałem skierowany do służby frontowej do 606 Ałykskiego Pułku, a
potem służyłem w 184 Warszawskim Pułku, gdzie zajmowałem stanowisko zastępcy
dowódcy kompani. Zdemobilizowany zostałem w styczniu 1918r. W starej armii
miałem ostatni stopień „podporucznik”. W Rewolucji Październikowej brałem
udział w Komitecie Pułkowym, byłem oddelegowany na zjazd 25 Korpusu Piechoty (w
majątku Bolszoj Aleksiniec w Guberni Wołyńskiej). Ten zjazd postanowił uznać
władzę Rad. Koniec zimy i lato 1918 żyłem w rodzinie ojca, gdzie wówczas
mieszkała moja żona. W maju zostałem wezwany przez Kożyński Komisariat
Wojskowy, który zaproponował mi dobrowolne przeprowadzenie kontroli objętych
obowiązkiem służby wojskowej w Kożyńskiej Włości, na co przystałem. Pracowałem
dla Komisariatu całe lato i jesień, do grudnia.
[Mój]
Brat Grigorij pracował wówczas w Kożyńskim Komisariacie jako urzędnik.
10
listopada zostałem zmobilizowany do RKKA, ale zostałem zwolniony do odwołania,
ażeby dokończyć wojskowe przeszkolenie młodzieży. W styczniu 1919 roku zostałem
wyznaczony na naczelnika łączności w 89 pułku piechoty [Późniejszy 1 Kalewalski
Oddział Pograniczny NKWD, od 1.03.1922r. stacjonował na granicy z Finlandią;
niestety, nie udało mi się dowiedzieć nic na temat udziału tegoż pułku, ani 29
Brygady piechoty, do której należał, w Wojnie Domowej], w tym też pułku
spędziłem całą Wojnę Domową do maja 1922r. Kiedy służyłem w RKKA w 1918r.,
rodzina ojca podzieliła się na 3 gospodarstwa: starszy brat Stiepan wybudował
dom i wyprowadził się ze swoją rodziną. Ja znalazłem się w rodzinie brata
Grigorija, który wówczas służył w Komisariacie, wybudować się nie mógł, więc
jego i moja żona z dziećmi mieszkały w domu [mojego] ojca. Później mojego brata
wezwano na służbę w RKKA, gdzie poległ w bojach z Kołczakiem.
Wiosną 1922r. przybyłem do domu na urlop zdrowotny w towarzystwie wyznaczonego przez pułk czerwonoarmisty. W naszej miejscowości był wówczas głód. Całe lato mieszkałem w domu ojca, dwa razy jeździłem na komisję do miasta Wiatki i jesienią zostałem zdemobilizowany ze względu na wiek, uzyskałem dla siebie i rodziny dokumenty wyjazdowe do miasta Czita, ale wyjechać do Czity się nie udało, gdyż w Czicie w tym czasie była DWR [Republika Dalekiego Wschodu, państwo buforowe między RSFSR a terenami okupowanymi przez Japończyków, Czita byłą jego drugą stolicą]. Konieczne byłoby zdobycie przepustki, za którą trzeba było by zapłacić po 5 rubli w złocie za każdego członka rodziny. Nie miałem wówczas pieniędzy, nie wyjechaliśmy. Mieszkałem na wsi do września 1926r., pracowałem w gospodarstwie wiejskim: ciąłem listwy, stawiałem piece, pełniłem różne funkcjie w Zasiżemskiej Spółdzielni Mleczarskiej, potem zostałem wybrany na zjeździe Rad przewodniczącym RKI [Inspekcja Robotniczo-Chłopska, organ kontroli państwowej] przy Kożyńskim WIKu [Prawdopodobnie Komitet wykonawczy – Ispołkom – na Włość Kożyńską]. Cztery miesiące pracowałem jako piekarz w piekarni Kożyńskiego Towarzystwa Kredytowego, kilka razy jeździłem na zjazdy Rad, szkoliłem poborowych przy Chałturyńskim UWK, organizowałem kółka wiedzy wojskowej itd.
21 Września 1926 roku przyjechałem do Czity, zatrudniłem się ochronie strzeleckiej jako strażnik, następnie zostałem wyznaczony dowódcą. Ukończyłem kursy młodszej kadry dowódczej [odpowiednik kursów podoficerskich] w Czicie w 1927 roku. Zostałem odkomenderowany do szkoły SzUKS [Szkoła Doskonalenia Kadr Dowódczych] w Moskwie.
Po
ukończeniu szkoły zostałem wyznaczony pomocnikiem dowódcy plutonu szkolnego,
potem naczelnikiem 1 dzielnicowego zespołu, po rozformowaniu którego zostałem
wyznaczony dowódcą 2 plutonu.
W
związku z pobytem na KWŻD [Kolej Wschodniochińska] zostałem wyznaczony
naczelnikiem obrony odcinka tunelowego Kolei Zabajkalskiej. Za cały okres
służby w RKKA mam kilka odznaczeń, wśród nich Order Czerwonego Sztandaru, z
okresu służby w Ochronie otrzymałem kilka podziękowań: zegarek i podstakannik
od Komisji Drogowej Kolei Zabajkalskiej. Za cały okres służby w RKKA i Ochronie
nie podlegałem żadnej karze dyscyplinarnej.
Po
wojnie mieszkałem w domu dlatego, jak zaznaczyłem wcześniej, że nie mogłem
wyjechać z braku środków na przejazd. W związku z tym, ze w rodzinie ojca były
dwie wdowy z pięciorgiem małych dzieci, których nie dawało się utrzymać.
Podział gospodarstwa ojca (podzielonego jeszcze w 1919) był niemożliwy, a ja
osobiście nie byłem zainteresowany mieszkaniem na wsi, a żona brata, chora
kobieta z dwójką małych dzieci i druga z trójką dzieci opuścić domu nie mogły.
Gospodarstwa brata Grigorija i ojca podzielone na mocy umowy z 1919r., w 1928r.
zostały scalone decyzją Kożyńskiego WIKu, w związku z czym ja znalazłem się w
rodzinie ojca.
O tym
gdzie ja pracowałem i jak pracowałem mogą zaświadczyć moje dokumenty i
świadkowie mojej działalności służbowej, którzy całą Wojnę Domową przesłużyli
razem ze mną: Grunin Piotr Aleksiejewicz – naczelnik Ochrony Kolei Permskiej,
miasto Swierdłowsk; Iwanow Iwan Aleksandrowicz – inspektor DTOS GPU [Skrótu
DTOS nie udało się identyfikować] Kolei Tomskiej, miasto Tomsk; w razie
konieczności mogę wskazać jeszcze kilku towarzyszy, którzy znają moją służbę od
1922 do 1926 roku, za okres służby w Ochronie mogą wyciągnąć wnioski sami
naczelnicy. Za okres przed 1915r. można dowiedzieć się u Popandopullo na
Piesczance, w piekarni którego mieszkałem w tym czasie. Część dokumentów z tego
okresu znajduje się w moim posiadaniu.
Obecnie
przebywam na stacji Sljudianka, moja rodzina składa się z pięciorga ludzi –
źony i trojga dzieci.
Rodzina
ojca trzy miesiące temu znów podzieliła się na trzy części, gospodarstwa
zrzekłem się dawno i dlatego nie uwzględniono mnie przy podziale majątku.
Ziemię oddałem wsi Mordowka, na co mam zgodę społeczności. Obecnie
sproletaryzowałem się, nie mam ziemi ani majątku.
Swietłakow.
Iwan Swietłakow z żoną i młodszym synem. Zdjęcie przesłane w 1941r. Iwanowi Iwanowiczowi Swietłakowowi. Widoczny order czerwonego sztandaru, medal dwudziestolecia RKKA i oznaczenia stopnia pułkownika (w/g wzoru z 1935r.)
Tłumaczenie i wstęp: Kamil Szustak
SUMMARY
This text is a short autobiography written arround 1928 by colonel Ivan Svetlakov – father of the engineer-colonel Ivan Svetlakov, whose memoires are published in a different text on this website. Svetlakov took part in the WWI and the Russian Civil War.
Poniższy
sposób pakowania radzieckiego workoplecaka oparty został na radzieckiej
instrukcji z 1941r. Należy go zatem uznawać za sposób obowiązujący w Armii
Czerwonej przez cały okres 1941-1945 (Dla okresu 1939-1941 prawdopodobnie
wyglądało to tak samo, jednak pamiętać należy, że w tym czasie większości żołnierzy
wydawano wówczas tornistry wz.36 lub plecaki wz.39) oraz w Wojsku Polskim na
Wschodzie (choć i tu mogły wystąpić modyfikacje – wiele wskazuje np. na to, że
w odrodzonym WP początkowo mocowanie płaszcza do workoplecaka w Armii czerwonej stosowane sporadycznie, było
obowiązującą zasadą). Wziąć jednak należy pod uwagę, że podczas wojny żołnierze
nie zawsze dostawali wszystkie te rzeczy, które im regulaminowo przysługiwały,
często też bywało tak, że prawidłowego pakowania plecaków nikt nie kontrolował.
Toteż poniższą instrukcję traktować należy jako pewien ideał do którego należy
dążyć albo też jako sposób na ułatwienie sobie życia.
Zanim
zaczniemy pakowanie, musimy przygotować rzeczy do spakowania. Potrzebne nam
będą następujące przedmioty:
Pałatka;
Zapasowa bielizna wraz z zapasowym ręcznikiem i
chustką do nosa;
Zapasowe onuce;
Stelaż do pałatki wraz ze sznurkiem, szpilą i
drewnianym śledziem (na potrzeby tego artykułu, z braku oryginalnego stelaża
wykorzystałem dwa paliki ze stelaża WH – ich rozmiar jest właściwy, a ich
pozyskanie nie było dla żołnierza zbyt trudne);
Zapas pożywienia + odpowiednie woreczki (a
przynajmniej jeden zbiorczy);
Przybornik do broni (tu zastąpiony akurat przez
przybornik krawiecki, zwykle zaliczany do przedmiotów osobistych);
Przybory toaletowe (tj. mydło, maszynka do
golenia, proszek do zębów, szczoteczka i ewentualnie woda kolońska) i ręcznik;
Menażka;
Hełm stalowy.
Pałatkę należy złożyć do w
kostkę rozmiarów mniej więcej 30x30cm (dla ułatwienia możemy przyjąć, że boki
uzyskanej kostki powinny mieć długość mniej więcej odpowiadającą długości przedramienia
od łokcia do nadgarstka). W tym celu pałatkę należy złożyć na cztery. Uzyskamy
w ten sposób czworokąt, który należy następnie złożyć na trzy a uzyskany
prostokąt – jeszcze raz na trzy.
Zapasową bieliznę razem z
zapasowym ręcznikiem i chusteczką także należy złożyć w kostkę rozmiarów około
30x30cm i zawinąć w zapasowe onuce.
Stelaż pałatki wraz ze szpilą i
śledziem należy obwinąć sznurkiem, a jego końce wetknąć pomiędzy paliki stelaża
by zapobiec jego samoczynnemu rozwinięciu jednocześnie nie utrudniając
rozwinięcia sznurka w razie potrzeby.
Zapasy żywności należy umieścić
we właściwych woreczkach, następnie mniejsze woreczki warto zapakować w
woreczek na chleb lub suchary (ewentualnie wszystko razem w jeden zbiorczy
worek).
Przybory toaletowe należy
(ustawione mniej więcej w jednej linii) zawinąć w ręcznik, otrzymując w efekcie
rulon.
Pusty plecak należy rozłożyć
płasko na ziemi, zwrócony w kierunku podłoża stroną, która przylegać będzie do
pleców. Na samo dno plecaka, równolegle do dolnej jego krawędzi wkładamy
stelaż. Powyżej, przy tylnej powierzchni wkładamy złożoną pałatkę (instrukcja
podaje, by otwarte krawędzie pałatki były skierowane ku górze, ale tak naprawdę
nie ma to wielkiego znaczenia ), a na niej umieszczamy zapas bielizny.
Następnie układamy zapas pożywienia, umieszczając go możliwie najbliżej dna
plecaka, a na prawo od niego (patrząc z perspektywy pakującego) umieszczamy
ręcznik wraz z przyborami toaletowymi. Na wierzch, po lewej stronie wkładamy
przybornik do broni. Po stronie prawej umieścić można rzeczy osobiste. Menażkę,
jeżeli nie mamy chlebaka, powinniśmy umieścić powyżej zapasu pożywienia.
Rozmieszczenie przedmiotów w plecaku (widok od strony dna plecaka, od tyłu)
Następnie zawiązujemy plecak i
mocujemy do niego hełm, zapinając pasek hełmu poniżej węzła tworzonego przez
szelki workoplecaka.
Instrukcja ta nie informuje gdzie należy przechowywać sztućce oraz kubek, jednak logicznym wyborem wydaje się umieszczenie sztućców w menażce (wz.36) lub w woreczku z zapasem pożywienia. Kubek umieścić można w menażce okrągłej. Obie te rzeczy można też potraktować jako przedmioty osobiste i umieścić w odpowiednim miejscu. Sposób ten od powojennego odróżnia kilka szczegółów – pomijając kwestię woreczków organizacyjnych oraz inne elementy z których zrezygnowano, największym problemem wydaje się rozmiar złożonej pałatki. Gruba, ale niższa niż po wojnie kostka zapewnia wprawdzie więcej miejsca w górnych partiach plecaka, ale zajmuje więcej miejsca na dole, jednocześnie nie zabezpieczając przedmiotów umieszczonych wyżej przed obijaniem się o plecy żołnierza przy gwałtowniejszych ruchach. Podstawowym problemem jest jednak fakt, że sposób ten wymaga posiadania pewnych rzeczy – trudno dobrze spakować plecak w ten sposób nie posiadając zapasu bielizny, onuc, ręcznika czy wreszcie stelaża. Pozostaje otwartym pytanie na ile kompletnie wyposażony był żołnierz Armii Czerwonej po 1941r. czy żołnierz 1/2 AWP. Rekonstruktorzy nie posiadający pełnego zestawu elementów, które powinny się znaleźć w workoplecaku frontowego żołnierza muszą niestety sami wypracować sobie sposób jego pakowania, jednak dobrą podstawą może być właśnie ta instrukcja lub sposób zamieszczony przeze mnie wcześniej, oparty o instrukcję z lat 50.
Autor: Kamil Szustak
SUMMARY
In this article, the author shows how the Soviet M30 rucksack should be packed according to the 1941 Red Army manual. This is a good way of packing if all of the necessary items are present. The excess items should be stored in a knapsack.
W tej części pragnąłbym wrócić do tematu, którym rozpocząłem cykl – odznaczeń radzieckich – i przyjrzeć się możliwościom odkrycia historii odznaczenia jakie oferują (niestety nie bezpłatnie) badania w Archiwach radzieckich. Jak wiadomo, większość radzieckich odznaczeń bojowych przez cały okres istnienia ZSRR była numerowana. Zaś nadanie każdego numerowanego medalu lub orderu było rejestrowane. W związku z czym, numerowane odznaczenie, nawet pozbawione dokumentu, nie musi pozostać anonimowe. Przy odrobinie wysiłku (i wkładu pieniężnego) można uzyskać informacje na temat osoby odznaczonej. Najprostszym sposobem wydaje się wysłanie pisma do archiwum, najlepiej z dobrym uzasadnieniem i listem polecającym z instytucji naukowej. Niestety – zazwyczaj liczba informacji nie będzie zbyt oszałamiająca (nazwisko odznaczonego, może numer rozkazu i data), dodatkowo wiąże się z tym pewne ryzyko – handel odznaczeniami radzieckimi jest de facto zakazany prawem Federacji Rosyjskiej, i jakkolwiek Rosjanie rozumieją, że odznaczenia mogły być nabyte w innych dawnych republikach lub nawet od spadkobierców odznaczonych obywateli polskich, to zawsze istnieje możliwość, że dany order lub medal figuruje jako „skradziony” (tzn. albo został skradziony faktycznie, albo, co bardziej prawdopodobne, rodzina odznaczonego sprzedała go, następnie zgłaszając kradzież by w razie czego się zabezpieczyć), a to może oznaczać kłopoty dla obecnego właściciela.
Na szczęście naród rosyjski jest przedsiębiorczy i pojawiło się kilku specjalistów, którzy za odrobinę wyższą opłatą przeprowadzą kwerendę szybciej i dodatkowo prześlą skany lub kserokopie znalezionych dokumentów. Co więcej, jeżeli nic nie znajdą (możliwe przyczyny omówione są w dalszej części artykułu), to pobrane wcześniej pieniądze zostaną zwrócone.
Co konkretnie można znaleźć w rosyjskim Centralnym Archiwum Ministerstwa Obrony? W chwili obecnej niedostępne są akta osobowe, ale w dalszym ciągu można znaleźć wiele dokumentów. Przede wszystkim będzie to Karta Ewidencyjna Odznaczonego („ucziotnaja kartoczka”) – w dokumencie tym, oprócz podstawowych danych n/t odznaczonego (Imię, nazwisko, rok miejsce urodzenia, miejsce służby w chwili odznaczenia i obecnie itp.) znajduje się również pełna lista odznaczeń (zwykle tylko tych numerowanych, ale czasem również mniej ważnych, jak medale kampanijne, za nienaganną służbę, czy nawet jubileuszowe, w rzadkich przypadkach także odznaczenia cywilne i zagraniczne) wraz z numerami i podstawą prawną. Czasami również znaleźć można skrótową informację o przyczynach odznaczenia – ma to znaczenie w przypadku np. medalu „Za zasługi bojowe”, Orderu Czerwonej Gwiazdy czy Orderu Czerwonego Sztandaru – nie każdy chce płacić za wniosek odznaczeniowy, jeżeli już wiadomo, że odznaczenie nadano za wysługę lat (choć i one bywają kopalnią informacji). Karty ewidencyjne zazwyczaj sporządzano na nowo po każdym nowym odznaczeniu, i przy okazji jego wręczenia proszono odznaczonego (lub jego spadkobierców) o podpis potwierdzający dane z Karty. Karta ewidencyjna jest więc dokumentem łączącym konkretne numerowane odznaczenie z osobą odznaczoną.
Kolejnym ważnym dokumentem będzie wniosek odznaczeniowy („Nagrodnyj List”)– w przypadku odznaczeń nadanych w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej większość jest dostępna na stronie http://www.podvignaroda.ru, można więc trochę zaoszczędzić. Czasem jednak trzeba zapłacić, bo odznaczenie zostało nadane po wojnie (konkretnie po 1947r., bo niektóre wnioski z lat 1946-47 na odznaczenia za zranienia w czasie wojny również dostępne są na w/w stronie), lub w ogóle dotyczy działań po zakończeniu wojny (np. interwencji na Węgrzech, w Czechosłowacji czy Afganistanie). Co można znaleźć w takim wniosku przeczytać można np. w moim pierwszym artykule z tego cyklu. Wreszcie trzecim, typem dokumentu, który można znaleźć jest skrócony przebieg służby. Dokument ten dostępny jest wyłącznie dla oficerów (być może również dla podoficerów służby nadterminowej, ale to tylko domniemanie) i zawierać powinien całe mnóstwo informacji – oprócz podstawowych danych osobowych, również listę odznaczeń, zranień, awansów oraz zajmowanych stanowisk wraz z wymienieniem jednostek. Dodatkowo, dokument ten powinien zawierać zdjęcie, najczęściej jednak go brakuje.
Niestety, nie zawsze udaje się uzyskać potrzebne informacje. Zwłaszcza skrócony przebieg służby jest często pozbawiony zdjęć, zdarzają się też egzemplarze wypełnione byle jak czy nawet wypełnione na dwu osobnych kartkach – z których żadna nie daje informacji innych niż imię, nazwisko, data urodzenia oraz stopień. Również karty ewidencyjne bywają czasem wypełnione niedokładnie, bywa też, że się dublują. Najlepiej sprawa wygląda z wnioskami odznaczeniowymi – tu największym problemem może być najwyżej bardzo nieczytelne pismo. Czasem niestety nie udaje się nic znaleźć. Zwykle jednak łatwo zidentyfikować powód. Np. w Archiwum Wojskowym nie znajdziemy wniosków odznaczeniowych sprzed 22 czerwca 1941r. (dostępne wyłącznie listy odznaczonych), jakichkolwiek dokumentów, jeżeli odznaczony służył w wojskach lub organach NKWD/MWD, NKGB/MGB/KGB czy w SMIERSZU (z nielicznymi wyjątkami dotyczącymi zwłaszcza tej ostatniej formacji). Niedostępne są także wnioski odznaczeniowe za wysługę lat (późniejsze niż 1945r.). Problem mogą stanowić także wnioski odznaczeniowe sporządzone po 1945 na odznaczenia dla osób nie będących (w danym momencie, albo nigdy) obywatelami ZSRR (przekonałem się o tym osobiście próbując dowiedzieć się czegoś on pewnym oficerze WP – w archiwum znalazła się niewiele mówiąca karta ewidencyjna, ale sam wniosek odznaczeniowy już nie). Czasami jednak dokumentów po prostu brakuje. Nie ma ich i tyle. Są to rzadkie przypadki, ale pamiętajmy, ze w każdym archiwum może się zdarzyć tak, że coś się zawieruszy, albo ktoś po prostu ukradnie jedną kartkę z teczki.
Poniżej prezentuję jeden z tych przypadków, gdzie celem zdobycia dodatkowych informacji zwróciłem się do specjalistów przeczesujących radzieckie archiwa wojskowe.
Kapitan, któremu zabrakło szczęścia
Order Czerwonej Gwiazdy nr 91930
To musiały być wspaniałe czasy. Wszystko było tańsze. Brzmi jak gadka dziadka typu „Za moich czasów…”? Pewnie tak, ale czasy naprawdę musiały być wspaniałe. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że kupiłem Order Czerwonej Gwiazdy z pięciocyfrowym numerem za 60zł bez targowani?. A jeszcze narzekałem, że drogo, bo emalia obtłuczona. Było to jakieś 15 lat temu, a ów order był drugim Orderem Czerwonej Gwiazdy jaki w życiu kupiłem (za pierwszy, jak łatwo się domyślić, zapłaciłem mniej). Dodam, że w tych czasach miesięcznie na rozwijanie kolekcji wydawałem 100-200zł, za co można było kupić całą torbę radzieckich mundurów wz.69. Od tego czasu wiele się zmieniło i pamiętając o tej cenie nosiłem się kilkukrotnie z zamiarem sprzedaży orderu, ale zawsze mówiłem sobie, że przykręcę go w końcu do jakiegoś munduru. A potem pojawiła się możliwość zbadania historii odznaczenia po numerze. Ten order aż prosił się o to, jednak odrzucała mnie trochę myśl, że za poszukiwania w archiwach będę musiał zapłacić więcej niż za samo odznaczenie. W końcu jednak tak się złożyło, że miałem trochę wolnych funduszy. Spodziewałem się jednej z tysięcy podobnych historii typu „Pierwszy wbiegł do wrogiego okopu, zabił osobiście 50 żołnierzy przeciwnika a kolejnych 100 wziął do niewoli”, nie przyszło mi więc do głowy, że historia mogła być nie tylko nieszablonowa, ale w dodatku smutna.
Wyniki poszukiwania nadeszły zaskakująco szybko – nie minął nawet tydzień, a zwykle trzeba czekać 2-3. Co więcej, z zaskoczeniem stwierdziłem, że przyszły dwie karty ewidencyjne zamiast jednej. Zabrałem się więc do lektury chronologicznie – najpierw wziąłem wcześniejszą kartę ewidencyjną, zawierającą informację o odznaczeniu Orderem Czerwonej gwiazdy, który był w moim posiadaniu – było to jedyne odznaczenie na tej karcie. Dokument potwierdził wstępne datowanie odznaczenia po numerze – w istocie nadano je w 1943r., konkretniej – 19 stycznia tego roku. Oprócz informacji o odznaczeniu i stempla potwierdzającego jego wręczenie, niewiele było informacji – nasz bohater nazywał się Nikifor Timofiejewicz Durkin, był Rosjaninem, urodził się w 1922, chwili odznaczenia miał stopień kapitana i był pomocnikiem szefa sztabu 1238 Dywizji Piechoty. Jedyna dodatkowa informacja dotyczyła przynależności partyjnej – był kandydatem na członka WKP(b).
Karta Ewidencyjna Odznaczonego kapitana Durkina, awers
Karta Ewidencyjna Odznaczonego kapitana Durkina, rewers
Jak łatwo można się było domyślić, wniosek odznaczeniowy bez problemu udało się znaleźć na stronie http://www.podvignaroda.ru.
W czasie walk o osadę robotniczą nr 811 14.01.1943r. Tow. Durkin pokazał męstwo, odwagę i wysoki poziom umiejętności w organizowaniu zwiadu pułku. W nocy z 11 na 12 stycznia osobiście organizował zwiad wykrywając punkty ogniowe przeciwnika co pozwoliło artylerii zniszczyć je ogniem bezpośrednim dobre wytłumaczenie terminu „priamoj nawodkoj” znaleźć można np. w książce „na drodze stał Kołobrzeg” co zabezpieczyło natarcie piechoty. Zawsze umiejętnie organizował zwiad i na czas składał dokładne raporty na temat przeciwnika. Zasługuje na odznaczenie Orderem Czerwonej Gwiazdy
A zatem historia nietypowa – pomocnik szefa sztabu, jak można się domyślić z wniosku – pomocnik do spraw zwiadu. Oprócz tego, z wniosku udało się także pozyskać informacje nt. dotychczasowego udziału w wojnie (od 14.12.1941r., ranny w kwietniu 1942r.) oraz o pochodzeniu (zmobilizowany przez Ust’-Celenski RWK a Autonomicznej SRR Komi). Co ciekawe, jego działania musiały być wysoko oceniane – dowódca pułku wniosek złożył 16 stycznia, Dowódca 372 Dywizji piechoty, generał Jakimow poparł go jeszcze tego samego dnia, a raptem 3 dni później zatwierdził go dowódca 2 Armii Uderzeniowej generał Romanowskij.
Wniosek Odznaczeniowy na Order Czerwonej Gwiazdy dla kapitana Durkina, strona pierwsza.
Wniosek odznaczeniowy na Order Czerwonej Gwiazdy dla kapitana Durkina, str. 3
Pierwsza strona rozkazu dowóddcy frontu Wołchowskiego o odznaczeniach, kapitan Durkin wymieniony na stronie drugiej.
Kapitan Durkin wśród odznaczonych Orderem Czerwonej Gwiazdy, druga strona rozkazu.
Lektura drugiej Karty Ewidencyjnej przyniosła dodatkowe informacje: o miejscu urodzenia (wieś Korovczij Rucziej (Krowi Potok) w tej że Autonomicznej Republice Komi), o wykształceniu (niższe), o dacie wstąpienia do Armii Czerwonej (1 września 1939r.) oraz o zmianie przydziału – w chwili przedstawienia do kolejnego odznaczenia – Orderu Wojny Ojczyźnianej I klasy – był dowódcą batalionu strzelców w 1078 pułku piechoty 314 dywizji piechoty. W rubryce „Miejsce służby i stanowisko obecnie” znalazłe się jednak niespodziewana informacja: „Poległ na frontach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 8.02.1944r.” Oznacza to, że nie dożył wręczenia mu drugiego orderu, nadanego mu 16 lutego tego roku. Adnotacja na karcie poświadczała ponadto przekazanie odznaczenia ojcu poległego kapitana, Timofiejowi Durkinowi w listopadzie 1954r. – ponad 10 lat po jego śmierci i zatwierdzeniu odznaczenia.
Druga Karta Ewidencyjna kapitana Durkina, awers
Druga Karta Ewidencyjna kapitana Durkina, rewers
Po dodatkowe informacje skierowałem się ponownie do źródeł ogólnodostępnych. Wniosek odznaczeniowy nie wspominał nic o śmierci kapitana Durkina – jedyne co się zmieniło, to przydział oraz fakt, że we wniosku odnotowano tym razem 4 zranienia, a wśród wymienionych odznaczeń podawał oprócz Orderu Czerwonej Gwiazdy również medal „Za obronę Leningradu”. Również treść nie wskazywała na tragedię:
Za wzorowe wypełnienie zadania podczas przekraczania rzeki Narwa w rejonie osady Rantowo i osiągnięty przy tym sukces – przyczółek na lewym brzegu Narwy został zajęty wraz z dobrze rozwiniętym systemem długotrwałych umocnień, wzięto do niewoli do 100 żołnierzy przeciwnika i uwolniono kilkuset jeńców. Tow. Durkin zasługuje na państwowe odznaczenie – Order Wojny Ojczyźnianej I klasy.
Dowódca pułku nie podał daty złożenia wniosku, ale 8 lutego zatwierdził go dowódca dywizji, generał Alijew. Możemy domniemywać, że działania o których mowa we wniosku miały miejsce jeśli nie tegoż 8 lutego, to najdalej 5 dni wcześniej. Nic nie wskazuje na to, ażeby dowódcy wiedzieli o śmierci kapitana Durkina w chwili składania podpisów, inaczej adnotacja na ten temat znalazłaby się we wniosku.
Wniosek Odznaczeniowy na Order Wojny Ojczyźnianej I klasy, strona 1.
Wniosek na Order Wojny Ojczyźnianej I klasy, strona 2
Dodatkowych materiałów postanowiłem poszukać na stronie http://www.obd-memorial.ru, gdzie znaleźć można informacje o żołnierzach „utraconych” przez Armię Czerwoną (najczęściej poległych) w czasie wojny. Odnalazłem tam dwie listy strat. Wedle nich, kapitan Nikifor Timofiejewicz Durkin poległ od ran 8.02.1944r. Oznacza to, że prawdopodobnie po ostatnim zranieniu żył jeszczei trafił (bądź był w drodze) do szpitala. Zatem dowódca pułku i dowódca dywizji w chwili skałdania podpisów na wniosku rzeczywiście mogli nie wiedzieć o śmierci oficera. Tłumaczyłoby to zarówno brak adnotacji we wniosku jak i późne wręczenie odznaczenia ojcu poległego oficera.
Lista strat, wymieniająca kapitana Durkina jako poległego od ran
Jeśli spojrzymy na całość uzyskanych informacji możemy dojść do wniosku, że kapitanowi Durkinowi długi czas dopisywało szczęście – w armii od 1939r. (choć ani w kampanii przeciwko Polsce ani w wojnie z Finlandią najwyraźniej udziału nie brał, przypuszczalnie trafił do szkoły oficerskiej), od 1941r. na frontach wojny, ranny w 1942, uczestnik walk o Leningrad, które pochłonęły niewyobrażalną ilość ofiar, potem jeszcze trzykrotnie ranny. A jednak w przedostatnim roku wojny owemu dwudziestodwuletniemu oficerowi tego szczęścia zabrakło. Przykład ten dobrze pokazuje, że za kawałkiem metalu jakim jest odznaczenie wojenne kryje się historia, często, jak w przypadku kapitana Durkina – zakończona tragicznie.
Autor tekstu: Kamil Szustak
SUMMARY
This textdescribes a less official way to find information about the recipients of Soviet combat awards. A story described here – of captain Durkin – was also described in short (in English) on the http://www.soviet-awards.com forum.
Powyższy tytuł może być nieco mylący – nie należy się tu spodziewać relacji z rozstrzelania polskich jeńców w Katyniu czy akcji przeciwpartyzanckich na Ukrainie. Autor wspomnień był bowiem oficerem służb technicznych, a więc właściwie przez całą swoją służbę pozostawał na tyłach. Dlatego też osoby szukające sensacji raczej nie znajdą w tych wspomnieniach nic ciekawego. Natomiast osoby zainteresowane organizacją i funkcjonowaniem radzieckich formacji wojskowych (nie tylko NKWD), oraz problemami z jakimi np. borykały się radzieckie Wojska Wewnętrzne w Niemczech zapraszam do lektury. Może być ona tym ciekawsza, że autor, w ramach swojej specjalności zaszedł naprawdę wysoko i – paradoksalnie – gdyby pełnił służbę wojskową w jednostkach Armii Radzieckiej, zapewne skończyłby służbę w stopniu co najmniej generała-majora. A tak – przeszedł w stan spoczynku w stopniu pułkownika.
Na wstępie chciałbym jeszcze zaznaczyć, że tłumaczenia wspomnień dokonałem na bazie oryginalnego maszynopisu. Ponieważ wspomnienia te napisane zostały w odpowiedzi na list Centralnego Archiwum Wojsk Wewnętrznych MWD, a kopię otrzymało Archiwum Wojsk Wewnętrznych MWD dla Ukraińskiej i Mołdawskiej SRR, zakładam, ze wspomnienia nie były wcześniej publikowane. W tekście starałem się zachować oryginalny układ zdań – na ile było to możliwe bez powielania sformułowań, które w języku rosyjskim występują, ale w języku polskim – już nie. Starałem się pilnować poprawności tłumaczenia, jeżeli jednak znalazły się tam jakieś błędy, to proszę czytelników o wybaczenie.
List z Centralnego Archiwum Wojsk Wewnętrznych MVD do inżynier-pułkownika SwietłakowaPierwsza strona maszynopisu wspomnień inżynier-pułkownika Swietłakowa
A teraz krótkie wprowadzenie: Iwan Iwanowicz Swietłakow urodził się prawdopodobnie około roku 1917 i był jednym z trójki dzieci pułkownika Iwana Swietłakowa, uczestnika Pierwszej Wojny Światowej i Wojny Domowej, odznaczonego orderem czerwonego sztandaru. Być może właśnie pochodzenie (Iwan Swietłakow starszy przez pewien czas służył w wojskach obrony kolejowej podległych OGPU) zadecydowało o karierze młodego Wani. Oddajmy mu zatem głos:
I. I. Swietłakow w latach szkolnych
W odpowiedzi na pismo z 12.87r. nr 8/A-189 Centralnego
Archiwum Wojsk Wewnętrznych 107150 m. Moskwa, B-150.
Kopia: dla archiwum WW MWD dla Ukraińskiej i Mołdawskiej
SSR.
O niektórych kwestiach. Wspomnienia osobiste z pancernego
zabezpieczenia działań wojennych Wojsk Wewnętrznych i Pogranicznych w latach
Wielkiej Wojny Ojczyźnianej na 2 Froncie Ukraińskim, a także z
czekistowsko-wojskowych operacji w republikach nadbałtyckich.
Iwan Swietłakow (pierwszy z prawej) z grupą kolegów w Eupatorii w 1935r.
W
1937r. zostałem powołany do służby wojskowej do Szkoły Wojsk Pancernych dla
Wojsk Wewnętrznych i Pogranicznych NKWD w mieście Leningradzie. Po zakończeniu przeze
mnie nauki, naczelnik szkoły kapitan Kowalczuk i naczelnik sztabu kapitan
Kniaziew w prywatnej rozmowie zapytali mnie, czemu rozpocząłem służbę wojskową
z dwuletnim opóźnieniem. Odpowiedziałem, że pracowałem w zakładzie nr 104 jako
majster – naczelnik działu. Naczelnik sztabu spytał: „Jeśli to nie tajemnica,
to czym zajmował się wasz dział?” Odpowiedziałem, że remontowaliśmy czołgi
T-27, T-26, BT-2, 5 oraz samochody GAZ-AA, AMO-3, ZIS-5. Naczelnik sztabu powiedział „Wygląda na to,
że tego właśnie szukaliśmy.”
Iwan Swietłakow (stoi z tyłu) z kolegami z plutonu, 1937r.
2-3 dni później naczelnik sztabu spotkał się ze mną
osobiście i wsadził w samochód. Od razu poznałem zakład im. Lenina, wezwałem
naczelnika działu i przedstawiłem ich sobie z naczelnikiem sztabu. Bywałem
kilka razy w zakładzie w delegacji, toteż osobiście znałem naczelnika działu,
inżyniera drugiego stopnia. Naczelnik sztabu uzyskał odpowiedzi na pytania związane
z remontem czołgów T-27 i pojechaliśmy do zakładu im. Woroszyłowa, gdzie
również uzyskaliśmy odpowiedzi na wszystkie interesujące pytania.
W ciągu następnych 2-3 dni przyszło mi rozstać się z drugim
plutonem pierwszego dywizjonu [oraz] z lejtnantem Kartaszowem i kapitanem
Jutkinem i przejść do technicznej jednostki szkoły.
Zgodnie z rozkazem w szkole utworzono grupę z zadaniem
skontrolowania stanu technicznego T-27. Kontrola przyniosła opłakane rezultaty.
W pogoni za skokami i ustanawianiem
„rekordów” na wszystkich
kadłubach stwierdzono pogięte czy nawet
spękane ich dna. Naczelnik szkoły (poprzednik kapitana Kowalczuka) został
aresztowany i osądzony. Odnowieniem parku T-27 zajął się warsztat wojskowy i na
bazie odremontowanych agregatów otrzymanych z zakładu im. Lenina i od grudnia
do maja wszystkie 110 czołgów doprowadzono do stanu używalności.
W czasie zimy 1937-1938 r. przyszła nowa partia BT7-A i
kadra dowódcza przeszkalała się na obsługę najbardziej nowoczesnych, w owym
czasie, czołgów. Całe lato jednostka techniczna zajmowała się organizacją,
eksploatacją i obsługą techniczną nowych wozów. W przygotowaniu i obsłudze
BT7-A niebagatelną rolę odegrali naczelnik warsztatów Fadiejew, Starszyna
służby nadterminowej Kawerenskij i ja.
Zimą 1938r. grupa dowódców czołgów ze średnim wykształceniem
technicznym przystąpiła do przygotowań do rozpoczęcia studiów w instytutach. O
naszym zamiarze dowiedział się major Kniaziew – naczelnik szkoły i komisarz
(nazwiska nie pamiętam), oni nas zebrali i odczytali nam komunikat o nowym
naborze w 1939r. do akademii wojskowych. Sam major Kniaziew chciał do nas
dołączyć, ale niestety komisja lekarska nie dopuściła go ze względu na stan
zdrowia.
Prowadzone przy jednostce samodzielne przygotowanie, a potem
zajęcia od maja do 15 sierpnia prowadzone przy akademiach: Pancernej, Obrony
przeciwchemicznej, Lotniczej, Łączności i
Artyleryjskiej zapewniły miejsca na fakultetach inżynieryjnych Swietłakowowi,
Bykowowi, Sołowiewowi i Guziejewowi. Niestety nasz piąty kolega, najlepiej z nas
przygotowany nie dostał się na akademię artyleryjską, nie zaliczył pierwszego
egzaminu. Rozpoczęła się uparta wytrwała nauka. Te lata były dla mnie
najbardziej uroczystym okresem a także najcięższymi latami życia. Koniec nauki
dodatkowo podgrzała Wielka Wojna Ojczyźniana.
Kursant Iwan Swietłakow, ok. 1938-1941r.
W maju 1942 r. przez GUWS NKWD ZSRR [Główny Zarząd
Wojskowo-Budowlany Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych ZSRR] zostałem
skierowany do służby w nowoutworzonej Centralnej Samochodowej Bazie Remontowej
3 (CARB) w pomieszczeniach ewakuowanego zakładu zajmującego się przygotowaniem
maszyn do obróbki futer. W CARB zapoznałem się z nowoutworzonym kolektywem, w
którego skład wchodzili: naczelnik – kapitan Amelin, starsi lejtnanci Kaszyn i
Gickij, lejtnant Prochorow i inni. Przy wsparciu inżyniera pierwszego stopnia
Mancwietowa, inżyniera pierwszego stopnia Guszczina, Rusakowa, Skałackiego i
innych pracowników oddziału samochodowego GUWS, udało nam się rozmieścić urządzenia, uporządkować proces technologiczny i w
czerwcu opanować moce projektowe. Wobec przesuwania się frontów rola CARB malała. Coraz bardziej
zaczęto sobie zdawać sprawę z konieczności przybliżenia środków remontowych
bliżej jednostek prowadzących działania wojenne.
Młodszy lejtnant Swietłakow, 1941r.
W maju 1944 roku otrzymuję nominację na starszego pomocnika,
naczelnika wydziału samochodowego i w Kijowie zostaję zaliczony do Grupy
Operacyjnej dowodzonej przez pułkownika Zareckiego A. L. W składzie grupy
operacyjnej przybyliśmy do sztabu 2 Frontu Ukraińskiego w mieście Bielce.
Grupie operacyjnej wyznaczono następujące zadania:
Nawiązać kontakty z odpowiednimi zarządami
sztabu 2 Frontu Ukraińskiego, organizować niezakłócane zaopatrzenie jednostek
NKWD w dostawy, sprzęt pancerny, remonty
techniki GSM[1] i inny
materiałowo-techniczny sprzęt
Okazać bezpośrednią pomoc jednostkom w zakresie
transportu i pozostałego wyposarzenia do nowych punktów dyslokacji,
przeprowadzić kontrolę stanu technicznego transportu. Niezdatne środki
transportu z jednostek usuwać i podjąć wszelkie kroki celem zaopatrzenia w/w
jednostek w środki transportu, zapas GSM i części zamienne.
Przybywające ponownie formowane pułki
pograniczne przygotować w kwestii zabezpieczenia materiałowo-technicznego celem
rozmieszczenia ich w oddziałach pogranicznych,
na dalsze rozlokowanie ich na granicy państwowej z Rumunią.
W ciągu maja
1944 roku udało się nawiązać kontakty z zarządem samochodowym Frontu i OSG[2] Frontu, a potem:
– otrzymać zestawy samochodów i agregatów na kapitalny remont,
cała niesprawna technika została zebrana razem i zdana na SPAMy[3] frontu, w tym
przybyłych pułków pogranicznych;
– w/w transport zabezpieczony
jedną zaprawką GSM, pułki pograniczne
przygotowane na zabezpieczenie GSM i na remonty.
Podjęto kroki celem podwyższenia gotowości bojowej transportu;
– w związku z uzupełnieniem w/w w
środki transportu samochodowego nowego typu
przez zarząd samochodowy Frontu w czerwcu-lipcu przeprowadzono wstępne
przygotowanie oficerów w zakresie budowy i eksploatacji samochodów: Chevrolet,
Ford, Studebacker, Dodge 3/4 i Willys. Zajęcia przeprowadzono w oparciu o 3
szkolny pułk samochodowy 2 Frontu Ukraińskiego;
– zgromadzono zapas 20 ton GSM w mieście Bielce w 20 pułku pogranicznym przemianowanym w 20 oddział pograniczny, a także w 19, 21 i
Czernowicki pułki pograniczne.
W
drugiej połowie czerwca grupa operacyjna została przeformowana w Mołdawski
OUWS. Przybyli naczelnik służby samochodowej major Szalmijew, kapitanowie
Triakin, Butow, lejtnanci Popow, Brujewicz i inni. Pod koniec lipca materiałowa
część operacyjnych i pogranicznych jednostek została przygotowana i
zabezpieczona podwójną zaprawką GSM a jednostki pograniczne [zostały
przygotowane] do przemieszczenia się na miejsca postoju celem ochrony granicy
państwowej.
Przygotowanie
w/w jednostek przebiegało w szczególnie ciężkich warunkach frontowych 2 Frontu
Ukraińskiego przy ciągłym bombardowaniu wszystkich miejsc dyslokacji a
zwłaszcza węzła kolejowego miasta Bielce w trakcie redyslokacji 5 Armii
Pancernej marszałka Rotmistrowa.
Sierpień 1944r. [przyniósł]
zakończone sukcesem przemieszczenie 2 Frontu Ukraińskiego na terytorium Rumunii
co przyniosło OUWS nowe warunki w zakresie zabezpieczenia działań bojowych w/w
jednostek:
– Pułki (oddziały) pograniczne
zostały pozbawione zaopatrzenia przez 2 Front Ukraiński, a OUWS znajdujący się
w stadium organizacji nie był w stanie zabezpieczyć w/w jednostek GSM i
techniką remontową, w analogicznej sytuacji znalazły się także jednostki Wojsk
Wewnętrznych pozostające na terytorium Mołdawskiej SRR.
– w/w jednostki WW działające w
składzie 2 Frontu Ukraińskiego zostały odcięte od organów zaopatrzenia –
oddzielone przez granicę państwową ze wszystkimi obostrzeniami wynikającymi z
kontroli granicznej. W tych kwestiach oddział samochodowy OUWS musiał powziąć
dwa zadania:
1. Organizować eksploatację i
zabezpieczenie jednostek Wojsk Pancernych sprzętem i GSM, zebrać mobilne środki remontu
transportu samochodowego i innej techniki.
2. Dalej okazywać pomoc w/w
jednostkom Wojsk Wewnętrznych znajdującym się po drugiej stronie granicy
państwowej.
W
tym celu została zebrana grupa w składzie: pułkownik Zarecki, Major Szalmjiew
S. M., inżyniera kapitana Swietłakowa I. I. z zadaniem podtrzymania kontaktu z
tyłami 2 Frontu Ukraińskiego w kwestii zabezpieczenia w/w znajdujących się na
terytorium Rumunii, Węgier a także na terytorium Mołdawskiej SRR jednostek
Wojsk Pancernych w sprzęt, GSM i technikę
remontową. Szczególne komplikacje sprawiało zabezpieczenie w GSM w/w jednostek
na terytorium Mołdawskiej SRR. Grupa otrzymywała zamówienia
w zarządzie wojsk samochodowych i OSG, rozdzielała je miedzy w/w jednostki dyslokowane na 2 Froncie Ukraińskim i dla w/w
jednostek na terytorium Mołdawskiej SRR i przewodziła ich realizacji. W tym
celu major Szamlijew, kapitanowie Triakin i Butow kompletowali kolumny
samochodów z kontenerami, sformowane kolumny [zabierali]
do KPP[4] oddziałów
pogranicznych, gdzie ja spotykałem się z nimi i z kolumną udawałem się do
Ploesti do jednej z baz naftowych albo do zakładów Astroromania i Kolumbia, załadowaną kolumnę odstawiałem na posterunek
graniczny. Na posterunku kolumna była rozformowywana, pojazdy rozjeżdżały się
do jednostek wedle przydziału. Bywało i tak, że w kolumnie starczało paliwa tylko do rumuńskiego miasta Chuszyi (20km od
granicy), wówczas resztki GSM były zlewane do jednego pojazdu, którym
dodatkowym kursem dowożono z Ploesti benzynę, tankowano pojazdy kolumny i ruszaliśmy dalej. Analogiczne kursy za benzyną
odbywały się 2-3 razy na miesiąc.
W
jednym z kursów do Kiszyniowa dostarczono stacjonarne wyposażenie i główną
stację elektryczną o napędzie dieslowskim o mocy 40kW. W początkach września w
Kiszyniowie w oparciu o OARM-92[5] zasilała
oświetlenie elektryczne (w mieście jeszcze nie było światła elektrycznego). W październiku
wprowadzono srogi reżim wyjazdów za granicę i problem zabezpieczenia w/w jednostek znów pojawił się na terytorium
Mołdawskiej SRR a także na terytorium Rumunii i Węgier.
Celem
rozwiązania tych problemów rozporządzeniem GUWS NKWD ZSRR z 24.10.1944r. nr
25/31666 zostałem odkomenderowany 4.11.1944r. do Bukaresztu do 23 brygady Wojsk
Wewnętrznych NKWD. W ciągu sierpnia, września i października, stale znajdowałem się w 23 brygadzie, skąd miałem
kontakty z zarządem wojsk samochodowych i OSG i
bazami remontowymi 2 Frontu Ukraińskiego.
Po
przybyciu do Bukaresztu zostałem zaznajomiony z sytuacją operacyjną i poza
szczególnymi zarządzeniami dowódca brygady pułkownik towarzysz Aleksiejew
zakazał jakichkolwiek wyjazdów i zostałem skierowany do pracy operacyjnej, tym
bardziej, że w brygadzie nie było naczelnika służby samochodowej. W środku
listopada w komitecie sojuszniczym w Bukareszcie powstał
nakaz demontażu bazy remontowej wcześniej należącej
do Armii Rumuńskiej mieszczącej się w Kiszyniowie, wywiezionej razem z
cywilnymi robotnikami z Mołdawskiej SRR do miasta Timaszory
(Timisoara?).
Dowódca
brygady w maju przydzielił [mi] młodszego sierżanta (kaprala) i dwu szeregowych
i pojechaliśmy do Timaszory celem demontażu bazy
remontowej i przewiezienia do Kiszyniowa. W ciągu dziesięciu dni baza remontowa
została zdemontowana, a demontaż poświadczony odpowiednim dokumentem podpisanym
przez dowódcę Armii Rumuńskiej Flora i kapitana mołdawskiego OUWS Swietłakowa.
Akt [ów] przekazano Komitetowi Sojuszniczemu. Rozładowano urządzenia, a
robotnikom – obywatelom Mołdawskiej SSR obiecano zatrudnienie po
przeprowadzeniu kontroli.
Decyzją
Miejskiej Rady Kiszyniowa pomieszczenia, które wcześniej zajmowała rumuńska
baza remontowa przekazano mołdawskiemu OUWS, w związku z czym, wyposażenie
również zostało mu przekazane.
Z
miasta Timaszory wyjechaliśmy na Węgry do miast Bekescsaba i Bekesszentezs [?]
gdzie były AWTU i OSG 2 Frontu Ukraińskiego pod
kątem zabezpieczenia tychże w zapas GSM, remonty oraz inny sprzęt samochodowy.
Zamówienia na remont samochodów i ich silników zostały wręczone w mieście Arad,
w zakładach Ford przedstawicielowi AWTU. Dla jednostki [w?] [Mołdawskiej?] SRR
zgłoszono zamówienie na 50 ton benzyny, powstała konieczność jej przewozu. Po
powrocie do 23 brygady i po wyleczeniu w jednostce sanitarnej silnego
przeziębienia wyjechałem do Ploesti celem transportu benzyny do Kiszyniowa. W
Bukareszcie w zakładach Ford przez przedstawiciela AWTU podpułkownika Butowa
załatwiłem samochód osobowy, a pułkownik Alieksiejew, mając na uwadze mój stan
zdrowia, przydzielił do mojej dyspozycji dwóch kierowców by prowadzili samochód
do Kiszyniowa. I tak 13 grudnia zakończyła się moja wędrówka.
Kapitan Iwan Swietłakow, 1945r.
Po
moim przybyciu do Kiszyniowa naczelnik UWS tow. Popow wyznaczył mnie na
naczelnika OARM-92. Mając pomieszczenia, sprzęt przywieziony z Rumunii,
pracowitych starszych lejtnantów Krochmala, Smieljańca, Fadiejewa, Murawczenkę,
żołnierzy służby nadterminowej i wykwalifikowanych robotników, obywateli
naszego kraju w mieście Timaszory przy nieocenionej stałej pomocy pułkownika
Popowa i majora Szalmijewa stosunkowo szybko przywróciliśmy OARM-92 do pracy i
zaczęliśmy okazywać znaczną pomoc jednostkom pogranicznym i wewnętrznym w
przygotowaniu gotowości technicznej parków samochodowych i prowadzeniu operacji
czekistowskich.
Pod
koniec grudnia na naradzie u naczelnika OUWS zastępcy dowódców jednostek
poskarżyli się, że kuchnie i mieszkania oficerów, koszary i sztaby zamarzają
przy niedoborach opału i że OUWS nie zapewnia instalacji grzewczych i nie zwiększa
norm opału (podczas wycofywania się, Rumuni wywieźli instalację). Pułkownik
Popow wskazał ręką na piec w swoim gabinecie, gdzie nie było drzwiczek.
Przedtem tłumaczyłem pułkownikowi Popowowi, że zmontowaliśmy żeliwniak i mamy
zamiar odlewać gilzy do cylindrów silników, które są bardzo potrzebne i
istnieje groźba wstrzymania remontu silników, a prace wstrzymuje niedobór
koksu.
Naczelnik
OUWS pułkownik Popow zapytał mnie czy mogę jakoś pomóc w zaistniałej sytuacji.
Odpowiedziałem, że tak, pod warunkiem otrzymania koksu. Nie pomnę który z
zastępców przyobiecał [i zorganizował koks] i w ciągu kilku dni żeliwniak
został napełniony. Drugi wytop zakończył się odlanim 25 kompletów drzwiczek i
przewodów kominowych, a na drzwiczkach odlano „OARM-92”. W ciągu zimy
wyposażyliśmy piece w koszarach i mieszkaniach oficerów i pracowników.
W
lipcu 1946r. zostałem odwołany do Moskwy, w tym czasie powstał przy zarządzie
samochodowym GUWS MWD SSSR plan stworzenia oddziału do spraw zaprojektowania 7
zakładów i do 10 OARM i ja byłem przewidziany do tej pracy. W związku z
opóźnieniami przy kompletowaniu personelu zostałem odkomenderowany do
formowanego na bazie CARB centralnego ARZ GUWS MWD SSSR [Zakład remontu
samochodów przy GUWS Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ZSRR], powierzono dobór
wyposażenia dla ponownie oczekujących na budowę zakładów (bez dokumentacji
projektowej), a żeby nie tracić czasu licząc na moje doświadczenie.
W
tym czasie do zakładów lotniczych dotarło eszelonami wyposażenie wywiezione z
Niemiec. Zakłady Ministerstwa Przemysłu Lotniczego nie miały specjalnych
mechanizmów załadunkowych do rozładowania i transportu wyposażenia. Zarząd
Samochodowy GUWS w jednostce wojskowej nr 100 miał ciągnik Woroszyłowiec,
dziesięciotonowy dźwig samochodowy i trzy dziesięciotonowe samochody terenowe.
Zgodnie z umową Ministerstwo Przemysłu Lotniczego za każdy rozładowany eszelon
przekazywało GUWS 10 maszyn z eszelonu wybranych od razu przy rozładowywaniu.
Mając taką technikę, w 25-40 minut można było rozładować 25-30 wagonów. Zakłady
(w miastach Chimki i Stupino) unikały kary, a my zyskiwaliśmy maszyny o jakich
nam się nie śniło. Łącznie uzyskaliśmy ponad 500 maszyn. Wyborem wyposażenia i jego
pozyskiwaniem zajmowałem się pod nieocenionym przewodnictwem podpułkownika
Karewa i pułkownika Goriaczewa.
Od
15 listopada do 26 grudnia 1946r. w składzie grupy zastępcy ministra Apollonowa
zostałem odkomenderowany do Wilna, gdzie w grupie kapitanów Semerikowa,
Tiutiunnika, Swietłakowa i Jemca otrzymaliśmy zadanie włączyć się w prace
mające na celu przygotowanie i przeprowadzenie dużych operacji
czekistowsko-wojskowych. Naszej grupie przypadło w udziale zadanie okazania
pomocy i podniesienia gotowości bojowej parków samochodowych pułków piechoty
zmotoryzowanej UMSD. Grupa skontrolowała 5
pułków i rozpoczęła budowę ARZ-11.
Przy okazji referatu o wykonanej pracy naczelnik GUWS MWD SSSR w Moskwie
powiedział, że „dowództwo 4 MSD Nadbałtyckiego OUWS MWD prosi o
odkomenderowanie Was do Nadbałtyckiego OUWS na stanowisko głównego inżyniera
ARZ nr 11. Wy zbadaliście sytuację, Wy też wyeliminujecie zauważone problemy.”
Drugiego
stycznia 1947r. zostałem skierowany do Nadbałtyckiego OUWS na stanowisko
głównego inżyniera ARZ-11. W oddziale samochodowym OUWS znów spotkałem majora
Szalmijewa, naczelnika zakładu majora Amelina oraz z kolegami z Akademii Wojsk
Pancernych – kapitanem Griszynem N.M., Mielniczkowem i Rutkowskim.
Zakład
zajmował pomieszczenia technicznej szkoły wojsk pancernych. Na personel składał
się kolektyw 28 oficerów, 20 żołnierzy służby nadterminowej, siła robocza 1200
niemieckich jeńców, kompania ochrony obozu i zakładu. Szczególnie dobrze ułożył
się ten zespół. Znaczna część maszyn pozyskanych z Ministerstwa Przemysłu
Lotniczego została przetransportowana na AR-11, także maszyny, które z pomocą
jeńców wojennych wydobyto z ruin Koenigsbergskich zakładów zostały
odremontowane i umiejscowione w dziale mechanicznym. Zakład pracował coraz
lepiej i we wrześniu 1947r. okazywał istotną pomoc jednostkom wojskowym 2, 4, 5
i 7 dywizji a także jednostkom rozlokowanym na Ukrainie.
W
1949r. moce produkcyjne wzrosły i podjęto sprawę przeniesienia zakładu. Decyzją
Rady Ministrów ZSRR dostawę zasobów remontowych przekazano Ministerstwu
Przemysłu Leśnego i Papierniczego i Ministerstwu Półfabrykatów.
W
1947r. Wojska Wewnętrzne zostały podporządkowane MGB[6],
a ARZ-11 podporządkowany bezpośrednio GUWW (Główny Zarząd Wojsk Wewnętrznych) i
oddany do dyspozycji Nadbałtyckiego OUWS, a następnie GUWS MGB ZSRR. Dzięki
nominacji pułkownika Szuba znacznie łatwiejsze stało się prowadzenie ARZ-11 i
całej służby Samochodowej i Pancernej.
W
maju 1948 zostałem mianowany naczelnikiem pierwszego wydziału oddziału
samochodowego Nadbałtyckiego OUWS, a we wrześniu 1950r. naczelnikiem oddziału
samochodowo-pancernego Nadbałtyckiego OUWS MGB.
W
okresie od maja 1948r. do września 1952r.przeprowadzaliśmy poważną
reorganizację i tylko dzięki wysokim zdolnościom organizacyjnym, męstwu i sile
woli pułkownika Szuby W.P. udało się przeprowadzić bez szczególnych trudności
następujące zmiany organizacyjne:
1.Decyzją
dowództwa obóz jeniecki został zamknięty, jeńcy zostali odesłani do Niemiec,
ARZ-11 pozostał bez siły roboczej. Decyzją Rady Ministrów Litewskiej SRR do
linii produkcyjnej zakłady zostali przydzieleni absolwenci szkół zawodowych.
Trzeba było włożyć niemało sił w przygotowanie młodych robotników, zapewnienie
im warunków bytowych i przeprowadzenie naboru siły roboczej spoza szkół
zawodowych.
2.Scalenie
MWD i MGB w jedno ministerstwo stworzyło konieczność przejęcia na wszystkie
sposoby zabezpieczenia Wojsk Pogranicznych [podporządkowanych przedtem MWD] i
Wojsk Wewnętrznych i zapewnienie im pomocy w kwestii remontu, organizacji,
eksploatacji i obsługi parków samochodowych jednostek wojskowych.
3.Wyposażenie
morskich jednostek pogranicznych w nowe typy okrętów stworzyło konieczność
przygotowania w 9 i 15 dywizjonie morskim oraz w bazie morskiej potężnych
magazynów na GSM. Np. SK „Korszun” dla jednego cyklu konserwacyjnego
potrzebował 300 ton marynarskiego mazutu i 10 ton oleju do turbin, a było ich 4
sztuki. Tankowanie dużego myśliwca (ścigacza?) 12-18 ton Paliwa dizlowskiego.
Małe myśliwce (ścigacze?) potrzebowały wymiany silników benzynowych na dizlowskie.
Silnikiem M-50 zajmował się zakład w Leningradzie. Stała konieczność
wymontowywania silników z łodzi, wysyłanie ich do zakładu po 20, 30, 50, 150
itd. Roboczogodzin. Szczególnie trudną kwestią była ciągle zmniejszająca się
ilość smaru. Konieczna stała się budowa zbiornika własnymi środkami.
4.Wyposażenie ciągu posterunków wyposażonych w szperacze z nachodzącym na
siebie zasięgiem światła od Kaliningradu po Windawę wymagało zabezpieczenia
odpowiednich terenów, wyboru przyrządów części zamiennych.
5.Rozformowanie
Nadbałtyckiego OUWS w sierpniu 1952r., przekazanie ARZ-11 Ministerstwu
Przemysłu Leśnego i Papierniczego, likwidacja okręgowego składu w Wilnie.
6.Rozformowanie
szeregu pułków Wojsk Wewnętrznych i
oddziałów pogranicznych wymagało ześrodkowania samochodów, pojazdów
pancernych i innego sprzętu w ustalonych miejscach i organizacji ich
zabezpieczenia.
Major Swietłakow, 1952r.
W
kwietniu 1954r. Łotewski OUWS MWD ZSRR został rozformowany. Wszelkie
rozformowania i reorganizacje wiążą się ze zmianą zatrudnienia oficerów i żołnierzy
służby nadterminowej. Po zakończeniu pracy związanej z rozformowaniem
Łotewskiego OUWS na wniosek dowództwa 4 Dywizji Piechoty Zmotoryzowanej w
kwietniu 1954r. zostałem mianowany zastępcą [dowódcy] 36 oddziału, a od
września 1955r. rozkazem GUWW mianowany zastępcą dowódcy 105 Pułku Piechoty
Zmotoryzowanej w Niemczech, a w listopadzie 1955r. zostałem mianowany
naczelnikiem służby samochodowej WW MWD w Niemczech.
Podpułkownik Swietłakow, 1955r.
Po
mianowaniu mnie naczelnikiem służby samochodowej BB MWD w Niemczech naczelnik
wojsk [wewnętrznych] generał-lejtnant tow. Buńkow nakazał dokładnie rozpoznać
jak się sprawy mają w jednostkach technicznych pułków w ciągu 15-20 dób,
przygotować referat i wnioski.
Kontrola
stanu służb technicznych pułków wykazała:
–
Środki transportu samochodowego i inne bojowe środki techniczne sprawne, KTG
przewyższa 0,90 zewnętrzny wygląd samochodów dobry; jednostki techniczne i
pododdziały mają pełne stany osobowe;
–
Służby techniczne zaopatrzone w elementy zapasowe, opony, akumulatory, zapas
opon i akumulatorów na 2-3 lata. Duża ilość sprzętu spisanego na straty nie
została zutylizowana;
–
W eksploatacji techniki nie widać zachowania porządku i ciągłości w remontach;
–
W przygotowaniu bojowym składu osobowego pododdziałów samochodowych nie
przykłada się dostatecznej wagi do przygotowania marszowego kolumn
samochodowych i przewozowi kolejowemu środków technicznych.
–
Zabałaganienie wojskowej bazy gospodarczej środkami techniki spisanymi na
straty i zużytymi urządzeniami, elementami, w tym samochody GAZ-AA, zdobyczne
przyczepy, kontenery, opony, akumulatory, części zamienne i inny sprzęt.
–
Znaczny nadmiar zapasowych opon (5-6-ciokrotny) dla samochodów osobowych,
zawyżone zapotrzebowanie na opony do samochodów dostawczych. Zawyżone
zapotrzebowanie na części zamienne we wnioskach złożonych rządowi NRD.
–
Szkolenie podoficerów i wstępne szkolenie kierowców w zakresie przepisów ruchu
NRD, wyszkolenie kierowców a także bojowe wyszkolenie stanu osobowego
zasługiwały na wysoką ocenę, a przy tym przeszkolenia marszowego pod kątem
przewozu kompanii, batalionu, pułku praktycznie nie prowadzono, przykładano
większą wagę do wyszkolenia indywidualnego. Kwestii przewozu pododdziałów
piechoty zmotoryzowanej transportem kolejowym nie poświęcano uwagi;
–
Łączności fachowa z zarządami samochodowymi i pancernymi Grupy Wojsk w
Niemczech nie została nawiązana. Zastępcy dowódców pułków na szkoleniach
organizowanych przez zarządy samochodowe i pancerne nie uczęszczali, podczas
gdy zastępcy do spraw technicznych dowódców samodzielnych pułków mieli
obowiązek być na szkoleniach;
–
Nie korzystano ze środków remontowych zakładów Grupy Wojsk, a samochody i
agregaty były przekazywane przedsiębiorstwom NRD, zaś rachunek za remonty i
części zapasowe regulowano walutą.
Po
wysłuchaniu referatu naczelnik wojsk [wewnętrznych] generał-Lejtnant [Buńkow]
nakazał przygotowanie konkretnego planu poprawy wykazanych niedostatków, a po
zdecydowanych działaniach osobiście uczestniczył w następnej kontroli, w
pierwszej kolejności sprawdzając czy służby techniczne pułków pozbyły się
niepotrzebnego mienia.
Na
wszystkie nieprzerobione tematy przeprowadzono szkolenia przy dowództwie wojsk,
a zastępcy dowódców pułków do spraw technicznych dowódców pułków brali udział w zajęciach
organizowanych przy zarządach samochodowym i pancernym. Energiczne wsparcie i
pomoc generała-lejtnanta Buńkowa zapewniły dobre przygotowanie do wywozu
środków techniki Wojsk Wewnętrznych z terytorium NRD.
Po
zakończeniu wyprowadzenia Wojsk Wewnętrznych, dowódca grupy wojsk w NRD
marszałek Greczko zwołał zebranie, na którym pochwalił dobrze zorganizowane
wyprowadzenie wojsk. Przewóz techniki został zorganizowany prawidłowo,
szczególnie podkreślił sprawność przeładunku środków techniki na radziecką
kolej. Wyraźnie chwalił personel za zabezpieczanie środków techniki na
platformach.
W
marcu 1957r. Wojska Wewnętrzne zostały wyprowadzone na terytorium Związku
Radzieckiego.
W
kwietniu 1957r. zostałem mianowany naczelnikiem służby samochodowej dla
Ukraińskiej i Mołdawskiej SRR.
Przy
pierwszym zapoznaniu się ze stanem służb technicznych pułków ustalono:
1.We
wszystkich jednostkach techniczny stan środków technicznych przewyższał KTG
0,90, a przy tym przekazanie ARZ-5 i ARZ-12 gospodarce państwowej stopniowo
prowadziło do starzenia się parków samochodowych i naruszało ciągłość remontów.
Komplikował się proces remontów techniki. Pułkowe warsztaty bez dostatecznej
liczby jednostek roboczych nie mogły poradzić sobie z wojskowym remontem. Brak
okręgowych środków remontowych dawał się we znaki.
2.Brakowało
kontaktu ze służbami samochodowymi i pancernymi Kijewskiego, Odesskiego i
Podkarpackiego Okręgów Wojskowych. Kadra oficerska nie uczestniczyła w
szkoleniach.
3.Przy
dobrze zorganizowanym szkoleniu kierowców i szkoleniu podoficerów nie
poświęcano uwagi przygotowaniu do przemarszu kolumn samochodowych w składzie
kompani, batalionu, pułku.
4.Przy
dosyć dobrej obsadzie personalnej służb samochodowych pułków konwojowych i
pułków ochrony zakładów przemysłowych, jednostki techniczne tych jednostek były
organizacyjnie słabe.
5.Służba
samochodowa Zarządu Wojsk [Wewnętrznych] ogólnie była słaba. Jednostki
techniczne pułków i służby samochodowe miały przestarzałe wyposażenie, w
jednostkach technicznych i służbach samochodowych oficerów z wyższym
wykształceniem prawie nie było.
Przybycie
generała-lejtnanta tow. Bułdowicza R. E. i uwaga, którą poświęcał służbom
samochodowym i jednostkom technicznym pułków zaowocowały przeprowadzeniem
następujących działań mających na celu wzmocnienie parków samochodowych
jednostek i służb technicznych:
1.Wydzielono
środki na opłaty i załatwiono miejsca na Wojskowej Akademii Transportowej Sił
Zbrojnych dla młodych oficerów. W pierwszym roku przygotowano i odkomenderowano
6 młodych oficerów, wszyscy oni zdali egzaminy i zostali przyjęci w poczet
słuchaczy Akademii, następnie co roku przygotowywano 2-3 oficerów, którzy
spełniwszy warunki rozpoczynali naukę w
akademiach zaocznych i cywilnych instytutach transportu drogowego.
2.Wzmocniono
organizacyjnie służby samochodowe i wprowadzono stanowiska zastępców do spraw
technicznych w jednostkach konwojowych i pułkach ochrony zakładów
przemysłowych.
4.Przeprowadzono
znaczące unowocześnienie techniki samochodowej i wprowadzono nowe środki
techniki, szczególnie w jednostkach operacyjnych.
5.Polepszono
przygotowanie parków samochodowych jednostek i personelu do prowadzenia kolumn
i wykonywania przemarszów na odległość – 200-500km na dobę.
6.Przeprowadzono
prace w celu przezbrojenia i budowie parków samochodowych.
7.Więcej
uwagi poświęcono w pododdziałach samochodowych szkoleniu bojowemu i
politycznemu oraz szkoleniu specjalistów.
8.Sformowano
10 jednostek wojskowych milicji, ustalono warunki przygotowania parków
samochodowych.
Zebranie szkoleniowe zastępców dowódców pułków do spraw technicznych i naczelników służb samochodowych Ukraińskiej i Mołdawskiej SRR, Charków 1958r. I. I. Swietłakow – już w stopniu pułkownika siedzi czwarty z lewej, tuż obok generała. W tym czasie był już naczelnikiem służby samochodowej WW MWD dla w/w republik.
Wszystkie
w/w działania służyły lepszemu wykonywaniu służbowo-operacyjnej pracy przez
Wojska [Wewnętrzne] i podwyższeniu ich gotowości bojowej.
W
pułkach zebrała się plejada wspaniałych oficerów-automobilistów i nie można nie
wspomnieć o wzorowej działalności zastępców dowódców pułków – podpułkowników:
Siwokobylskiego, Dołżikowa, Bułyszewa, Poliszczuka, Dołgicha, Jemca, Dżokicza,
Gurewicza, Strażkina, Biełego, Lepechina, Pugaczowa, Antonowa, Paszkiewicza,
Sawieliewa, Szałamowa, Krawczenki; majorów: Leontiewa, Popowa i wielu innych.
Na pochwałę zasługuje także uwieńczona sukcesami praca młodych oficerów
zastępujących starą gwardię.
Szkolenie oficerów WW MWD USRR i MSRR, około 1960r.
Kończąc
swoje wspomnienia chciałbym życzyć im dalszych sukcesów i przede wszystkim:
Zebranie zastępców dowódców jednostek i naczelników służb samochodowych WW MWD USRR i MSRR. Zdjęcie ze zbiorów I.I. Swietłakowa, jednak trudno rozpoznać go na tym zdjęciu.
1.W
kwestii doskonalenia służb technicznych i pododdziałów samochodowych umocnić
dotychczasowe osiągnięcia i ustanowić nowe.
2.W
związku z przekazaniem ARZ gospodarce narodowej podjąć działania w celu
stwożenia skutecznych środków remontowych zdolnych zabezpieczyć remont
wszystkich rodzajów techniki w każdym samodzielnym pułku.
3.W
pełni wykorzystać nasze doświadczenie z lat pracy w wojennych latach i przy
wykonywaniu wojskowo-czekistowskich operacji zawsze pamiętać [że] bez
pododdziałów samochodowych dobrze wyszkolonych nie sposób zabezpieczyć
bezawaryjne funkcjonowanie jednostek wojskowych.
Demonstracja nowych środków technicznych na zebraniu dowódców jednostek WW MWD USRR i MSRR, ok.1960r. Inżynier-pułkownik I. I. Swietłakow stoi po prawej.
Załącznik:
w tekście na miejscach
[?].
Pułkownik-inżynier
wstanie spoczynku Swietłakow
I. I.
12
kwietnia 1988r.
[1] Gorjuczie-SmazocznyjeMateriały
– paliwo i smary
[2] Otdieł
Snabżenija gorjuczim – oddział zaopatrzenia w paliwo
[3] Sbornyj
Punkt Awarijnych Maszin – Punkt Zborny Pojazdów Uszkodzonych
[4]
Kontrolno-propusknoj punkt – Punkt kontroli granicznej
[6] Ministerstwo Gosudarstwiennoj Bezopasnosti – Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego, przemianowane z NKGB, przejęło jednak część obowiązków NKWD (Przemianowanego na MWD), np. przejmując Wojska Wewnętrzne.
Tłumaczenie i wstęp: Kamil Szustak
SUMMARY
This is a translation of the memoires of ingeneer-colonel of the interior troops Ivan Ivanovich Svetlakov – a veteran of the NKVD Interior troops. The translation of this memoires will be available in English on this website.
Tym razem chciałbym zaprezentować wyposażenie osobiste mojej żony – odtwarzającej postać felczera 1AWP w stopniu chorążego. Rzeczy osobiste w założeniu były przewożone transportem kołowym, dlatego zestaw jest dużo bogatszy niż przedmioty zwykłego żołnierza piechoty i więcej jest w nim elementów poprawiających komfort życia.
Zestaw jest w dużej mierze „dioramowy”, dlatego sporo w nim przedmiotów oryginalnych, raczej ekspozycyjnych niż użytkowych. Tym niemniej wszystkie są sprawne i mogą być używane – zresztą używanie „dioramowe” nie naraża ich na takie zużycie jak używanie „bojowe”. Oczywiście można wybrać z całości kilka niezbędnych elementów i skompletować zestaw „bojowy” z którym pani felczer będzie mogła swobodnie działać na pierwszej linii czy w marszu pieszym. Wyposażenie spakowane zostało do oryginalnej, poniemieckiej skrzyni – walizki. Jest ona oznaczona symbolami czerwonego krzyża i opisana nazwą „Verein der Schlesische Malteser Ritter” – czyli „Stowarzyszenie Śląskich Rycerzy (Kawalerów) Maltańskich”. Organizacja ta powstała w 1867 r., w 1871 założyła m. in. szpital św. Jadwigi w Trebnitz (dziś Trzebnica). Związek był aktywny zarówno w trakcie pierwszej, jak i drugiej wojny światowej. Skrzynia mogła zatem należeć do członka niemieckiego personelu medycznego i jako taka bez problemu stać wojennym trofeum pani chorąży (wyobraźnia od razu rysuje mi scenę, w której żołnierze przynoszą taki podarek).
Wewnątrz skrzyni znajdujemy: – amerykański wełniany koc z lend-leasu – elementy umundurowania zimowego (uszanka, szalik wełniany, dwie pary rękawiczek wełnianych, w tym jedna z obciętymi palcami, zimowe onuce), do tego półkożuszek – serdak, bardzo stary wykopek strychowy – płaszcz-namiot – workoplecak (gdyby sytuacja wymagała przepakowania się do boju) – pudełko na kobiece drobiazgi – pudełko jest oryginalnie przedwojenne, obite skórą lakierowaną w stylu art-deco, na wewnętrznej stronie wieka znajduje się lusterko – szklanka (radzieckiej produkcji, z grubego szkła) z metalowym podstakannikiem i zabytkową łyżeczką – regulaminowe woreczki na sól, herbatę i cukier – ręcznik tkany w ukraiński wzór, kostka szarego wojskowego mydła (zakupione na bazarze na Ukrainie), mała emaliowana miseczka – kociołek i sztućce (sztućce radzieckiej produkcji z lat 70) – fartuch lekarski oraz tradycyjny, wiązany czepek na głowę ze znakiem czerwonego krzyża – manierka personelu medycznego (dodatkowa), w pokrowcu umożliwiającym przenoszenie na ramieniu, służyła na pojenia rannych – trofiejny wieszak – kobieta nie rzuci płaszcza byle gdzie…
Do tego w skład wyposażenia wchodzi torba sanitarna z wyposażeniem – nieco bogatszym niż w wypadku zwykłego sanitariusza, bo też i zakres działań felczera jest szerszy. Mamy tutaj: – drewniane łubki do usztywniania złamań – nożyce – metalowe pudełko z zawartością butelek aptecznych z medykamentami: wody utlenionej, jodyny, nadmanganianu potasu oraz kropli Inoziemcewa (popularne kiedyś lekarstwo na dolegliwości żołądkowe, na przełomie XIX i XX w. stosowane w leczeniu cholery, obecnie wycofane ze sprzedaży ze względu na niewielką zawartość wyciągu z opium). Etykiety butelek mojej produkcji, odpowiadające historycznym oryginałom. Do tego niemiecka buteleczka apteczna z etykietką opisaną na maszynie i zawartością chininy (leku na rozpowszechnioną w wówczas zimnicę, stosowanego także jako lek przeciwgorączkowy). W pudełku znajduje się także ołówek i zapałki. – nożyk sierpak – dwie opaski uciskowe (stazy) powojennej polskiej produkcji, ale konstrukcyjnie odpowiadające wojennym – wata opatrunkowa, opaski podtrzymujące z gazy, opatrunki osobiste (opakowania papierowe mojej produkcji, papier pokryty lakierem bezbarwnym, co z jednej strony nadaje wygląd woskowy, z drugiej – chroni opatrunki przed wilgocią) – opaska ze znakiem czerwonego krzyża
W końcu przedmioty osobiste przenoszone przy sobie: – krzyżyk – radziecka papierośnica z końmi – samodziałowy portfel (produkcja pułkowych krawców) a w niej list od męża i podziękowanie za udział w walkach o Kołobrzeg – trofiejny pistolet w skórzanej kaburze (kolejny podarek o wyleczonego żołnierza).
Na kieszeni bluzy zwraca uwagę przedwojenna odznaka PWK – pani felczer działała przed wojną w tej organizacji.
Zestaw jest oczywiście sukcesywnie rozbudowywany – na przeszkodzie stoją głównie koszty starych elementów wyposażenia „kobiecego” – np. przydałyby się szczotki do włosów, szminka, puderniczka itp. Do tego nadal poszukuję odpowiedniego stetoskopu.
Autor: Marcin Morawski
SUMMARY
In this article the author describes the belongings of an officer of medical service (chorąży – at that time Polish Army’s of soviet junior lieutenant). All of the equipment is packed into uniform pocets, a captured german travel trunk and a medical satchel.
Nazwa grupy zobowiązuje, gdy więc pojawiła się informacja o organizowanym pod egidą Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu Pierwszym Marszu Zaślubin Mrzeżyno-Kołobrzeg, od początku wiedzieliśmy, że musimy tam pojechać . Początkowo mieliśmy wystawić pięcioosobową ekipę (tyle zresztą jako minimum przewidywały zasady imprezy), w miarę jednak jak zbliżał się termin, sprawy zaczęły się sypać – najpierw z przyczyn finansowych odpadły dwie osoby, postanowiliśmy więc skorzystać z gościny GRH „Oka” i wziąć udział w marszu w ramach wystawianej przez nich drużyny. Później było już tylko gorzej: na dwa tygodnie przed imprezą już tylko dwóch spośród nas mogło pojechać, a na pięć dni przed okazało się, że będę jechał sam.
Choć oficjalnie stanowiłem już część drużyny wystawionej przez „Okę”, dojechać musiałem sam – koledzy z Namysłowa pojechali wcześniejszym pociągiem, ja zaś docieram do Kołobrzegu dopiero po godzinie 15. Korzystam więc z okazji, by, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, zwiedzić ekspozycję Muzeum Oręża Polskiego oraz pomęczyć pracowników pytaniami. Nie ukrywam, ze była to owocna wizyta, która pozwoliła na wyjaśnienie kilku nurtujących mnie kwestii. Po zakończeniu zwiedzania udaję się do Mrzeżyna, gdzie na hali widowiskowo sportowej zorganizowano nocleg dla uczestników marszu. Tam też wieczorem, po przybyciu wszystkich uczestników, odbyło się spotkanie organizacyjne wraz z wyjaśnieniem idei marszu i prezentacją grup biorących udział w imprezie. Warto tu wspomnieć, ze oprócz grup rekonstrukcyjnych (SH Erika, GRH Poland, GRH Kurica, GRH OKA, GRH Osiemnasty Kołobrzeski, Wielkopolskie Towarzystwo Techniki Militarnej) w marszu brali także udział uczniowie szkół, grupa PTTK ze Szczecina (startujący na nieco innych zasadach) oraz reprezentacja Akademii Marynarki Wojennej ze Szczecina. Następnie uczestnikom pozostawiono czas na integrację bądź odpoczynek po podróży.
W sobotę rano wstaję o 6 i nie byłem pierwszy – większość uczestników nie miała kłopotów ze wstawaniem choć pierwszy punkt programu ustalony był dopiero na godzinę 10. Po spożyciu tradycyjnego już śniadania składającego się z dwu kromek komiśniaka ze słoniną i cebulą, wzbogaconego o mniej tradycyjny miód i herbatę poświęcam chwilę czasu na przygotowanie sprzętu. Ogólnie, oprócz workoplecaka wypchanego do granic możliwości i przytroczonego doń hełmu wziąłem rozszerzone oporządzenie oficerskie – pas z koalicyjką i repliką broni krótkiej (pistolet TT), mapnik, manierkę z wodą i kaburę na rakietnicę przerobioną na torbę podręczną. Do tego wymagana przez organizatora (choć niepasująca do sylwetki oficera) replika broni długiej. Organizator wymagał obciążenia minimum 8kg, przy ważeniu okazało się, że sam mój plecak wraz z hełmem waży 9 kilo. Nie ma potrzeby ważenia reszty, więc nie nalegam. Po co się zawczasu denerwować?
Przed dziesiątą uczestnicy wyruszają szykiem zwartym pod pomnik upamiętniający zaślubiny z Morzem dokonane siedemnastego marca 1945r. przez żołnierzy 2PU 1WBK. Tam też odbywają się uroczystości z udziałem Wojska oraz asystą wystawioną przez GRH 2 Pułku Ułanów. Upamiętniając rocznicę, dwóch konnych członków grupy odtworzyło akt zaślubin sprzed blisko siedemdziesięciu lat. Po zakończeniu uroczystości na plażę wylegają również uczestnicy marszu chcąc choć przez chwilę poczuć ten sam entuzjazm, który po dotarciu nad brzeg morza towarzyszył żołnierzom 1 Armii Wojska Polskiego – sprawdzanie smaku wody i okrzyki na cześć powrotu Bałtyku do Polski trwają dłuższą chwilę. Potem uczestnicy marszu wracają na wydmy – kuchnia polowa zaczęła wydawać obiad (grochówkę z chlebem). Po posiłku następuje oficjalne otwarcie marszu. Komandor marszu prowadzi krótką odprawę i ruszamy.
Trasa początkowo wiedzie zaśnieżoną plażą, by po jakichś pięciu kilometrach zboczyć do lasu i dalej w kierunku Rogowa. Tam, w starym hangarze, obecnie mieszczącym ekspozycję muzealną, odnajdujemy pierwszy punkt kontrolny. Zapowiadane ważenie sprzętu odbywa się tylko „na oko”, za to do wykonania jest zadanie – opatrywanie rannego w szyję. Mnie akurat przypada w udziale rola rannego – przydał się jeden z przenoszonych opatrunków osobistych. Po zaliczeniu zadania i przybyciu reszty grupy, wypijamy po przydziałowej herbacie i ruszamy w dalszą drogę. Ta zaś, wiodąc ponownie przez las, wkrótce wyprowadza nas z powrotem na plażę. O ile wcześniej uczestnicy starali się mniej więcej trzymać w grupach, o tyle teraz już każdy idzie jak chce. Choć przeczy to trochę idei marszu grupowego, pozwala każdemu utrzymać wygodne tempo. Plażą idziemy aż do Dźwirzyna, gdzie trasa wiedzie wzdłuż głównej ulicy miasteczka. Tu też popełniam grzech lenistwa, który wkrótce mści się na mnie okrutnie – jeszcze w Mrzeżynie przemoczyłem nogi, toteż przynajmniej w chwili wejścia na asfalt powinienem był zmienić skarpety na suche. Niestety, niechęć do postoju i przepakowywania plecaka wzięły górę na rozsądkiem. Skutki dość własnego lenistwa będę odczuwać jeszcze dwa dni po zakończeniu imprezy.
Tymczasem za Dźwirzynem, w lesie, osiągamy drugi punkt kontrolny i dostajemy drugie zadanie do wykonania – czołganie pod ostrzałem. Nad ścieżką rozpięto sieć ze sznurka połączoną z dzwoneczkiem – każde zaczepienie o sznurek symbolizowało trafienie sygnalizowane dźwiękiem dzwonka. Choć można czołgać się na lekko, decyduję się na przeprawę z plecakiem na grzbiecie. W pewnym momencie przytroczony doń hełm zaczepia o linkę. Cóż – hełm dziurawy, na szczęście zawadzenie
ekwipunkiem nie powoduje dyskwalifikacji. Po przebyciu „ostrzeliwanego” odcinka czekam na resztę grupy i korzystam z okazji by chwilę odpocząć, posilić się kawałkiem kiełbasy i wreszcie zmienić skarpety – niestety o wiele za późno – podeszwy stóp mam całkiem obtarte. Podczas postoju okazji dochodzą mnie wieści, że kilka osób wycofało się z marszu. Na szczęście za chwilę wiem już, że to nie moja grupa Doczekawszy się przybycia wszystkich członków grupy, ruszam w dalszą drogę, wiodącą ponownie przez las, by po pewnym czasie dogonić inną grupę uczestników. Czasu jeszcze dość, więc postanawiam zwolnić – w końcu w grupie raźniej, a nie o rywalizację tu przecież chodzi. Idący z nami członek grupy PTTK zwraca naszą uwagę na znajdujące się przy drodze groby – podobno nie ma żadnych wzmianek na ten temat w źródłach pisanych, a nikt już nie pamięta kto tam leży – uciekający niemieccy cywile, żołnierze czy może powojenni osadnicy. Tak czy inaczej miejscowi pamiętają o nich – na grobach leżą kwiaty, płoną też znicze. Pozwalamy sobie na chwilę zadumy, po czym ruszamy w dalszą drogę.
Wkrótce trasa wyprowadza nas z lasu na ścieżkę rowerową. Teren bardziej otwarty, toteż w oddali dają się wkrótce zauważyć bloki – to już Kołobrzeg. Ostatnie kilometry proponuję przebyć ze śpiewem na ustach. W tym miejscu chciałbym wyrazić swój podziw dla reszty uczestników za mężne znoszenie moich wątpliwej jakości popisów wokalnych. Tak czy inaczej – okazuje się, że niektórzy znają jeszcze odpowiednie piosenki. Na metę marszu docieramy późno – około 16.30. Po wpisaniu się na listę udajemy się na miejsce zakwaterowania – salę gimnastyczną przy pobliskim zespole szkół. Wieczorem czeka nas jeszcze wspólna z uczestnikami rajdu pojazdów historycznych kolacja w Reducie Solnej. Ciasne, słabo oświetlone wnętrze oraz pasujący do realiów posiłek (kasza z warzywami i odrobiną mięsa) tworzą rzeczywiście klimat wojska stojącego na kwaterach po długim marszu. Niestety, odwołane zostaje zapowiedziane ognisko, a uczestnicy dość szybko rozchodzą się, w związku z czym zapowiedziane wykłady również się nie odbywają.
Następnego dnia rano większość grup rozjeżdża się do domów. Z drużyny moich gospodarzy zostaje tylko Wojtek, który decyduje się na udział w planowanej inscenizacji. O 10 udajemy się na mszę w intencji uczestników walk o Kołobrzeg, następnie wraz z przewodnikiem zwiedzamy ekspozycję muzealną na temat historii miasta i udajemy się pod latarnię morską, by zobaczyć miejsce gdzie 68 lat temu odbyły się Kołobrzeskie zaślubiny Polski z Morzem. O 13 pod Pomnikiem Zaślubin rozpoczyna się inscenizacja. Niewielu rekonstruktorów pozostało, tłum robią głównie uczestnicy III Rajdu Zaślubin. Mnie, Wojtkowi i Piotrkowi z dzierżoniowskiego koła ZWiRWP przypada w udziale zaszczytna funkcja pocztu sztandarowego. Inscenizacja, choć skromna, bardzo podoba się publiczności – po jej zakończeniu wiele osób chce zrobić zdjęcie z historycznymi pojazdami lub choćby tylko w towarzystwie rekonstruktorów.
Następny punkt programu to wspólny obiad z weteranami. Niestety, nie udaje nam się skorzystać z okazji by posłuchać relacji uczestników wydarzeń – spieszymy się na pociąg, a musimy jeszcze odebrać z muzeum nasze rzeczy i dyplomy uczestnictwa. Spod restauracji zabiera nas jeden z uczestników III Rajdu Zaślubin – trafia się więc nam okazja do krótkiej przejażdżki historycznym samochodem. W muzeum schodzi niestety więcej czasu niż się spodziewaliśmy – gdy wychodzimy jest już 15.15, a pociąg mamy 15.28. Ponownie prosimy o pomoc uczestnika rajdu, niestety zabytkowy GAZ psuje się po kilku metrach. W pośpiechu szukamy alternatywnego transportu – bez efektu. W końcu ktoś radzi nam, byśmy złapali taksówkę spod katedry. Czasu coraz mniej, więc spod muzeum, mimo protestu zmęczonych stóp, ruszamy biegiem z całym bagażem. Na szczęście tuż za katedrą dostrzegamy taksówkę na postoju – bez problemu udaje nam się dotrzeć na dworzec. To już koniec naszego udziału w marszu. Wrócimy tu za rok.
Podsumowując – impreza udana, blisko dwudziestokilometrowy marsz daje mozliwość wczucia się w sytuację żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego, którzy nieraz musieli pokonywać o wiele większe odległości na własnych nogach. Tego rodzaju inicjatywa to oryginalny sposób upamiętnienia wydarzeń historycznych. Choć kilka punktów programu się nie odbyło, a i kontrole na punktach nie były zbyt dokładne, trudno winić za to organizatora – wszak to pierwsza taka impreza a i program był bardzo napięty.
Tak jak w każdej armii, także w Odrodzonym Wojsku Polskim,
jak nazywano polską armię tworzoną w ZSRR, istniał szereg nagród, które
żołnierz mógł otrzymać zarówno za sukcesy na polu bitwy jak i po prostu za
doskonałe wywiązywanie się z powierzonych obowiązków. Najbardziej oczywiste
nagrody, to oczywiście odznaczenia wojskowe. Mniej oczywiste, to pisemne
podziękowania za udział w konkretnych bitwach lub kampaniach, mające
najczęściej postać dyplomów, pochwały oraz awanse na wyższy stopień. Oprócz
tego żołnierz mógł zostać nagrodzony np. krótkim urlopem, jednak tego rodzaju
nagrody rzadko zostawiały trwały ślad w postaci zaświadczenia, które żołnierz
chroniłby jak skarb. Przyjrzyjmy się zatem poszczególnym kategoriom nagród.
Odznaczenia
Charakterystyka służbowa sierżanta Witolda Urbańskiego z 28 pułku piechoty, wymieniająca m.in. dwa odznaczenia bojowe i pochwałę za dobrą pracę .
System
odznaczeń w 1 i 2 Armii Wojska Polskiego nie był w pełni jednolity. Choć
odznaczenia istniejące w czasach II Rzeczypospolitej przyznawano mniej więcej
zgodnie z przedwojennymi zasadami, to sporo zamieszania wprowadziły odznaczenia
ustanowione przez nowe władze – takie jak medale „Zasłużonym na polu chwały”
(wprowadzone po bitwie pod Lenino) czy Order Krzyża Grunwaldu (ustanowiony
1stycznia 1944r.) – upodobniły one nieco system odznaczeń do radzieckiego, ale
równocześnie utrudniły zadanie piszącym wnioski odznaczeniowe (np. z lektury
„Osiemnastego Kołobrzeskiego” można by wyciągnąć wniosek, że za niemal
identyczny czyn żołnierz mógł otrzymać zarówno brązowy medal „Zasłużonym na
polu Chwały”, jak i Krzyż Walecznych). Mniej chętnie nadawano za to inne
odznaczenia – np. Krzyż zasługi (choć zwykle trzymano się zasad przedwojennych np.
dotyczących przyznawania konkretnych klas odznaczenia osobom o odpowiedniej
randze) – odznaczenie to zresztą wkrótce po wojnie uległo pewnej dewaluacji.
Jednocześnie żołnierze polscy mogli otrzymać odznaczenia radzieckie i, wbrew
dość rozpowszechnionemu poglądowi, nie były one zarezerwowane wyłącznie dla
żołnierzy oddelegowanych z Armii Czerwonej.
W
czasie wojny i przez pewien czas po niej, odznaczenia wojskowe wydawano wraz z
zaświadczeniem tymczasowym, które następnie podlegało wymianie na właściwy
dokument. Często też, przy braku odpowiedniego odznaczenia, żołnierz otrzymywał
jedynie zaświadczenie i baretkę odznaczenia. Oba te zwyczaje przejęto z Armii
Czerwonej, gdzie w czasie wojny również stosowano zaświadczenia tymczasowe o
bardzo podobnym wyglądzie a także w przypadku braku odznaczenia wręczano samą
baretkę (złośliwi twierdzą, że był to główny
powód wprowadzenia w ZSRR baretek w 1943r.).
W
Wojsku Polskim stosowano zaświadczenia tymczasowe dwu wzorów (a przynajmniej
jedynie dwa ich wzory są mi znane). Z dostępnego materiału wynikałoby, ze oba
wzory funkcjonowały jednocześnie, trudno zatem orzec który z nich był
wcześniejszy, zwraca jednak uwagę fakt, że jeden z nich wydaje się kopią
radzieckiego dokumentu tego typu (przykład obejrzeć można na stronie rkka.ru – http://rkka.ru/docs/images/zbz.jpg
– inna sprawa czy był to jedyny wzór takiego dokumentu stosowany w Armii
Czerwonej). Dlatego też umownie nazwijmy ten wzór „pierwszym”.
Dokumenty
tego typu mają postać prostokąta papieru o wymiarach mniej więcej 17,5cm na
13cm. Ślady perforacji na lewym końcu świadczą, że wypisywano je w bloczku, z
którego następnie były odrywane.
W lewym górnym rogu dokumentu widniał orzeł państwowy bez
korony, a pod nim napis „Wojsko Polskie”. Poniżej, pośrodku widniał tłustym
drukiem tytuł dokumentu: „Tymczasowe Zaświadczenie Nr___” – numer wypisywano
ręcznie, lub nanoszono za pomocą pieczątki-numeratora. Poniżej tytułu od lewej
zaczynała się treść dokumentu: „Okaziciel niniejszego____” – tu następowała
zajmująca dwie linijki rubryka na stopień, nazwisko imię i imię ojca
odznaczonego – „odznaczony___” – tu rubryka na nazwę autora rozkazu lub dekretu
oraz rubryka na numer owego oraz jego datę. Poniżej, tłustym drukiem i dużymi
literami umieszczono napis „ZA BOHATERSKIE CZYNY i DZIELNE ZACHOWANIE SIĘ W
WALCE Z NIEMIECKIM NAJEŹDŹCĄ”, a w linijce poniżej, już normalnym drukiem
„Orderem, medalem ____” – przy czym właściwą kategorię podkreślano lub
wykreślano niewłaściwą. Poniżej znajdowało się po prawej stronie miejsce na
podpis (wraz ze stopniem i zajmowanym stanowiskiem) wręczającego odznaczenie,
zaś po stronie lewej litery „M. p.” oraz miejsce na datę. Litery te to
prawdopodobnie efekt dość bezmyślnego tłumaczenia z rosyjskiego – w dokumentach
rosyjskich z tej strony było miejsce pieczęci (opisane właśnie „M.P.”), jednak
w polskim dokumencie nie było tam zbyt wiele miejsca na pieczątkę, którą zwykle
przybijano między datą a podpisem wręczającego lub bezpośrednio przy podpisie
tegoż.
Wzór „drugi” wyglądał podobnie – posiadał podobne wymiary, w lewym górnym
rogu również widniało godło i napis „Wojsko Polskie”, poniżej zaś znajdował się
tytuł, różniący się od tego w pierwszym wzorze jedynie faktem użycia wyłącznie
wielkich liter. Następne rubryki pozostały niezmienione, poniżej ich jednak nie
było już napisu o bohaterskich czynach i dzielnym zachowaniu ani rubryki na
nazwę odznaczenia, a jedynie puste miejsce, gdzie nazwę tą wpisywano. Na dole
zaś po lewej znajdowało się miejsce na datę (już bez liter „M. p.”), a po
prawej – na podpis wręczającego, tym razem podzielony na dwie rubryki. Za
najlogiczniejsze miejsce na pieczęć większość oficerów uznawała środek
dokumentu, nieco powyżej linii daty.
Przykład tymczasowego zaświadczenia drugiego typu – tu akurat od medalu “Za Warszawę”
Oczywiście jak to zwykle bywało w warunkach wojennych, nie
zawsze było dosyć blankietów, by starczyło dla wszystkich. Toteż czasem
sporządzano zastępcze blankiety (zastępcze wersje dokumentów zastępczych!) z
użyciem maszyny do pisania. Czasem również wypisywano zaświadczenia odręcznie.
Od 1946r. zaczęto stopniowo zastępować zaświadczenia tymczasowe legitymacjami –
nie spotkałem się nigdzie z zaświadczeniem tymczasowym późniejszym niż
październik 1946r.
Zastępcze zaświadczenie tymczasowe o nadaniu brązowego medalu “zasłużonym na polu chawały” dla kaprala Stanisława Robaka z 1 Samodzielnego Plutonu Pontonowo-Mostowego.
Inaczej sprawa wyglądała z wprowadzonymi w 1945r. Medalem
Zwycięstwa i Wolności oraz Odznaką Grunwaldzką. Ten pierwszy wręczano wraz z
dyplomem przypominającym dyplomy awansów na wyższy stopień formatu A4 lub na
mniejszych, mających postać prostokąta o wymiarach 15,5cm na 20cm. Odznakę
grunwaldzką nadawano początkowo z bardzo ozdobnym dyplomem, później jednak oba
te odznaczenia wręczano z legitymacjami, przy czym odznaka grunwaldzka jest
przy okazji prawdopodobnie jedynym odznaczeniem, do którego stosowano wczesną,
ozdobną legitymację wzoru wprowadzonego w latach 40. do końca lat 80.
“Duży dyplom” medalu Zwycięstwa i Wolności.
“Mały Dyplom” medalu Zwycięstwa i Wolności. Legitymacja odznaki grunwaldzkiej dla Chorążego Stanisława Rapacewicza z 2 Berlińskiego Pułku Piechoty.
Większość
polskich żołnierzy oznaczonych radzieckimi orderami i medalami otrzymała te
odznaczenia dopiero po wojnie, w związku z czym najczęściej spotyka się do nich
już dokumenty stałe – legitymacje, ewentualnie dyplomy. Żołnierze odznaczeni w
czasie wojny otrzymywali zwykle dokumenty tymczasowe, które dopiero po wojnie
podlegały wymianie na książeczkę orderową bądź legitymację odpowiedniego odznaczenia.
Legitymacja radzieckiego medalu “Za zwycięstwo nad Niemcami” dla szeregowca Michała Podlaka z 8 Kołobrzeskiego Batalionu Saperów. Co ciekawe – legitymacja podpisana osobiście przez gen. Popławskiego. Niedatowana legitymacja radzieckiego medalu “Za wyzwolenie Warszawy” dla sierżanta podchorążego stanisława Rapacewicza.
Podziękowania
Zwyczaj
wręczania żołnierzom podziękowań głównodowodzącego za udział w bitwach lub
kampaniach przejęty został z Armii Czerwonej. Żołnierze radzieccy za np. udział
w zdobywaniu miasta mogli otrzymać dyplom (w przypadku szeregowców najczęściej uproszczone
zaświadczenie lub nawet tylko odpowiedni wpis w książeczce wojskowej)
wdzięczności Stalina. Przykłady takich dyplomów można zobaczyć znów na stronie
rkka.ru: http://rkka.ru/docs/personal/thanx.htm.
Żołnierze polscy początkowo również dostawali podziękowania od Stalina. Trudno
powiedzieć jak do tego podchodzili, ale np. podziękowanie za forsowanie odry
było wręczane już nie w imieniu radzieckiego przywódcy, a generała
Roli-Żymierskiego, zaś ogólne podziękowanie dla żołnierzy 1AWP wydawane było
przez Zarząd Polityczno-Wychowawczy 1 Armii Wojska Polskiego. Oczywiście jak to
w warunkach frontowych, blankiety na których wydawano podziękowania różniły się
między sobą, czasem też z braku blankietów wydawano je w formie zastępczej –
np. pisane na maszynie.
Podziękowanie za Warszawę – bardzo ozdobna wersja – faksymile dokumentu ze zbiorów MWP.
Zwykle podziękowanie takie miało rozmiar 15cm x 11cm lub
21cm x 14cm, choć bywały też podziękowania na kartkach formatu A4.
Podziękowania były zazwyczaj ozdobione motywem nawiązującym jakoś do danej
bitwy lub przynajmniej godłem państwowym. Niektóre, jak np. podziękowanie za
forsowanie Odry nie miały żadnych ozdób, inne miały ornament bardziej
skomplikowany, choć nie widziałem nigdy podziękowań tak ozdobnych jak niektóre
radzieckie. Niektóre zaświadczenia wydawano na kolorowym papierze – być może
miało to znaczenie symboliczne, a może zależało od przypadku – podziękowania za
Warszawę widziałem najczęściej na czerwonym papierze, za Kołobrzeg – tylko na
niebieskim, jednak brak odpowiednio licznego materiału porównawczego
uniemożliwia wyciągniecie jednoznacznych wniosków. Zwłaszcza, że np.
podziękowanie za zdobycie miast Pomorza Zachodniego występowało zarówno na
papierze zielonym jak i niebieskim.
Podziękowanie za Warszawę na czerwonym papierze.
Podziękowanie za Warszawę na zwykłym papierze dla plutonowego Wojciecha Tomaszewskiego z 2 samodzielnego batalionu ochrony.
Podziękowanie za Czaplinek, Złocieniec i Drawsko
Podziękowanie za Złotów, Jastrowie, Nadarzyce, Mirosławiec i inne miasta Pomorza Zachodniego na zwykłym papierze.
Podziękowania były zbyt różnorodne by opisać tu ich ogólny wygląd. Przykłady zobaczyć powyżej i niżej.
I to samo na niebieskim papierze.Podziękowanie za Kołobrzeg – choć większość była, jak to, na niebieskim papierze, w MOP w Kołobrzegu znajduje się egzemplarz na zwykłym. Podziękowanie za Wał Pomorski – duży ozdobny dyplom, bardziej zbliżony do radzieckich. Jedyny znany mi egzemplarz tego wzoru, prawdopodobnie lokalna wersja. Podziękowanie za forsowanie Odry, wariant 1.
Podziękowanie za forsowanie Odry, wariant 2; dla szeregowca Józefa Steppela z 2 samodzielnego batalionu roboczego; dokumet z kolekcji Przemysława Trzeciaka.
Podziękowanie za forsowanie odry, dokumet zastępczy. Podziękowanie dla żołnierza 1AWP za całokszałt służby; dokumet z kolekcji Przemysława Trzeciaka
Pochwały i awanse
Innym
wyrazem uznania były np. pochwały pisemne – pochwał udzielano w rozkazie
dziennym, czasem również (choć to prawdopodobnie pojawiło się dopiero po
wojnie) wysyłano zawiadomienie rodzinie żołnierza. Każdą pochwałę wpisywano do
akt, zaś każdy taki wpis brany był pod uwagę przy decyzjach awansowych.
Pochwałę uzyskać można było za wzorowe wykonywanie zadań na czas, za zasługi,
które wymagały nagrody, a nie zostały uznane za dostatecznie wielkie, by przyznać
za nie jakiekolwiek odznaczenie – dla przykładu, zwiadowca, który wykonał
zadanie dokładnie według rozkazu (np. rozpoznał w wyznaczonym terminie wskazany
obiekt) dostawał pochwałę. Jeśli jeszcze przy okazji złapał „języka” i było to
kolejne tak dobrze wykonane zadanie – mógł liczyć na medal. Mniej bojowo
patrząc – pisarz kompanii, który przepisywał dokumenty na czas mógł liczyć na
pochwałę. Jeżeli jednak robił to samo w czasie ostrzału artyleryjskiego, gdy
większość żołnierzy skryła się w ziemiankach i mimo to wykonał swoją pracę –
mógł dostać medal.
Najbardziej cenionym – zaraz po odznaczeniach – wyrazem uznania był awans na wyższy stopień. Oprócz prestiżu, awans przynosił też całkiem wymierne korzyści – np. wyższy żołd czy większy wpływ na własny los. W czasie wojny najczęściej żołnierzom nie wręczano zwyczajowego dyplomu mianowania na wyższy stopień, jednak pisemnym śladem pozostawał sam zatwierdzony wniosek awansowy (choć zwykle osoba awansowana nie oglądała go na oczy). O awansie decydował szereg czynników – po pierwsze, ważne było, czy istnieje wakat na stanowisku, które osoba awansowana powinna objąć w związku ze stopniem (nie miało to może znaczenia w przypadku awansu na kaprala, ale np. w przypadku awansu na sierżanta – już tak); po drugie rozważano kompetencje osoby przedstawianej do awansu (to również nie miało wielkiego znaczenia w niektórych przypadkach); Po trzecie wreszcie brano pod uwagę ogólne zachowanie i dotychczasową służbę danego żołnierza – Tu liczyły się wszystkie odznaczenia i pochwały, ale także wszelkie zasługi, które nie doczekały się nagrody, ale nie zostały zapomniane.
Odpisy awansów, podające krótkie uzasadnienie.
Powyższe opracowanie oczywiście nie wyczerpuje tematu, może również zawierać błędy i nieścisłości. W związku z tym tak jak zawsze chętnie zapoznam się wszelkimi merytorycznymi uwagami. W tym miejscu chciałbym również podziękować wszystkim, którzy kontaktowali się ze mną po publikacji poprzednich artykułów, zwłaszcza wszystkim tym, którzy podzielili się wiedzą i udostępnili posiadane dokumenty.
Inny dowód uznania – nadanie ziemi wraz zabudowaniami na Ziemiach Odzyskanych. Właściciel tego dokumentu – st. wachmistrz Łukasz Trusz z żandarmerii 6DP – z nadania nie skorzystał.
Autor: Kamil Szustak
SUMMARY
The text discusses various written “gratitude” documents used in the Polish Army in the East – award documents, gratitude certificates, promotions etc. and gives examples of those from author’s collection. Since the article was written in February 2013, some documents may have changed ownership in the meantime.
W dniach 2-3 września 2011 r. w lasach okolicy Prudnika odbyło się 24-godzinne ćwiczenie polowe GRH „Osiemnasty Kołobrzeski”.
Kryptonim ćwiczenia – „Schwedenschanze” – został zaczerpnięty od nazwy gospody, która istniała w podprudnickim lesie do końca II wojny światowej i została spalona podczas ciężkich walk na tym terenie na przełomie 1944 – 1945. Scenariusz zajęć został więc mocno osadzony w historycznych warunkach terenowych, obejmując miejsca, na których faktycznie toczyły się długotrwałe zmagania wojsk niemieckich i Armii Czerwonej. Co prawda w walkach tych nie uczestniczyły jednostki WP, jednakże sam przebieg ćwiczeń odpowiadał ówczesnym realiom.
W zajęciach wzięło udział czworo rekonstruktorów, tworząc improwizowaną grupę zwiadu, składającą się z dowódcy – porucznika uzbrojonego w pistolet TT, strzelca w stopniu kaprala z cenzusem uzbrojonego w KB Mosin, szeregowego służby łączności uzbrojonego w KB Mosin oraz fizyliera uzbrojonego w pm PPSz. Wszyscy członkowie patrolu dysponowali wyposażeniem niezbędnym do bytowania oraz dłuższego działania w terenie, w tym racją żywnościową.
W dniu 2 września grupa dotarła do całkowicie zrujnowanych budynków, znajdujących niemal dokładnie w miejscu, w którym istniała gospoda „Schwedenschanze” (zgodnie ze scenariuszem – bezpośrednio przed rubieżą styczności z nieprzyjacielem), gdzie przygotowała bytowanie. Noc okazała się pogodna i wyjątkowo ciepła, a jedyną uciążliwością była wielka ilość komarów i innych owadów. O świcie przygotowano skromne śniadanie, składające się z chleba, słoniny, cebuli i herbaty. Następnie patrol przeniknął na ziemię niczyją, kierując się na pobliski most na rzece Prudnik i położony w pobliżu młyn wodny. Trasa wiodła przez dawny pas taktyczny, pocięty transzejami, sztucznymi przeszkodami wodnymi oraz ruinami budynków. Temperatura rosła z każdą godziną i marsz stawał się coraz bardziej uciążliwy. Niestety, na miejscu okazało się, że opuszczony i zrujnowany młyn, który w poprzednich latach stanowił znakomite tło do działań jest obecnie remontowany.
Dalsza trasa patrolu wiodła wzdłuż pasma górskiego, równolegle do dawnej granicy czesko-niemieckiej. Co ciekawe, pomimo ładnej pogody nie napotkano ani jednej osoby. Po drodze, w pobliżu dużego zbiornika przeciwpożarowego grupa zatrzymała się na krótki postój i posiłek. Patrol zakończył się przy pomniku Eichendorfa w pobliżu miejscowości Dębowiec, skąd grupa powróciła do bazy.
Ćwiczenie stało się okazją do dalszego zapoznania z praktycznym wykorzystaniem elementów umundurowania i wyposażenia a także przećwiczenia historycznej taktyki, nieco odmiennej od współczesnej, która stosowana jest w bieżącej działalności stowarzyszenia. Dały również znać o sobie otarcia stóp, na co niewątpliwie duży wpływ miał upał. Skromna racja wody, przenoszona przez członków grupy (po jednej manierce na osobę) także okazała się niewystarczająca i pod koniec zajęć można było zaobserwować pierwsze objawy przegrzania organizmu.
Autor: Marcin Morawski
SUMMARY
The text describes the first two-day excersises of our reenactment group. During this session, a day-long, over 20 kilometer long patrol was carried.
Gdy wyjechało się na szczyt niewielkiego wzgórza i stanęło na zakręcie pod starym, poskręcanym dębem, otwierał się widok niczym z ilustracji do bajki Braci Grimm – śliczne, cukierkowej urody miasteczko rozłożone na obu brzegach wijącej się stalowoszarą wstążką rzeki. Spiczaste dachy kamienic, wykusze i mansardy w ścianach z pruskiego muru, strzeliste wieże kościołów i przysadziste baszty bramne, kamienny most spinający brzegi – po prostu wsadzić do szklanej kuli i posypać sztucznym śniegiem. Sielankowe wrażenie psuło jednak ołowiane, dramatyczne niebo, po którym przewalały się o ton ciemniejsze chmury. Pomiędzy tym niebem a miastem ciemniała masywna, kanciasta bryła Twierdzy – z jednej wspartej stromym wałem o brzegi rzeki, z drugiej opadającej kaskadami bastionów, rawelinów i fos.
Ubłocone czołgi T-34 z czerwonymi gwiazdami na wieżach wjechały do miasta ostro, z fasonem i po mołojecku, poprzedzone przez rój kilkunastu motocykli. Krzesząc iskry na średniowiecznym bruku przeleciały przez kamienny most i ustawiły się na rozległym rynku, pomiędzy figurą Świętego Nepomucena, patrona od powodzi, a pręgierzem. Gdy – jak ucięte – zgasły silniki, wokół zapanowała martwa cisza. Gdzieś zatrzepotał gołąb, zafurkotały na porywie zimnego wiatru wywieszone w oknach białe flagi. Fizylierzy desantu zeskoczyli z pancerzy czołgów, przez chwilę jeszcze czujni, ale już coraz bardziej ciekawi atrakcji nie zniszczonego wojną miasta. Właz w jednym z czołgów otworzył się, wyszedł z niego kapitan w okrągłych, drucianych okularach, który poprawił czapkę i usiadłszy na krawędzi wieży rozejrzał się wokoło. W końcu spojrzał w górę, gdzie na obłej, grubej sylwetce najwyższego punktu twierdzy, nazywanego donżonem, stał maszt a na nim łopotała flaga ze swastyką.
– Wot, swołocz… – zaklął pod nosem, zeskoczył z pancerza i skrzyknął kilku motocyklistów.
Po chwili trzy motocykle gnały krętymi uliczkami, pnąc się do bram fortu. Zajechały na dziedziniec, kapitan w towarzystwie czterech żołnierzy zaczął biec stromymi schodami w górę.
Oficer pokonał ostatnie stopnie i wybiegł na płaski, porośnięty trawą szczyt donżonu. Wyjął z torby płachtę czerwonej tkaniny. Towarzyszący mu żołnierze w mig zrozumieli w czym rzecz, szybko ściągnęli z masztu chorągiew ze swastyką i przypięli do linki radziecką flagę. Prostokąt czerwieni poszybował w górę i załopotał na listopadowym wietrze. Kapitan podszedł do barierki, spojrzał w dół, na pudełka czołgów stojące w rynku i na małe figurki w mundurach khaki wędrujące przyległymi uliczkami. Zaczerpnął głęboko powietrza i krzyknął.
– Krasnoj Armii sława! Ura!
Nim stojący nieco z tyłu żołnierze zdążyli odpowiedzieć, huknął pojedynczy strzał, pocisk trafił kapitana w pierś i odrzucił do tyłu. Rosjanie na szczycie donżonu zaszamotali się bezładnie, szukając osłony na płaskiej jak stół, trawiastej połaci. Kolejne strzały, które wyłapywały ich w biegu, utonęły w nagłej kanonadzie – w mieście rozpętało się piekło. Trzy pierwsze czołgi zapłonęły niemal równocześnie, trafione głowicami panzerfaustów. Na zaszokowanych i zdezorientowanych fizylierów desantu oraz czołgistów – którzy wyszli spod dusznych pancerzy i obsiedli murek pod smutnym Nepomucenem – spadły serie broni maszynowej i granaty. Dwa kolejne czołgi płonęły jasnym płomieniem, obrzucone zapalającymi butelkami, jeden z mechaników wskoczył na swoją maszynę z gaśnicą i niemal w tej samej chwili zgiął się w pół, upadając w ogień. Rozproszeni po uliczkach żołnierze ginęli jeden po drugim, aż w końcu na uliczkach pozostały tylko bezładnie rozrzucone, podobne do szmacianych lalek zwłoki.
Nad miastem zapadła znowu cisza, przerywana trzaskiem płomieni i zasnuta duszącym, czarnym dymem płonących ‘cztrzydziestekczwórek’. Czerwona flaga poszybowała z wiatrem w dół kamiennej ściany donżonu niczym kropla krwi po martwej twarzy. Na wysokim maszcie znowu załopotał czarny hackenkreuz…
***
Pułkownik podszedł do okna, w zamyśleniu ssąc cybuch fajki. Ot ci raz – pomyślał ze złością – Sowieci przyszli, zabitych pogrzebali, parę domów spalili i rozstrzelali paru jakichś starych dziadów z okolicznych wiosek. A potem szast-prast i odcinek przekazali sojusznikom, dobrze, że dziękować nie kazali, jaki to wspaniały odcinek dają, z miasteczkiem jak malowane. A teraz dziesięć kilometrów z przodu ciężkie walki, od północy Niemcy podgryzają, a jeszcze tutaj miasto z twierdzą jak cierń w dupie. Ledwo co stację kolejową i bocznicę jako tako trzymamy, dobrze, że nieco pod miastem położoną, a i tak nie ma nocy, żeby ktoś nie oberwał. Najgorzej, że żołnierze zaczynają się bać, twierdza dla nich już niczym jakaś szklana góra z babcinej gadki-skazki. Saperzy z pułku do twierdzy wysłani poszli, weszli, pobłądzili i ledwo wrócili, a potem zameldowali, że nie da rady, wszystko zaminowane. Jeszcze dwa wejścia trotylem zawalili i powiedzieli, że chwatit. Oczywiście następnej nocy Niemcy przyszli znowu i trzech naszych ranili. Dobrze, że chociaż ten cholerny maszt zrąbaliśmy, przynajmniej szwabska flaga w oczy nie kole…
Niewesołe rozmyślania przerwało pukanie. – Wejść – powiedział pułkownik. Drzwi otwarły się i do pokoju wszedł porucznik z drugiej kompanii. – Chodźcie, chodźcie – pułkownik machnął ręką przerywając próbę zameldowania się przybysza – siadajcie, napijemy się. Porucznik usiadł, przyjął niemiecką literatkę z rżniętego szkła, wypił i zagryzł wąskim paseczkiem słoniny. – Słuchajcie, studiowaliście przed wojną historię? – Tak jest. To znaczy, dokładnie mówiąc, nie ukończyłem. – Znacie się na tym? – pułkownik wskazał ręką w stronę okna, w którym widać było szarą bryłę twierdzy. Ciekawe, że gdzie by nie stanąć, zawsze pojawiała się na widoku, dominując swoją masywną sylwetką – Jak to jest zbudowane, ma jakiś sens, jakiś plan? – Ogólnie mówiąc tak. Zasadą było budowanie bastionów, które wzajemnie kryły się ogniem. Stąd bierze się taki dziwny, rozetowy kształt, zresztą nawet mówi się na to „dzieło koronowe”. Do tego w obrębie fortyfikacji umieszczano koszary, magazyny, prochownie i warsztaty. – A podziemia? Lochy, korytarze? – Oczywiście. Po pierwsze były kazamaty magazynowe. Do tego dochodziła siatka chodników minerskich wychodzących poza twierdzę. W razie oblężenia minowano te chodniki i wysadzano oblegających. – Cholera, jeszcze i to. Myślicie, że nas tu mogą? – Raczej nie, jesteśmy po drugiej stronie rzeki. – Słuchajcie, weźmiecie trzech-czterech ludzi, możecie sobie sami wybrać. Zajmiecie jeden z fortów na skraju twierdzy i powoli posprawdzacie co tam się dzieje. Jakby co, wezwiecie pomocy przez radio, dam wam swojego radzika. Najważniejsze, zobaczyć gdzie Niemcy siedzą i którędy wyłażą. Jak to będziemy wiedzieć, wtedy jakoś zaradzimy…
***
Korzystając z bezśnieżnej grudniowej pogody GRH „Osiemnasty Kołobrzeski” przygotowała weekendowe ćwiczenie na terenie Twierdzy Kłodzkiej. Ćwiczenie to było częścią zajęć szkoleniowych naszego macierzystego stowarzyszenia – Ranger Survival Club. Udało się je zorganizować dzięki życzliwej współpracy zaprzyjaźnionej „Akademii Przygody”, która właśnie w Twierdzy Kłodzkiej ma swoją siedzibę. Do udziału w zajęciach zaprosiliśmy kolegów z GRH „Pierwszy Batalion” z Wrocławia. Zajęcia rozpoczęły się w piątkowy wieczór, kiedy na miejsce dotarła większość uczestników. Wszyscy przeszli do fortu „Żuraw” – zajmowanego przez Akademię Przygody – który od tej pory stał się naszą bazą. Jest to niewielki fort flankujący położony na skraju kompleksu twierdzy, oddzielony fosą i mostem zwodzonym, dający schronienie w wysoko sklepionej izbie o ceglanych ścianach i półokrągłym stropie, nazywanej podwalnią.
Wczesnonocne godziny zajęły patrole po przyległym terenie, a około godziny drugiej wszyscy zaczęli przygotowywać sobie miejsca do spania. Rekonstruktorzy zaścielili kamienną posadzkę pałatkami, ubrali płaszcze i położyli się obok siebie, przykrywając kocami. Reszta kolegów z naszego stowarzyszenia – działająca na współczesnym sprzęcie – miała lepiej, rozkładając karimaty, śpiwory i goretexowe bivy-bagi. Noc była nieco uciążliwa, z wejściowego korytarza wiało mroźnym powietrzem, a temperatura w podwalni wynosiła około 3-5 stopni powyżej zera. O świcie wyszliśmy na górę i rozpaliliśmy niewielkie ognisko, na którym zagotowaliśmy wodę na poranną herbatę. Plując fusami popijaliśmy śniadanie złożone z chleba, wędzonki i cebuli.
Niedługo potem na miejsce dotarli koledzy z „Pierwszego Batalionu” i rozpoczęliśmy zajęcia taktyczne na powierzchni. Patrol, sprawdzanie napotkanych po drodze obiektów, szyki, wzajemne ubezpieczanie – wszystko to zajęło kilka godzin. Do tego doszły ciekawe zagadnienia z pokonywaniem przeszkód terenowych, jak strome skarpy, mury czy zabudowania. Wreszcie przyszedł czas na przećwiczenie natarcia drużyny – tyralierą w terenie otwartym oraz w specyficznym terenie wewnętrznych dziedzińców twierdzy. Napotkany na jednej z „ulic” czołg T-34 pozwolił na spróbowanie sposobów załadunku i spieszania desantu.
W tym czasie grupa „współczesna” prowadziła ćwiczenia w podziemiach. Po jej wyjściu nastąpiła zamiana obszaru zajęć i rekonstruktorzy weszli do podziemi. Aby zachować zgodność z realiami za oświetlenie służyła niewielka, metalowo-szklana latarnia na łańcuchu (oryginalna i zabytkowa, choć nieco cmentarna), w której umieszczono świeczkę. Do tego mieliśmy jeszcze klasyczną, kanciastą latarkę elektryczną – sygnałówkę, która służyła jedynie awaryjnie do doświetlania trudniejszych fragmentów. Wejście do podziemnych chodników minerskich (tzw. reminów) znajdowało się w jednej z fos i było dosyć niepozorne. Po wejściu do wnętrza trzeba było zorientować się w ogólnym zarysie przebiegu korytarzy, połączeniach pomiędzy nimi i istniejących wyjściach na powierzchnię. Wymagało to żmudnego przejścia każdego z odcinków i próby zinwentaryzowania obiektu. W końcu grupa dotarła do stromych, pokrytych błotem schodów, które prowadziły w dół do częściowo zalanego chodnika. Wody – a w zasadzie nadpleśniałej błotnistej cieczy – było mniej więcej do kolana, przy czym marsz utrudniały zatopione kamienie, belki i druty. Po pokonaniu tego odcinka okazało się jednak, że znajdują się tam trzy wyjścia na wewnętrzny obwód twierdzy, przy czym jedno może zostać udrożnione. Po wyjściu na powierzchnię grupa odetchnęła chwilę świeżym powietrzem, a następnie sprawdziła jeszcze jedną prostą ale schodzącą skosem w dół dosyć głęboko sztolnię odwodnieniową.
Po tych zajęciach koledzy z „Pierwszego Batalionu” i jeden z naszych rekonstruktorów musieli niestety wracać. Pozostała trójka rozpaliła na dnie fosy ognisko przy którym zawisły przemoczone w podziemiach skarpety i onuce. Przygotowaliśmy skromną kolację – upieczony na patyku „dziki kurak”, ugotowana w menażce kasza, trochę chleba i cebuli. Rarytasem było kilka butelek trofiejnego piwa i oranżady w oryginalnych, przedwojennych butelkach z niemieckich browarów. Po kolacji okazało się, że gospodarze przywieźli kilkanaście 60-litrowych beczek z wodą i trzeba je przenieść przez most, a następnie stromymi schodami i korytarzami na najniższe kondygnacje fortu. Po tej pracy chwila odpoczynku i następne zajęcia w podziemiach – tym razem, ze względu na niewielką już liczbę, rekonstruktorów włączono do grupy „współczesnej”. Było dobrze po północy, kiedy zajęliśmy się ponownie przygotowywaniem noclegu – tym razem udało się uszczelnić wejście z korytarza i wewnętrzne okno, dzięki czemu uniknęliśmy przynajmniej lodowatych podmuchów.
Niedzielny poranek przeznaczono na krótką sesję fotograficzną, posprzątanie obiektu i przygotowanie do wyjazdu. Około południa samochody uczestników zajęć rozjechały się do domów…
Autor: Marcin Morawski
SUMMARY
The text describes the two-day training carried by our reenactment group in the Stronghold of Kłodzko in early december 2012. The training included exploration of underground tunnels with minimum light, fights in urban area and other aspects.