Festiwal Zabytków Techniki pod Parą – Jaworzyna Śląska 2013

GRH Osiemnasty Kołobrzeski miała przyjemność wziąć udział w imprezie o nazwie „Festiwal Zabytków Techniki”, który odbył się 1 czerwca 2013 r. na terenie Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej.
Nasi rekonstruktorzy przyjechali do muzeum w piątek późnym wieczorem i zajęli się przygotowaniem noclegu w zabytkowym, tzw. „bydlęcym”, wagonie kolejowym typu Kdn. Możliwość takiego noclegu zastrzegliśmy sobie jeszcze w fazie pierwszych uzgodnień, wzbudzając tym spore zdumienie organizatorów. Na podłodze wagonu – który miał następnego dnia grać jedną z głównych ról w inscenizacji – rozłożyliśmy słomę, na którą poszły płaszcze-namioty. Wnętrze rozświetlała ciepłym blaskiem naftowa lampa i można powiedzieć, że zrobiło się po prostu przytulnie. Nie za bardzo chciało się spać, dlatego wybraliśmy się na zwiedzanie muzealnych bocznic – całe rzędy milczących lokomotyw i wagonów robiły w nocnej scenerii niesamowite wrażenie. 
Ranek przyniósł jednostajny, gesty deszcz, który miał nas nie opuścić aż do końca. W trakcie Festiwalu przewidziano trzy inscenizacje związane z historią Jaworzyny Śląskiej: otwarcie linii kolejowej, pokaz grupy Alt Kreutzen odtwarzającej wojsko pruskie (mający związek z powstaniem miejscowości) oraz przyjazd na stację przesiedleńców z Kresów Wschodnich w 1945 roku. Przyjazd pierwszego pociągu miał odbyć się na dworcu kolejowym, pozostałe rekonstrukcje na terenie muzeum – organizatorzy słusznie przenieśli je z otwartej przestrzeni do wielkiej hali parowozowni. Na wczesny poranek przewidziano ostatnią próbę z reżyserem widowiska, gdzie ostatecznie ukształtował się scenariusz i podzielono role uczestniczących w inscenizacji 1945 roku grup – czyli naszej oraz frakcji RH stowarzyszenia „Aureus mons” ze Złotoryi i namysłowskiej „Oki”. Następnie mieliśmy dłuższą przerwę, którą można było przeznaczyć na zwiedzanie ekspozycji muzealnych – w tym bardzo ciekawej kolekcji motocykli Harley-Dawidson, zbiorów związanych z koleją czy sporej makiety kolejowej w skali H0. Nie mniej ciekawe były ekspozycje zewnętrzne – czyli różnego rodzaju lokomotywy i wagony. Po pewnym czasie powrócił skład wykorzystywany na dworcu kolejowym i po odczepieniu parowozu mieliśmy niezbyt częstą okazję przepchnięcia kolejowego wagonu na miejsce jego postoju (trzeba przyznać, że słowa pracowników muzeum „przepchniecie go chłopaki?” początkowo potraktowaliśmy jako żart). Wreszcie coraz bardziej gęstniejący deszcz zagonił nas do „naszego” wagonu, gdzie spokojnie czekaliśmy na początek ostatniej inscenizacji.


Scenariusz inscenizacji „Przesiedlenia 1945” zbliżał ją raczej do teatralnego spektaklu lub alegorycznego żywego obrazu niż klasycznej rekonstrukcji historycznej. Łączył bowiem w sobie elementy rekonstrukcyjne z pokazem typu światło-dźwięk oraz spektaklem muzycznym. Pociąg składający się z lokomotywy typu TKt48-18 połączonej z dwoma wagonami towarowymi wjechał powoli, buchając kłębami pary do hali parowozowni i zatrzymał się o kilka metrów od pierwszych rzędów siedzeń widowni. Z pierwszego wagonu wysiedliśmy my i po przejęciu stacji od żołnierzy radzieckich zaczęliśmy rozstawiać punkt PUR, gdzie przesiedleńcy mieli być rejestrowani i – w razie potrzeby – miała być im udzielana pomoc medyczna. Następnie otwarte zostały drzwi drugiego wagonu, z którego wysiadła niewielka grupa przesiedlonych. Co prawda rekonstrukcyjny purysta mógłby przyczepić się do wielu rzeczy w ich strojach, jednakże aktorsko role te zostały zagrane na naprawdę wysokim poziomie (ludność cywilną odgrywali aktorzy Teatru Bezdomnego z Żarowa). Po rejestracji w punkcie PUR przesiedleńcy byli kierowani do stojącej za rzędami krzeseł ciężarówki obsługiwanej przez rekonstruktorów Oki i stamtąd odjechali do swoich nowych domów. Na zakończenie inscenizacji zabrzmiała piosenka z filmu „Prawo i pięść”, a po tym widzowie mogli podejść bliżej i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia z rekonstruktorami, karabinami i lokomotywą.


Zdjęcie dzięki uprzejmości Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa na Śląsku. Autorką zdjęcia jest Agnieszka Zastawna


Wreszcie wsiedliśmy z powrotem do wagonu i wesoło machając odjechaliśmy w siną dal, a dokładnie na pobliską bocznicę – w parowozowni miał za chwilę rozpocząć się ostatni punkt programu, czyli wspólne czytanie przez dzieci wiersza „Stoi na stacji lokomotywa” przy akompaniamencie dźwięków prawdziwego parowozu (para buch, koła w ruch…).
Festiwal trzeba ocenić jak najbardziej pozytywnie, nawet pomimo straszliwie niesprzyjającej pogody, która odbierała zwiedzającym ochotę na cokolwiek. Widać było zresztą wyraźnie, że ilość gości była o wiele mniejsza niż zaplanowana przez organizatorów, czemu w sumie trudno się dziwić. Ci, którzy wytrwali, nie mieli jednak czego żałować. Dla nas była to dodatkowo okazja do zapoznania się z dawnym taborem kolejowym i jego wykorzystaniem w transporcie wojskowym okresu II wojny światowej. Doświadczenia te były niezwykle pouczające.


Cyfrowa stylizacja zdjęcia – Bolesław Morawski

Autor: Marcin Morawski

Święto 18 Bielskiego batalionu desantowo-szturmowego im. kpt. Ignacego Gazurka 2013

GRH ‘Osiemnasty Kołobrzeski’ miała zaszczyt i przyjemność wziąć udział w uroczystościach święta 18 Bielskiego batalionu desantowo-szturmowego im. kpt. Ignacego Gazurka.
Można powiedzieć, że jednostka ta jest bezpośrednim spadkobiercą odtwarzanego przez nas 18 Kołobrzeskiego Pułku Piechoty 1AWP – to właśnie po rozformowaniu 18 Kołobrzeskiego PP w 1957 r. jego dorobek i tradycje przejął 18 Kołobrzeski Pułk Powietrzno-Desantowy.


Uroczystości trwały dwa dni i odbyły się na terenie jednostki w Bielsku. W czwartek wieczorem wzięliśmy udział w podniosłym i wzruszającym apelu poległych. Następnie, w piątek mieliśmy przyjemność spotkać się z dowódcą jednostki oraz grupą weteranów wojsk powietrznodesantowych. Przed południem rozpoczął się ‘dzień otwartych koszar’. Ilość dzieci i młodzieży naprawdę nas zaskoczyła – okolica placu apelowego zaroiła się od przedszkolaków, uczniów podstawówek oraz umundurowanej młodzieży z różnych klas o profilu wojskowym.


Na zakończenie skorzystaliśmy z zaproszenia na elegancki bankiet w domu żołnierza i po krótkiej niestety chwili odpoczynku wyruszyliśmy w długą drogę powrotną.

Autor: Marcin Morawski

SUMMARY

This short text is about our participation in the Day of the 18th Airborne Storm Battalion of the Polish Army – the unit that continues the traditions of the 18th Infantry Regiment.

Marsz na Biskupią Kopę 2013

Ambitne plany przeprowadzenia w sierpniu obozu szkoleniowego dla Rekonstruktorów 1Armii WP oraz RKKA spaliły niestety na panewce. Nie mieliśmy zbyt wielu zgłoszeń, a ostatecznie nawet i ci, którzy zapowiedzieli swój udział, zrezygnowali z niego z takich czy innych powodów. W tej sytuacji nie mieliśmy możliwości przeprowadzenia zajęć w zaplanowanej formule (która miała przecież obejmować np. warty, służbę w kuchni polowej, budowę obozowiska oraz ćwiczenia). Nie chcąc jednak całkowicie zmarnować czasu poświęconego na przygotowania oraz aby nie tracić na darmo urlopu postanowiliśmy przeprowadzić zajęcia we własnym gronie. Pozostało zatem jedynie wymyślić jakiś plan. który byłby ciekawy, oparty na historii i stanowiący dla uczestników pewne wyzwanie.

W 1945 r, 18 Pułk Piechoty powracając z Niemiec do nowego miejsca stacjonowania w kraju przechodził między innymi przez Prudnik. Jednocześnie w tym samym okresie narastało napięcie na granicy polsko-czechosłowackiej. Czesi rościli sobie pretensje do części Śląska. Na terenie powiatu prudnickiego miały miejsce związane z tym incydenty – między innymi w Pokrzywnej czescy żołnierze zawiesili na budynku gospody flagę Czechosłowacji. Puszczając wodze wyobraźni na tak zarysowanym tle historyczny powstał projekt zajęć – oto ze składu Pułku wydzielono patrol ochotników, który miał wykonać marsz na szczyt Biskupiej Kopy (889 m n.p.m.) – najwyższego wzniesienia Gór Opawskich. Marsz ten miałby propagandowo zaznaczyć obecność polskiego wojska i przynależność tych terenów do Polski.

Marsz wykonaliśmy w składzie czterech osób. Mieliśmy ze sobą pełne oporządzenie i wyposażenie przenoszone w workoplecaku, łącznie z żywnością i zapasem wody. Wyruszyliśmy wczesnym rankiem, dzień był pogodny i upalny. Większość trasy prowadziła wzdłuż granicy. Na szczycie Biskupiej Kopy – pod znajdującą się tam wieżą widokową zasiedliśmy do krótkiego odpoczynku i posiłku.

Nasza obecność wzbudziła spore zainteresowanie wśród licznych turystów, zarówno Polaków, jak i Czechów. Powrót okazał się o wiele bardziej uciążliwy. Trzech z nas cierpiało mniej lub bardziej z powodu otarć stóp – twarde buty i upał dały się pod koniec drogi porządnie we znaki. Wreszcie, już po zmroku, po 12 godzinach marszu i mając w nogach niemal 40 kilometrów powróciliśmy do ośrodka Ranger Survival Club, gdzie każdy dostał po misce smażonych ziemniaków i z ulgą wsadził nogi do balii z wodą.

Autor: Marcin Morawski

Zimowa razwiedka 2012

Poniższy tekst jest rozwinięciem relacji z Zimowych ćwiczeń w Górach Izerskich. Pierwotnie tekst został opublikowany w magazynie “Komandos”.

W wyjątkowo zimny lutowy weekend odbyło się ćwiczenie polowe GRH „Osiemnasty Kołobrzeski”, dotyczące działania w trudnych, zimowych warunkach górskich z wykorzystaniem nart. Zajęcia były oparte na instrukcji MON „Rozpoznanie w górach” z 1953 roku, która jest tożsama z zasadami stosowanymi podczas II wojny światowej. W ćwiczeniu wzięło udział jedynie dwóch rekonstruktorów, co spowodowane było trudnościami w pozyskaniu odpowiedniego sprzętu narciarskiego (a konkretnie mówiąc aktualnymi cenami starych nart i kijków). Terenem zajęć był obszar Gór Izerskich, gwarantujący odpowiednią pokrywę śnieżną i surowe warunki pogodowe.
Pierwsze kilometry marszu na nartach przebiegły z pewną ostrożnością, spowodowaną lekkim brakiem zaufania do kilkudziesięcioletnich, drewnianych nart. Okazało się jednak, że tradycyjny sprzęt znakomicie sprawdza się zarówno na przetartych ścieżkach, jak i w kopnym śniegu. Jedynym problemem były strome podejścia, które trzeba było pokonywać jodełką. Zdecydowaliśmy się zatem na wyjście w najwyższe rejony Gór Izerskich – Wysoki Grzbiet. Szybko zachodzące słońce oświetlało purpurową łuną zmrożony śnieg i całkowicie oblepione szadzią świerki. Dookoła roztaczała się piękna panorama Gór Izerskich i Karkonoszy, a bezchmurne niebo i wyjątkowo przejrzyste powietrze pozwalało dostrzec nawet najdrobniejsze szczegóły. Niestety, taka pogoda niesie za sobą bardzo silny mróz, temperatura spadała z każdą chwilą. Planując zajęcia przewidywałem nocleg w terenie przygodnym, jednakże uwzględniając prognozę pogody oraz zmierzoną temperaturę (która przekroczyła wczesnym popołudniem minus 18 stopni) podjąłem decyzję o zejściu do schroniska. Oczywiście, zrobiłem to z pewnym żalem i poczuciem porażki. Niestety, aby przetrwać noc bez współczesnego sprzętu biwakowego konieczne byłoby utrzymywanie stale płonącego ogniska. W tych warunkach terenowych trzeba by wyciąć kilka sporych drzew – chociażby po to, aby wyłożyć gałęziami miejsce odpoczynku i zapewnić sobie opał. Rekonstrukcja to jednak nie wojna i nie mogliśmy dla zabawy trzebić i tak już ciężko doświadczonych izerskich lasów. Rozpoczęliśmy długie zejście w kierunku Hali Izerskiej. Tymczasem słońce zaszło, a mróz przybierał na sile. Chłód przenikał przez płaszcze i drelichowe mundury, bolały stopy, piekły policzki, traciliśmy czucie w palcach rąk. Gdy w końcu dotarliśmy do schroniska, na wywieszonym przy drzwiach termometrze było minus 28 stopni. Rozmowa z gospodynią przekonała mnie, że rezygnacja z bytowania była rozsądna – poprzedniej nocy zanotowano tam 42 stopnie mrozu. Zjedliśmy swoją rekonstrukcyjną kolację w postaci ciemnego chleba z wędzoną słoniną i cebulą, popiliśmy herbatą z wojennych kubków. Nocleg też był rekonstrukcyjny – ot, nakryć się płaszczem i podłożyć pod głowę zwinięty płaszcz-namiot.

Kolejny dzień powitał nas silnym wiatrem i drobnym śniegiem. Trochę ocieplało, na termometrze jedynie minus 18 stopni. Wyszliśmy długim łagodnym podejściem kierując się na kolejny masyw – tym razem graniczną górę Smrek. Po kilku godzinach marszu zatrzymujemy się w zagłębieniu pod świerkami, chroniąc się nieco przed wiatrem i próbując coś zjeść. Znajduję sterczący uschły pieniek i odłupuję od niego kilka szczap, ale drewno jest oblepione szadzią, nasiąknięte i zmrożone. Nie udaje się zagotować wody, musimy zadowolić się kilkoma sucharami i plastrem słoniny. Popijamy wodą z manierek, przenoszonych za pazuchą płaszczy. Odpoczynek nie może trwać długo, już po kilkunastu minutach zaczyna się robić naprawdę zimno – jesteśmy na wysokości około 1000 metrów i temperatura spada do minus 24 stopni. Wychodzimy w rejon podszczytowy Smreka, na przemian pojawia się mroźna mgła i drobny śnieg. Wreszcie osiągamy wierzchołek i wykonujemy kilka pętli wokół niego. W zasadzie nie ma czego obserwować, szczyt spowijają chmury, z których sypie śnieg, ślady są stare i zawiane, wokół cisza, pustka i mróz.

Schodzimy w dół, kierując się na graniczną rzekę – Izerę. Po wejściu w strefę lasu pokrywa śnieżna ulega zmianie – śnieg jest miękki, suchy i puszysty, nawet w nartach sięga dobrze ponad kostkę. Gdy wychodzimy nad rozlewiska Izery rozpogadza się, ale nisko wiszące nad horyzontem słońce nie daje już żadnego ciepła. Rzeka jest zamarznięta i jej przebiegu można się jedynie domyślać obserwując meandrujące zagłębienie. Brniemy wzdłuż granicy kolejne godziny i w końcu – jest już po zmroku, od wymarszu mija przeszło dziesięć godzin – docieramy na Halę Izerską. Pora na skromną kolację i odpoczynek – tym razem w atmosferze frontowej ziemianki, ponieważ nocujący z nami Czesi śpiewają smętne piosenki.

Kolejnego dnia wstajemy przed świtem. Zjadamy resztki chleba i słoniny, popijamy herbatą, pakujemy się i wyruszamy w drogę powrotną. Trasa początkowo wiedzie rozległymi wylesionymi obszarami Hali Izerskiej, później przez porośnięte kosodrzewiną torfowiska i w końcu wychodzi nad samą rzekę Izerę. Znowu pada śnieg i wieje silny, północny wiatr. Na szczęście droga wchodzi w dolinę i chowamy się w wysokopiennym lesie. Dalsza trasa jest nieco nużąca, docieramy do schroniska Orle, przed którym zatrzymujemy się na krótki odpoczynek. Tutaj jest już większy ruch, turyści są wyraźnie zainteresowani naszym umundurowaniem, a szczególnie nartami. Co ciekawe, większość dobrze orientuje się zarówno w idei rekonstrukcji, jak też dawnej technologii narciarskiej. Zajmujemy się zatem „pracą polityczną”, opowiadając o naszej grupie, historii rekonstruowanej jednostki oraz szczegółach wyposażenia. Tym samym postój w Orlu nieco się przedłuża. Wreszcie wyruszamy przez las w kierunku Jakuszyc. Tam zajęcia się kończą.
Ćwiczenie pozwoliło na sprawdzenie historycznego wyposażenia w ekstremalnych (jak na Polskę) warunkach pogodowych, a także dało okazję do doskonalenia umiejętności narciarskich w użyciu danego sprzętu. Szczególnie pozytywnie zaskoczyło nas to, jak doskonale sprawują się tradycyjne, drewniane narty i równie stare wiązania.

W trakcie zajęć używałem następującej konfiguracji umundurowania i wyposażenia: płócienna letnia koszula bieliźniana (radziecka), mundur drelichowy, trzewiki skórzane z sukiennymi owijkami, płaszcz sukienny, rękawice zimowe (radzieckie), szalokominiarka wełniana, rogatywka polowa szewiotowa. W trakcie przygotowań okazało się, że niezbędne do planowanego bytowania wyposażenie nie mieści się w standardowym workoplecaku (tzw. wieszcz-mieszoku). Dlatego używałem „zdobycznego”, przedwojennego turystycznego plecaka – w nim zmieściły się watowane spodnie, menażka, kubek, zapas żywności, toporek saperski, biały kombinezon maskujący, smary narciarskie i zestaw naprawczy, latarka elektryczna oraz filcowe buty – walonki. Do plecaka przytroczony był zrolowany płaszcz-namiot. Jako oporządzenie występował skórzany pas główny, z ładownicą do PPSz i saperką. Manierka – jak już wspomniałem wcześniej – przenoszona była za pazuchą płaszcza, co chroniło wodę przed zamarznięciem. Używałem jesionowych nart niemieckich z 1932, z wiązaniami typu kandaharowego, oraz bambusowych, również niemieckich kijków narciarskich. Narty zostały posmarowane smarem twardym na gorąco, zaś w strefie odbicia pokryte plastycznym smarem hamującym.

Góry Izerskie są najbardziej na zachód wysuniętym pasmem polskiej części Sudetów, graniczącym z Karkonoszami. Polska część Gór Izerskich dzieli się na dwa grzbiety – Wysoki Grzbiet (Smrek – 1124 m npm i Wysoka Kopa – 1126 m npm) oraz Kamienicki Grzbiet (Kamienica – 973 m npm). W Górach Izerskich brak jest w zasadzie stromych i wyraźnie zaznaczonych szczytów. Charakterystycznym rysem rzeźby Gór Izerskich jest stromy i wysoki (500-600 m) uskok oddzielający je na północy od Pogórza Izerskiego oraz wnętrze gór w postaci rozległego wypłaszczenia, którego centralną część zajmuje Hala Izerska – obszerna niecka o płaskim dnie położonym na wysokości 825 – 830 m n.p.m. Wyjątkowość tego miejsca polega na wysokim położeniu wklęsłej formy o tak dużych rozmiarach (ok. 15 km2).
Góry Izerskie pokryte były kiedyś gęstymi lasami świerkowymi, jednak zanieczyszczenia powietrza, kwaśne deszcze i inwazje szkodników spowodowały niemal całkowite wylesienie. Obecnie w krajobrazie dominują rozległe, porośnięte trawą hale, ze skupiskami młodych drzew. Na szczytach zdarzają się granitowe, mocno zerodowane skałki, a na Hali Izerskiej można znaleźć unikalne torfowisko porośnięte kosodrzewiną. Szczególnie ciekawy jest jednak wyjątkowo surowy klimat Gór Izerskich. Średnia temperatura roczna wynosi tam 4,5 C, opady przekraczają 1400 mm, a pokrywa śnieżna zalega średnio 110 dni. Liczne płytkie formy wklęsłe (doliny i kotliny) sprzyjają tworzeniu się zastoisk zimnego powietrza. Podczas zimy inwersje te mogą być na tyle częste, że nawet średnia temperatura chłodnej części roku (listopad – kwiecień) w tych obszarach, bywa niższa niż na grzbiecie Karkonoszy, a więc na wysokości ok. 500 m większej. Temperatura minimalna może tu spadać głęboko poniżej 0° nawet w środku lata (np. w lipcu 1996 na Hali Izerskiej na wysokości 2 m nad gruntem zanotowano temperaturę -5,0°C). Góry Izerskie należą do regionów o największej grubości pokrywy śnieżnej i najdłuższym czasie jej zalegania w Polsce. Ciągła pokrywa śnieżna utrzymuje się tu przeciętnie od połowy listopada do końca kwietnia. Dla strefy wysokościowej 800-1000 m wysokość pokrywy śnieżnej (HS) jest zdecydowanie największą w Polsce.
Specyficzne warunki klimatyczne sprawiają, że Góry Izerskie są często wykorzystywane w szkoleniu jednostek wojskowych. Zimowe bytowania w tym rejonie prowadziły już kompanie specjalne WP w latach ’70. Obecnie coraz częstszym widokiem są w Górach Izerskich żołnierze maszerujący na nartach.


Relacja z ćwiczenia opublikowana w Militarnym Magazynie Specjalnym ‘Komandos’ numer 2 (212)/2012. Autor: Marcin Morawski
Cyfrowa stylizacja zdjęć: Bolesław Morawski

SUMMARY

The textis the official article published in edition 2/2012 of “Komandos” Special Military Magazine. It contains the full description of the winter excersise described in a previous article.

Strefa Militarna 2012

Rekonstruktorzy „Osiemnastego Kołobrzeskiego” dotarli do podgostyńskiego folwarku Podrzecze w piątek wieczorem. Do tego okazało się, że kłopoty z dojazdem pozbawiły nas niemal połowy planowanego stanu osobowego. Na miejscu, po zapoznaniu się z przeznaczoną dla nas lokalizacją stwierdziliśmy, że jest ona bardzo dobra – w zasadzie na wprost wejścia na teren zlotu, u zbiegu dwóch głównych tras komunikacyjnych. Niestety, możliwości w stworzeniu dioramy mieliśmy więcej niż skromne. Jako pierwszy stanął przepisowy namiot z czterech płaszczy-namiotów, wyłożony słomą. Następnie zabraliśmy się za kopanie okopu – stanowiska obserwacyjnego. Zapadł zmierzch i większość prac musiała zostać wykonana przy świeczce i to saperkami. Z lekką zazdrością patrzyliśmy na porządne, pełnoprofilowe okopy sąsiadów, wykopane koparką i oszalowane drewnem. W porównaniu z tymi umocnieniami nasz mikro-dołek wyglądał raczej smutno. Było już dobrze po północy, kiedy – po wizycie na klimatycznej imprezie w wietnamskiej bazie Amerykanów – położyliśmy się spać. 


W sobotę wczesnym rankiem przygotowaliśmy naszą dioramę. Rozstawiliśmy wojennej produkcji AST i przygotowaliśmy przy nim stanowisko obserwatora. Do tego urządziliśmy niewielki kącik bytowy, gdzie na stoliku ze skrzynek stał przedwojenny węglowy samowar i różne inne przedmioty. Samowar okazał się zresztą niezwykle przydatnym elementem dioramy, zapewniając nam gorąca herbatę przez cały czas trwania imprezy. Ruch zwiększał się z minuty na minutę, zwiedzających było coraz więcej i prawie wszyscy zatrzymywali się choć na chwilę przy naszym obozie. Spowodowane to było zapewne w głównej mierze korzystnym usytuowaniem, ponieważ trzeba uczciwie przyznać, że większość innych dioram była o wiele bardziej imponująca. Tym niemniej zainteresowanie widzów powodowało konieczność ciągłej „obsługi” zwiedzających. Udało się jedynie wygospodarować krótkie przerwy, kiedy to kolejno zmienialiśmy się, aby odwiedzić dioramy innych uczestników i wysłać listy z niezwykłej poczty polowej. Na obejrzenie inscenizacji już niestety czasu zabrakło. Okazało się także, że nie została przewidziana żadna inscenizacja, w której moglibyśmy wziąć udział – spory potencjał grup odtwarzających I i II Armię Wojska Polskiego nie został niestety wykorzystany. Sobota mijała pracowicie, zainscenizowaliśmy nawet opatrywanie rannego. Wreszcie pod wieczór dwóch z nas wzięło udział w retro turnieju bokserskim. Spodziewaliśmy się – szczerze mówiąc – zabawy i udawania, a okazało się, że poziom sportowy imprezy jest wysoki, zaś zgłoszeni zawodnicy prezentują spore umiejętności bokserskie. Skończyło się zatem tak, jak musiało się skończyć, czyli dwoma nokautami naszych rekonstruktorów… Z bólem poobijanych głów przygotowaliśmy obozowisko na wieczór, a po zapadnięciu ciemności obejrzeliśmy ciekawy spektakl typu światło i dźwięk dotyczący „Bitwy o Anglię”.


Niedzielny poranek był już czasem zwijania dioramy, zasypywania okopu i pakowania sprzętu. Pierwszy udział GRH „Osiemnasty Kołobrzeski” w Strefie Militarnej był udany, przynosząc nowe doświadczenia i pozwalając poznać wielu interesujących ludzi. Na pewno pozwoli także przygotować atrakcyjne dla zwiedzających formuły udziału grupy w przyszłorocznej imprezie. 

Autor: Marcin Morawski

SUMMARY

The text resumes our participation in one of the largest reenactment fairs in Poland – “Strefa Militarna” (Military Zone) in Gostyń. The fairs are no longer organised there.

IX narciarski Bieg Retro – Góry Izerskie 2012

W dniu 10 marca 2012 r. w Orlu, osadzie pięknie położonej w Górach Izerskich, odbył się IX Bieg Retro. Jest to impreza sportowa o charakterze – jakby na to nie patrzeć – rekonstrukcji historycznej, związanej z dawnym narciarstwem i turystyką zimową. Sam bieg odbywa się na dystansie 3,5 km, zaś warunkiem uczestnictwa jest wykorzystanie nart drewnianych, z wiązaniami typu paskowego lub kandaharowego, drewnianych kijków oraz odpowiadających nartom butów. Znacząca część uczestników biegu kompletuje na tę okazję historyczne stroje, z reguły zgodne z zachowanymi wizerunkami narciarzy z okresu do II Wojny Światowej. Wielu z nich robi z taką dbałością o szczegóły, że mogliby z powodzeniem spełnić wymagania najbardziej ortodoksyjnych rekonstrukcji w zakresie ludności cywilnej.

Udział w biegu – niezależnie od jego rozrywkowej i rekreacyjnej formuły – jest bardzo wartościowym doświadczeniem dla wszystkich, którzy chcą wykorzystywać historyczny sprzęt narciarski. Na miejscu można skonsultować się z prawdziwymi znawcami dawnych nart (często właścicielami sporych ich kolekcji), wymienić uwagi dotyczące technik smarowania czy też jazdy. Przede wszystkim zaś można spróbować własnych sił w sportowej rywalizacji na własnoręcznie przygotowanych, kilkudziesięcioletnich nartach.

W tym roku – dzięki środkom Unii Europejskiej – udział w imprezie był całkowicie darmowy. GRH ‘Osiemnasty Kołobrzeski’ wystawiła do biegu trójkę uczestników. Wystawiliśmy także malutkie stoisko promocyjne, które cieszyło się sporym zainteresowaniem. Niestety, trzeba uczciwie wspomnieć i to, że sportowo nie udało się osiągnąć sukcesu, co było spowodowane błędem w smarowaniu popełnionym przez piszącego te słowa. Z drugiej strony jednak jest to kolejne doświadczenie i na tym polega też w sumie urok rekonstrukcji.

Autor: Marcin Morawski

SUMMARY

The text describes the participation of the group members in a retro ski run in Iserengebirge in 2012.

Bitwa Wyrska 2011

21 maja 2011r. nasza grupa po raz pierwszy zaprezentowała się publicznie podczas otwartej imprezy rekonstrukcyjnej „Bitwa Wyrska 2011”. Ponieważ program przewidywał inscenizację bitwy z okresu września 1939r., udział nasz ograniczył się do wystawienia dioramy. Zdecydowaliśmy się pokazać tymczasowe obozowisko leśne drużyny piechoty oraz stanowisko obserwatora naprowadzającego artylerię na cele.

Na ograniczonej przestrzeni stoiska nie było miejsca na rozmach, toteż rozbito namiot z pałatek (za podłogę posłużył płaszcz) i rozłożono na ziemi pałatkę pełniącą funkcję „stołu” – zarówno do posiłków, jak i dla potrzeb dowództwa. Już wkrótce „stół” zapełniły mapy sztabowe i zdobyte na wrogu dokumenty. Znalazła się również menażka i prowiant (słonina, jabłka, cebula i ciemny chleb) oraz coś dla zabicia czasu – gazety z 1945 i zdobyczne domino. Choć do wieczora było jeszcze daleko, nie zabrakło „koptuchy” – lampki naftowej wykonanej z łuski artyleryjskiej.

Żołnierze wyciągnęli z workoplecaków kubki, otworzyli manierki i zaspokoiwszy pragnienie i głód, wzięli się do pracy. Na początek przygotowali i zamaskowali stanowisko obserwacyjne, na którym następnie umieszczono instrument PAB. Służba łączności doprowadziła kabel telefoniczny i podłączyła aparat polowy TAJ-43 celem zapewnienia łączności z dowództwem. Po krótkiej odprawie żołnierze zajęli się powierzonymi zadaniami. W międzyczasie obozowisko odwiedzili sojusznicy z Armii Czerwonej, którym przekazano pozyskane informacje.

Ogółem, grupę „Osiemnasty Kołobrzeski” reprezentowało siedmioro członków, w tym podporucznik piechoty, Sierżant i szeregowy służby łączności, dwóch strzelców, fizylier i kierowca. Chociaż nasze stoisko nie prezentowało się może tak okazale jak stoiska innych grup (o czym w dużej mierze przesądził brak atrakcyjnego sprzętu, zwłaszcza cięższego uzbrojenia), to jednak cieszyło się sporą popularnością wśród zwiedzających. Zwłaszcza najmłodszych bardzo cieszyła możliwość zrobienia sobie zdjęcia w hełmie wz.40 i z „pepeszą” lub na stanowisku obserwacyjnym.

SUMMARY

The text describes in short the first public appearance of our reenactment group in 2011 in Wyry (Upper Silesia).

Zawody Strzeleckie GRH o puchar 1PSP AK 2015

Pięknie położona na stokach górskich nad Tyliczem leśna strzelnica stała się areną zmagań rekonstruktorów – uczestników I Międzynarodowych Zawodów Strzeleckich Grup Rekonstrukcyjnych o Puchar I Pułku Strzelców Podhalańskich Armii Krajowej.
Impreza została zorganizowana przez GRH 1 Pułku Strzelców Podhalańskich AK.
Przewidziano trzy konkurencje: karabin, pistolet maszynowy oraz pistolet.
Rekonstruktorzy mogli wybrać historyczną broń, odpowiadającą odtwarzanym sylwetkom – między innymi były to karabiny Mosin, SWT i Mauser, pistolety maszynowe Thompson czy PPSz, a także pistolety Luger
P08 i TT 30 oraz rewolwer Smith&Wesson.

Strzelanie z karabinu odbyło się z postawy stojąc, na dystansie 100 metrów, na celność i skupienie. Piszący te słowa zdecydował się strzelać z wolnej ręki z karabinu SWT. Broń ta jest bardzo przyjazna strzelcowi, ale pomimo tego nie udało się osiągnąć dobrego wyniku. Większość uczestników strzelała używając drugiej ręki wspartej o słup jako podpórki, i tam wyniki były już zdecydowanie lepsze.

Konkurencję pistolet maszynowy rozegrano także z postawy stojąc, na dystansie 50 metrów, ogniem pojedynczym, na celność i skupienie.
Natomiast z broni krótkiej zawodnicy strzelali na dystansie 25 metrów.

Niezależnie od punktowanych strzelań wszyscy mieli możliwość
rekreacyjnego strzelania z wszystkich dostępnych modeli broni, z czego wielu z nich skwapliwie skorzystało. Przez cały czas zawodów działał wspaniale zaopatrzony bufet, oferujący gorące i zimne napoje oraz wielki wybór pieczonych na grillu mięs. Przy grillu rekonstruktorzy integrowali się, wymieniali doświadczenia i umawiali się na wspólne przedsięwzięci w przyszłości.

Ogłoszenie wyników okazało się dla naszej grupy miłym
zaskoczeniem. Osiągnięte wyniki pozwoliły na zajęcie punktowanych miejsc we wszystkich kategoriach. I tak były to: piąte i trzecie miejsce w kategorii karabinu, piąte i trzecie miejsce w kategorii pistoletu maszynowego oraz piąte miejsce w kategorii pistoletu (a właściwie rewolweru).

Część nieoficjalno-gastronomiczna rozkręcała się w najlepsze, lecz my niestety musieliśmy pożegnać organizatorów i wyruszyć w bardzo długą drogę powrotną. Można szczerze przyznać, że zawody zostały zorganizowane na najwyższym poziomie i bardzo chętnie weźmiemy udział w ich kolejnej edycji.

Zdjęcia dzięki uprzejmości SRH 1 Pułku Strzelców Podhalańskich AK

Autor: Marcin Morawski

SUMMARY

The text relates a reenactors shooting competition that was organised in Tylich shooting range by the 1st Highland Rifle Regiment of the Home Army reenactment group in 2015.

Polskie Ordery i Odznaczenia, t.2: 1946-1992 recenzja

Tekst pierwotnie publikowany na portalu http://www.dobroni.pl w 2014r.

Gdy trzy miesiące wcześniej pisałem recenzję Pierwszego tomu monumentalnej pracy Wojciecha Steli, na koniec zaznaczyłem, że gdy sytuacja finansowa pozwoli, zakupię tom 2, obejmujący lata 1946-1992. Tak się złożyło, że w zeszłym miesiącu miałem akurat wolne fundusze, toteż postanowiłem zainwestować w rzetelne opracowania zamiast rozwoju kolekcji. W związku z tym udałem się na stronę znanego wszystkim portalu aukcyjnego, gdzie zakupiłem egzemplarz bezpośrednio u autora.

Na zdjęciach książka sprawiała wrażenie wydanej w większym formacie, jednak mając już w rękach tom pierwszy wiedziałem już, że zdjęcia potrafią być mylące. Książka ma taki sam format jak pierwsza część, jest natomiast o wiele obszerniejsza – ma aż 639 stron. Czyni to traktowanie tego tomu jako źródła podręcznego nieco problematycznym, ale nie niemożliwym. Trudno też byłoby to rozwiązać inaczej przy ilości zamieszczonych dużych zdjęć.

W porównaniu do tomu pierwszego, okładka wypada blado – przód ma nawiązywać do PRL-owskich plakatów na murach, w przeciwieństwie jednak do większości z nich nie przyciąga wzroku. Trudno mi również zrozumieć, czemu z tyłu znalazł się fragment radzieckiego plakatu przedstawiający czerwonoarmistów w latach 30.

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy po otwarciu książki jest… errata. Znacznie dłuższa niż w tomie pierwszym. Nie należy tego jednak uznawać za zły znak – w książce jest znacznie mniej literówek niż w tomie pierwszym (gdzie błąd był nawet na okładce w rosyjskim tytule), a rozmiary erraty wynikają z objętości książki.

Podobnie jak w części pierwszej – tekstu jest prawie wyłącznie tyle ile potrzeba. Wszystko pisane jest skrótowo, co nie oznacza, że niewiele z niego wynika – wprost przeciwnie, autor w kilku miejscach przedstawia wnioski, które obalają krążące wśród kolekcjonerów mity. Oczywiście największym atutem książki są ilustracje – dokładne zdjęcia odznaczeń i zeskanowane w dobrej rozdzielczości dokumenty są właśnie tym, czego szukają kolekcjonerzy próbujący ocenić autentyczność odznaczenia lub jego odmianę. Na szczególną uwagę zasługuję część poświęcona odznaczeniom produkowanym w prywatnych zakładach grawerskich. Autor poświęcił również kilka słów produkcji mennicy państwowej na rzecz innych państw, ujął w książce również odznaczenia organizacyjne i resortowe (oczywiście nie wszystkie – na to zabrakłoby w książce miejsca).

Nie chcę pozbawiać czytelników przyjemności lektury, toteż nie zdradzę tu ciekawostek, które można znaleźć w książce – dość powiedzieć, że jest ich naprawdę sporo.

Jeśli miałbym wykazać wady, to oprócz oczywiście wskazanych w recenzji pierwszego tomu (jak choćby brak informacji o osobach przedstawionych na zdjęciach czy obecność reklam), właściwie przyczepić się można jedynie do niektórych stwierdzeń zawartych w tekście – jak choćby informacja, że byli żołnierze AK nie byli przyjmowani do ZBoWiD (czemu przeczą choćby przedstawione przez autora wnioski weryfikacyjne), czy przedstawianie faktu odznaczania żołnierzy 1 i 2 AWP medalami radzieckimi jako dowodu na to, że formacje te były de facto częścią Armii Czerwonej (o ile zapewne dałoby się przedstawić argumenty na poparcie tej tezy, to jednak przyjmując ten tok rozumowania, należałoby uznać żołnierzy PSZ za część brytyjskiej armii – wszak oni również otrzymywali brytyjskie odznaczenia).

Również tom drugi zasługuje na najwyższą ocenę – opracowanie Wojciecha Steli jest, i zapewne jeszcze długo pozostanie, najlepszym źródłem wiedzy dla kolekcjonerów polskich odznaczeń tego okresu. Nikt poważnie myślący o kolekcjonowaniu odznaczeń okresu powojennego nie obejdzie się bez tej pozycji w bibliotece podręcznej.

Autor: Kamil Szustak

Pommernstellung 2019

Siedzę sobie wygodnie w ciepłym autokarze i spoglądam na ciemny świat za oknem. Gra muzyka, obok Iwan już pochrapuje, mi też powoli zamykają się oczy. Niestety, autobus parkuje na wielkim opustoszałym parkingu pod lasem i trzeba się zbierać. Prawdziwy wygwizdów, po brukowanym placu hula zimny wiatr, szczelniej owijam szyję szalikiem i podnoszę kołnierz płaszcza. Organizacja i ustawianie kolumny marszowej trwają i trwają, zastanawiam się, czy aby nie opuścić nausznika rogatywki. Dobrze, że chociaż nikt nie widzi i można ukradkiem schować dłonie do kieszeni.

Wreszcie długa kolumna rusza w noc. Jakoś tak samorzutnie decyduję, że nasza piątka będzie szła w ariergardzie, pilnując tego interesu z tyłu. Wchodzimy w las, wiatr cichnie i robi się nawet całkiem ciepło – niestety leśny dukt jest mocno oblodzony. Wielkie połacie lodu sprawiają spory kłopot, co chwila ktoś z przodu przewraca się, błogosławiąc warunki drogowe ciepłymi słowami. Tempo nie jest w związku z tym zbyt szybkie i można nacieszyć się nocną wędrówką.

Mijają kolejne kwadranse, trakt jest prosty jak strzelił i nic się nie dzieje. Z nudów liczę kolejne odchodzące na boki przecinki, później zaczynam liczyć parokroki. Wreszcie spotykamy grupę niemiecką, jej dowódca deklaruje, że od tej pory to oni będą szli na końcu. No i fajnie, można trochę przyspieszyć. Idziemy i idziemy, płyną kwadranse i godziny, wyprzedzamy grupy i pojedynczych żołnierzy… Po drodze są dwa postoje, na których wychodzimy mocno przed odpoczywającą kolumnę i zalegamy w przydrożnym rowie. Wreszcie docieramy do pierwszych zabudowań wioski, przez którą prowadzi ulica oświetlona latarniami. Nie obchodzimy jej, tylko wbijamy prosto przez środek. W pewnym momencie łapiemy się na tym, że parami przebiegamy mocniej oświetlone odcinki, przeskakując od cienia do cienia. Wreszcie wieś się kończy i zaczyna asfaltowa szosa. Podkute buty nieprzyjemnie zgrzytają, robiąc hałas na pół pommernstellungu, ale za to jest z górki i można troszkę podgonić. Chłopaki zgadzają się ze mną – nie ma na co czekać, każda zmitrężona w drodze minuta, to minuta mniej spania.

Wreszcie docieramy do budynku szkoły w Dębołęce. Ładujemy się do pierwszej z brzegu klasy i zajmujemy miejsce pod ścianą. Jest trochę po trzeciej nad ranem – rzucam na podłogę płaszcz i kładę się na nim, podsuwając pod głowę mieszok. Trzeba zasnąć jak najszybciej, póki twarde deski nie zaczną uwierać – osłaniam twarz czapką i zamykam oczy.

Budzę się po godzinie, wstrząsany dreszczami. Mokra od potu koszula zrobiła się lodowata a płaszcz to nie śpiwór – albo leżę na nim albo się nim przykrywam. Trzeba coś zrobić, albo od razu wstać i czekać świtu. Trzęsącymi się rękami rozwiązuję mieszok, wyciągam wełniany trofiejny pulower i złożony płaszcz-namiot. Naciągam sweterek, kładę się na pałatce i tak ciasno zwijam w kłębek, że cały mieszczę się pod płaszczem. Niemal natychmiast zasypiam. Około szóstej rano otwieram oczy i ze zdziwieniem stwierdzam, że jest wcale ciepło. Chłopaki nie tylko się zbudzili, ale nawet zdążyli pozwiedzać – Mały znalazł kuchnię i stołówkę. Zbieramy się raz-dwa i zasiadamy do śniadania. Humory znakomite, apetyt dopisuje. Zajadamy nasz specjalnie zamówiony rekonstrukcyjny chleb oszczędnościowy, obficie obkładając go małpą z żelaznej porcji. Właśnie popijamy śniadanie herbatą, kiedy Arnold przekazuje nam zadanie – mamy jechać z kuchnią polową i przygotować ją do wydawania śniadania na leśnym stanowisku w okolicy Dobrzycy.

Fucha jak złoto! Zapinamy kuchnię na Gaza, nabieramy wody i ładujemy się na willysa. Jak wiadomo, siedzących z tyłu nie osłania szyba i pod koniec krótkiej drogi jesteśmy dokumentnie przewiani. Ale nic to, po chwili ogień trzaska już pod kotłami, a po kilku chwilach dalszych – częstujemy się gorącą zbożówką.

W ciągu kolejnych kilku godzin dociera całość stanu, gorące zupy i kawa poprawiają morale. Wkrótce zostaje wydana broń i amunicja – nauczeni zeszłorocznym doświadczeniem zamówiliśmy tyle, żeby na pewno nie zabrakło. Kilkukrotnie sprawdzamy działanie mechanizmów, ładujemy magazynki, pozostawiając puste komory. Nie zdecydowaliśmy się przestrzelać naszych Mosinów, co zemści się już niedługo.

Wreszcie zaczynają się działania. Nasza drużyna rusza w szpicy, spodziewamy się kontaktu z przeciwnikiem przy każdym potencjalnie niebezpiecznym miejscu. W pewnym momencie wychodzimy szerokim łukiem, docierając na skraj jeziora, po czym odbijamy na północ. Po chwili okazuje się, że siły główne ścięły ten zakręt, wyszły przed nas i tam spostrzegły przeciwnika. Dowódca wysyła mnie i Bygila na rozpoznanie, przemykamy po grzbiecie połogiego pagórka. Jest nieciekawie, praktycznie brak podszycia, proste jak zapałki sosny sterczą z gładkiego mchu. Do tego niskie, zachodzące słońce podświetla nasze sylwetki. Trochę pełzamy na czworaka, trochę czołgamy się i wreszcie zauważamy charakterystyczne niemieckie hełmy. Niemcy wycofują się i nie za bardzo wiadomo, co robić – ścigać ich we dwóch? Wrócić do sił głównych? Na szczęście szybko pojawia się kilku żołnierzy wzmocnienia. Ścigamy przeciwnika i wreszcie dochodzimy go – spora grupa zaległa na podłużnym wale biegnącym równolegle do drogi. Zasadzka? Kolumna maszerująca drogą bez ubezpieczeń bocznych nie miałaby szans. Na szczęście my wchodzimy w linie niemieckie po skosie. Gdzieś z lewej padają pierwsze strzały, na niemieckiej linii zaczyna się nieco nerwowy ruch. Nie ma na co czekać, przecież na bagnety nie pójdziemy – spokojnie celuję w garnkowaty hełm i delikatnie ściągam spust. Zamek Mosina rzyga mi prosto w prawe oko ciepłym smarem. Szlag, trzeba było przestrzelać! Lewym okiem widzę, że Mały także przeciera oczy dłonią. Dobra, nie ma co się użalać – kolejna postać w szarej dwustronnej kurtce truchta gdzieś pochylona. Zgrać przyrządy, wyprzedzenie, wystrzał. Akurat jak raz „szarak” zanurkował do rowu. Przeciwnik cofa się na całego, wskakujemy mu na plecy i dusimy w ciągłym kontakcie. Ładuję magazynek z łódki i kiedy kończę muszą nieźle wyciągać nogi, żeby dogonić tyralierę. Wreszcie pada komenda do zatrzymania, niedobitki „Niemców” znikają w gęstym młodniku.

Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej. Kolumna dostaje silny ostrzał z lewej, grupa przeciwnika skryła się w bocznej przecince. Ruszamy szybkim truchtem, starając się ich oskrzydlić. Niestety, kiedy wychodzimy na tyły przeciwnika, okazuje się, że potyczka została już w zasadzie zakończona frontalnym atakiem sił głównych.

Przed kolejnym spotkaniem z przeciwnikiem postanawiam wyjść od razu na skrzydło, działając jako ubezpieczenie boczne. Maszerujemy forsownie, ale uważnie, obchodząc młodniki i uprawy, przebiegając polanki i przeskakując przecinki. Wreszcie idący na szpicy Bygil zatrzymuje drużynę i wskazuje cel. Są! Przyjemny widok, wszystkie hełmy zwrócone do nas tyłem, nikt się na razie nie obejrzał. Rozwijamy się po cichu w tyralierę. Teraz najważniejsze to wskazać siłom głównym lokalizację przeciwnika. Zaczynamy ostrożne natarcie skokami, w parach, pod osłoną ognia. Z lewej słychać wystrzały i komendy – to siły główne włączyły się do walki. Nad niemieckimi pozycjami pojawia się dym – myślimy, że „Niemcy” osłaniają w ten sposób swój odwrót (później okaże się, że to tło dla fotografa) i ruszamy biegiem naprzód. Gdy docieramy do drogi, wszystko jest już pozamiatane – siły główne poradziły sobie bez nas. To już koniec działań – szarówka zmierzchu nieubłaganie zmienia się w ciemność nocy. Zdajemy broń i ruszamy do miejsca zakwaterowania – to jeszcze ładnych parę kilometrów. Teraz i szyk i krok jest swobodny, można porozmawiać, pożartować i się pośmiać. Po niemal dwóch godzinach docieramy do szkoły w Nadarzycach. Tak kończy się część „taktyczna”.

W części oficjalnej na cmentarzu wojennym nie możemy niestety wziąć udziału. Wczesnym rankiem wyruszamy w drogę powrotną, aby chłopaki z Rybnika mieli szansę złapać we Wrocławiu jakiś pociąg o sensownej godzinie.

Projekt „Przełamanie Pommernstellung” jest od lat jednym z najciekawszych przedsięwzięć rekonstrukcyjnych w Polsce. Dzięki wprowadzeniu elementów gry wojennej stał się prawdziwym ewenementem i – mam nadzieję – drogowskazem wyznaczającym nowe standardy rekonstrukcji. Nie możemy się doczekać przyszłorocznej edycji. Mam nadzieję, że będzie jeszcze więcej, jeszcze trudniej i jeszcze ciekawiej!

Zdjęcia: Sebastian Jan Świętek, Dariusz Zagrodzki

Autor: Marcin Morawski