Czerwonoarmiści w Wojsku Polskim i Polacy w Armii Czerwonej. Część IV: kpt. Leon Oborski

Odtwarzanie losów żołnierzy służb tyłowych jest często dużo trudniejsze niż w przypadku żołnierzy  z pierwszej linii. Wiadomo – ludzie chętniej czytają o żołnierzu, który sam jeden odparł nieprzyjacielski atak niż chirurgu, który w czasie ofensywy operował przez dwie doby bez przerwy. A jeśli już nawet w literaturze przedmiotu powstanie książka, której autor chętny będzie do poświęcenia „tyłowikom” odrobiny miejsca, to akurat z żadnym nie uda mu się skontaktować. Taki przypadek to właśnie monografia 1 Brygady Artylerii Armat. Jednak chociaż autor, Leonard Skibiński ubolewa nad tym, że nie udało mu się dowiedzieć zbyt wiele na temat służb tyłowych brygady, jego książka pozwala nieco uzupełnić skąpe informacje, jakie udało mi się uzyskać na temat kapitana Leona Oborskiego.

Leon lub Leonid, Julianowicz lub Ulianowicz… Ze względu na rozbieżność w zapisie w różnych źródłach, trudno powiedzieć który zapis imienia i patronimika należy uznać za poprawny. Ponieważ jednak w rubryce „narodowość” w dokumentach widnieje „Polak”, będę trzymał się wersji polskiej – Leon Oborski, syn Juliana. Jak wynika z odnalezionego w CA MO RF arkusza ewidencyjnego, urodził się 11. Czerwca 1917r. we wsi Rudnia-Gorodiszcze (niepoprawnie opisana jako Rudnia-Gorodiszczenskaja) w Obwodzie Żytomierskim, w polskiej rodzinie chłopskiej. Arkusz podaje także, że oficer ten nie władał żadnym językiem obcym, co wydaje się informacją nieścisłą – chociaż nie wiadomo, który język uważał za ojczysty, służba na dość wysokim stanowisku w Wojsku Polskim wymagała choćby komunikatywnej znajomości języka polskiego, nawet jeśli nie wyniósł jej z domu. Natomiast uzyskanie stopnia oficerskiego w Armii Czerwonej wymagała znajomości rosyjskiego. Możemy zatem założyć, ze w jakimś stopniu znał on oba te języki, możliwe także, ze władał ukraińskim. W sumie jednak, z punktu widzenia rajwojenkoma, który wypełniał arkusz, żaden z tych języków nie kwalifikował się jako „obcy”, a takowego wymagała rubryka.

W 1937r. ukończył Technikum Hydromelioracyjne (niestety, nazwy miasta nie udało mi się rozszyfrować), co w owym czasie oznaczało całkiem solidne wykształcenie techniczne. Prawdopodobnie na początku 1938r. został powołany do wojska i w październiku został słuchaczem Szkoły Pułkowej przy pułku artylerii w mieście Ługa, następnie przekształconej w pułkową szkołę AKKUKS (Artyleryjskie Orderu Czerwonego Sztandaru Kursy Doskonalenia Kadry Dowódczej), którą ukończył w listopadzie roku następnego. Według zachowanego dyplomu, ukończył kurs dowódców oddziałów ogniowych z oceną wzorową i otrzymał „stopień” dowódcy drużyny RKKA*.

Podczas nauki w szkole uzyskał odznakę sportową „Gotów do pracy i obrony” I klasy. Odznakę nr 85417 otrzymał w lutym 1940r.

Przez kolejne 3 miesiące pozostawał w szkole jako zastępca dowódcy plutonu. Prawdopodobnie miał wówczas stopień młodszego technika wojskowego (mł. wojentechnik, odpowiednik młodszego lejtnanta w korpusach technicznych)**. W lutym zwolniony został do rezerwy, a kolejnych 5 miesięcy prawdopodobnie pracował poza wojskiem. W lipcu 1941r. został ponownie powołany do wojska – jeżeli przebywał wówczas w rejonie Żytomierza – do armii wrócił w ostatniej chwili, gdyż 9 lipca miasto zostało zajęte przez Niemców. Pierwszy przydział dostał na stanowisko szefa w 4. oddziale zabezpieczenia technicznego w 21. mobilnym warsztacie na Froncie Leningradzkim, zaś w lutym 1942 został naczelnikiem 2. oddziału zabezpieczenia technicznego. W tym też roku został członkiem partii. Według arkusza ewidencyjnego w grudniu 1942r. otrzymał medal „Za obronę Leningradu”, jednak dyplom medalu podaje datę wręczenia 18. Czerwca 1943r., prawdopodobnie zatem data grudniowa to data rozkazu, a medal potrzebował jeszcze pół roku, by oficera dogonić. 8. Marca 1943r. Leon Oborski otrzymał awans na technik-lejtnanta.

Nie wiadomo czy sam wystąpił o przeniesienie, czy też został oddelegowany, wiadomo jednak, że już w sierpniu 1943r. objął stanowisko dowódcy plutonu dowozu amunicji w 1 Brygadzie Artylerii Armat. Stanowisko piastował w początkowym okresie funkcjonowania brygady, w tym podczas bojowego chrztu jednostki na Smoleńszczyźnie w lutym 1944r. Jego udział w tych walkach doceniło dowództwo brygady – otrzymał pochwałę w rozkazie dowódcy 1BAA nr 164 z 23. lutego 1944r., prawdopodobnie za sprawne zorganizowanie dowozu amunicji.

Choć w arkuszu ewidencyjnym nie ma o tym wzmianki, z monografii brygady (w oparciu o zachowany rozkaz) dowiadujemy się, że 3 września Leon Oborski otrzymał awans na porucznika. W arkuszu brak także informacji o objęciu przez Oborskiego stanowiska szefa kancelarii parku artyleryjskiego brygady. Ponieważ jednak w obsadzie personalnej brygady, odtworzonej przez Skibińskiego znajdujemy informację, że piastował tę funkcję pozostając w stopniu porucznika, możemy założyć, że stanowisko to objął w sierpniu 1944r., taka bowiem data widnieje w arkuszu jako data objęcia dowództwa parku artyleryjskiego brygady. Data objęcia tego stanowiska pozostaje niestety nieznana – według Skibińskiego dowódcą parku był już w stopniu kapitana, który to stopień otrzymał 1 maja 1945r., niewykluczone jednak, że stanowisko objął wcześniej – sugeruje to zapis w arkuszu ewidencyjnym, który, choć błędny wskazuje na piastowanie tego stanowiska przez dłuższy czas.

Obsada stanowisk 1BAA – Leonid Oborski wymieniony na 3 różnych stanowiskach z różnym stopniem wojskowym, co pozwala dość dokładnie odtworzyć chronologię jego awansów w brygadzie.

Wydaje sie prawdopodobnym, że awans na porucznika wiązał się z zasługami podczas walk brygady nad Bugiem w lipcu 1944r. – jak wszyscy czynni wówczas żołnierze brygady otrzymał za ten epizod symboliczne podziękowanie i dyplom.

Porucznik Oborski przeszedł cały szlak bojowy brygady, dokładając swoją cegiełkę do sukcesów polskich artylerzystów w walkach o Warszawę, na Pomorzu, przy forsowaniu Odry i w Niemczech. Na mocy rozkazu z 10. Marca 1945r. odznaczony został srebrnym medalem „Zasłużonym na Polu Chwały”, jednak medal wręczono, jak wynika z zachowanego zaświadczenia tymczasowego, dopiero w listopadzie.

16. maja 1945r. zastępca dowódcy brygady złożył wniosek o odznaczenie kapitana Oborskiego Orderem Czerwonej gwiazdy za wykazane w czasie działań wojennych zdolności organizacyjne:

„Kapitan Oborski w czasie działań bojowych dał się poznać, jako posiadacz zdolności organizacyjnych w pracy.

Mając niedostateczną ilość samochodów, zdołał dzięki dobrej organizacji, zapewnić jednostkom bojowym odpowiednią ilość amunicji jednocześnie zdawał zużyte łuski i skrzynki do magazynu Armii.

Zawsze pracował z oddaniem, nie zważając na porę dnia i nocy prowadząc transport samochodów do miejsca przeznaczenia.”

Order został nadany rozkazem z 30 czerwca, jednak ani order, ani dokumenty od niego nie zachowały się.

We wrześniu 1945r. 1 BAA została rozformowana, a kapitan Oborski wraz z większością dowództwa trafił do 85 pułku artylerii ciężkiej, gdzie objął stanowisko naczelnika służb technicznych.

W marcu 1946r. (choć bardziej prawdopodobne, ze chodzi o luty, gdyż wtedy rozformowano 85pac) ponownie zmienił przydział – według radzieckiego arkusza ewidencyjnego trafił do 280 samodzielnego pułku artylerii ciężkiej. Ponieważ jednak takiej jednostki w Wojsku Polskim nie było, możemy założyć, że chodzi o 28 Warszawski Dywizjon Artylerii Ciężkiej, który sformowano na bazie 85pac. Świadczy o tym także zachowany imienny egzemplarz rozkazu Naczelnego Dowódcy Wojska Polskiego nr 54 z 23.2.1946r.***, zaopatrzony pieczątką tej właśnie jednostki.

W nowej jednostce objął stanowisko zastępcy dowódcy do spraw technicznych. Wszystko wskazuje, że to podczas służby w tej jednostce odznaczony został Srebrnym Krzyżem Zasługi – choć nie zachował się dokument nadania, a w arkuszu ewidencyjnym brak daty rozkazu, sam krzyż niewątpliwie jest wersją produkowaną przez firmę „Caritas” od 1946r.  Również na odwrocie imiennego egzemplarza rozkazu nr 54 ND WP widnieją dwie adnotacje – pierwsza, że do 2.12.1946r. nie otrzymał srebrnego krzyża zasługi, druga zaś informuje o wręczeniu krzyża 6.12.1946r.

Nowe stanowisko pełnił do końca lutego 1947r., to jest do zakończenia służby w Wojsku Polskim – Nie wiadomo, czy szeregi WP opuścił na własną prośbę, czy też w wyniku ówczesnego dążenia do odsyłania oficerów radzieckich do ZSRR. Prawdopodobnie Polskę opuścił w marcu 1947r., gdyż dyplom podziękowania za służbę w WP wydano mu 7 marca.

Do czerwca 1947r. kapitan Oborski pozostawał w rezerwie Wydziału Kadr służby samochodowej Dowództwa Służb Technicznych Sił Zbrojnych. Rozkazem Naczelnika Tyłów Sił Zbrojnych nr 0273 z 3. Marca 1947r. został przeniesiony do rezerwy I kategorii.

Po zakończeniu służby zamieszkał w Kijowie i objął funkcję naczelnika drużyny geodezyjnej w  przedsiębiorstwie UKRWODPROEK.

O dalszych losach kapitana Oborskiego wiadomo niewiele – w maju 1971r. został odznaczony Orderem „Znak Honoru” za zasługi związane z wypełnianiem planu pięcioletniego. Nie udało się dotrzeć do informacji o odznaczeniu Orderem Wojny Ojczyźnianej w 1985r., co może świadczyć, że Leon Oborski zmarł przed tą datą, choć przyczyny mogą być także inne.

Lista odznaczeń (wyłącznie wymienionych w dokumentach, podane daty są datami wręczenia, chyba, że zaznaczono inaczej):

Polskie:

– Srebrny Krzyż Zasługi – 06.12.1946r.

– Srebrny medal „Zasłużonym na Polu chwały” – 28.11.1945r.

– Medal „Za Warszawę” – 14.04.1946r.

– Medal „Za Odrę, Nysę, Bałtyk” – 14.04.1946r.

– Medal Zwycięstwa i Wolnosci -05.12.1946r.

Radzieckie:

– Order Znak Honoru – 17.05.1971r.

– Order Czerwonej Gwiazdy – 30.06.1945r. (data rozkazu)

– Medal „Za obronę Leningradu” – 18.07.1943r.

– Medal „Za zdobycie Berlina”

– Medal „Za wyzwolenie Warszawy”

– Medal „Za zwycięstwo nad Niemcami w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej 1941-1945”

– Odznaka „Gotów do pracy i obrony” I kl. – 21.02.1940r.

Autor: Kamil Szustak

Bibliografia:

Leonard Skibiński, 1 Brygada Artylerii Armat 1943-1945, Warszawa, 1984.

*W tym czasie „funkcje” w Armii Czerwonej w istocie były już stopniami wojskowymi, jednak dopiero w maju 1940r. w Armii Czerwonej przywrócono „tradycyjne” stopnie i termin „oficer”. Stopień Dowódcy drużyny w istocie przełożono wówczas na sierżanta/młodszego sierżanta, ponieważ jednak ukończenie AKKUKS traktowano jak ukończenie przyspieszonych kursów oficerskich, prawdopodobnie od razu po reformie majowej stopień zweryfikowano Oborskiemu adekwatnie jako mł. wojentechnik, co tłumaczy brak daty nadania stopnia w arkuszu ewidencyjnym – formalnie rzecz biorąc, stopień ten nigdy nie został Oborskiemu nadany.

**Patrz poprzedni przypis.

***Sam rozkaz, który z okazji święta Armii Czerwonej odznaczał wszystkich oficerów przybyłych z Armii Czerwonej Krzyżem Zasługi (prawdopodobnie klasę dobierano odpowiednio do stopnia, zgodnie z przedwojennymi wytycznymi) ma dość ciekawą treść i cel. Wyjaśnia on dość dokładnie sytuację, która doprowadziła do zasilenia Wojska Polskiego kadrami z Armii Czerwonej (w tym fakt, że „11 000 oficerów polskich wymordowali Niemcy w Katyniu [!], a dziesiątki tysięcy trzymali w obozach jenieckich” – dobrze pokazuje to, jak ówczesna propaganda podchodziła do sprawy zbrodni katyńskiej) i wyraża wdzięczność. Dokładniejsza lektura pozwala jednak odczytać go jako „Doceniamy Was, ale teraz Państwu już dziękujemy” – był to bowiem wstęp do stopniowego zastępowania oficerów radzieckich świeżymi absolwentami szkół oficerskich i oficerami przedwojennymi. Jak na ironię, kilka lat później przeprowadzona zostanie operacja odwrotna – oficerowie przedwojenni będą z wojska usuwani, a ze wschodu napłynie nowa fala oficerów radzieckich, co autor rozkazu oglądać będzie zza więziennych krat.

Ósmy piknik militarny w Wodzisławiu Śląskim

Kierowca jechał dość szybko i okoliczne pola ustąpiły wkrótce miejsca pierwszym zabudowaniom miasteczka. W przeciwieństwie do większości miejscowości, które mieli okazję zobaczyć w Polsce, to wyglądało na niemal nietknięte przez działania wojenne. Major Mikitczuk pamiętał z raportów, że akurat w tej okolicy obyło się bez większych walk. Tym trudniej było mu zrozumieć, dlaczego akurat po wyzwoleniu uaktywniła się tutaj lokalna partyzantka. Co innego na jego rodzinnej Ukrainie – tam spora część podziemia postrzegała Niemców – nierzadko z wzajemnością – jako partnerów do walki z władzą radziecką. Tutaj jednak nic nie wskazywało na jakąś szeroką współpracę podziemia z okupantem. Z drugiej strony, chociaż meldunki ostrzegały, że w okolicy czają się hordy antyradzieckich partyzantów, to ich działalność była praktycznie niezauważalna. Zresztą – gdzie mieliby się kryć, skoro tu wokoło tylko pola i pastwiska? Niby gdzieś rozrzucili ulotki, gdzieś tam obili chłopów za wypas na „pańskiej” ziemi, czy napadli jakąś grupę propagandową, ale obecna sprawa nie pasowała…

Kuda tiepier’? – pytanie kierowcy, choć nie do niego adresowane, wybiło go na chwilę z zamyślenia. Samochód stanął przed skrzyżowaniem a sierżant Iwanow dał sygnał do zatrzymania kierowcy dodgea z obstawą i pochylił się nad mapą. Mikitczuk rozejrzał się. Miasto wyglądało spokojnie, nic w zachowaniu miejscowych nie wskazywało na to, że kilka dni temu działo się tu coś niezwykłego. Może po prostu po latach okupacji widok strzelaniny w środku miasta nie robił już na nich żadnego wrażenia.

– Pojechali! Krzyknął w końcu Iwanow, a Mikitczuk wrócił do przerwanych rozmyślań. Ciekawe, czy miejscowe podziemie rzeczywiście posłało by dwóch partyzantów, dobrze zakonspirowanych jako żołnierze Wojska Polskiego do antyradzieckiej akcji zbrojnej, w dodatku zrobionej tak głupio, że ci niemal od razu dali się złapać? Czy też może znowu ktoś narobił bałaganu i teraz trzeba tu sprzątać? Jeśli to znowu jakiś bałwan z miejscowej komendantury się schlał i narozrabiał, to jak tylko załatwi sprawę tych Polaków, załatwi temu idiocie wakacje na dalekiej północy.

– Kuda idiosz, durak?!

Okrzyk Iwanowa znów przywrócił go do rzeczywistości. Wjechali na jakieś targowisko i właśnie jakiś kaleki żebrak kuśtykał im prosto pod maskę. Samochód zwolnił, a potem zatrzymał się przed kaleką.

– Uchodi z dorogi, sirota kazanskaja! – dołączył się do okrzyków Mikitczuk. Dopiero kiedy żebrak odrzucił kulę, do majora zaczęło docierać, że coś jest nie tak…

Jak co roku, 3 maja w Wodzisławiu Śląskim odbył się piknik historyczno-militarny. Rok-rocznie GRH „Osiemnasty Kołobrzeski” bierze udział w tym wydarzeniu wystawiając dioramy i uczestnicząc w inscenizacjach. W tym roku jednak przypadło nam zadanie szczególne – zorganizowania od początku do końca drugiej inscenizacji.

Ponieważ pierwsza inscenizacja pokazywać miała wydarzenia z września 1939r, my zdecydowaliśmy się inscenizację bez udziału strony niemieckiej. O takim wyborze decydował też spodziewany brak ciężkiego sprzętu i pirotechniki. Ograniczenia narzucał także teren inscenizacji – środek rynku miejskiego. Nasz wybór padł zatem na sceny z rzeczywistości powojennej, co pozwoliło nam wystąpić w nietypowych dla nas rolach – partyzantów i pracowników radzieckiego aparatu bezpieczeństwa a także maruderów z szeregów Armii Czerwonej. Mając takie założenia postanowiliśmy postawić na dopracowany scenariusz, który wymaga raczej zaangażowania uczestników niż dużych ilości broni i amunicji.

Inscenizacja została luźno oparta na wydarzeniach, które miały miejsce w Lesznie w maju 1947r., gdzie w obronie Polki sprzedanej czerwonoarmistom przez męża za wódkę stanęli polscy kolejarze i  funkcjonariusz MO, ostatecznie wsparci przez żołnierzy WP. W toku potyczki zbrojnej polscy żołnierze pod dowództwem ppor. Jerzego Przerwy zastrzelili szeregowca i dwóch oficerów Armii Czerwonej oraz ranili pięciu czerwonoarmistów. Co jednak zakończyło się dla nich sądem wojskowym i drakońskimi karami – w trzech przypadkach także wyrokami śmierci. Ze względu na pewne ograniczenia, zdecydowaliśmy się naszą historię osadzić w lecie roku 1945. W centrum wodzisławskiego rynku, z pomocą Wodzisławskiego Teatru Ulicy powstał powojenny szaberplac, który zapełnił się miejscową ludnością.

Na targu toczy się normalne życie – ludzie handlują, wymieniają się wieściami… Wśród cywilów przechadza się też dwóch żołnierzy WP – frontowców cieszących się z pierwszej od bardzo dawna przepustki. Porządku pilnuje milicjant. W pewnym momencie na teren targowiska wkracza trzech radzieckich maruderów – najwyraźniej podpici, szukają zwady, towary ze straganów traktują jak swoje. Zastraszeni ludzie nie reagują.

Próba interwencji ze strony milicjanta kończy się niepowodzeniem – jeden przeciwko trzem nie ma szansy by ich powstrzymać. Dopiero, gdy czerwonoarmiści zaczynają „dobierać się” do jednej z kobiet, interweniują żołnierze Wojska Polskiego.

Dochodzi do potyczki, w wyniku której śmierć ponosi jeden z maruderów. Jego koledzy odciągają go i wygrażając Polakom wycofują się. Żołnierze wahają się pomiędzy pozostaniem na miejscu, powrotem do jednostki i doradzaną przez milicjanta ucieczką. Zanim jednak podejmą jakąkolwiek decyzję zostają zatrzymani przez oddział radziecki, który przybył by aresztować „bandytów, którzy napadli radzieckich żołnierzy na przepustce”.

Druga część inscenizacji przenosi akcję kilka dni do przodu – Z incydentu zrobiła się wielka afera – aresztowanych żołnierzy oskarżono o to, że jako agenci reakcji podstępnie zinfiltrowali Wojsko Polskie by prowadzić działalność antyradziecką – choć zaczęło się to jako małe oszustwo w raportach, sprawa zaszła już na tyle daleko, że dla zbadania przypadku „działalności antyradzieckiej” do miasta przyjeżdżają śledczy z NKGB z obstawą złożoną z zebranych na szybko żołnierzy Wojsk Pogranicznych.

Oczywiście takiej okazji nie może przepuścić miejscowe podziemie. Na targowisku przed willysa ze śledczymi wychodzi „kaleki weteran”. Nie zważając na okrzyki złości pracowników bezpieki blokuje ich samochód po czym wyciąga pistolet i trzema dubletami zabija śledczych i kierowcę, po czym odrzucając kulę czym prędzej ucieka.

W międzyczasie ukryty w tłumie partyzant ostrzeliwuje ciężarówkę z obstawą z pistoletu maszynowego. Zanim zaskoczeni atakiem pogranicznicy reagują, partyzanci zaczynają odwrót ostrzeliwując się gęsto. Ze względu na zamieszanie i panikę, jakie powstają na targu, żołnierze radzieccy nie są w stanie skutecznie prowadzić ostrzału. Po krótkiej potyczce partyzantom udaje się wycofać bez strat.

Pomimo dużych obaw, spowodowanych również niepewnością co do odpowiedniej ostatecznej ilości uczestników, inscenizację uznać możemy za udaną. Oprócz możliwości sprawdzenia się w roli organizatorów, pozwoliła nam przyjąć role dla nas nietypowe, a także wykorzystać w praktyce teorię wyłożoną uprzednio w artykule https://dobroni.pl/n/niebieskich-czapek/19546 

W inscenizacji udział wzięły następujące grupy:

„Osiemnasty Kołobrzeski”

Wodzisławski Teatr Ulicy

GRH „Breda”

1 PSP AK

GRH 34 Pułk Strzelecki Gwardii


Stowarzyszenie Tradycji  NVA

Autor: Kamil Szustak

SUMMARY

The 8th edition of the Historical-Military Fair in Wodzisław Śląski saw us as the co-organisers, with the possibility to direct the second part. We have deceided to base our story on the incident in Leszno in 1947, where a Polish woman had been sold by her husband to the group of Red Army man for vodka. The woman was rescued by the joint action of the polish militia, soldiers and railway workers, however, the Polish soldiers engaged were later prosecuted for assoulting and killing the Red Army men. Three of them were sentenced to death.

We have thus prepared two scenes from 1945 – in the first one the Red Army marauders enter a marketplace and try to rape a local woman. They are stopped by the militiaman and two Polish soldiers on a leave. As a result, one of the Soviet soldiers is shot dead. After a short while, aSoviet patrol arrives to arrest the soldiers.

The second scene happens a few days later. Since the arrested soldiers were falsely accused of being the members of anti-soviet underground, an investigation team of the NKGB is sent to the town accompanied by a group of NKVD Border Troops. They are then ambushed by the underground in the city.

Pociąg Repatriantów Oleśnica-Wieruszów z udziałem GRH Osiemnasty Kołobrzeski 2018

W minioną sobotę, jak co roku, z Oleśnicy wyjechał Pociąg Repatriantów. W tym roku pociąg pojechał wydłużoną trasą z Oleśnicy do Wieruszowa. Prócz szeregu bydlęcych wagonów, pociąg zabrał także odkryta platformę z kuchnią polową i żołnierzami polskimi i radzieckimi oraz dwa wagony osobowe z lat 20. Wydarzenie to upamiętnia powojenne przesiedlenia ludności i zasiedlanie „Ziem Odzyskanych”.

Na zaproszenie organizatora, Oleśnickiego Stowarzyszenia Miłośników Techniki „Olsensium” i stowarzyszenia „Arma” w wydarzeniu wzięła także udział czteroosobowa reprezentacja rekonstruktorów GRH „Osiemnasty Kołobrzeski”. Ze względu na brak dostatecznej ilości broni, zdecydowaliśmy się na wystawienie sylwetek „niebojowych” – powracających ze szpitala wojskowego ozdrowieńców oraz pracowników kolei radzieckiej – inspektora kolejowego w stopniu technik-lejtnanta i agenta ochrony ładunku Zmilitaryzowanej Ochrony NKPS.

Organizatorom udało się oddać klimat tamtych lat, do czego oprócz starań przyczyniły się także czynniki obiektywne – stan dworców na trasie idealnie pasował do terenów, przez które niedawno przetoczył się front. Dopisali również repatrianci – wielu miało naprawdę dobrze przygotowane stylizacje, a w wagonach podróżowały z nimi kury, króliki, a nawet koń.

Organizator zapewnił uczestnikom moc atrakcji. O prawie wstępu do pociągu decydowało zaświadczenie z Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, na którym na każdej stacji uczestnicy otrzymywali pieczątki potwierdzające rejestrację w punkcie. Na trasie pociąg został także napadnięty przez grupę niemieckich niedobitków, którą jednak dzielnym żołnierzom polskim i radzieckim udało się po krótkiej walce pokonać. Pociąg zabrał ze sobą również niewielką orkiestrę, która umilała pasażerom podróż odgrywając popularne w epoce utwory.

Pociąg Repatriantów to nie tylko fajna impreza rekonstrukcyjna, ale także ciekawy sposób przypominania o historii i aktywizacji społeczności lokalnych – większość repatriantów i pasażerów stanowili mieszkańcy miejscowości zaangażowanych w projekt, a każdorazowy wjazd pociągu na stację witany był przez tłumy.

Autor tekstu: Kamil Szustak

Czerwonoarmiści w Wojsku Polskim i Polacy w Armii Czerwonej. Część III: kpt. Mikołaj Simon

Historie wojskowych, którzy służyli w kilku różnych armiach zawsze są ciekawe, ale jeszcze ciekawsze są ślady, jakie po takiej „urozmaiconej” służbie zostają w dokumentach. Dlatego też, gdy pojawiła się możliwość zajrzenia co kryje teczka akt osobowych oficera Armii Czerwonej i Wojska Polskiego, nie wahałem się długo.

Jak wiele tego typu dokumentów ocalonych przed brakowaniem, ta teczka również okazała się niekompletna – brakowało w niej zeszytu ewidencyjnego i większości materiałów uzupełniających. Na szczęście ocalało zdjęcie oficera, dwa jego życiorysy oraz komplet charakterystyk i wniosków.

Pierwszą moją myślą po spojrzeniu na zdjęcie kapitana rezerwy Simona było: „Ten człowiek na pewno słyszał, ze i w Armii Czerwonej i w Wojsku Polskim obowiązują jakieś przepisy odnośnie noszenia odznaczeń, ale nigdy nie zadał sobie trudu by się z nimi bliżej zapoznać.” Trudno wytłumaczyć inaczej noszenie Srebrnego Krzyża Zasługi po prawej stronie – obok Orderu Czerwonej Gwiazdy – czy noszenia radzieckich medali pomiędzy polskimi. Choć taki „bałagan” można wyjaśnić faktem noszenia odzieży cywilnej (kurtka mundurowa pozbawiona naramienników taki właśnie miała status – i w Polsce i w ZSRR), ale po oficerze z pięcioletnim stażem można oczekiwać czegoś więcej. Zwłaszcza, że służbę miał ciekawą.

Mikołaj Simon urodził się 17. Września 1921r. we Wsi Dubowa, w Rejonie Rozwożewskim (prawdopodobnie chodzi o Rozważewską Radę Wiejską, rejon Iwanowski) w Obwodzie Kijowskim, w rodzinie polskich, średniozamożnych chłopów. Sierotą został dosyć wcześnie – ojciec, Józef Simon, zmarł w 1933, matka, Maria, rok później. Brak dokładnych informacji o przyczynach, trudno jednak nie zauważyć, że Wielki Głód na Ukrainie wypadał akurat na lata 1932-33 i nie oszczędził chłopów z obwodu Kijowskiego. Niewykluczone, że rodzina Simonów była wśród tych, które starały się na początku stalinowskiej akcji o wyjazd do Polski, jednak władze RP niechętnie patrzyły na możliwość przyjęcia rzeszy potencjalnych szpiegów. Nie wiadomo jak trzynastoletni Mikołaj i jego siostry – Helena i Walentyna – radzili sobie bez rodziców, wygląda jednak na to, że nie zostali dziećmi ulicy i wszyscy troje odebrali dobre wykształcenie. Być może wysłani zostali na naukę do któregoś z większych miast. Nasz bohater w 1940r. ukończył Instytut Nauczycielski w Berdiańsku nad Morzem Azowskim – można powiedzieć, że na drugim końcu Ukrainy. Już w sierpniu tego roku znalazł pracę  w niedalekim Oriechowie. 18 sierpnia roku następnego trafił do Armii Czerwonej – według niektórych dokumentów – zgłosił się na ochotnika, możliwe jednak, że został zmobilizowany. Prawdopodobnie po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej obie jego siostry ewakuowały się do Kazachstanu. Pierwszą funkcją świeżo upieczonego żołnierza było stanowisko ekspedytora w 466. lazarecie weterynaryjnym 56 Armii na Froncie Południowym. W lutym roku następnego przeniesiony został 56 samodzielnego batalionu przeciwczołgowego. Prawdopodobnie zdobyte tam umiejętności bardzo mu pomogły podczas walk o Wał Pomorski trzy lata później.

W czerwcu 1942r. skierowany został do Urgopińskiej Wojskowej Szkoły Piechoty w Nalczyku. W dokumentach brak informacji na temat przyczyn skierowania – możliwe, że został dostrzeżony przez dowództwo, możliwe także, ze sam złożył taką prośbę. Szkołę ukończył, już po jej ewakuacji do Kirowokanu (obecnie Wanadzor w Armenii), w listopadzie 1942 i od razu trafił na stanowisko adiutanta dowódcy 400 pułku strzeleckiego 89 Dywizji Strzeleckiej na Froncie Północno-Kaukaskim, które jednak piastował bardzo krótko – już w styczniu 1943r. trafił na kursy sztabowe w Bujnaksku (Dagestan), przeniesione następnie do miasta Jessentuki (Kraj Stawropolski), które ukończył w maju. W czerwcu 1943r. został starszym adiutantem batalionu strzeleckiego w 265 Dywizji strzeleckiej na Froncie Północno-Kaukaskim. Tam prawdopodobnie dostrzeżono w nim materiał na oficera nowo formowanego Wojska Polskiego. Choć z niewielkim stażem, to jednak oficer narodowości polskiej ze sztabowym przygotowaniem był zbyt wielką gratką dla cierpiących na brak kadr oficerskich polskich jednostek. W sierpniu przeniesiono go do rezerwy oficerskiej Frontu, a już we wrześniu został odkomenderowany do Wojska Polskiego na stanowisko starszego adiutanta 2 batalionu 4 pułku piechoty 2 Dywizji Piechoty im. Dąbrowskiego.

Najwcześniejszym zachowanym w teczce dokumentem jest tłumaczony z polskiego odpis charakterystyki podporucznika Simona sporządzonej 24. Maja 1944r. przez szefa sztabu pułku, majora Józefa Roszkowskiego:

„Ppor. Simon na stanowisku st. adiutanta 2 batalionu od sierpnia 1943r. Posiada dostateczną wiedzę z zakresu organizacji prac sztabowych batalionu, zdyscyplinowany, pracowity, prowadzenie się na służbie i poza służbą – dobre. Cieszy się autorytetem wśród oficerów, podoficerów i szeregowych. Wymagający wobec siebie i podkomendnych. Język polski zna dobrze. Fizycznie zdrowy. Odpowiedni na stanowisko pomocnika szefa sztabu.”

Charakterystyka pozytywna, choć niewiele mówiąca o oficerze – prawdopodobnie tego dnia major Roszkowski sporządził wiele podobnych. Trudno się jednak dziwić – pierwsze walki pułk stoczy dopiero w lipcu. Choć czasu na poznanie oficerów  już trochę było, to żaden z nich w szeregach dywizji  nie przeszedł jeszcze chrztu bojowego. Mimo tego 16. Sierpnia Mikołaj Simon otrzymał awans na porucznika (wniosek awansowy nie zachował się w aktach). W październiku, już po ciężkich walkach pułku pod Puławami kolejną charakterystykę sporządził dowódca pułku – podpułkownik Mieczysław Melenas:

„Na zajmowanym stanowisku od 4.9.1943r. Radzi sobie z pracą i powierzanymi zadaniami bojowymi. W dostatecznym stopniu zna bojowe regulaminy i dobrze organizuje pracę sztabu. Doświadczenie bojowe dostateczne. Może być wykorzystany jako starszy adiutant batalionu. Ukończył średnią edukację pedagogiczną w Leningradzie. Inteligentny, kulturalny, postawa dobra. Zdyscyplinowany, wymagający wobec siebie i podkomendnych. Prowadzenie się na służbie i poza służbą dobre. Fizycznie zdrowy, wytrzymały. Ukończył szkołę piechoty w 1943r. w Saratowie. Język polski zna dobrze. Odpowiedni na stanowisko starszego adiutanta batalionu.”

Cóż, charakterystyka nieco pełniejsza, ale chciałoby się powtórzyć za radiem Erewań: „Nie w Leningradzie, a w Moskwie…” Trudno powiedzieć, czy błędne miejscowości to efekt nieprawidłowo prowadzonej ewidencji oficerskiej czy też może dowódca pułku miał gorszy dzień. Tymczasem wojna trwała, a pułk podciągnięty został pod Warszawę. W styczniu 4pp, między innymi siłami 2 batalionu, podjął próbę oskrzydlenia Niemców. Sprawne działania porucznika Simona zostały docenione przez dowództwo, gdyż 20 stycznia ppłk. Melenas złożył wniosek o odznaczenie go srebrnym medalem „Zasłużonym na Polu Chwały”. Co ciekawe, kopia wniosku w oryginale (tj. po polsku) znajduje się w aktach oficera, choć opis zasług brzmi cokolwiek tajemniczo:

„W porę i bez strat wypełnił rozkaz bojowy Dowództwa w sprawie obejścia niemców [pisownia oryginalna] na skrzydle w rejonie Kepa-Kampinska [Kępa Kępińska], przyczyniając się do przyspieszenia wypełnienia zadania bojowego przy forsowaniu rzeki Wisła przez 2-gi Bataljon.

Porucznik Simon, za dokładne i punktualne wykonanie zadania bojowego, przejawioną odwagę, męstwo- zasługuje na nadanie Srebrnego Medalu.”

Dziewięć dni później wniosek zatwierdzony został przez dowódcę dywizji, generała Rotkiewicza. Chociaż wniosek niewiele mówi o działaniach porucznika Simona, to w książce „Frontowi Czwartacy” Józefa Margulesa znajdujemy informację o zranieniu naszego bohatera, którego autor monografii 4pp określa jako „bojowego oficera radzieckiego”. Choć Mikołaj Simon jest w książce wspomniany zaledwie dwukrotnie poza spisem odznaczonych, to istnieje możliwość, że Margules, jako tłumacz w dowództwie pułku mógł go poznać osobiście. Sam Simon w życiorysie napisał, że ranny lekko w nogę został „w czasie zdobywania miasta Praga Warszawska”. Nieco więcej informacji o warszawskich zasługach oficera przynoszą dokumenty późniejsze, ale do tego tematu jeszcze wrócę.

Po zakończeniu walk o Warszawę, 4pp skierowany został na Pomorze. Choć w przełamywaniu głównej pozycji Wału Pomorskiego nie brał udziału, to toczył w tym rejonie walki po 6. Lutego. 2 batalion skierowany został na Mirosławiec, niestety o walkach batalionu Józef Margules w swojej książce nie wspomniał prawie w ogóle. Tymczasem dziać się musiało sporo, zwłaszcza w miejscowości Friedrichshorst (obecnie Otrzep), bo wniosek na Order Czerwonej Gwiazdy złożony w marcu 1945r. mówi:

„W bojach z niemieckimi najeźdźcami pod Maerkisch Friedland [Mirosławiec] porucznik Simon wykazał wyjątkową odwagę i dał się poznać jako dobry dowodzący wojskową operacją. W czasie natarcia na wieś Friedrichshorst [Otrzep] przeciwnik niejednokrotnie przechodził do kontrataku i tylko dzięki umiejętnemu dowodzeniu i organizacji boju kompaniami, wszystkie kontrataki przeciwnika zostały odparte z dużymi dla niego stratami i wieś została zajęta przez batalion Simona. W ciężkich chwilach boju, kiedy ludzie wypadali z szyku, Simon sam stanął za rusznicą przeciwpancerną i niszczył czołgi przeciwnika. W tym boju Simon zniszczył jeden czołg i gniazdo karabinu maszynowego. Dyscyplina w batalionie dobra, sam jest zdyscyplinowanym, śmiałym i odważnym dowódcą.”

Jak widać sytuacja musiała być ciężka, skoro oficer sztabowy batalionu piechoty musiał osobiście obsługiwać rusznicę przeciwpancerną. O sytuacji tej wspomina także w swojej książce o walkach na Pomorzu Zbigniew Flisowski – wspomina on, że obsługa rusznicy miała kłopoty z celowaniem, więc Simon dosłownie “wyrwał” broń celowniczemu. Jak widać, krótkie doświadczenie wyniesione z służby w jednostce przeciwpancernej na początku wojny przydało się mimo dość bezpiecznego stanowiska.

Na tym nie koniec –  już 27 lutego porucznik Simon otrzymał pochwałę od dowódcy dywizji (Rozkaz nr 12 z 27.02.1945r., wymieniony na trzeciej pozycji), a 26 marca płk. Melenas podpisał wniosek awansowy na stopień kapitana (pisownia oryginalna):

„Porucznik Simon za okres całej kampanii Pomorskiej okazał duże opanowanie sztuki wojennej, spokojem i pewnością siebie wpływał bardzo dodatnio w działaniach wojennych, na oficerów i żołnierzy. Dobrze orientuje się w pracy sztabowej i posiada dużo doświadczenia w operacjach bojowych. Odważny. Inteligentny. Cieszy się dużym autorytetem w batalionie. Zdecydowany, posiada własna inicjatywe. Fizycznie wytrzymały. Zdyscyplinowany. Zachowaniem swoim po za służbą, daje dobry przykład godności oficera. Prezencja b.dobra.”

Wniosek uzyskał akceptację dowódcy dywizji 7 kwietnia 1945r., Stopień nadano mu rozkazem NDWP nr 263 z 3.maja 1945r.

Jeszcze przed zatwierdzeniem awansu, złożono kolejną charakterystykę – tym razem, o dziwo, po rosyjsku. Dokument ten, podpisany przez pułkownika Melenasa nie ma daty, ale podpis dowódcy dywizji, potwierdzający zgodę z opinią nosi datę 27 marca. W dokumencie tym czytamy:

„Porucznik Simon w czasie walk na Pomorzu, dał się poznać jako jeden z najlepszych dowódców, działając w walce, swoim spokojem wpływał na oficerów i szeregowych. Dobrze orientuje się w pracach sztabu i posiada dużą praktykę w działaniach bojowych. W walkach o Pomorze[,] nie przerywając pracy w sztabie batalionu, często bywał na przedniej linii[,] razem z batalionem przechodził do natarcia, dając przykład odwagi w krytycznych chwilach, za co był odznaczony srebrnym medalem zasłużonych na polu chwały. Śmiały. Inteligentny. Cieszy się autorytetem w batalionie. Stanowczy i z inicjatywą. Wymagający wobec siebie i podwładnych[,] fizycznie wytrzymały. Zdyscyplinowany. Swoim zachowaniem daje przykład honorowego oficera. Odpowiada stanowisku dowódcy batalionu.”

Jak widać, wystarczył udział w zaledwie dwóch operacjach, by suche charakterystyki zmieniły się niemal w hymn pochwalny na cześć oficera. Niestety, w teczce brak informacji o działaniach kapitana Simona w czasie dalszych walk na terenie Niemiec. Być może wiąże się to z pozostawaniem jego batalionu w drugim rzucie, częściowo zaś wynika z faktu, że w kwietniu 1945r. (daty dziennej nie udało się ustalić) kapitan Simon skierowany został na pięciomiesięczny przyspieszony kurs w Akademii im. Frunzego. Po jego ukończeniu został w październiku 1945r. skierowany na stanowisko pomocnika naczelnika wydziału operacyjnego sztabu Warszawskiego Okręgu Wojskowego. W styczniu 1946r. szef sztabu Okręgu, pułkownik Markiewicz postanowił docenić całokształt wojennej służby w WP kapitana Simona i złożył wniosek no odznaczenie go Orderem Wojny Ojczyźnianej II klasy. Dokument ten rzuca nieco więcej światła na działania naszego bohatera pod Warszawą, dość enigmatycznie opisane we wcześniejszych dokumentach:

„Kapitan Simon w czasie służby w Wojsku Polskim dał się poznać jako jeden z lepszych oficerów. Działając w walce, swoimi umiejętnościami i spokojem wpływał na oficerów i szeregowych.

Kapitan Simon, będąc adiutantem starszym 2. Batalionu 4. Pułku piech. 2. Warszawskiej Dywizji Piechoty, w krytycznym momencie, kiedy jednostki dywizji, pod silnym ogniem przeciwnika, nie były w stanie  forsować rzeki Wisła, wziął wzmocnioną kompanię strzelecką, przeprawił się na lewy brzeg rzeki i z małymi stratami, oczyszczając brzeg z niemców [pisownia oryginalna] zabezpieczał forsowanie przez pododziały pułku.

Batalion, w którym był kapitan Simon jako jeden z pierwszych wszedł do Warszawy.

W walkach o Pomorze, nie przerywając pracy w sztabie batalionu był na pierwszej linii i razem z batalionem przechodził do natarcia dając przykład osobistej odwagi.

W ciężkich chwilach dowodził ogniem dział przeciwpancernych, rozbijając punkty ogniowe przeciwnika.

W czasie kontrataku niemców, on osobiście zatrzymał z rusznicy przeciwpancernej , niemiecki czołg.”

Wniosek zyskał aprobatę dowództwa okręgu, jednak dalsze jego losy pozostają nieznane – jeżeli Simon otrzymał to odznaczenie, to nastąpiło to już po jego przejściu do rezerwy.

W maju 1946r. Szef sztabu okręgu sporządził kolejną charakterystykę kapitana Simona. Jest ona dość dwuznaczna. O ile o przymiotach osobistych oficera dokument mówi w samych superlatywach, o tyle jego przygotowaniu do pracy na stanowisku wystawia nienajlepsze świadectwo:

„Kapitan SIMON na stanowisku zastępcy szefa wydziału operacyjnego sztabu okręgu pracuje od października 1945r. Przez ten czas dał się poznać jako rzetelny i sumienny oficer, dobrze odnoszący się do powierzonych mu obowiązków. Pracowity, zdyscyplinowany. Ma duże doświadczenie bojowe, kulturalny i taktowny w zachowaniu. Wymagający wobec siebie i podwładnych. Cieszy się autorytetem wśród kadry oficerskiej. Szanuje starszych od siebie [stopniem]. Dobrze orientuje się w zagadnieniach politycznych. Umie pracować nad sobą. Wyrobiony ideologicznie, moralnie stabilny. Fizycznie zdrowy. Dostatecznego doświadczenia praktycznego w pracy w sztabie nie posiada, w kwestiach operacyjnych przygotowanie teoretyczne ma niedostateczne.”

Choć ostateczny wniosek charakterystyki sugeruje możliwość wykorzystania w charakterze dowódcy batalionu, to między wierszami wyczytać się da, że ten wniosek to preludium do zdjęcia ze stanowiska i odesłania do ZSRR. Ciekawa jest tutaj zwłaszcza polityczna część charakterystyki – sugerująca sprecyzowane poglądy. Tymczasem młody kapitan nie był członkiem nie tylko WKP(b) ale nawet komsomołu, co było dość niezwykłe w warunkach, gdzie każdemu odznaczonemu sugerowano od razu staż kandydacki.

Tak czy inaczej, w tym samym miesiącu został zdjęty ze stanowiska i powrócił do ZSRR, przekazany do rezerwy kadry oficerskiej Białoruskiego Okręgu Wojskowego, w lipcu został zwolniony do rezerwy. Niestety, zachowane dokumenty nie pozwalają stwierdzić, czy rozstanie z wojskiem nastąpiło na własną prośbę oficera czy też było wynikiem jakichś zastrzeżeń co do jego osoby. W tym czasie Armia Radziecka niechętnie pozbywała się doświadczonych oficerów, nawet biorąc pod uwagę znaczny ich napływ z WP, gdzie w owym czasie starano się ich w miarę możliwości zastępować świeżymi absolwentami szkół oficerskich i, do pewnego stopnia, oficerami przedwojennymi. O kapitanie Simonie zapomniano także w okresie powtórnego „uzupełniania” kadr WP oficerami radzieckimi.

Bezpośrednio po zakończeniu służby wojskowej Mikołaj Simon trafił do miasta Smieła w Obwodzie Czerkaskim na Ukrainie, gdzie już w 1946r. podjął pracę w szkole nr 39 prowadzonej przez zarząd Kolei Odesskiej – choć była to szkoła podstawowa, traktowano ja jako pierwszy stopień edukacji przyszłych pracowników MPS, tym bardziej, że radziecka kolej była w mieście głównym pracodawcą – Smieła była ważnym węzłem kolejowym, do tego w tym około sześćdziesięciotysięcznym mieście działały zakłady remontowe taboru kolejowego i fabryka silników – również dla kolei.

W szkole pracował jako nauczyciel matematyki. W 1948r. ożenił się z Ludmiłą Jefimowną Fominą, nauczycielką w tej samej placówce, pochodzącej prawdopodobnie z okolic miasta Stalino (Donieck). Zatrudnienie znalazła tam także jego siostra Helena Zalewska. Co najmniej do 1950r. obie siostry mieszkały razem z Mikołajem i jego żoną. Pod koniec lat 40. zaczął uczęszczać (prawdopodobnie zaocznie) na Czerkaski Instytut Pedagogiczny, który ukończył około roku 1953. W teczce akt osobowych zachowały się także charakterystyki okresowe Mikołaja Simona z okresu pracy cywilnej, które pracodawca zobowiązany był przekazywać do RWK, pod który podlegał oficer rezerwy. Rzucają one nieco światła na jego powojenną karierę.

Pierwszy zachowany dokument tego typu pochodzi z grudnia 1950r.

„W danej szkole pracuje jako wykładowca matematyki od 1946 roku, zdyscyplinowany, do pracy podchodzi sumiennie, bierze aktywny udział w życiu szkoły i miasta.

Pracował jako przewodniczący komitetu Związku [Zawodowego] Pracowników szkół średnich i niepełnośrednich.

W czasie wyborów do Miejskiej Rady Deputowanych Robotniczych został wybrany sekretarzem komisji wyborczej odcinka.

Towarzysz Simon N. I. podnosi swój poziom ideowo-polityczny i kwalifikacje zawodowe.”

Kolejna charakterystyka, z 1952r. zawiera podobną treść, choć wspomina dodatkowo o wysokim poziomie prowadzonych przezeń lekcji i dobrych wynikach jego uczniów. Zwraca także uwagę wzmianka: „Czyta literaturę metodyczną i piękną.” Precyzuje też, iż uczył klasy V – VIII.

W 1961 roku dyrektor szkoły – wówczas noszącej juz numer 11, co wiązało się zapewne z podporządkowaniem jej wydziałowi edukacji Obwodu Czerkaskiego i przekształceniem jej w „Ogólnokształcącą szkołą robotniczą z nauczaniem politechnicznym” – sporządził kolejną charakterystykę. W dokumencie tym czytamy:

„Tow. Simon N. I. był uczestnikiem Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

Podwyższa swój poziom ideowo-polityczny i kwalifikacje zawodowe.

Zgłębia historię KPZR i czyta literaturę metodyczną.

Tow. Simon jest wymagający wobec siebie i uczniów. Zajęcia wzbogaca przykładami, wprowadza na nich różne rodzaje prac samodzielnych, aktywizuje pracę klasy. Dużo pracuje ze słabszymi uczniami.

Na egzaminach uczniowie wykazują głęboką i solidną wiedzę matematyczną.

Bierze aktywny udział w życiu szkoły i miasta.”

Kolejna opinia, niedatowana, powiela w zasadzie te same informacje dodatkowo wspominając o ponownym zajęciu stanowiska przewodniczącego miejskiego komitetu związku zawodowego.

W 1963r. Mikołaj Simon podjął pracę nauczyciela matematyki w Smielańskim Technikum Przemysłu Spożywczego, początkowo na zastępstwo, a od 1967r. – na stałe. Z tej też instytucji pochodzi ostatnia z charakterystyk, wydana w 1969r., która jest jednocześnie najpóźniejszym dokumentem zachowanym w teczce. Wiąże się to przypuszczalnie z osiągnięciem granicy wieku – dla kapitana służby czynnej wiek emerytalny wynosił 40 lat, tymczasem nasz bohater miał już wówczas lat 48. Niestety, ze względu na brak zachowanego zeszytu ewidencyjnego, nie sposób chwilowo ustalić dalszych losów oficera. Do tej postaci prawdopodobnie powrócę, jeżeli uda mi się uzyskać dodatkowe materiały.

Historia kapitana Simona to dobry przykład na to, że funkcjonujące stereotypy na temat oficerów kierowanych do WP z Armii Czerwonej niekoniecznie muszą być prawdziwe. Zamiast „Ruska” mamy Polaka, najwyraźniej dobrze posługującego się mową ojczystą. Zamiast prostaka – człowiek inteligentny i kulturalny (choć chłopski syn), jak na przedwojenne warunki – całkiem dobrze wykształcony. Zamiast niesubordynowanego pijaka – zdyscyplinowany i wymagający dowódca. Zamiast rozpolitykowanego partyjniaka – człowiek, który do partii nigdy się nie zapisał. Nawet stereotypy o sztabowcach niespecjalnie tu pasują – bo choć chwalono go jako oficera sztabowego, to potrafił też wykonać typowo bojowe zadania, a w razie potrzeby nawet osobiście obsłużyć rusznicę przeciwpancerną. Zwraca szczególnie uwagę bezpartyjność – trudno powiedzieć, czy to partia miała zastrzeżenia wobec niego, czy on wobec partii, ale to właśnie brak deklaracji politycznej mógł przyczynić się do pożegnania z mundurem, a na pewno utrudniał późniejszą karierę.

Lista odznaczeń (niepełna, oparta wyłącznie na materiałach z akt):

Polskie:

– Srebrny Krzyż Zasługi;

– Srebrny Medal „Zasłużonym na Polu Chwały”;

– Medal za Warszawę;

– Medal za Odrę, Nysę, Bałtyk;

– Medal Zwycięstwa i Wolności.

Radzieckie:

– Order Czerwonej Gwiazdy;

– Medal Za zwycięstwo nad Niemcami;

-Medal Za wyzwolenie Warszawy.

Dziękuję Arnoldowi Kozłowskiemu za identyfikację miejscowości Friedrichshorst.

Autor: Kamil Szustak

Bibliografia:

Józef Margules, Frontowi Czwartacy. Z dziejów czwartego pułku piechoty, Warszawa 1963r.

Zbigniew Flisowski, Pomorze. Reportaż z pola walki, Warszawa 1973r.

Czerwonoarmiści w Wojsku Polskim i Polacy w Armii Czerwonej. Część II: kpr. Czesław Jezierski

W drugiej części chciałbym przedstawić dla odmiany sylwetkę Polaka, który trafił do Armii Czerwonej już po utworzeniu 1DP i służył w niej do końca wojny. Co więcej, jeszcze dość długo po wojnie pozostawał obywatelem radzieckim. Spotykałem się już z twierdzeniami, że Polacy służący w Armii Czerwonej to zdrajcy, łże-Polacy itp. Rzecz w tym, że ludzkie losy często układają się różnie, a zwłaszcza w czasie wojny  nie ma prostych historii. Czy o pozostaniu w Armii Czerwonej zadecydowało zżycie się z kolegami, brak zgody dowództwa czy niewiedza o istnieniu Wojska Polskiego – trudno dociec. Warto jednak zapoznać się z tą historią, która jest przykładem na to, jak skomplikowane były losy Polaków na dawnych Kresach Wschodnich. Z góry zastrzegam – zwłaszcza początek historii oparty został na dość skąpych podstawach źródłowych. Tak jak w przypadku daty wstąpienia do Armii Czerwonej, czasami różne źródła podają różne daty. Dlatego też istnieje możliwość, że część wniosków, do których doszedłem przy odtwarzaniu losów przed 1944r. jest błędna.

Imię, jak imię, nazwisko, jak nazwisko. Zapewne nikomu by nie przeszkadzało, gdyby w 1939r. Eliaszówka w powiecie Zdołbunowskim, Województwo Wołyńskie, nie znalazła się nagle w granicach Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Gdyby mieszkańców rejestrowali Rosjanie, pewnie przekręciliby imię, ale przynajmniej nazwisko zostałoby bez zmian. Ale nowe władze lokalne rekrutowały się głównie z ludności ukraińskiej. I tak piętnastoletni wówczas Czesław Jezierski stał się Izerskim. Czisławem. A to był dopiero początek problemów, jakie różnym instytucjom radzieckim sprawiały dane świeżo upieczonego obywatela radzieckiego narodowości polskiej. Poza tym, być może, niewiele się zmieniło. Rodzinę ominęły wywózki, a nasz bohater początkowo zapewne dalej uczył się po polsku albo pomagał rodzicom.

Władza radziecka niedługo nacieszyła się tą zdobyczą – już dwa lata później tereny te zajęli Niemcy. A w nocy z 2. na 3. maja 1943r. do wsi wszedł oddział UPA, który wymordował kilkudziesięciu mieszkańców wsi. Prawdopodobnie gdzieś w tym czasie Rodzina Jezierskich przeniosła się do Rożyszcz – do miasta tego ściągało sporo Polaków uciekających przed rzezią – oprócz dużego, zakonspirowanego oddziału polskiej samoobrony, upowców odstraszały oddziały niemieckie i węgierskie stacjonujące w mieście. W 1944r. miasto zajęła Armia Czerwona, która pilnie potrzebowała uzupełnień. Wśród powołanych przez Rożyszczański RWK znalazł się również dwudziestoletni wówczas Czesław. Oczywiście – Jako Czisław Iwanowicz Izerskij. Służbę w Armii rozpoczął 1.05.1944r., choć według znacznie późniejszej książeczki wojskowej służba miała się rozpocząć 9.01.1943r. Możliwe zatem, że przedtem działał w konspiracyjnych oddziałach samoobrony, gdyż data ta wyklucza powołanie przez Rożyszczański RWK. Co ciekawe, jeden z wniosków odznaczeniowych podaje datę powołania przez ten komisariat jako maj 1942r., ta data jest jednak jeszcze mniej prawdopodobna, zatem należy ją uznać za błąd. Jak by nie było, szeregowy Izerskij trafia do 256. pułku moździerzy na stanowisko celowniczego moździerza. Wraz z pułkiem wyruszył na zachód.

W szeregach pułku po raz pierwszy wyróżnił się już 27. lipca 1944r., podczas forsowania Wisły:

„pod ogniem artyleryjsko-moździerzowym przeciwnika szybko i zachowując zimną krew wypuszczał pociski zabezpieczając prowadzenie celnego ognia celem zabezpieczenia przeprawy naszej piechoty, przy czym ogniem jego moździerza zniszczono dwa ciężkie karabiny maszynowe przeciwnika i do 10 żołnierzy.”

W związku z tym, we Wrześniu 1944r. otrzymał pierwsze odznaczenie – medal „Za odwagę” nr 1042737.

W międzyczasie otrzymał awans na jefrajtora. Pułk zaś parł dalej, przez Polskę, aż w lutym 1945r. dotarł nad Odrę. Tam, znów przy okazji forsowania rzeki, młody moździerzysta wyróżnił się po raz drugi:

„W bojach o utrzymanie przeprawy naszej piechoty na zachodni brzeg rzeki Odra i zdobycie lewobrzeżnego przyczółka, nie zważając na  intensywny artyleryjsko-moździerzowy ogień przeciwnika tow.[arzysz] Izerskij szybko i zachowując zimną krew wypuszczał pociski na dystans 300 metrów zapewniając nieprzerwane prowadzenie przez moździerz ognia.

Ogniem jego moździerza zniszczono do 15 żołnierzy przeciwnika i trzy gniazda karabinów maszynowych”

Choć dowódca pułku, major Gorunow wnioskował o odznaczenie Orderem Czerwonej Gwiazdy, dowódca 370 Dywizji strzeleckiej pułkownik Gawilewskij zadecydował o przyznaniu Orderu Sławy III klasy. Odznaczenie nadano 11 marca 1945r. Nosiło numer 236863. Co ciekawe, tym razem we wniosku jego imię zapisano poprawnie: Czesław.

Pułk dotarł następnie do Berlina, gdzie nasz bohater został 29 kwietnia ranny. W szeregach Armii Radzieckiej pozostawał do czerwca 1948r.

W 1947r. wydano mu stałą legitymację orderową. I znów ktoś, miał problem ze zwyczajnym, wydawałoby się, imieniem. Legitymację wystawiono na nazwisko Izerskij Cezar’ Iwanowicz. W końcu Czesław czy Cezary – co za różnica?

Po zakończeniu służby wojskowej rozpoczął naukę w dwuletnim technikum ekonomicznym w Charkowie. Prawdopodobnie w 1957r. zdecydował się na późną „repatriację” do Polski, zamieszkał w Nowej Hucie. Około 1961 roku otrzymał jeszcze jeden radziecki order – Order Czerwonej Gwiazdy nr 356487. Do wniosku nie udało mi się dotrzeć, prawdopodobnie jednak odznaczenie wiązało sie z odniesioną w Berlinie raną.

Choć już w 1957r. stanął przed polską komisją lekarską (która, notabene, uznała go za całkowicie niezdolnego do służby wojskowej) i otrzymał książeczkę wojskową, to dopiero w 1975r. uzyskał awans na (a w zasadzie uznanie stopnia) starszego szeregowego. W Nowej Hucie pracował m. in. w Mostostalu i branży turystycznej. Należał do ZBoWiD. W 1974r.został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, a 5 maja 1975r. – medalem „Za udział w walkach o Berlin”.

W maju 1976r. otrzymał awans na kaprala, a w 1978r. – na starszego kaprala.

Był również odznaczony radzieckim medalem „Za zwycięstwo nad Niemcami” i srebrnym medalem ZBoWiD „Byłym żołnierzom Armii Radzieckiej”.

Część odznaczeń wykorzystanych do zdjęć stanowi jedynie uzupełnienie – nie jestem w posiadaniu wszystkich odznaczeń Czesława Jezierskiego.

Autor: Kamil Szustak

SUMMARY

The text – second of a series presenting Red Army soldiers serving in the Polish Army and the Polish serving in the Red Army – gives the biographical data of cpr. Czesław Jezierski. Born in the territories that were annected by the Soviet Union in 1939, he escaped the massacre of his home village done by the UPA and was later mobilised into Soviet Mortar Regiment, where he was awarded 3 Soviet combat awards. He moved to Poland in 1950’s.

Pommernstellung 2018

W mroźny weekend 9-11 lutego miały miejsce kolejne obchody rocznicy przełamania Wału Pomorskiego – „Pommernstellung 2018”. W tym roku   – dzięki inicjatywie kolegów z Wielkopolskiego Towarzystwa Techniki Militarnej -formuła imprezy została zmieniona. Otóż w ciągu całego dnia i około 20 kilometrów odtworzono w historycznych miejscach cały fragment walk na Wale Pomorskim, gdzie pododdział Wojska Polskiego stoczył kilka potyczek z grupami niemieckimi i w efekcie przedarł się przez linie obrony. Należy podkreślić, że rekonstrukcja nie miała charakteru inscenizacji (nie było zatem wcześniej rozpisanego scenariusza), lecz jedynie zarysowane tło, zaś przebieg i rozwój wydarzeń zależał od inicjatywy samych uczestników. Starcia toczyły się przy tym zarówno w terenie
zurbanizowanym (w miejscowości Zdbice) jak też w pobliskich kompleksach leśnych, zaś rekonstruktorzy z obu walczących stron   korzystali z broni palnej oraz replik działających w oparciu o LPG. Trzeba też podkreślić zaangażowanie uczestników po obu stronach, którzy wczuli się w historyczne tło i ofiarnie realizowali postawione zadania.

W mojej ocenie wydarzenie to ma szansę stać się prawdziwym kamieniem milowym polskiej rekonstrukcji i wzorem wyznaczającym nowatorskie trendy. Mamy szczerą nadzieję, że imprez w podobnej formule będzie z każdym rokiem coraz więcej.

W obchodach wzięli udział rekonstruktorzy z następujących grup: „Stowarzyszenie Miłośników Historii Gryfa Pomorskiego ,,Cis Męcikał”, „GRH 18 Kołobrzeski”, Wielkopolskie Towarzystwo Techniki Militarnej, GRH „Pionier 39” oraz GIH „Pomerania 1945”.

Autor zdjęć: Leszek Kluczyński

Autor tekstu: Marcin Morawski

Czerwonoarmiści w Wojsku Polskim i Polacy w Armii Czerwonej. Część I – ppłk. Kazimierz Nehrebecki

Tym artykułem chciałbym rozpocząć nowy mini-cykl poświęcony dwóm „lustrzanym” kwestiom – oficerom Armii Czerwonej w Wojsku Polskim oraz Polakom służącym w Armii Czerwonej. Wokół obu tych tematów narosło sporo mitów zakorzenionych w narodowej świadomości, które, mam nadzieję, uda się choć trochę nadkruszyć. W każdej części przedstawiona zostanie jedna sylwetka, informacje na temat każdej z postaci czerpię z posiadanych pamiątek, materiałów archiwalnych i/lub literatury. Na pierwszy ogień pójdzie jeden z wykładowców taktyki artylerii z oficerskiej szkoły w Riazaniu – Kazimierz Nehrebecki.

Zdekompletowane, prywatne archiwum ppłk. Nehrebeckiego trafiło do mnie w sposób dość standardowy – przez popularny portal aukcyjny. Kilka (pewnie już ponad 10) lat temu moją uwagę przykuła aukcja z tytułem typu „Teczka >>polskiego<< generała”, a opis zawierał takie perełki jak „w zestawie 2 legitymacje = 2 najazdy na Polskę”; „>>polski<< generał – a na prawdę ruski” itd. Zainteresowała mnie możliwość posiadania pamiątek po generale, który w dodatku brał udział w dwu najazdach na Polskę, choć już fakt, ze jedna z legitymacji ewidentnie była legitymacją rencisty/emeryta sugerowała mi, ze sprzedawca jest osobą o bujnej wyobraźni. I tak też było w istocie – generał okazał się „ledwie” podpułkownikiem, nieco za młodym na udział w wojnie polsko-bolszewickiej, który w dodatku 17 września 1939r. był na rencie wojskowej… Tak czy inaczej zawartość teczki okazała się interesująca, a postać „generała” – dość ciekawym przypadkiem radzieckiego Polaka, który po wojnie zdecydował sie pozostać w Polsce. Oczywiście, gdy pojawiła się możliwość i fundusze, zdecydowałem się na pozyskanie dostępnych materiałów z CA MO RF, które pozwalają uzupełnić pewne luki w biografii oficera. Dzięki temu udało się też uzyskać jego zdjęcie.

Kazimierz Nehrebecki urodził się 7 listopada 1905r. w Odessie w polskiej rodzinie robotniczej. Prawdopodobnie międzynarodowa atmosfera miasta sprawiła, że w dorosłym wieku był w stanie porozumiewać się po polsku, rosyjsku i ukraińsku. W 1919r. ukończył 5 klas gimnazjum. Nie znalazłem informacji co robił przez następne trzy lata, ale nie był to szczególnie korzystny okres w tym regionie, przypuszczać można, że łapał się różnych zajęć zarobkowych. W 1923r. wstąpił do Wyższej Szkoły Artylerii im. Frunzego, którą ukończył w 1928r. Dość tajemniczą sprawą pozostaje jego małżeństwo – Wypełniony pierwotnie prawdopodobnie w 1941r. arkusz ewidencyjny podaje informację, o tym, że był żonaty i miał dziecko, zaś prawdopodobnie w 1949r. uzupełniono tę rubrykę o imię żony (Agnieszka) i córki (Galina) z datą urodzenia 1929r., co wskazywałoby na małżeństwo około 1928r. Tymczasem w marcu 1949r. , pułkownik Skotnikow z Głównego Zarządu Kadr Ministerstwa Sił Zbrojnych ZSRR zapytanie o wzajemne stosunki wystosował do Olgi Dmitriewnej Grekowej (Nehrebeckiej), zapytując również o plany jej córki, Galiny, względem jej ewentualnego zamiaru wyjazdu do Kazimierza Nehrebeckiego. Może to wskazywać, ze Olga była jego pierwszą żoną, a wymieniona w arkuszu ewidencyjnym Agnieszka – drugą.

Tak czy inaczej, pierwszym jego stanowiskiem po ukończeniu szkoły oficerskiej był dowódcą plutonu w szkole artylerii w Odessie, ponieważ jednak pełnił tę funkcję około jednego miesiąca, wpisana jest jedynie w arkuszu ewidencyjnym – w dwóch późniejszych wypisach z przebiegu służby nie ma już o tym wzmianki.

4 października 1928r. obejmuje dowództwo plutonu w 21 samodzielnym dywizjonie artylerii najcięższej Rezerwy Naczelnego Dowództwa w Aleksandrii (prawdopodobnie chodzi o miasto o tej nazwie w Obwodzie Kirowohradzkim ówczesnej Ukraińskiej SRR), a niemal dokładnie rok później – stanowisko dowódcy plutonu szkolnego w szkole młodszych dowódców (podoficerskiej) w 120 pułku artylerii ciężkiej Rezerwy Naczelnego Dowództwa w Dniepropietrowsku (związane to było z rozwinięciem dywizjonu w 120 pułk). Arkusz ewidencyjny podaje datę miesięczną – styczeń – jako datę objęcia tego stanowiska, ale w późniejszych wypisach figuruje data dzienna – 1 października, co pozwala sądzić, że te dane są bliższe prawdy. Na początku grudnia 1930 roku zostaje przeniesiony na stanowisko szefa radiostacji w tym samym pułku – było to o tyle niezwykłe, że łączność radiowa w ówczesnej RKKA była wielkim novum  i rzadkością. Fakt powołania na prestiżowe stanowisko dowódcy z wykształceniem artyleryjskim świadczy o braku doświadczonych kadr z jednej, a wysokim zaufaniu do Nehrebeckiego z drugiej strony.

W 1931r. przyjęty zostaje do WKP(b).

W czerwcu 1932r. skierowano go na trzymiesięczne kursy przekwalifikowujące artylerii przeciwlotniczej w Sewastopolu – pomimo nazwy, możliwe, że „przekwalifikowanie” dotyczyło specjalności łącznościowca, gdyż kolejne dwa stanowiska były z nią związane: 19 marca 1933r. został szefem łączności 120 pac, a 3 maja 1933r. – szefem łączności Poligonu Naukowo-Doświadczalnego Artylerii Przeciwlotniczej w Eupatorii, gdzie po trzynastu dniach został instruktorem sztabu, choć warto podkreślić, że arkusz ewidencyjny za cały ten okres podaje stanowisko „Dowódca łączności oddziału doświadczalnego”. Bez względu na to, jaką faktycznie pełnił funkcję, sprawował ją do 9 stycznia 1934r. Ponieważ następne stanowisko objął dopiero 25 stycznia, domniemywać można, że to w tym okresie pogorszył się jego stan zdrowia. Zwłaszcza że następne stanowisko – dowódca parków artyleryjskich w 51 pułku artylerii lekkiej w Odessie – trudno uznać za szczególnie bojowe. Według późniejszego wypisu z przebiegu służby – mimo stanowiska w pułku pracował razem z dowódcą artylerii VI Korpusu – Kuzminskim. Stanowisko to zajmował do maja 1935, kiedy to przeniesiony został do rezerwy 2. kategorii, jako rencista wojskowy (choć zachowana książeczka rencisty wojskowego-inwalidy III stopnia wydana została dopiero w 1939r., jeden z zachowanych wypisów podaje informację o rencie od 1935r.). Jednak przejście oficera „pod kapelusz” w ZSRR rzadko kiedy oznaczało faktyczne rozstanie z wojskiem – Już w czerwcu tegoż roku rozpoczął pracę jako wykładowca „spraw wojskowych”* w Instytucie Mąki i Ziarna im. Stalina w Odessie. W czerwcu 1938r. został z kolei dowódcą baterii szkolnej w 16 artyleryjskiej szkole specjalnej** w Odessie. Podczas pracy w szkole, pomimo pozostawania w rezerwie, najpierw zatwierdzono mu stopień lejtnanta (co wiązało się z przywróceniem stopni oficerskich w Armii Czerwonej), następnie zaś, w 1940, awansowano go do stopnia starszego lejtnanta. W szkole pracował do marca 1941r.

Można się zgadzać lub nie z twierdzeniem, ze ZSRR szykował się w 1941r. do wojny ofensywnej, pozostaje jednak faktem, że wielu oficerów rezerwy zostało już wiosną tego roku powołanych do służby czynnej. Jednym z nich był Kazimierz Nehrebecki. 10 marca został przywrócony do służby i skierowany na stanowisko dowódcy baterii w 586 pułku artylerii haubicznej 102 Dywizji Strzeleckiej w Złotonoszy. W szeregach 586 pah brał udział w walkach na Froncie Południowozachodnim, tam też został 15. Sierpnia 1941r. kontuzjowany. 4 października skierowany został na stanowisko wykładowcy taktyki artylerii w Oficerskiej Szkole Artylerii w Riazaniu, przeniesionej następnie do miasta Tałgar w Kazachstanie. Od czerwca 1943r. pracował na tym samym stanowisku w 30 szkolnym pułku artylerii w Czebarkule na Uralu, tam też 5 stycznia 1944r. otrzymał awans na kapitana. W pułku pozostawał do kwietnia, kiedy to, jeszcze jako oficera Armii Czerwonej, oddelegowano go do Wojska Polskiego – konkretnie do Wyższej Szkoły Oficerskiej Piechoty w Riazaniu (następnie przeniesionej do Rembertowa) na stanowisko wykładowcy. O delegacji zadecydowała najprawdopodobniej znajomość języka  – choć wykładowców Armia Czerwona Mogła oddelegować wielu, to jednak bardzo nieliczni z nich byli w stanie prowadzić wykłady w języku polskim. 30 grudnia uzyskał stopień majora. Prawdopodobnie gdzieś w tym okresie został także odznaczony Orderem Czerwonej Gwiazdy za wysługę lat. Niestety, nigdzie nie znalazłem dokładnej daty.

Mapa ćwiczebna -pozostałość po jakichś ćwiczeniach sztabowych w – jeszcze w Armii Czerwonej lub już w Wojsku Polskim

4 czerwca 1945r. przeniesiony zostaje do WSOA w Toruniu, a na początku lipca 1946 – trafia na powrót do CWP w Rembertowie, gdzie prowadzi wykłady przez następne dwa lata. Tutaj też, w listopadzie 1947r. otrzymuje Order Wojny Ojczyźnianej II klasy. Według wniosku:

„Major Nehrebecki od pierwszych dni Wojny Ojczyźnianej brał udział w bojach z niemieckim faszyzmem na froncie zachodnim [w] 1941r. na stanowisku zast.[ępcy] szefa sztabu pułku artylerii, gdzie został kontuzjowany. Przez cały okres swojej służby w Armii Czerwonej jako oficer i dowódca rzetelnie i sumiennie pracował nad przygotowaniem bojowym kadr artyleryjskich korpusu oficerskiego.

[W latach] 1944-1946 Major Nehrebecki rzetelnie wykonuje zadanie wyznaczone przez rząd radziecki w celu przygotowania kadr artylerii Wojska Polskiego.”

18 sierpnia 1948 przeniesiony zostaje do Oficerskiej Szkoły Artylerii Przeciwlotniczej w Koszalinie ze zmianą stanowiska na „starszy wykładowca taktyki i służby liniowej”. Prawdopodobnie na początku 1949r. (z marca tego roku pochodzi powtórne zapytanie do Olgi Grekowej, o którym wspomniałem wcześniej) rozpoczął starania o przyznanie polskiego obywatelstwa i przeniesienie na stałe do Wojska Polskiego. W związku z tym, w połowie lipca 1949 zostaje zdjęty ze stanowiska wykładowcy i przekazany do dyspozycji Departamentu Kadr Artylerii Armii Radzieckiej.

Uznanie obywatelstwa polskiego otrzymuje 25 listopada, a z dniem 5. Grudnia rozpoczyna służbę jako pełnoprawny oficer WP, początkowo pozostając do dyspozycji Departamentu Personalnego WP, po miesiącu zaś wracając do OSA P-lot. w Koszalinie na poprzednio piastowane stanowisko. W sierpniu 1950r., a więc po nieco ponad pół roku przechodzi w stan spoczynku. Prawdopodobnie w tym czasie miał już stopień podpułkownika, nie udało mi się jednak odnaleźć daty awansu. Radziecki arkusz ewidencyjny awansu tego nie odnotował, co tym bardziej wskazuje na nadanie stopnia po zakończeniu służby w Armii Radzieckiej.

W 1953r. pracuje w Lidze Lotniczej na stanowisku Kierownika Sekcji Wyszkolenia Politycznego przy Zarządzie Głównym. Na stanowisku tym pracuje przez 5 miesięcy. Dalsza jego kariera nie jest dokładnie znana – wraz z rozwiązaniem umowy z ZGLL w sierpniu 1953r. zostaje skierowany do dyspozycji biura kadr wydawnictw MON. W późniejszym okresie był jednym z autorów drugiego rosyjsko-polskiego słownika wojskowego, wydanego w 1963r.

W latach 70. Pracował jako wykładowca na kursach rosyjskiego organizowanych przez TPPR – pozostawał na tym stanowisku prawdopodobnie co najmniej do 1982r.

Od 1978r. był członkiem Klubu Oficerów Rezerwy przy Lidze Obrony Kraju.

Choć nie jest znana data wstąpienia do PZPR, to w 1987r. ppłk. Kazimierz Nehrebecki wyróżniony został przez partię tytułem Zasłużonego Działacza Ruchu Robotniczego.

Dalszych Losów ppłk. Nehrebeckiego niestety nie udało się ustalić. Prawdopodobnie zmarł około roku 2000. Historia tego oficera jest o tyle nietypowa, że właściwie od początku formowania 1DP, kadr oficerskich szukano głównie spośród radzieckich Polaków, nie zważając zupełnie na takie „szczegóły” jak orzeczenie o niezdolności do służby liniowej, niezgodność specjalizacji czy stan wiedzy wojskowej na poziomie 1918r. Tymczasem Nehrebecki oddelegowany do WP został dopiero w połowie 1944r. – świadczyć to może o tym, że jego wiedza i doświadczenie były przez długi czas zbyt cenne dla radzieckiego szkolnictwa wojskowego. Ciekawostką jest również uzyskanie polskiego obywatelstwa – znaczna część oficerów delegowanych z Armii Czerwonej, nawet narodowości polskiej, nie zdecydowała się na taki krok – pomijając fakt, że radzieckie władze niechętnie zgadzały się na „repatriację” swoich oficerów, to w latach 40. nic nie wskazywało jeszcze na to, że Polska będzie lepszym miejscem do życia niż ZSRR. Wielu oficerów negatywnie też zapatrywało się na możliwość porzucenia dotychczasowego życia – domów, rodzin, przyjaciół, a często też po prostu małych ojczyzn, na których ich przodkowie żyli od pokoleń.

Autor: Kamil Szustak

*Każdy student wyższej uczelni w ZSRR obowiązkowo przechodził przeszkolenie wojskowe, zwykle związane z kierunkiem studiów, i kończąc uczelnię uzyskiwał stopień dowódczy – po przywróceniu stopni oficerskich – stopień młodszego lejtnanta.

**Szkoły specjalne, specszkoły, były niższym niż szkoły suworowskie stopniem wczesnej edukacji wojskowej – można je przyrównać do gimnazjów. Ukończenie specszkoły, a następnie szkoły suworowskiej dawało większe szanse przy wstępie do szkoły oficerskiej, a także ułatwiało przydział wymarzonej specjalizacji – np. lotnicze specszkoły były jedną z dwóch możliwości zapewnienia sobie wstępu do szkół oficerskich lotnictwa. Pierwszeństwo w przyjęciu do specszkół miały sieroty wojenne oraz dzieci zawodowych wojskowych.

Improwizowany wagon pancerny 0870020 typu Kr2-92

Wspólne przedsięwzięcie Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa na Śląsku w Jaworzynie Śląskiej oraz GRH Osiemnasty Kołobrzeski

Dzięki życzliwości kierownictwa Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa na Śląsku w Jaworzynie Śląskiej mamy możliwość uczestniczenia w niezwykle interesującym projekcie muzealnym, związanym z wyjątkowym zabytkiem techniki – wagonem pancernym.

Jest to wagon wyprodukowany w Kanadzie i dostarczony do Rosji w okresie I wojny światowej w ramach wzmacniania potencjału transportowego carskich kolei. Los wagonu do
1941 roku pozostaje nieznany, najprawdopodobniej był wykorzystywany przez rosyjską – po rewolucji radziecką – kolej do celów transportowych. O zmianie właściciela świadczą, zachowane na obręczach kołowych, niemieckie cechy z listopada 1941 roku. Niemcy przebudowali zdobyczny wagon towarowy na improwizowany wagon pancerny – opancerzając go płytami betonowymi grubości 20 cm i instalując w pancerzu otwory strzelnicze, zabezpieczone płytą pancerną i wyposażone w ruchome przesłony. Otwory umożliwiały prowadzenie ognia z wewnątrz wagonu zarówno w pozycji stojącej, jak i leżącej.
Do tego w podłodze zainstalowano właz desantowy, osłonięty z zewnątrz pancernymi fartuchami, pozwalający na spieszenie załogi, oraz wyjście na dach, w celu ewentualnej konserwacji anteny ramowej.

Wagon wykorzystywany był przez niemiecki Bahnschutz w służbie patrolowej na liniach kolejowych. Po zakończeniu II wojny światowej wagon przeszedł w ręce polskie. Ze
względu na nasilające się walki z nacjonalistami ukraińskimi Wojsko Polskie w porozumieniu ze Służbą Ochrony Kolei sformowało pociągi pancerne, zabezpieczające linie kolejowe w rejonie walk, a także wspierające oddziały WP. Przedmiotowy wagon najprawdopodobniej wchodził w skład Pociągu Pancernego SOK Nr 1 „Szczecin”. Początkowo działał na linii kolejowej Medyka- Lubaczów – Rawa Ruska (ze względu na rozstaw kół), następnie został przerobiony na europejską szerokość torów. Na początku lat 50. wycofany ze służby i wykorzystywany jako ruchoma wartownia na wojskowych bocznicach kolejowych. Ostatnim miejscem stacjonowania była Twierdza Modlin, gdzie stopniowo niszczał i popadał w ruinę. Zimą 2015 roku został pozyskany do zasobów Muzeum w Jaworzynie Śląskiej.

Jest to jeden z dwóch zachowanych oryginalnych improwizowanych wagonów pancernych w Polsce (a prawdopodobnie również w Europie). Drugi znajduje się w Muzeum Broni Pancernej CSWL w Poznaniu.

W oparciu o tak niezwykły zabytek zdecydowaliśmy się stworzyć ekspozycję obrazująca okres służby wagonu w czasie walk z UPA po 1945 roku. Zamierzeniem jest połączenie
klasycznej ekspozycji muzealnej, przekazującej niezbędne informacje zwiedzającym bez przewodnika (gabloty, tablice) z odtworzeniem wyglądu wnętrza w formie skansenowej. Do tego założono, że wagon będzie – podczas organizowanych w muzeum imprez historycznych – tłem dla tematycznej dioramy naszej grupy. W takich momentach wagon
powinien dosłownie ożywać, przenosząc zwiedzających w czasie.

Co ważne, muzeum zdecydowało się w minimalnym stopniu ingerować w zachowany stan wagonu, traktując go jako świadectwo długiej historii. Dlatego nie przeprowadzono np.
odmalowania wnętrza czy wymiany wytartych desek – innymi słowy, nie odtworzono jego stanu z okresu 1945-1950. Oglądając ekspozycję, trzeba mieć zatem na uwadze, że patrzymy wagon w stanie z 2018 roku, a nie z 1946. Tym niemniej specyficzna historyczna patyna,
spękane drewno i chropowaty metal dodają zabytkowi wyjątkowego uroku, powodując uczucie obcowania z historią. 

W toku tworzenia ekspozycji naprawiono (z odpowiedniego drewna rozbiórkowego) dwie prycze oraz klapę włazu desantowego. Do prycz uszyliśmy sienniki, które wkrótce zostały elegancko i wygodnie wypchane słomą. Na ścianach zawieszone zostały tablice informacyjne (łatwo demontowane w razie potrzeby wystawienia dioramy), a także – przygotowane przez
piszącego te słowa – transparenty, których zadaniem jest w głównej mierze zakrycie najbardziej rzucających się w oczy napisów wyrytych przez kolejne roczniki poborowych. Zawiesiliśmy również zabytkowy obrazek święty oraz odpowiednią lampę naftową. Do ściany przyśrubowano solidnie atrapę karabinu, na podłodze rozstawiliśmy skrzynie amunicyjne, które (po wymianie wiek na płyty pleksi) służą jako gabloty.

W dalszym etapie prac uzupełniliśmy wyposażenie o kilka innych elementów i przede wszystkim wypełnimy eksponatami gabloty.

30. września 2018r. odbyła się premiera wystawy.

Załączone zdjęcia pokazują stan wagonu jesienią 2017r., po przeprowadzeniu pierwszego etapu przygotowania ekspozycji.

Autor: Marcin Morawski

SUMMARY

The Kr2-92 improvised armored railway car – currently in the Railway Museum of Jaworzyna Śląska – has been made in Canada for the Imperial Russian Railway as a cargo car. In 1941, after the invasion on the Soviet Union, the car was captured by Germans, who provided the car with improvised armour by adding one more wall and filling the space with concrete and adding the shooting windows. After the modification, the car was used by the German railway security service (Bahnschutz) in the occupied Soviet territories.

It was later captured by the Red Army and in 1945 was given to the Polish Army. IT was than used to form the first Armored Train of the Polish Railway Security Service (SOK) and was used in the fights against the UPA in the South-eastern Poland. After the train was decomissioned in early 1950’s the car was used as amobile guard post by the Army. in 2015 it was bought by the Museum or Railways and Industry of Jaworzyna Śląska. In 2017-2018 as a cooperation between the Museum and our reenactment group, an exhibition was organised in the car re-creating the looks of it during its service in the Raiulway Security. The photographs show its status in autumnof 2017, after the first phase of the exhibition creation.

Krew na Śniegu 2018 – manewry 1PSP AK z udziałem GRH Osiemnaty Kołobrzeski

W dniu 27 stycznia, w przepięknej scenerii masywu Mogielnicy, odbyły się manewry 1PSP AK pod kryptonimem “Krew na śniegu” z gościnnym udziałem sanitariusza “Osiemnastego Kołobrzeskiego” – Pitera. W ich trakcie zapoznano się z zarysem historycznym końcowego okresu wojny, a zwłaszcza Bitwy Szczawskiej, omówiono zachowane dokumenty m.in. na temat organizacji i składu służby medycznej AK z tego okresu, a następnie przystąpiono do ćwiczeń praktycznych. Podczas tychże porównano skład zasobnika medycznego sanitariusza AK i sanitariusza 1 AWP na froncie wschodnim.

Przeprowadzono pozoracje akcji sanitariusza, takich jak opatrywanie i ewakuacja rannego za pomocą pasów noszowych.

Następnie dla rozruszania przeprowadzono marsz zapoznawczy po terenie gdzie zachowały się jeszcze resztki kwater partyzanckich.

Działania zakończono, przy zapadających ciemnościach, pożegnalnym ogniskiem.

Autor: Piotr Kuzera

Niebieskich czapek czar… Czyli fakty i mity o NKWD i nie tylko.

Obserwując w ostatnich latach środowisko rekonstrukcyjne, ale również czytając prasę i książki, zauważyłem jedną ciekawą rzecz: Osoby, często nawet dobrze wykształcone, zajmujące się okresem wojennym i tuż powojennym zdają się nie wiedzieć jednej bardzo prostej rzeczy – co to było NKWD.

Trudno mi bowiem inaczej wyjaśnić, że na niemal każdej rekonstrukcji związanej z powojennym podziemiem antykomunistycznym musi się pojawić przynajmniej jeden „funkcjonariusz NKWD” – najczęściej w mundurze i z obstawą złożoną z żołnierzy polskich. Trudno też inaczej wyjaśnić fakt, że poważne czasopismo, tłumacząc raport amerykańskiego wywiadu na temat sytuacji w Polsce w pierwszych latach powojennych tłumaczy „MVD Interior Troops” jako „NKWD”, a skądinnąd znani historycy mówią o „działaniach NKWD” w Polsce w roku 1947… Oczywiście czasem można to uznać za skrót myślowy, czasem po prostu niechęć do wprowadzania zamętu w głowach obywateli, których wiedza historyczna jest ogólnie znikoma i ogranicza się do kilku haseł. Sytuacji nie poprawiali też sami pracownicy organów i wojsk bezpieczeństwa wewnętrznego, którzy jeszcze w latach 80. potocznie mówili o sobie „czekiści” – i nie ważne czy pracowali w resorcie Spraw Wewnętrznych czy Bezpieczeństwa Państwowego.

Stwierdziwszy powyższe, postanowiłem sprawdzić co na temat tajemniczego NKWD wiedzą osoby – wydawać by się mogło – najbardziej zainteresowane tematem, tj. osoby odtwarzające sylwetki określane potocznie jako „enkawudziści”.  Najprostszym sposobem wydało mi się zebranie wywiadów – w formie bądź to nagranych rozmów przeprowadzonych osobiście, bądź udzielenia pisemnie odpowiedzi na kilka pytań. Choć pytania rozesłałem do dość dużej liczby rekonstruktorów (każdy z nich zgodził się pierwotnie odpowiedzieć), niewielu przesłało mi odpowiedzi. Z kolei specyficzny profil imprez rekonstrukcyjnych, które w tym roku odwiedziłem, sprawił, ze okazji do porozmawiania z rekonstruktorami o właściwym profilu miałem niewiele. W związku z tym, chociaż wyniki „badania” pokrywają się z moimi obserwacjami, trudno uznać je za miarodajne. Pamiętać przy tym także należy o niskiej „profesjonalizacji” tego typu rekonstrukcji – mało kto skupia się na tej jednej formacji. Z uzyskanych odpowiedzi wynika mi, że większość osób, które odtwarzają formacje „okołoenkawudowskie” zajęło się tematem tylko dlatego, że na takie sylwetki było zapotrzebowanie. Niewielu rekonstruktorów przyciągnął „czar niebieskich czapek”. Nie znalazłem też informacji o jakiejkolwiek grupie, która zajmowałaby się wyłącznie odtwarzaniem wojsk/służb podległych NKWD, lub takich, które miałyby NKWD w swojej nazwie.

Jak wskazałem wyżej – istnieje jednak zapotrzebowanie na odtwarzanie sylwetek tego typu – świadczy o tym fakt, że szeroko rozumiani „enkawudziści” – nie zawsze z sensem i rzadko kiedy zgodnie z prawdą historyczną – są obowiązkowym elementem wszystkich inscenizacji związanych z powojennym podziemiem antykomunistycznym a także pojawiają się na inscenizacjach walk na Froncie Wschodnim. Tym artykułem chciałbym chociaż minimalnie poprawić poziom wiedzy historycznej rekonstruktorów i organizatorów inscenizacji. Dlatego też nie będzie to historia typu „od WCzK do FSB” – w artykule skupię się na okresie wojennym i pierwszych latach powojennych, w związku z tym, oprócz NKWD, w artykule pojawią się takie resorty  jak NKGB, MWD i MGB a także – ze względu na  czasowo wyłączane ze struktur resortów SW i BP UOO/UK „SMIERSZ” – NKO, NKWMF i MO. Zacząć jednak należy od podstaw, a zatem…

Co to właściwie było NKWD?

Najczęstsze odpowiedzi na to pytanie z jakimi można się zetknąć, to „tajna policja”, „specjalne oddziały wojskowe do zwalczania partyzantki”, „policja polityczna” itp. Każda z tych odpowiedzi zawiera w sobie mniejszą lub większą cząstkę prawdy, ale żadnej nie można uznać za prawidłową.

Aby odpowiedzieć na pytanie, należy na początek rozszyfrować skrót. NKWD to Narodnyj Komisariat Wnutriennych Dieł, czyli po polsku Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych. Ponieważ określenie „Ludowy Komisariat” (w skrócie „narkomat”) bywa mylące (pamiętam, że swego czasu przy okazji filmu o Tewje Bielskim jakiś krytyk filmowy napisał, że to postać kontrowersyjna, bo przed wojną był komisarzem – pracował w Ludowym Komisariacie Rolnictwa…), wypada wyjaśnić co ono oznacza. Otóż po Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej (lub, jak kto woli: Małym Komunistycznym Buncie Listopadowym) uznano, że trzeba stworzyć rząd całkiem nowy, który nawet nazewnictwo instytucji będzie odróżniać od poprzedniego systemu. W związku z tym za burżuazyjny przeżytek uznano na przykład… Ministerstwo. I w rządzie RSFRR nie było już rady ministrów, a rada Komisarzy Ludowych, z których każdy stał na czele odpowiedniego Komisariatu Ludowego. A zatem możemy w uproszczeniu powiedzieć, że NKWD to miej więcej tyle co MSW. I, jak to zwykle z resortami Spraw Wewnętrznych bywa, podlegały mu różne służby. Takie jak na przykład milicja, urząd stanu cywilnego, straż pożarna, wojska ochrony pogranicznej i wewnętrznej, więzienia (a właściwie obozy i kolonie karne – więzień w ZSRR nigdy nie było dużo…)

“Dowód wszechwładzy radzieckiej tajnej policji!” Czyli akt urodzenia wystawiony przez NKWD ZSRR

A co z „tajną policją”? No cóż, ta raz była częścią NKWD, a raz nie. Zaczęło się w 1934r., kiedy to NKWD ZSRR stworzono, łącząc NKWD RSFRR i OGPU ZSRR – ta druga instytucja, w prostej linii spadkobierca CzeKa, weszła w skład nowego resortu jako Główny Zarząd Bezpieczeństwa Państwowego (GUGB), jednak w lutym 1941r. instytucję tę powtórnie wydzielono tworząc NKGB (Ludowy Komisariat Bezpieczeństwa Państwowego) tylko po to, by 20 lipca tego roku ponownie scalić je w jeden Narkomat Spraw Wewnętrznych. Do pomysłu osobnego resortu powrócono w kwietniu 1943r. i tak już zostało, choć funkcje tych dwóch resortów często się zmieniały.

A teraz mały szok dla wszystkich, którzy krzyczą, ze NKWD działało w Polsce jeszcze na przełomie lat 40. I 50.: Otóż NKWD przestało istnieć w 1946r. I nie, nie zmieniło się magicznie w KGB, jak twierdzą niektórzy. Co więcej w tym samym roku przestało też istnieć NKGB… Zanim podniesie się krzyk, spieszę uściślić – istnieć przestały też wszystkie inne narkomaty, bowiem w tym właśnie roku do łask wróciło słowo „ministerstwo”. W miejsce interesujących nas resortów powstały więc MWD i MGB, czyli odpowiednio Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego.

A zatem, wracając do przytoczonych na początku odpowiedzi:

NKWD to tajna policja polityczna – trochę na odwrót. Tajna policja polityczna bywała częścią NKWD, ale w interesującym nas okresie trwało to krótko – od roku 1939 (to data początkowa wojny, a więc w/w okresu, nie istnienia tego stanu) do lutego 1941r. i od lipca 1941r. do kwietnia 1943r. Natomiast NKWD podlegała cały czas „zwykła” siła policyjna – tj. milicja.

NKWD to specjalne oddziały wojskowe do zwalczania partyzantki – również na odwrót, ale tym razem już w dłuższym okresie czasu. Walka z wrogą partyzantką była jednym z zadań Wojsk Wewnętrznych NKWD, które istniały do 1946r.

Może się po prostu czepiam, ale gdyby uznać powyższe odpowiedzi za prawdziwe, to należałoby uznać także prawdziwość takich twierdzeń:

NKWD to zawodowa straż pożarna.

NKWD to urząd stanu cywilnego.

I tak dalej.  Widać już o co mi chodzi? A zatem – bądźmy precyzyjni i kiedy następnym razem znajdziemy stary akt urodzenia z nagłówkiem „NKWD” to nie krzyczmy o wszechwładzy radzieckiej tajnej policji, tylko pamiętajmy o tym, że podległość rejestru urodeń Resortowi Spraw Wewnętrznych nie jest niczym niezwykłym.

Zamieszałem? No to teraz przejdźmy do drugiej ważnej sprawy – skoro NKWD to cały resort, to…

Kim byli eksponowani wszędzie „enkawudziści”, czyli „żołnierze w niebieskich czapkach”?

Czapki z granatowym denkiem pojawiły się pierwszy raz jako nakrycia głowy dla organów i wojsk (z wyjątkiem Wojsk Pogranicznych) OGPU pod koniec 1924r., kiedy zorientowano się, że zaproponowany w sierpniu wzór – z otokiem granatowym a denkiem czerwonym – za bardzo przypominał czapki dyżurnego/komendanta stacji w WOSO. W 1934r., po wcieleniu OGPU do NKWD czapki te pozostały obowiązującym nakryciem głowy Wojsk Wewnętrznych i organów GB (czyli de facto używane były w dwóch Zarządach Głównych NKWD – GUGB i GU PiWO). Ponieważ Narkom Spraw Wewnętrznych był jednocześnie głównym dowódcą Wojsk NKWD, najczęściej przysługiwał mu mundur w kolorystyce Wojsk Wewnętrznych.

Aby nie wdawać się zbytnio w zawiłości umundurowania przed 1939r., wspomnę tylko jeszcze o reformie roku 1935, która nadała czapkom wygląd, który praktycznie nie zmienił się do roku 1954. Wróćmy jednak do podstawowego pytania – kto nosił takie czapki. Jak już wspomniano, byli to funkcjonariusze GB (Bezpieczeństwa Państwowego) i żołnierze  Wojsk Wewnętrznych.


Niezidentyfikowany oficer Organów NKGB (późniejsze zdjęcia wskazują na służbę w MGB/KGB), ok. 1945r.

Ci pierwsi to właśnie owa „tajna policja” a także wywiad, kontrwywiad i ochrona osób ważnych (członkowie rządu, kierownictwo partii itp.).  Od wojsk NKWD odróżniały ich charakterystyczne naszywki w postaci czerwonego owalu z wyhaftowanym mieczem, sierpem i młotem, od 1937r. noszone na obu rękawach, zniesione w 1943r.

Druga instytucja to jednostki podległe GU PiWO, należące do Wojsk Wewnętrznych – a zatem żołnierze Wojsk Konwojowych (zajmujących się transportem więźniów, pilnowaniem ich poza miejscem uwięzienia, a przed 1939r. i po 1956r. – pilnowaniem samych więzień), Wojsk Zabezpieczenia Tyłów (niesławne Zagradotriady, czyli oddziały zaporowe), Wojsk Operacyjnych, Wojsk Ochrony Szczególnie Ważnych Obiektów oraz Wojsk Ochrony Linii Kolejowych. Wspomnieć należy także o specjalnych jednostkach przewidzianych do akcji dywersyjnych na tyłach wroga, z których wywodziła się również część radzieckich partyzantów (podległych NKWD, a nie republikańskim Sztabom Partyzanckim). Podlegające temu samemu Zarządowi Głównemu Wojska Pograniczne w tym miejscu interesują nas trochę mniej, gdyż żołnierze PW nosili czapki zielone.


Generał Mażyrin z Wojsk Ochrony Kolejowej MWD. Na obu zdjęciach dość wyraźnie widać czapki z niebieskim denkiem. Warto zaznaczyć, ze zdjęcie pochodzi już z 1947 

Warto przy okazji także wspomnieć, że, wbrew pokutującym opiniom,  żołnierze WW NKWD czasem brali także normalny udział w walkach – np. w obronie Moskwy czy szturmie Berlina. O technicznych jednostkach Wojsk Wewnętrznych można też trochę dowiedzieć się ze wspomnień oficera tychże, które zamieszczałem swego czasu na tej stronie.

W dużym skrócie – Zarówno funkcjonariusze GB jak i żołnierze Wojsk NKWD nosili praktycznie identyczne mundury. Jedyne różnice to: naszywki funkcjonariuszy GB przed 1943r. oraz Mundury galowe po 1943r. (dla GB – jednorzędowe, dla Wojsk NKWD – dwurzędowe). Takie mundury utrzymywały się zarówno w okresie jedności NKWD jak i w okresach samodzielności NKGB. Również po przekształceniu narkomanów w ministerstwa oba resorty zachowały (z niewielkimi wyjątkami dla jednostek lotniczych i pancernych) mundury niezmienione – w tym także niebieskie czapki – aż do 1954r.

Warto jeszcze wspomnieć, że niebieskie czapki miała także milicja. Te jednak miały otok jasnoniebieski a lamówki czerwone.

Coś już wiemy, przejdźmy zatem do haseł, które najczęściej słychać. Pierwsze pytanie brzmi:

Czy NKWD to organizacja zbrodnicza?

Jak już napisałem, NKWD podlegał cały szereg instytucji. Wprawdzie ktoś mógłby powiedzieć, że każdą z nich obciąża coś – np. straż pożarna dopuszczała się zbrodni komunistycznych polegającej na ochronie przeciwpożarowej mienia państwa komunistycznego, w tym budynków partyjnych, w urzędach stanu cywilnego dopuszczano się zbrodni komunistycznych polegających na łączeniu w pary komunistów, a do tego gromadzono dane osobowe na potrzeby państwa totalitarnego itd. Jednak póki co prawo międzynarodowe nie uznaje pojęcia zbrodni komunistycznej a nawet gdyby uznawało, jej definicja nie pozwalałaby na takie absurdy.

Dokument identyfikacyjny strrrrasznego zbrodniarza NKWD – dojarki zatrudnionej przez NKWD KFSRR…

Zajmijmy się więc tymi instytucjami, w stosunku do których można postawić sensowne zarzuty. Zacznijmy – trochę pro forma – od góry. Przez cały okres wojenny Ludowym Komisarzem Spraw Wewnętrznych był Ławrientij Beria. Na stronie adresowanej do pasjonatów historii, jak sądzę, postaci tej nie trzeba przedstawiać, nie trzeba też dowodzić, że był to człowiek odpowiedzialny za bardzo liczne zbrodnie, a prawdopodobnie również na przestępstwa pospolite (i to głównie za te ostatnie został skazany na śmierć, o ile oczywiście jego proces faktycznie się odbył). Ale w grudniu 1945r. na tym stanowisku zastąpił go Siergiej Krugłow. I tu sprawa już nie jest taka oczywista. Choć Krugłow zaczynał karierę (jako protegowany Berii) w organach Bezpieczeństwa Państwowego, odpowiadał tam głównie za postępowania dyscyplinarne wobec funkcjonariuszy i żołnierzy NKWD, następnie zaś kierował działem kadr. Będąc zastępcą Berii, oprócz spraw kadrowych, jednocześnie był na froncie jako członek rad wojennych frontów, oraz szef zarządu odpowiedzialnego za budowę umocnień. Zarzucać mu można udział w fałszowaniu prawdy o zbrodni katyńskiej, miał też swój udział w radzieckim projekcie broni jądrowej, ale trudno właściwie przypiąć mu coś konkretnego.

Jeśli spojrzymy na represje względem ludności na terenach zajętych przez ZSRR po 17 września 1939r., to niewątpliwie odpowiadają za nie funkcjonariusze GUGB NKWD, żołnierze Wojsk Wewnętrznych NKWD oraz, w ograniczonym stopniu, funkcjonariusze milicji.

Sprawa komplikuje się nieco w przypadku zbrodni katyńskiej – sprawstwo kierownicze tej zbrodni to rzecz dobrze opisana, ale sprawstwo bezpośrednie w dalszym ciągu jest słabo rozpoznane. Teoretycznie jeńcami od początku do końca powinni się „opiekować” żołnierze WW NKWD i oni też powinni byli dokonywać egzekucji. Kłóci się to jednak z przebiegiem egzekucji (strzały z pistoletu w tył głowy) – ten wskazuje raczej, że bezpośrednimi wykonawcami byli tu oficerowie WW, lub, co znacznie bardziej prawdopodobne – funkcjonariusze GUGB NKWD.

Sprawa jest nieco trudniejsza jeśli idzie o represje z lat 1944-1945, bowiem wbrew pokutującym opiniom, NKWD miało niewielki udział w tej działalności (ograniczając się zwykle do transportu aresztowanych i prowadzenia obozów do których aresztowani ostatecznie trafiali). Tymczasem śledztwa, tortury i aresztowania były w tym czasie domeną NKGB. Toteż mówienie o zbrodniach NKWD w Polsce od 1944r. jest mało precyzyjne.

Odpowiadając zatem na pytanie – zdanie „NKWD był instytucją zbrodniczą” nie jest błędne, ale znów: jest nieprecyzyjne. Za zbrodnicze można uznać poszczególne instytucje podległe temu resortowi.

Znacznie bliższe prawdy będzie natomiast twierdzenie „NKGB był instytucją zbrodniczą”, choć trzeba pamiętać, że i w tym resorcie działały całe wydziały, które z wyżej wspomnianymi represjami nie miały nic wspólnego.

Zaświadczenie wydane przez Zarząd NKGB Obłasti Drohobycz dla rodziny majora GB Osadczego, 1944r.

Czy zatem osoba, która opowiada, że w 1944 roku torturował ją enkawudzista mówi nieprawdę? Nie. Po prostu została wprowadzona w błąd przez funkcjonujące w powszechnej świadomości skróty myślowe oraz przez to, że w tamtym okresie funkcjonariusze GB i żołnierze Wojsk NKWD nosili praktycznie identyczne mundury. Osoba taka zapewne opowiada o prawdziwych wydarzeniach, ale myli instytucje. I tyle.

A pozostając jeszcze przy temacie zbrodni NKWD i NKGB – swego czasu, po tym jak napisałem w komentarzu na portalu dobroni.pl, że szeroko rozumiane próby gwałtu na cywilach (w miejscu publicznym)  ze strony oficerów NKWD są całkowicie nieprawdopodobne dostałem odpowiedź: „Przedstawienie NKWD-zistów jako formacji o wysokim morale (…) i samodyscyplinie to kuriozum”. Przyjrzyjmy się więc kwestii

Jak to było z tym poziomem moralnym „enkawudzistów”?

Przy czym od razu zaznaczmy, że chodzi tu o „enkawudzistów” szeroko rozumianych czyli żołnierzy wojsk NKWD i funkcjonariuszy GB.

Zadajmy sobie pytanie, kto szedł do pracy w resortach BP i SW w ZSRR. Dzierżyński jako cechy idealnego czekisty wymieniał „Serce gorące, głowa chłodna i czyste ręce”. Czekista zatem powinien być ideowym i pełnym zapału komunistą, potrafiącym trzeźwo myśleć i do tego uczciwym. Czy tacy ludzie pracowali w tych resortach? Zapewne byli i tacy. Z kolei w potocznym rozumieniu „enkawudzista” to pozbawiony hamulców psychopata o sadystycznych skłonnościach. Czy tacy ludzie pracowali w tych resortach? Zapewne byli i tacy. Oprócz tego było sporo karierowiczów i oportunistów, sporo ludzi uczciwych, sporo zwyrodnialców i całe mnóstwo typów pośrednich – jak wszędzie, choć akurat tutaj trudno było zachować czyste sumienie. Ale cechy osobiste w małym stopniu decydowały o tym, jak „prowadził się” i jak zachowywał się publicznie „enkawudzista”.

Warto zaznaczyć, że do pracy w resortach starano się brać ludzi oddanych sprawie (a więc członków partii lub chociaż Komsomołu), o nieposzlakowanej opinii, nie posiadających „obciążeń genetycznych” (tj. mających właściwe pochodzenie) i posiadających przydatne wykształcenie (np. prawnicze). Podobne kryteria starano się stosować wobec szeregowych WW – pochodzili oni z ogólnego poboru wojskowego, ale NKWD miał pierwszeństwo wyboru poborowych.

Musimy też pamiętać, że mówimy tu o jednych kluczowych resortach w państwie totalitarnym, gdzie kontrola wewnętrzna stała na bardzo wysokim poziomie. Po pierwsze, władza musiała dbać, by w resortach siłowych nie zrodził się jakiś bunt. Po drugie, osoby z wiedzą niekoniecznie dla władzy wygodną musiały być godne zaufania i niepodatne na działania obcych wywiadów. Po trzecie całkiem serio obawiano się obcych agentów. I wreszcie po czwarte – najszybszą drogą awansu w strukturach, było „wykazanie się rewolucyjną czujnością”. O ile walka ze szpiegami czy wrogami ludu była dość ryzykowna (nigdy nie było wiadomo czy za chwilę „wróg ludu” nie okaże się jednak „uczciwym komunistą, który padł ofiarą spisku trockistowskiej kliki w organach bezpieczeństwa”, co dla owej kliki skończy się bardzo źle), o tyle niezbyt ryzykowne było donoszenie na kolegów. Jeśli któryś funkcjonariusz miał słabość do kobiet, alkoholu, lub hazardu, albo dopuszczał się przestępstw pospolitych, to zgłoszenie tego władzom zwierzchnim było nie tylko obowiązkiem każdego „enkawudzisty”, ale również prostą drogą do „wykazania się” i awansów. Co więcej, jeżeli oficerowi udowodniono, że wiedział o nagannym zachowaniu kolegi, podwładnego lub zwierzchnika, a nie zgłosił tego wyżej, to oficer ten w najlepszym wypadku dostawał naganę, a w najgorszym zarzuty o współudział w procederze. Dlatego też, o ile taki oficer nie był Berią lub jego najbliższym współpracownikiem, to musiał „prowadzić się moralnie”, a jeśli chciał dopuścić się czynu przestępczego, to musiał to robić bardzo dyskretnie, dbając o to, żeby nikt nigdy się o tym nie dowiedział. Oczywiście, nie oznacza to, ze prowadzący śledztwo funkcjonariusz GB nie wymuszał nieprawdziwych zeznań, nie fabrykował dowodów itp., ale była to już uznana metoda pracy podczas oficjalnego śledztwa, zwykle zresztą śledztwa na zamówienie z góry. Stąd lekki paradoks – funkcjonariusz mógł być sadystycznym bydlakiem, ale jednocześnie musiał się prowadzić nienagannie i poza pracą nie wolno mu było łamać prawa.

Ponadto to Wojska Wewnętrzne odpowiedzialne były za utrzymanie porządku na tyłach frontu, w związku z czym, o ile w Armii Czerwonej zarządzenie o ściganiu gwałtów, morderstw, rabunków itp. przestępstw na ludności cywilnej zostało w większości zignorowane, o tyle żołnierze WW musieli przyjąć to do wiadomości i stosowania, co oznacza, że po pierwsze sami nie mogli sobie na takie wybryki pozwalać, a po drugie musieli ścigać czerwonoarmistów odpowiedzialnych za takie działania.

Ponadto w Wojskach NKWD poziom wyszkolenia był zdecydowanie wyższy niż w Armii Czerwonej, a to przekładało się na wyższy poziom dyscypliny w oddziałach.

Podobnie rzecz wygląda z rozstrzeliwaniem jeńców – podczas rekonstrukcji często zdarza się, że robią to właśnie „enkawudziści”. Tymczasem to właśnie oni mieli na to najmniejsze szanse – bo najlepiej wiedzieli, że jeniec oznacza informacje (a później może także siłę roboczą) i to oni dostawali zawsze rozkaz zabezpieczania wszelkich schwytanych żołnierzy wroga. Jeśli kogoś rozstrzeliwali to najczęściej dezerterów lub innych żołnierzy skazanych przez sądy wojskowe na śmierć.

Skoro już wspomniałem rekonstrukcje, to ostatnio najczęściej „enkawudzistów” możemy oglądać podczas inscenizacji związanych z działalnością powojennej partyzantki. Odpowiedzmy sobie zatem na pytanie:

Jaki był udział Wojsk NKWD i organów NKGB w walce z podziemiem?

Aż do zakończenia wojny główny ciężar walk podziemiem (polskim, ukraińskim i niemieckim) na Ziemiach Polskich spadał na wojska NKWD . Wykorzystywano w tym celu zarówno Wojska Wewnętrzne jak i Wojska Pograniczne, przy czym rola Wojsk NKWD była tutaj głównie ofensywna. Odpowiednie oddziały wojsk NKWD zajmowały się także ochroną linii kolejowych. Oprócz tego to oddziały Wojsk Konwojowych zajmowały się transportem więźniów do ZSRR lub obozów na terenie Polski.

Ponieważ większość partyzantów była łapana lub aresztowana przez oddziały radzieckie, ich przesłuchiwaniem zajmowali się głównie funkcjonariusze GB. Zdarzało się także, że NKGB przydzielało łączników do rejonowych UBP, zwłaszcza na terenach wzmożonej aktywności partyzantki, jednak większość zatrzymanych przez Urzędy Bezpieczeństwa pozostawała w gestii polskich władz, a obecność funkcjonariuszy GB w placówkach UBP i MO już wtedy była dość rzadka, ale trzeba też pamiętać, że spora część kierownictwa Resortu Bezpieczeństwa oraz wyższej i średniej kadry oficerskiej MBP stanowili oddelegowani oficerowie NKGB i NKWD.

Pomimo że KBW osiągnął pełną gotowość do działań dopiero jesienią 1945r. już od wiosny aktywność Wojsk NKWD w walce z podziemiem była znacząco ograniczana (wiązało się to ze stopniowym wycofywaniem jednostek WP do kraju). Kierownictwo resortu przyjęło założenie, że od teraz to już sprawy polskie. Zgoda w tej kwestii była na tyle powszechna, że aresztowanie przywódców podziemia przez Sierowa całkowicie zaskoczyło polskie władze.

Oczywiście można tu przypomnieć, że największa bitwa podziemia antykomunistycznego po wojnie miała miejsce w Hucie w czerwcu 1945r. i że oddział „Szarego” rozbity został właśnie przez grupę z 98. pułku radzieckich Wojsk Pogranicznych. Tylko trzeba pamiętać, że wbrew przekazowi propagandowemu rajd pograniczników nie był odwetem za zbrodnię w Wierzchowinach (tę uważano za typowo polską sprawę) i nawet po zdobyciu przez „Szarego” samochodu pancernego na grupie pościgowej MO, Wojska NKWD nie kiwnęłyby palcem w tej sprawie. Radziecki oddział został wysłany w pogoń za eneszetowcami w odwecie za polowe lotnisko radzieckie, które ci spalili po drodze do Wierzchowin, zabijając całą załogę, niszcząc sprzęt i samoloty. To też tłumaczy, dlaczego w wyniku akcji nie było żadnych jeńców – w normalnych warunkach żołnierze Wojsk NKWD nie przegapiliby szansy na złapanie „języka”.  Przypadek ten dobrze też pokazuje stopień wyszkolenia PW. Dwustuosobowy oddział, według niektórych źródeł mający swoim składzie również sporą grupę weteranów 27 Dywizji AK dał radę zniszczyć lotnisko Armii Czerwonej a także wybić dobrze uzbrojony i wsparty podchorążymi WP oddział MO wysłany w pościg, ale mimo zdobycia działek lotniczych i samochodu pancernego oraz nieznacznej przewagi liczebnej (radziecka grupa liczyła ok. 160 żołnierzy)  nie zdołał nawet zadać pogranicznikom poważniejszych strat – po stronie radzieckiej zginął jeden żołnierz, 4 kolejnych zmarło od ran.

Nieco więcej aktywności wykazywały Wojska NKWD/MWD w Walce z UPA, ale brało się to z faktu, że podziemie ukraińskie ZSRR uznawał także za swój problem, pomimo tego jednak począwszy od drugiej połowy 1945r. działalność przeciwpartyzancka tych wojsk na ziemiach polskich to naprawdę rzadkie przypadki i to wyłącznie w odpowiedzi na działania podziemia przeciw radzieckim instytucjom. I chociaż niebieskie czapki widać było coraz rzadziej, to NKGB/MGB było po wojnie aktywne jeszcze do końca dekady. Również w strukturach MBP a także wywiadu i kontrwywiadu wojskowego pełniła służbę znaczna liczba oficerów delegowanych z ZSRR i to z nimi mogli mieć do czynienia schwytani członkowie oddziałów podziemia.

Czyli w skrócie: do wiosny 1945 roku z podziemiem walczyły głównie oddziały Wojsk NKWD, później ciężar walki przejęły na siebie WP i KBW. Do połowy 1945r. funkcjonariusze NKGB czuli się w Polsce jak u siebie, potem stali się praktycznie niewidoczni.

Warto wspomnieć o jednym jeszcze haśle, które zwykle pojawiało się wypowiedziach dotyczących NKWD.

Co to był SMIERSZ i co miał wspólnego z NKWD?

Spotkałem się ze stwierdzeniem, że była to „akcja radzieckiego wywiadu w czasach stalinowskich mająca na celu likwidację obcych szpiegów”. Nie jestem pewny, ale do powszechnej świadomości określenie „akcja” w stosunku do SMIERSZu weszło albo za sprawą któregoś z filmów o przygodach agenta 007, albo po prostu to nieporozumienie wynikając z nieco mylącej nazwy – „Smiert’ Szpionam”, czyli „śmierć szpiegom”. Wyjaśnijmy zatem co to był ten SMIERSZ i skąd się wziął.

Nie zagłębiając się zbytnio w historię – w 1918 we wszystkich jednostkach wojskowych powołano do życia tzw. Wydziały Specjalne (Osobyje Otdieły), które stanowiły organ kontroli kontrwywiadowczej w wojsku. Praktycznie cały czas, aż do 1943r. podlegały one resortowi Bezpieczeństwa Państwowego lub GUGB w czasie podległości tegoż względem NKWD. Jednak w 1943r. Wydziały Specjalne wydzielono z NKWD (pozostawiając tam jedynie te działające w Wojskach NKWD) i podporządkowano je odpowiednim narkomatom – Obrony (NKO) i Marynarki Wojennej (NK WMF), pozostawiając jednak dotychczasowych pracowników (zmieniając ich stopnie z GB na ogólno wojskowe, tj. major GB stawał się majorem itd.), a co ważniejsze, Wydziały Specjalne przemianowano na Wydziały Kontrwywiadu (OKR) „SMIERSZ”.  Warto nadmienić, że OKR „SMIERSZ” podlegały bezpośrednio odpowiednim komisarzom ludowym, czyli… Stalinowi i admirałowi Kuzniecowowi.

Zatem najprościej – „SMIERSZ” był instytucją wojskową o „bezpieczniackim” rodowodzie zajmującą się działalnością kontrwywiadowczą. Nie był żadną akcją.

Co ciekawe, początkowo nazwa miała brzmieć „SMIERNIESZ” – skrót od „ Smiert’ Niemieckim Szpionam”, Śmierć Szpiegom Niemieckim – ale nazwa ta nie przypadła do gustu Stalinowi, który stwierdził, że nie tylko o niemieckich szpiegów tu chodzi, że w ZSRR panoszą się szpiedzy różnych państw i kazał skrócić nazwę do „SMIERSZ”. Nie da się ukryć, że nazwa „SMIERNIESZ” brzmi nieco komicznie.

Jak więc widzimy, SMIERSZ nie był częścią NKWD, choć jego pracownicy wywodzili się właśnie stamtąd. Oficerowie SMIERSZU mieli nie odróżniać się od pozostałych oficerów jednostki do której byli przydzieleni, toteż „smierszowcy” nie tylko nie nosili specjalnych odznak ale musieli nosić mundury odpowiednie do jednostki – np. pancerne – i nie miało znaczenia, że taki oficer o czołgach nie miał pojęcia. Trzeba jednak powiedzieć, że ponieważ pracownicy OO zwykle byli absolwentami ogólno wojskowych szkół oficerskich, starano się ich przydzielać do jednostek, które miały jakikolwiek związek z ich specjalizacją.

Fragment książeczki wojskowej oficera rezerwy – co ciekawe, osoba wypełniająca myślała ahistorycznie – praca dla Smierszu została ujęta jako praca w organach MWD w składzie 3. Frontu Ukraińskiego – w czasie istnienia tegoż, nazwa MWD jeszcze nie istniała, a Smiersz nie był częścią NKWD.
I o wiele bardziej skrupulatnie wypełniona historia zatrudnienia w książeczce ewidencyjnej członka partii – nazwy “Wydział Specjalny”, UKR “Smiersz” i “Zarząd Kontrwywiadu MGB” odpowiadają okresom, dla których zostały wpisane.

Pozostaje jeszcze jedna sprawa:

Jak wyglądał „ekawudzisa”?

Podczas imprez rekonstrukcyjnych osadzonych w realiach lat 1943-1945 często możemy oglądać oficerów „NKWD”, którzy wyglądają w miarę dobrze. Tzn. noszą czapkę z niebieskim denkiem, często nawet prawidłową gimnastiorkę z naszytymi kieszeniami (repliki są obecnie dość  łatwo dostępne) i równie prawidłowymi pagonami (także możliwe do kupienia w Polsce)… A do tego granatowe bryczesy. Z czerwoną lamówką… No dobra, ostatnio lamówka też ma już często prawidłowy kolor. Czerwoną lamówkę też da się na upartego wytłumaczyć. Nawet te granatowe bryczesy nie były takim rzadkim widokiem na polu bitwy u oficerów radzieckich, nie tylko z GB i wojsk NKWD.  

Starszy lejtnant Swietłakow w gimnastiorce dla WW NKWD z naszytymi kieszeniami.

Powiedzmy zatem, że wygląd oficera Wojsk Wewnętrznych jest sprawą dość powszechnie znaną. Gorzej natomiast z szeregowcami i podoficerami. Jeśli już widać ich na rekonstrukcjach, to zazwyczaj od oficerów odróżniają ich tylko pagony. A to już poważniejszy błąd.

Przede wszystkim podoficerowie Wojsk Wewnętrznych raczej nie nosili na co dzień granatowych spodni (większość przed majem 1945r. nie dostała mundurów galowych, a tylko z nimi mogli takowe nosić, a nawet jeśli, to na takie odstępstwo od regulaminu raczej sobie nie pozwalano). Po drugie – podoficerom i szeregowcom przysługiwała gimnastiorka bez kieszeni – taka jak w Armii Czerwonej. Oczywiście, widać czasami na zdjęciach szeregowców w bluzach oficerskich NKWD, ale to raczej wyjątek niż reguła. W przeciwieństwie też do Armii Czerwonej, nie natknąłem się na ślad żadnego rozporządzenia w wojskach NKWD, które by regulowało wykorzystywanie gimnastiorek z naszytymi kieszeniami przez niższe szarże. Kolejnym elementem wątpliwym jest kolorowa czapka. Choć znane są zdjęcia, na których całe plutony występują w tym charakterystycznym nakryciu głowy, to jednak w pobliżu frontu częściej noszone były furażerki i hełmy, a zimą uszanki. Spowodowane było to z jednej strony względami maskowania, a z drugiej niechęcią do uszkodzenia tak ważnego elementu umundurowania. Ponadto większość żołnierzy wojsk wewnętrznych powołanych pod koniec wojny, czapek tych zwyczajnie nie dostało. Dlatego też podstawowym elementem odróżniającym żołnierzy WW od Czerwonoarmistów będą pagony. Biorąc pod uwagę jak bardzo pozwala to ograniczyć koszty rekonstrukcji jednostek WW NKWD aż dziw bierze, że widać tylko samotnych oficerów otoczonych czerwonoarmistami.

Inaczej nieco wyglądała sprawa z funkcjonariuszami NKGB. Pamiętać należy przede wszystkim o tym, że w organach Bezpieczeństwa Państwowego w ogóle nie przewidywano szeregowców. Nawet po rozwinieciu korpusu podoficerskiego w 1943r. najniższym stopniem był młodszyj sierżant specialnoj służby, a stopnie podoficerskie były tylko 4 (prócz wspomnianego młodszego sierżanta, sierżant, starszyj sierżant i starszyna specialnoj służby). Podoficerom w organach przypadały głównie funkcje pomocnicze. Śledztwo Prowadził zawsze oficer – a więc co najmniej młodszyj liejtienat gosudarstwiennoj bezopasnosti. Tak czy inaczej, zarówno podoficerowie jak i oficerowie organów nosili mundury jednego typu – oficerskiego. Mundury ich porównać można do mundurów służbowych oficerów Wojsk NKWD – tu zatem zawsze na miejscu są kolorowe czapki, granatowe bryczesy, bluzy z naszytymi kieszeniami (a nawet kurtki służbowe) i pasy z koalicyjką. I ważna uwaga – po 1943r. raczej nadawano funkcjonariuszom organów odznaczenia cywilne – jedynie za wysługę lat nadawano odznaczenia tak jak w Armii Czerwonej. Dlatego też oficer GB z dwoma Orderami Czerwonej Gwiazdy jest raczej mało prawdopodobnym przypadkiem, za to ten sam oficer z Orderem Znaku Honoru jest już bardziej na miejscu. Pamiętać należy, że oficerowie GB nie pojawiali się nigdzie sami – taki oficer był na zbyt ważną personą. Chociaż zależało to od zadania w danym miejscu, zwykle towarzyszyło mu 2-3 pomocników (np. drugi oficer i dwu podoficerów – kierowca i asystent), a nierzadko dostawali do ochrony żołnierzy wojsk NKWD.

Powyższe opisy pasują również do żołnierzy i funkcjonariuszy MWD i MGB do końca lat 40. Praktycznie dopiero w latach 50. Zaczęły się zmiany w umundurowaniu i wyposażeniu (te ostatnie spowodowane były głównie przezbrajaniem żołnierzy najpierw w SKSy, później zaś w AK-47 i pistolety Makarowa.

Tych kilka uwag o umundurowaniu NKWD i NKGB to oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej, okres przed 1943r. wymagałby szczegółowego opracowania, podobnie jak np. kwestia mundurów galowych. Myślę jednak, że literaturę traktującą o samym umundurowaniu osoby zainteresowane rekonstrukcją tych instytucji znajdą  bez większych problemów.

Lejtnant Wojsk Pogranicznych, wówczas już MWD, w mundurze galowym Wojsk Wewnętrznych i Pogranicznych wz.43.

Ja tymczasem chciałbym poruszyć jeszcze jedną sprawę.

Jak dobrze wykorzystać „enkawudzistów” w rekonstrukcji?

Najbardziej oczywistym  i  widowiskowym zadaniem dla „enkawudzistów” wydaje się ustawienie oddziału zaporowego Wojsk Wewnętrznych z karabinami maszynowymi za liniami nacierającej piechoty, strzelających do próbujących się wycofać czerwonoarmistów. Obrazek taki pięknie uzupełniałby obraz frontalnego szturmu na pozycje niemieckie w czasie walk na terytorium ZSRR. Tyle tylko, że taki obrazek byłby anachronizmem w przypadku rekonstrukcji praktycznie każdej potyczki na Ziemiach Polskich. Tu raczej należałoby dać Wojskom Wewnętrznym zadanie pokazania „co było dalej”. Na przykład: Po zajęciu terenu przez Armię Czerwoną lub Wojsko Polskie, wkraczają podążający za frontem „wewnętrzniacy”. Przejmują od jednostek frontowych jeńców, wyłapują maruderów i ewentualny element podejrzany wśród ludności cywilnej, formują z nich kolumnę marszową i odprowadzają na tyły. Publiczne egzekucje na miejscu nieszczególnie mają sie do prawdy historycznej.

Inna możliwość to zaskoczenie oddziału Wojsk NKWD przez niewykrytą wcześniej grupę wojsk niemieckich bądź operację oczyszczania tyłów z wojsk nieprzyjaciela przez oddziały WW – należy tu jednak pamiętać o dwu kwestiach – po pierwsze, wszelkie oddziały Armii Czerwonej mogą co najwyżej dołączyć później jako odsiecz, po drugie zaś dobrze wyszkolone oddziały wojsk NKWD miałyby raczej małe szanse na przegraną w potyczce z niedobitkami niemieckimi odciętymi od głównych sił. Narzuca to więc pewne ograniczenia scenariuszowe, które nie zawsze muszą organizatorom pasować do przyjętych założeń.

O wiele łatwiej natomiast wykorzystać „enkawudzistów” w scenariuszach związanych z działaniem partyzantki antykomunistycznej w latach 1944-1945. Oddziały WW przysłane celem wykrycia i zniszczenia działających w okolicy oddziałów podziemia lub po prostu spalenia sprzyjającej partyzantom wsi to dobry początek inscenizacji, pozwalający rozwinąć scenariusz w dowolną stronę, włącznie z wysłaniem odsieczy w postaci pobliskich oddziałów Armii Czerwonej lub MO. O akcji od początku wspólnej WW i oddziałów MO/WBW, jak to czasem widać podczas inscenizacji, można jednak zapomnieć.

Można też wreszcie wykorzystać w tym okresie oficerów NKGB i to nawet w sposób, w jaki „enkawudziści” są czasem na takich inscenizacjach wykorzystywani – tzn. na posterunek MO lub do lokalnego UBP przyjeżdża śledczy z organów celem przejęcia więźniów bądź udziału w przesłuchaniu. Tyle tylko, że ów śledczy nie jedzie sam w eskorcie żołnierzy WP, jak to zwykle bywa – Powinien to być oficer w towarzystwie tłumacza (co najmniej młodszy lejtnant GB), protokolanta , kierowcy (podoficerowie SS), a jeżeli ma również wywieźć więźniów, powinien towarzyszyć mu oddział Wojsk Konwojowych NKWD, najlepiej z samochodem ciężarowym. Podstawowy problem jest jednak taki, że sylwetki funkcjonariuszy NKGB powinny być odtworzone naprawdę dobrze, a nie jak ma to zazwyczaj miejsce, na “odwal się”. Taka grupa byłaby wdzięcznym celem dla zasadzek ze strony podziemia, trzeba jednak scenariusz wymyślić tak, aby wyglądało to prawdopodobnie – akcja musi być przemyślana i przeprowadzona zgodnie z zasadami sztuki. Wymaga to też odpowiedniego terenu –  tego typu akcję można przeprowadzić w terenie miejskim, szczególnie przy ograniczonym miejscu lub na drodze poza miastem, natomiast nieprawdopodobnie wyglądałaby na otwartej przestrzeni, a takie tereny zwykle przeznacza się pod rekonstrukcję. Zawsze jednak można ograniczyć teren poprzez ustawienie atrap ruin/budynków – rozwiązanie takie zapewnia też części widowni, znajdującej się za tymi atrapami spojrzenie na samą inscenizację z pozycji partyzantów, czyniąc widowisko bardziej atrakcyjnym.

Artykuł oczywiście nie wyczerpuje tematu. Powyżej zaoferowałem jedynie garść informacji, które, mam nadzieję, okażą się przydatne zarówno dla osób chcących odtwarzać formacje w niebieskich czapkach, jak i piszących scenariusze.

Jeżeli temat wzbudzi zainteresowanie, za jakiś czas być może rozwinę temat dorzucając w ramach cyklu „Zapomniane sylwetki…” oficera GB.

Jak zawsze, jestem otwarty na wszelkie pytania, sugestie i wytykanie błędów, których to zapewne się nie ustrzegłem.

Autor: Kamil Szustak

Skróty użyte w Artykule:

W artykule dopuściłem do pewnego chaosu, pozwalając by skróty rosyjskie mieszały się z polskimi. Wykaz nie jest alfabetyczny, a w/g kolejności wystepowania w tekście:

– NKWD – Narodnyj Komisariat Wnutriennych Dieł – Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych – odpowiednik MSW.

– WCzK – Wsierossijskaja Czieriezwyczajnaja Komissija po Borbie s Kontrrewoliucijej i Sabotażem – Wszechrosyjska Nadzwyczajna Komisja do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem – pierwszy radziecki organ państwowy do spraw Bezpieczeństwa Publicznego.

– FSB – Fiederalnaja Służba Biezopasnosti – Federalna Służba Bezpieczeństwa – od 1995r. instytucja, która przejęła wiekszość zadań dawnego KGB.

– NKGB – Narodnyj Komissariat Gosudarstwiennoj Biezopasnosti – Ludowy Komisariat Bezpieczeństwa Państwowego – resort funkcjonujący w ZSRR w roku 1941 i
latach 1943-1946, sprawujący pieczę m.in. nad wywiadem i kontrwywiadem.

– MWD – Ministierstwo Wnutriennych Dieł – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, od marca 1946r. zastąpiło zlikwidowany NKWD.

– MGB – Ministierstwo Gosudarstwiennoj Biezopasnosti – Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego – zastąpiło w marcu 1946r. NKGB.

– Resorty SW/WD i BP/GB – Resorty Spraw Wewnętrznych i Bezpieczeństwa Państwowego, Skróty SW i WD oznaczają to samo – przy czym pierwszy to skrót polski (Spraw Wewnętrznych), drugi – rosyjski (Wnutriennych Dieł), stosowane w tekście zamiennie z powodu nieogarnięcia tematu przez autora 🙂 Analogicznie rzecz wygląda z BP/GB.

UOO – Uprliewnienieje Osobych Otdiełow – Zarząd Wydziałów Specjalnych – Komórka w resortach SW/GB (podległość zmienna w zależności od okresu) odpowiedzialna za kontrwywiad w armii.

UK „SMIERSZ” – Uprliewnienije Kontrrazwiedki “Smiersz” – Zarząd Kontrwywiadu “Smiersz” – instytucja wydzielonaz NKGB i podporządkowana resortom odpowiedzialnym za rodzaje Sił Zbrojnych ZSRR zajmująca się działalnością kontrwywiadowczą w tychże. Pracownicy wywodzili się z NKGB.

– NKO – Narodnyj Komissariat Oborony – Ludowy Komisriat Obrony – odpowiednik części MON/MSWojsk. do 1946r.

– NKWMF – Narodnyj Komissariat Morskogo Fłota – Ludowy Komissariajat MArynarki Wojennej – Resort odpowiedzialny za MArynarkę Wojenną ZSRR –

MO – Ministierstwo Oborony – Ministerstwo Obrony – w 1946r. przekształcono w nie NKO.

SUMMARY

The text was based on a short reasearch done among Polish re-enactors and deals with some myths about Soviet war-time State Security organisations, answering some basic questions, like “What was NKVD and what was its connection with the NKGB and how to properly use the employees of both of them in the re-enactment.