Chociaż do pierwszego listopada pozostało jeszcze trochę czasu, to przypadek sprawił, że już osiemnastego października dane mi było zapalić znicz na grobie weterana.
W początkach października przypadkiem trafiłem na informację, że grób porucznika Feliksa Stoli (o którym pisałem na już wcześniej w artykule o kolekcjonowaniu odznaczeń) znajduje się na cmentarzu parafialnym w Krotoszynie. Jednocześnie akurat trafiła się okazja by tam pojechać (kilka dni wolnego oraz wizyta u rodziny mieszkającej niedaleko). Jako że nieprędko będę miał kolejny urlop, a pogoda zapowiadała się nadzwyczaj korzystna, grzechem byłoby nie wykorzystać takiego splotu okoliczności. Bez dalszej zwłoki skontaktowałem się z biurem parafialnym i otrzymałem informacje dotyczące bliższej lokalizacji grobu: sektor 3S, rząd 10, grób 2. Kilka minut nad planem miasta pozwoliło mi tak zaplanować czas, który miałbym w Krotoszynie, że po wizycie na cmentarzu zdążyłbym jeszcze zlokalizować dom, w którym porucznik Stola mieszkał po wojnie i powinienem zdążyć ze wszystkim w dwie godziny. Spisałem najważniejsze informacje, wyrysowałem sobie uproszczony plan trasy, jaką miałem przejść i uzbrojony w kartkę i ołówek wysiadłem w środowy poranek przed bramą cmentarza przy ulicy Lelewela w Krotoszynie…
I tu niestety spotkała mnie niemiła niespodzianka – brak
planu cmentarza. Również żaden z sektorów na cmentarzu nie był oznaczony
numerem. Jak to mówią – koniec języka za przewodnika. Zacząłem rozpytywać ludzi
o sektor S3, niestety nikt nie był w stanie mi go wskazać – ludzie wiedzą,
gdzie leżą ich bliscy, trafiają na pamięć, niepotrzebne im więc żadne oficjalne
współrzędne.
Niewiele też pomogli mi pracownicy dbający o porządek na cmentarzu – „Wie pan, nowy ksiądz jest, zmienił numerację sektorów, wszystko w komputerze ma…” Również nazwiska nie kojarzyli. W domu, gdzie ponoć mieszka zarządca, niestety nikogo nie zastałem, a wycieczka do biura zarządu cmentarza i z powrotem nie dała się wpasować w ograniczony czas jakim dysponowałem. Jedyna informacja jaką uzyskałem, to ogólne wskazanie rejonów, gdzie leżą ludzie zmarli w połowie lat 90. (wiedziałem już, że Feliks Stola zmarł w 1994r.). Pozostało mi zatem obejście „zygzakiem” wszystkich wskazanych sektorów. Trwało to dość długo, a w końcu i tak omal nie przeoczyłem właściwego grobu – nagrobek jest dość zaniedbany i gdyby nie kartka i ołówek, nie dałbym rady odczytać nic poza nazwiskiem.
Jednak odrobina pracy pozwoliła odczytać daty urodzin (na grobie widnieje data 13.07.1920, podczas gdy do tej pory miałem informację, że urodził się 30 lipca) i śmierci (13.02.1994). Trochę więcej problemu miałem z odczytaniem informacji poniżej dat, ostatecznie jednak udało mi się odtworzyć tekst: „Ku pamięci Apolonia Cierniewska”. Nie mam niestety żadnych wskazówek co do tego kim była pani Apolonia – siostrą? Kuzynką? Żoną? Sąsiadką samotnego weterana?
Stan grobu wskazuje, że obecnie w Krotoszynie nie mieszka
raczej nikt z rodziny – grób jest dość zaniedbany i choć znalazły się na nim
trzy znicze, stan płyty pod nimi wskazuje, że prawdopodobnie leżą tam od kilku
miesięcy. Zapaliłem przyniesiony ze sobą znicz i po minucie ciszy ruszyłem na
poszukiwanie domu pana porucznika.
Zadanie okazało się dość proste, a i droga zajęła mi mniej czasu niż zakładałem (co pozwoliło nadrobić prawie półtorej godziny spędzone na cmentarzu). Dom odnalazłem bez problemów, a ewidentnie zabytkowa tabliczka z numerem upewniła mnie, że numeracja pozostała niezmieniona w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Dom okazał się niedużym, typowym dla wielkopolskich miasteczek i wsi parterowym budynkiem z poddaszem i ogrodem na tyłach. Dom z całą pewnością niedawno był remontowany, zapewne obecni mieszkańcy nie mają z weteranem z Lubelszczyzny wiele wspólnego. Nie udało mi się zresztą nikogo tam ani w okolicy zapytać o dawnego mieszkańca. Co ciekawe, za domem znajduje się niewielki lasek sosnowy, do którego prowadzi furtka na tyłach ogrodu. Ciekawe, czy pan porucznik, już na rencie, chętnie tam wychodził wspominając młodość, czy też raczej po partyzanckich latach, całym szlaku bojowym trauguttowców i służbie granicznej „na końcu świata” miał już wszelkich lasów serdecznie dosyć?
W tym roku po raz pierwszy przy okazji Gali Parowozów w Jaworzynie Śląskiej Fundacja Ochrony Zabytków Techniki zorganizowała w dniach 9-10 września Galę Techniki Rolniczej w sąsiednich Piotrowicach Świdnickich.
Trwająca dwa dni impreza odbywała się na terenie folwarku w Piotrowicach, gdzie w przyszłości, po zakończeniu prac remontowych, otwarte zostanie Muzeum Techniki Rolniczej.
Organizatorzy przewidzieli dla zwiedzających sporo atrakcji – zobaczyć można było sprzęt rolniczy z różnych epok, a także takie perełki jak czechosłowacki samochód na parę czy słynny ford T. Dla najmłodszych (i nie tylko) przewidziano cały szereg dawnych zabaw. Można było także wziąć udział w warsztatach tańca ludowego. Jednak najbardziej spektakularnymi wydarzeniami były Traktoriady (tj. parady traktorów objeżdżające Piotrowice i Jaworzynę) oraz wyścigi ciągników, zaś w nocy z soboty na niedzielę odbyła się zabawa taneczna – początkowo „na ludowo” dzieki występującemu na żywo zespołowi, później zaś już w bardziej „współczesnych” klimatach.
Dzięki GRH „Oka” można było także zobaczyć odtwarzane na żywo sceny z filmu „Sami Swoi”.
GRH „Osiemnasty Kołobrzeski” wzięła udział w imprezie jako oddział MO z 1945r. zapewniający porządek na terenie festynu. Dzięki uprzejmości Fundacji mieliśmy okazję przenocować w pomieszczeniach remontowanego pałacu (na sianie) a także zwiedzić ów obiekt nocą, przy świetle latarek i na własne oczy zobaczyć, że tajemnicze UFO, które podobno ukryto pod dachem pałacu rzeczywiście tam jest.
Obecności Białej Damy, która rzekomo ma straszyć w pałacu nie udało się stwierdzić. Może przestraszyła dzielnych obrońców Ludu Pracującego, a może po prostu rzeczeni obrońcy zbyt twardo spali.
Na koniec drugiego dnia, po trudnym pościgu i krótkiej strzelaninie, dzielnym milicjantom udało się ująć dwóch dezerterów próbujących obrabować przybyłych na Ziemie Odzyskane osadników.
Gala cieszyła się sporym zainteresowaniem zwiedzających, zaś możliwość wykupienia biletu łączonego na oba wydarzenia pozwoliła wielu miłośnikom zabytków techniki zaliczyć wszystkie atrakcje. Następna gala już za rok.
Podobnie jak przed rokiem, wraz kolegą Marcinem wzięliśmy
udział, jako dwuosobowa reprezentacja Ranger Survival Club w airsoftowym biegu
na orientację GF POINT. Impreza jest bodaj największą tego typu w kraju, o czym
najlepiej świadczy fakt, że uczestnicy zjeżdżają na Dolny Śląsk z całej Polski
(w tym roku impreza nabrała nawet wymiaru międzynarodowego – udział wzięli
między innymi podchorążowie AMW z zagranicy).
Obydwaj startowaliśmy w kategorii „Basic” – najprostszej –
co wcale nie znaczy że łatwej – i jedynej, w której posiadanie sprawnej repliki
ASG nie było wymagane. Tak jak w roku poprzednim zdecydowałem się wystartować w
sprzęcie rekonstrukcyjnym. Do startu w oficerkach tym razem zniechęciła mnie
pogoda – już dwa tygodnie wcześniej wiadomo było, ze na trasie leży sporo
śniegu, a na ocieplenie się nie zanosiło. Według niektórych prognoz,
spodziewana odczuwalna temperatura w dniu biegu miała sięgać nawet -14 stopni.
Ta informacja skłoniła mnie też do ubrania się nieco cieplej niż poprzednio. Do
podstawowego munduru i zestawu radzieckiej bielizny dodałem sweter, szalik i
kufajkę, a także trzewiki z owijaczami. Całości dopełniała sukienna rogatywka,
pas oficerski z repliką pistoletu TT w kaburze i pełniąca funkcję chlebaka
torba od maski przeciwgazowej. Pamiętając o problemie jakim w zeszłym roku był
niedobór wody, wziąłem ze sobą dwie pełne jej manierki, w tym jedną dla
łatwiejszego dostępu umieściłem w chlebaku.
Przed startem, w dniu biegu.
W piątek wieczorem dotarliśmy do szkoły w Marciszowie pełniącej
funkcję bazy dla całej imprezy oraz mety biegu. Pierwsze wrażenia zdawały się
potwierdzać niekorzystne prognozy – temperatura powietrza w okolicach -5 stopni
i silny wiatr nie nastrajały zbyt optymistycznie. Zarejestrowawszy się w biurze
zawodów udaliśmy się na nocleg (przewidziany na Sali gimnastycznej) i
posiliwszy się poszliśmy spać.
W sobotę wiatr nieco się uspokoił, dzień zapowiadał się cieplejszy niż sądziliśmy, mimo wszystko jednak nie zdecydowałem się zostawić kufajki. Rudawy Janowickie nie należą może do najwyższych gór, ale także tutaj pogoda potrafi być nieprzewidywalna. Po obowiązkowej zbiórce zostaliśmy przewiezieni autobusami do Janowic Wielkich, gdzie na terenie miejscowego Ośrodka Sportu i Rekreacji rozdano nam mapy, przypomniano zasady i po krótkim odliczaniu rozpoczęliśmy bieg.
Punkty kontrolne zostały umieszczone w takich miejscach, że
pierwszą moją myślą było pobiec do punktu 1 po zaliczeniu przedtem tych
położonych na południe od Janowic, ale rzut oka na godziny otwarcia punktów
zniechęcił mnie do tego pomysłu – punkty 1 i 2 zwijały się o godzinie 12,
tymczasem start wypadł o 9:15. Nie mając wielkiego wyboru, ruszam na punkt
pierwszy. Krótki bieg przez miasto i wzdłuż drogi, potem ostre podejście na
szczyt góry Popiel i już pierwsze zadanie – szczęśliwie bardzo proste – 22
pompki. Dwie szybkie serie, podbijam kartę i biegiem na dół, kieruję się na
punkt nr 3. Według mapy najkrótsza droga tam wiedzie pod górę przez łąki do
Miedzianki. Na mapie widać nawet oznaczoną drogę. Niestety droga szybko znika
pod śniegiem, a łąki okazują się pastwiskami poprzecinanymi ogrodzeniem z drutu
kolczastego, kończą się zaś bramą, której dolne krawędzie giną pod lodem w
zamarzniętej do dna kałuży. Udaje mi się przeskoczyć bramę i złapać równowagę
na lodzie, ale to nie koniec ogrodzeń z drutu. Jeszcze trochę pod górę i
docieram do trzeciego punktu kontrolnego. Test z wiedzy o piechocie górskiej –
praktycznie co rok jest jakiś test zahaczający o ten temat. I jak co roku –
wstyd przyznać – niewiele pamiętam. Wymagany własny długopis – jeśli ktoś nie
ma – karne pompki. Na szczęśnie w kieszeni mam stary dobry ołówek. Niewiele to
niestety pomaga – opuszczam punkt z przekonaniem, nałapałem karne minuty za
błędne odpowiedzi.
Szybki bieg w dół zbocza, marsz drogą asfaltową, zakręt w drogę leśną i za chwilę docieram do punktu nr 2. Podbicie karty i idę dalej, kierując się na „czwórkę” dobrze oznaczony szlak turystyczny ułatwia dotarcie, jednak w połowie staję jak wryty – cała szeroka droga pokryta zamarzniętym wodospadem. Bez raków – nie ma szans przejść, schodzę na bok by ominąć lód i trafiam na strumień. Woda wygląda na czystą, więc uzupełniam manierkę – do połowy już wypitą – kufajka niestety sprawiła, że cały czas byłem zapocony. Jakoś udaje mi się ominąć lód nie przemaczając przy okazji butów. Jeszcze trochę pod górę i docieram do ruin zamku Bolczów. Zadanie testowe, ale trochę inne – na terenie zamku, w miejscach niekoniecznie oczywistych powywieszane kartki z opisem zamku i jego historii, na podstawie których można rozwiązać test. Niektóre naprawdę sprytnie ukryte, a jedna zostawiona „dla podpuchy” – nie dająca odpowiedzi na żadne z pytań, ale nieuważne przeczytanie może prowadzić do zaznaczenia błędnej odpowiedzi (pytanie o mieszkańców zamku w XIV wieku, kartka wspominała jego mieszkańców… w wieku XVII). Krótka przerwa na przywitanie z chłopakami z GRH 1 PSP AK, którzy „robili klimat” na zamku, podbijam kartę i lecę dalej, do punktu nr 5.
Stamtąd drogą asfaltową do punktu 7. Alpinistyka. Wejście na skałę o własnych siłach (z asekuracją) i zjazd na linie. Można mieć odjęte 30 minut od czasu. Szybkie zastanowienie – 3 osoby w kolejce, w najlepszym razie – 5 minut na każdą, a pewnie 10. Przy moim lęku wysokości – 10-15minut na wejście, do tego zmęczenie mięśni… Ponieważ kary za niewykonanie zadania brak, podbijam kartę i biegnę z powrotem na dół, by po chwili ponownie pod górę skierować się na punkt 6, stamtąd prosta droga do „ósemki”, ale po drodze dopada mnie pierwszy kryzys. Może to odwodnienie, a może ogólne osłabienie, ale przez chwilę wlokę się noga za nogą. Przepoconą kufajkę można by wykręcać, ale nie mam co z nią zrobić, więc nie zdejmuję. Podejrzewam, że jej masa wzrosła znacząco… Wypijam małymi łykami prawie pół manierki, zagryzam czekoladą i kawałkiem boczku (tak, wiem, jak to do siebie pasuje) i jakoś dochodzę do punktu nr 8. Jak na złość – akurat wysiłkowy: 5 pajacyków, czołganie, machanie liną i bieg z ciężarkiem pod i nad przeszkodami. Stojąc w kolejce mogę trochę odpocząć, co pozwala mi bez większych problemów zrobić trzy pierwsze zadania (choć rzucając się do czołgania na ubity przez licznych poprzedników śnieg boleśnie obijam kolano), chwytam ciężarek i czuję, że nie dam rady pobiec. Przechodzę powoli ostatni tor (przy okazji powtórnie obijając sobie kolano – tym razem obciążnikiem), i wracam na start. Nie zmieściłem się w normie – będą karne minuty.
W drodze na punkt ósmy – dopada zmęczenie…
Na szczęście droga do następnego punktu – nr 11 – wiedzie asfaltem w dół, wiec udaje mi się jakoś złapać oddech. Widząc, że punkt mieści się w budynkach stadniny koni czuję przypływ nadziei – może każą składać ogłowie na pamięć? Pudło – test teoretyczny z pierwszej pomocy. Też nie najgorzej, choć przy kilku pytaniach mam wątpliwości. Oddaję test, podbijam kartę i ruszam dalej. Już wcześniej doszedłem do wniosku, że do „dwunastki” lepiej iść na azymut zamiast trzymać się dróg. Trochę pod górę, przez pola – nie powinno być trudno. Niestety, pola pokryte są dość grubą warstwą śniegu, próbuję więc w miarę możliwości manewrować po „łysych plackach”, starając się skorygować azymut – niezbyt to wychodzi o czym przekonuję się słysząc coraz bliżej strzały – ani chybi zbliżam się do strzelnicy dla kategorii Pro i Team, co oznacza, ze zszedłem za daleko na południe. Odbijam na północny wschód i niestety trafiam na gęsto zarośnięty krzakami, mocno podmokły las. Pod warstwą śniegu – powalone drzewa, błoto i rozlewiska strumieni. Buty mam już całkiem przemoczone. W końcu docieram do drogi – na szczęście oznakowanej jako ścieżka dydaktyczna – tuż obok skrzyżowania. Jest ono tak charakterystyczne, że nie mam wątpliwości gdzie wyszedłem. Wprawdzie do punktu muszę się kawałek cofnąć, ale droga jest prosta. Siadam na chwilę by poprawić odwiązany owijacz i dochodzę do wniosku że dopadł mnie drugi kryzys. Łapię pięć minut odpoczynku i opróżniam do dna pierwszą manierkę, po czym ruszam dalej. Na punkt docieram już bez problemów. Korzystam z gościnności obsługi i z herbatą w ręku siadam do kolejnego zadania – test z wiedzy o Rudawskim Parku Krajobrazowym – trzeba było patrzeć na tablice dydaktyczne mijane w kilku miejscach – niestety większość pytań mnie przerasta – muszę strzelać. Będą kolejne karne minuty. Na szczęście świadomość że zostały już tylko dwa punkty i ciepła herbata zagryziona resztką czekolady dają zastrzyk energii – szybkim krokiem ruszam w dół… i niestety okazuje się, ze droga do Wieściszowic nie będzie tak przyjemna jak się wydawało – niezbyt równa droga polna zasypana jest śniegiem. Przejście okazuje się męczące – czuję, że obtarłem pięty, mokre wełniane skarpety sprawiają wrażenie, jakby były zrobione twardej juty… Tymczasem do następnego punktu trzeba podejść jeszcze kawałek pod górę. W końcu docieram. Kolejny punkt z nieobowiązkowym zadaniem – strzelnica ASG, kolejka mała, zastanawiam się nad przystąpieniem do zadania (kilka stanowisk, zadania różne), ale dochodzę do wniosku, że czas mam nienajlepszy. Podbijam kartę i zbiegam na dół. Dalsza droga wygląda znajomo – wiedzie obok miejsca, gdzie w zeszłym roku był jeden punktów kontrolnych. Również punkt dziesiąty, do którego docieram już bez problemów mieści się w tym samym miejscu co ostatni punkt w zeszłym roku. Tu niespodzianka – zamiast przystępować do ostatniego zadania można uderzyć w dzwon i zrezygnować z dalszego udziału, zjeść kiełbaskę, wypić herbatę… Biorąc pod uwagę, że był to punkt najbliższy mety, wątpię, by ktokolwiek się na to zdecydował. Zamiast więc bić w dzwon przystępuję do zadania – test wiedzy ASG – szereg dziwacznych części, które trzeba rozpoznać. Nie mam zielonego pojęcia co jest co, więc strzelam. Oddaję test i od razu dostaję wyniki. Tylko dwa pytania trafiłem – tu się dopiero minuty posypią… Ostatni kawałek już po równym, choć obtarte nogi dokuczają, dość szybkim krokiem docieram do mety. To już koniec, ale ta edycja jednak dała mi w kość bardziej niż poprzednie…
Podsumowując: W tym roku bieg oceniłbym jako trudniejszy – wprawdzie trasa pozwalała na łatwiejsze nawigowanie niż w zeszłym roku, ale za to więcej było odcinków typowo górskich. Swoje też zrobił śnieg i lód. Brak również było wcześniejszych informacji w zakresie tematyki testów (w zeszłym roku można się było przynajmniej obkuć z historii Arado), ale z drugiej strony – do obu „krajoznawczych” testów można się było nauczyć na bieżąco, w trakcie biegu. Dystans wypadł (przynajmniej dla mnie) nieco krótszy niż w roku ubiegłym – przeszedłem około 25 km, co było też najkrótszym sugerowanym przez organizatora dystansem t tej kategorii.
Mapa z zaznaczoną trasą. Przerywana linia pokazuje przybliżoną trasę przez pola za punktem 11. Wykreskowany obszar za punktem 13 to strefa zamknięta wokół “ostrej” strzelnicy.
Sprzęt, tak jak i w zeszłym roku sprawdził się. Jedyne czego
żałuję, to że wziąłem kufajkę. Wystarczyłaby pałatka, jak w zeszłym roku, która
w razie czego ochroniłaby przed wiatrem, daje się złożyć i przewiesić przez
ramię, no i nie poci się człowiek pod nią tak bardzo. Buty – typowe skórzane
trzewiki na gumowej podeszwie spełniłyby swoje zadanie w pełni gdybym ich nie
przemoczył – dobrze dobrana skarpeta pozwala w takich butach poruszać się
wygodnie, choć oczywiście we współczesnych butach trekkingowych na pewno byłoby
przyjemniej, a już z pewnością lepiej by się biegało.
Najważniejszy swój cel osiągnąłem – po raz kolejny udało się
udowodnić, że na sprzęcie rekonstrukcyjnym da się zrobić to samo co używając
osiągnięć współczesnej mysli technicznej – gore-texów, odzieży termoaktywnej
itp. Ogólny wynik też wypadł niezły – rzeczywisty czas dotarcia (6 godzin 57
minut) dawał mi miejsce około 25-30, niestety łącznie zebrałem godzinę i dziesięć
minut czasu karnego, co ostatecznie pozwoliło mi zająć miejsce 47 na 92.
Jak zwykle nie załapałem się na żadne oficjalne zdjęcia, ale
przynajmniej widać mnie na tym filmie:
(w scenie startu kategorii – 1:39)
Sam też nie bardzo miałem czas i chęci do robienia zdjęć, ale przynajmniej jest co wrzucić.
„No, pora brać się do roboty” – pomyślał Nikołaj gasząc papierosa.
Co prawda sierżant Rybałko, dowódca drużyny technicznej, zapewniał go, że skład był gotowy do drogi, ale Nikołaj wolał sprawdzić wszystko osobiście. W końcu to on odpowiadał za ten transport i to jego, lejtnanta wojsk kolejowych Nikołaja Artaszesowicza Geworkiana, pociągną do odpowiedzialności jeśli okaże się, że chłopaki Rybałki odwalili jakąś fuszerkę. Poza tym – lubił tę robotę – wszak jego przodkowie od trzech pokoleń pracowali na kolei, można powiedzieć, że miał to we krwi. Nawet jego rodzice poznali się w pracy, i rodzina ojca, z początku niechętna małżeństwu z Rosjanką dała się przekonać dopiero tym, że przyszła synowa pracowała na kolei.
Najpierw dokładnie sprawdził, czy wszystkie wagony są dobrze pozaczepiane, a ładunek zamocowany w sposób uniemożliwiający jego przesunięcie w czasie jazdy. Przy ostatnim wagonie niedbale oddał salut Romanience.
Starszy lejtnant Romanienko dowodził ochroną składu. Chociaż miał wyższy stopień, to Nikołaj był formalnie jego zwierzchnikiem, czego Romanienko nie mógł ścierpieć. Nikołaj zastanawiał się czasem, na ile ich wzajemna niechęć wynika z różnic charakteru, a na ile ze skomplikowanego stosunku służbowego.
Sprawdziwszy wagony wrócił na początek składu i wspiął się na tender by ocenić ilość węgla. Ludzie Rybałki się nie obijali i węgla powinno wystarczyć co najmniej do Lublina. Następnie wszedł do kabiny by sprawdzić poziom wody, obszedł parowóz w poszukiwaniu ewentualnych uszkodzeń. Na oko wszystko było w porządku, ale dla świętego spokoju zajrzał jeszcze pod parowóz. Gdy tak się pochylał, usłyszał za sobą kroki. Gdy kroki zatrzymały się za jego plecami, powoli obrócił głowę…
Momentalnie wykonał pełny obrót ciała jednocześnie wyprężając się jak struna, a dłoń wyćwiczonym ruchem wystrzeliła do daszka czapki. Przed nim stał zastępca komendanta stacji, major Wołokuszyn. Co prawda odkąd się okazało, że dziadek Nikołaja, Suren Geworkian służył w starej armii w tym samym pułku kolejowym co ojciec Wołokuszyna ich stosunki stały się niemal serdeczne, to jednak major był strasznym służbistą i miłośnikiem regulaminów.
– Spocznij! – Powiedział Wołokuszyn odsuwając rękę od daszka czerwonej czapki – Co tam, jakaś awaria?
– A skąd, towarzyszu majorze – odpowiedział Nikołaj rozluźniając się – rutynowa kontrola. Za godzinę będziemy rozpalać, transport powinien wyjechać o czasie.
– Miejmy nadzieję. Front już czeka na ten sprzęt… Ale ja nie o tym… Nasze dowództwo przesłało dla was zaktualizowaną mapę linii na zachód stąd – powiedział wyciągając mapę z torby polowej – Wygląda na to trzeba będzie zmienić trochę waszą trasę, most wysadzili…
Jak wspomniałem w jednej z poprzednich części cyklu, transport kolejowy był kluczowy dla funkcjonowania państwa radzieckiego i jego Sił Zbrojnych – tak samo jak wcześniej ważny był dla Armii Imperium Rosyjskiego. Nie powinno zatem dziwić, że to właśnie w państwie Romanowów, w 1851r., powstały pierwsze na świecie wojska kolejowe (aczkolwiek trzeba pamiętać, ze wiele armii takowych nigdy nie posiadało, transport kolejowy powierzając szerszej służbie transportu wojskowego). Oprócz wojsk kolejowych (ŻDW), dla nadzoru nad całością wojskowych dróg komunikacji (kolejowych i, w mniejszym stopniu, wodnych) w radzieckich siłach zbrojnych funkcjonowały tzw. Organy WOSO (Organy Wojskowych Dróg Komunikacji). Służba WOSO – składająca się wyłącznie z oficerów – była wynalazkiem typowo rosyjskim, a jej początki sięgają również XIXw., chociaż za dzień jej powstania przyjmuje się 5 marca 1918r.
Zadania wojsk kolejowych definiuje się jako zabezpieczanie obiektów wojskowych dróg komunikacji. W definicji tej mieszczą się zadania takie jak: przygotowanie, budowa i obrona wyżej wspomnianych obiektów do celów wojskowych. Najpowszechniejszym zadaniem jest oczywiście naprawa i budowa linii kolejowych oraz, w razie potrzeby ich niszczenie. Prócz tego do zadań żołnierzy tej formacji należy ochrona (łącznie z obroną p-lot) linii, stacji, magazynów, parowozowni i innych obiektów kolejowych użytkowanych przez wojsko (w tym zakresie w obiektach pod zarządem cywilnym ochroną zajmowała się Strzelecka Ochrona Kolei, znana też jako Kolejowa WOCHR). Wojska kolejowe obsługiwały także transporty wojskowe oraz pociągi pancerne. Z kolei Organy WOSO, w interesującym nas tutaj zakresie, koordynowały całość funkcjonowania transportu kolejowego (a także rzecznego) – organizowały transporty, czuwały nad ich przebiegiem, obsługiwały – z pomocą żołnierzy ŻDW – na stacjach. Odpowiadały również za koordynację działań z cywilnymi organami transportu kolejowego.
O ile służby te były niezależnymi od siebie, o tyle pamiętać należy, że szeregowcy i podoficerowie ŻDW często byli kierowani do służby pod rozkazami oficerów WOSO (w przypadku transportu wodnego analogicznie postępowano z personelem WMF) – np. komendantem stacji był oficer WOSO, a podlegali mu podoficerowie i szeregowcy zajmujący się np. obsługą transportów (obsługa lokomotyw, przetaczanie wagonów) byli już żołnierzami wojsk kolejowych. O tym jak blisko były ze sobą powiązane te służby, najlepiej niech świadczy fakt, że oficerów obydwu przygotowywała ta sama szkoła oficerska – Leningradzka Wyższa Szkoła Wojsk Kolejowych i WOSO (LWU ŻDW i WOSO).
Pomimo tego, że WOSO była służba stricte tyłową (podczas gdy ŻDW już niekoniecznie), to traktowano ją jako w pewnym sensie elitarną (znajdowało to swój wyraz m. In. w umundurowaniu, o czym za chwilę) – oficerowie WOSO należeli do najlepiej wykształconych w Armii Czerwonej (podczas gdy wielu oficerów innych rodzajów wojsk przed szkołą wojskową miało ukończonych raptem 3-4 klasy, lub tylko kursy dla małogramotnych organizowane przez aparat polityczny przy jednostkach wojskowych). Nie ma w tym nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że od nich zależało w dużym stopniu funkcjonowanie całej armii.
Jeśli chodzi o umundurowanie, to w interesującym nas okresie pozornie obie służby nosiły bardzo podobne (przed 1943 – właściwie identyczne) – w przypadku ŻDW barwami obowiązującymi były niebieski i czarny, a w przypadku WOSO – zielony i czarny. I tak czapki dla ŻDW miały czarny otok i niebieską lamówkę, a czapki oficerów WOSO – czarny otok i zieloną lamówkę i dodatkowo nad otokiem wyhaftowaną lub metalową odznakę WOSO (złote uskrzydlone koło) na czarnym tle. Zdarzały sie jednak dość często przypadki donaszania przez oficerów WOSO czapek sprzed 1943, które miały identyczną kolorystykę jak czapki ŻDW. Mundury, zarówno polowe jak i służbowe, nie odbiegały od standardu ogólnowojskowego. Wyróżniającym elementem były lamówki (dla oficerów WOSO – zielone, dla oficerów ŻDW – niebieskie) oraz pagony (dla oficerów WOSO – z zieloną lamówką i czarnymi prześwitami na mundur galowy i służbowy i z zieloną lamówka i czerwonymi prześwitami na mundur polowy; dla oficerów ŻDW – z czarną lamówką i czerwonymi prześwitami). W ten sposób mundur ŻDW zasadniczo nie różnił się od mundurów wielu służb – jak np. saperów, gdy tymczasem mundury WOSO miały barwy niespotykane w gdzie indziej. Osobną kategorię stanowią tutaj oficerowie WOSO – komendanci stacji i przystani oraz ich zastępcy. Jako wyznacznik funkcji otrzymywali oni czapki z czerwonym denkiem oraz kurtki służbowe z kołnierzem pokrytym czarnym aksamitem oraz ze znakiem służby wyhaftowanym na lewym ramieniu, na romboidalnej naszywce z czarnego aksamitu z lamówką koloru zielonego. W przypadku braku kompletnego umundurowania tego typu, niektórzy z komendantów wykorzystywali funkcjonujące do 1941r. opaski naramienne dla oznaczenia swojej funkcji.
W wojskach kolejowych, ze względu na specyfikę pracy, prócz standardowych mundurów, często wykorzystywano wszelkiego rodzaju odzież specjalną – kurtki dla załóg wozów bojowych, kombinezony robocze (zarówno wojskowych jak i cywilnych wzorów), a nierzadko również kurtki skórzane. W charakterze odzieży zimowej dominowały typowe dla służb tyłowych watowane kurtki dwurzędowe oraz standardowe kufajki. Również oficerom WOSO przysługiwały kurtki, jednak często nosili oni typowe płaszcze oficerskie. Jako obuwie szeregowcom i podoficerom ŻDW wydawano trzewiki z owijaczami, lub kirzowe oficerki. Oficerowie ŻDW najczęściej nosili oficerki ze skóry juchtowej lub kirzowe, tymczasem oficerowie WOSO byli chyba jedyną większą grupą w Armii Czerwonej, w której powszechnie stosowano przewidziane dla oficerów służb tyłowych trzewiki i sztylpy, chociaż wielu z nich nosiło również oficerki.
Prezentowana sylwetka to lejtnant radzieckich wojsk kolejowych. Ubiór stanowi standardowy polowy mundur oficerski wz.43, na którym oficer nosi kombinezon roboczy. Na głowie oficera – czapka służbowa z czarnym otokiem i niebieską lamówką. Czapka została pozbawiona podpinki, gdyż podczas pracy parowozu temperatura w kabinie bywa na tyle duża, że ta mogłaby się stopić. Jako obuwie nosi oficerki ze skóry juchtowej. Oporządzenie stanowi pas oficerski z koalicyjką, kabura na pistolet oraz podoficerska raportówka – w służbach tyłowych często wydawana zamiast oficerskich mapników. Uzbrojenie oficera stanowi pistolet TT, choć w wojskach kolejowych częściej oficerom wydawano rewolwery Naganta.
Przy sobie żołnierz nosi legitymację oficerską późnego wzoru, papierosy, zdobyczne zapałki i latarkę. W raportówce oprócz dokumentów typowo służbowych (takich jak mapy, rozkazy itp.) przenosi piórnik, notesik oraz książeczkę mundurową.
Późnomarcowe słońce
stało już wysoko kiedy dotarł do kolejnej kępy krzaków. Musiał zatrzymać się na
chwilę, żeby złapać oddech. Choć temperatura była już wyższa niż rano, ubranie
miał w dalszym ciagu mokre, koszula lepiła mu się do ciała, spodnie miał
cieżkie i sztywne od błota i wody. Jedynie marynarka, którą wkrótce po
przeprawie zdołał wykręcić, byłą w miarę sucha.
Usiadł i wyjął z kieszeni
ostatni kawałek kiełbasy, którą ukradł z wędzarni. Była półsurowa i miał
wrażenie, że zaczęła się już powoli psuć. Nie zamierzał jednak wybrzydzać –
przez ostatnie trzy dni żywił się tylko tą kiełbasą, a żołądek domagał się
jedzenia. Przez jakiś czas jeszcze miał głód pod kontrolą, ale ta cholerna
rzeka, w której o mało co się nie utopił, wyciągnęła z niego resztkę sił.
Nie miał specjalnego planu, ale
wydawało mu się, ze ucieczka nie powinna być trudna. Pamiętał z geografii,
jeszcze ze szkoły powszechnej, że z Grazu do dawnej granicy z Jugosławią było
jakieś 60-70 kilometrów. Gospodarstwo, do którego trafił na roboty, znjadowało
się na południe od miasta, wydawało się więc logicznym, że odległość będzie
mniejsza. Oceniał, ze dojdze w dzień-dwa. Nie przewidział tylko, że teren wokół
był górzysty, prawie całkiem pozbawiony drzew, a do tego będzie musiał omijać
wszelkie osady ludzkie. No i ta przeklęta rzeka – pamiętał wprawdzie mgliście
ze szkoły, że między Austrią a Jugosławią coś płynęło, ale nie spodziewał się,
czegoś takiego. No i nie oczekiwał, że most, który w końcu udało mu się
znaleźć, będzie pilnowany. Wszak ani Austrii, ani Jugosławii już nie ma,
wszystko to wielka Rzesza.
Zastanawiał się, czy jego
ucieczka miała w ogóle jakiś sens. Czy nie lepiej byłoby pójść do najbliższej
wsi i oddać sie w ręce Niemców? W końcu – jakie miał podstawy, by myśleć, że na
południu czeka go coś lepszego? Pamiętał wprawdzie jeszcze z 1941r., że
podziemne gazety wspominały o powstaniu w Jugosławii, pamiętał też, że jesienią
cała wieś, łącznie z Jurgenem Schwarzbeckiem, grubym bauerem, u którego
pracował, wpadła w straszną panikę na wieść o kapitulacji Włoch, szybko jednak
się uspokoili, gdy Hitler zajął ziemie dawnego sojusznika. Wiedział też, że na
północ nie ma sensu się kierować – Wprawdzie bolszewicy ponoć dotarli już do
Polski, ale raz, że diabli wiedzą czego się po nich spodziewać, wszak już raz
nas zdradzili, a dwa, że to setki kilometrów przez Niemcy. Nawet gdyby gruby
Shchwarzbeck pozarzynał wszystkie swoje świnie i wędzarnia pełna była mięsa,
które można „porzyczyć”, to i tak nie starczyłoby na taką wędrówkę. Ale zostać
było niepodobna. Zwłaszcza odkąd spasiony parteigenose, tuszą podobny do swoich
zwierząt hodowlanych, obciął im racje żywnościowe do poziomu, który nie
pozwalał mieć nadziei na dożycie do końca wojny.
Odpocząwszy trochę i oszukawszy
głód, ruszył dalej. Żeby oderwać się jakoś od swojej nieciekawej sytuacji,
zaczął w myślach śpiewać sobie piosenki. Tak go to zajęło, że głosy usłyszał
dopiero podchodząc do skalnej formacji na szczycie kolejnego wzgórza.
Przystanął i zaczął nasłuchiwać. Gdzieś po drugiej stronie większa gupa ludzi
prowadziła ożywioną dyskusję. Do tego dość wesołą, na co wskazywały okazjonalne
wybuchy śmiechu. Już miał zawrócić, kiedy usłyszał, że niewidoczni jeszcze
ludzie zaczęli spiewać. Nie rozróżniał słów, ale melodia wydała mu się znajoma.
W dzieciństwie słyszał ją, gdy z chłopakami z sąsiedztwa chodził szydzić z
jeńców bolszewickich w pobliskim obozie.
„Czyżby Rosjanie?”
Pomyślał. „Dotarli aż tutaj?”
Ostrożnie wyjrzał zza
skały. Rzeczywiście, w znajdującej się w dół zbocza kępie krzaków dostrzegł
ludzkie sylwetki. Część stała, kilku ludzi siedziało – to właśnie oni śpiewali
– większość jednak krzątała się, najwyraźniej zwijając obozowisko. Postanowił
podejść bliżej. Zaczął rozróżniać słowa pieśni:
…Da će kod nas
slomit’ vrat,
Prije ćemo mi
umrijeti,
Nego svoje zemle dat’!
Słowa brzmiały
znajomo, ale był pewien, że to nie rosyjski. Czyżby jednak…? Nie kryjąc się
już ruszył przed siebie. „Może to pasterze?” – pomyślał.
Zgazit ćemo izdajice
I prihvatit ljuti
boj…
Pieśń nagle się
urwała. Zobaczył, ze ludzie w dole zaczęli się rozbiegać, większość zaległa na
ziemi, kilku z nich padło na ziemię.
„Chyba mnie
zauważyli…” – przemknęło mu przez głowę.
– Stoj! Roke Gor! –
usłyszał za plecami. Zatrzymał się i podniósł ręce do góry.
– Obrni se!
– Nie rozumiem –
odpowiedział powoli odwracając głowę. Za nim, zasłonięty skalnym występem, stał
żołnierz z czerwoną gwiazdą na czapce i mierzył do niego z karabinu. „Ki diabeł?”
– pomyślał.
– Ne razumete? –
zapytał żołnierz – Kdo ste? Čech? Slovak?
– Polak. Z robót
uciekam, Ziwilarbeiter.
– Poljak? Smo Vojaki
Jugoslovanske Narodnoosvobodilne Vojske, 3 Slovenska Brigada. Si bo šel z nami!
Pojdi!
Żołnierz wydawał się
trochę uspokojony, ale karabinu nie opuścił. „Jugosłowiańskie narodno-coś tam
wojska?” – pomyślał idąc z rękami w górze – „Może coś rzeczywiście było w tych
opowieściach o powstaniu w Jugosławii…”
17
kwietnia 1941r., po jedenastodniowej obronie, Jugosławia skapitulowała wobec
niemieckich i włoskich najeźdźców. Wieloetniczne państwo podzielone zostało
miedzy Niemcy, Włochy, Węgry, Bułgarię i tzw. Niepodległe Państwo Chorwackie.
Rząd, z królem Piotrem II udał się na emigrację. Ale mimo kapitulacji rządu,
podziału kraju między okupantów, wielu mieszkańców Jugosławii ani myślało
złożyć broń. Już 11 maja Powstały Wojska Jugosławiańskie w Ojczyźnie pod
dowództwem pułkownika (późniejszego generała) Dragoljuba Mihailovicia, znanego
bardziej pod pseudonimem „Čiča Draža” (wujek Draża – Draża to zdrobnienie od
Dragoljub). Mniej więcej w tym samym czasie do tworzenia oddziałów
partyzanckich wezwał przywódca jugosłowiańskich komunistów – Josip Broz
używajacy pseudonimu „Tito”. W ten sposób zaczęły się tworzyć oddziały
partyzanckie, które już wkrótce zaczęły używać nazwy Narodowo-wyzwoleńcze
Oddziały Partyzanckie Jugosławii (Narodnooslobodilački partizanski Odredi
Jugoslavije, NOPOJ). To właśnie te ostatnie będą tematem ponizszego artykułu.
Za właściwy początek działalności Titowskiej partyznatki
uznaje się 27 sierpnia 1941r., kiedy to, powołano Sztab Główny (Vrhovni Štab,
VŠ) NOPOJ, na czele ktorego staneli wywodzący się z róznych narodów Jugosławii
członkowie władz KPJ – Josip Broz-Tito (syn Chorwata i Słowenki) oraz m.in.
Edvard Kardelj (Słoweniec), Milovan Dżilas (Czarnogórzec) i Aleksander Ranković
(Serb). Już 4 lipca Sztab Główny wezwał narody jugosłowiańskie do powstania.
Wezwanie to spotkało się z zaskakująco dużym (i skutecznym) odzewem. 7 lipca
rozpoczęło się powstanie w Serbii, 6 dni później – w czarnogórze, a w
przedostatnim tygodniu lipca – w Słowenii, Chorwacji, Bośni i Hercegowinie. W
październiku zaś wybuchły walki w Macedonii. W Serbii w wyniku powstania
partyzanci przejeli kontrolę nad znacznym obszarem, który, od siedziby VŠ w
Użicach nazwano „Republiką Użicką”. Choć republika przetrwała tylko nieco ponad
dwa miesiące, jej funkcjonowanie znacząco pomogło w dalszej działalności
partyznatki – w Użicach partyzanci zdobyli fabrykę bronii, która przez 67 dni
dostarczyłą im ponad 21 tysięcy karabinów i ponad 2,5 mln. sztuk amunicji. Tu
również zaczęły wychodzić pierwsze partyzanckie gazety. Aby opanować sytuację w
Serbii, Niemcy ściagneli posiłki z Grecji i Francji. Większość oddziałów
partyzanckich zdołała się wycofać, niestety okupant zemścił się na ludnosci
cywilnej Serbii, mordując ogółem około 10 tysięcy ludzi (w tym minimum 9 tys.
Ludności cywilnej). Sukces partyzantów i krwawe represje okupanta przyczyniły
się do dalszego wzrostu popularności NOPOJ. Z tego też okresu pochodzą pierwsze
konflikty pomiędzy partyzantami Tity a czetnikami Mihailovicia.
Z oddziałów, które zdołały wycofać się z Serbii stworzono w
grudniu 1941r. 1 Brygadę Proletariacką pod dowództwem Kočy Popovicia – oddział
„elitarny”, stanowiący pierwszy zalążek regularnych sił zbrojnych Jugosławii.
NOPOJ pozostawały cały czas aktywne w walce z okupantami i wojskami NPCh. W
listopadzie 1942r. zmieniono nazwę NOPOJ na NOV i POJ (Narodnooslobodilačka
Vojska i Partizanski Odredi Jugoslavije, często w skrócie zwane NOVJ) – nazwy
sugerowały, że dowództwo zaczęło robić rozróżnienie pomiędzy zaczynającymi
coraz bardziej przypominać regularne jednostki NOV i nieróżniacymi się
specjalnie od oddziałów partyzanckich w innych krajach okupowanych POJ. Pomimo
tego jednak w dalszym ciągu całość sił Titowskich określano jako „partyzantów”.
Co ciekawe, aż do drugiej połowy 1943r., mimo znaczących
sukcesów, mimo bitew o na prawdę wielkiej skali (jak np. Nad Neretwą w marcu
czy nad Sutjeską w czerwcu 1943r.) partyzanka Tity pozostawała niezauważona
przez aliantów – również przez ZSRR. Właściwie dopiero po II sesji AVNOJ
(Antyfaszystowska Rada Wyzwolenia Narodowego Jugosławii, powstały w listopadzie
1942r. w kontrolowanym przez partyzantów Bihaciu w Bośni podziemny parlament) w
Jajcach w listopadzie 1943r. brytyjska prasa zaczęła przychylniej pisać o NOVJ,
a rządy sprzymierzonych zaczęły bardziej sprzyjać Ticie, stopniowo odwracając
sie od budzacych coraz większe kontrowersje czetników. Za deklaracjami
politycznymi poszły czyny – brytyjczycy zaczęli zrzucać coraz więcej sprzętu i
żołnierzy sił specjalnych do pomocy NOVJ, zaczęli także organizować transport
lotniczy dla ewakuacji rannych partyzantów. Realną pomoc zaczął okazywać także
Związek Radziecki – wysyłając misję wojskową (od lutego 1944r., w tym doradców
mających doświadczenie wyniesione z radzieckich oddziałów partyzanckich), przekazując
broń i amunicję oraz dając do dyspozycji partyzantów pewną liczbę samolotów
wraz z załogami. Swoją misję wojskową i ograniczoną pomoc materialną wysłały
również Stany Zjednoczone.
Pod
koniec 1943r., zajęci do tej pory opanowywaniem sytuacji kryzysowej
spowodowanej kapitulacją Włoch Niemcy podjęli próbę spacyfikowania Jugosławii
(operacje „Panther” i „Kubelblitz”). Rezultaty były jednak dość mizerne.
Dopiero przeprowadzona 25 maja 1944r. operacja „Roesselsprung” odniosła pewien ograniczony
sukces. Chociaż nie udało się osiągnąć jej głównego celu – pojmania bądź
zabicia Tity oraz reszty członków VŠ NOVJ, to jednak Niemcom udało się (na
krótko) przejąć kontrolę nad częścią terytorium Bośni wyzwolonego przedtem
przez partyzantów wraz z dotychczasową siedzibą sztabu – miastem Drvar, zaś
dowództwo NOVJ musiało sie ewakuować przez Potoci i Preodac do lotniska w
Kupreš, skąd radzieckim samolotem przemieściło się na Bari (będącą wówczas pod
kontrolą Aliantów), a stamtąd na Vis. Zaś zdobycie nieukończonego jeszcze
munduru marszałkowskiego Tity zostało z sukcesem wykorzystane przez niemiecką
propagandę.
We
wrześniu 1944r. Tito podpisał w Moskwie porozumienie z radzieckim dowództwem,
na mocy którego wyzwolenie Jugosławii miało się odbyć w ramach wspólnych
działań 3 Frontu Ukraińskiego i NOVJ. Jednostki partyzanckie wzięły udział u
boku Armii Czerwonej w Operacji Belgradzkiej. Partyzantka titowska prowadziła później
walki z topniejącymi siłami niemieckimi (pozostałości Grup Armii „E” i „F”),
chorwackimi i czetnikami aż do całkowitego wyzwolenia Jugosławii w połowie maja
1945r. Wiosną 1945r., już jako Armia Jugosławiańska (Jugoslavenska Armija – JA)
wzięła także ograniczony udział w walkach we Włoszech u boku Brytyjczyków i
Amerykanów.
Chociaż jednostki NOVJ zwykło sie
określać mianem „partyzantki”, trzeba zdać sobie sprawę z faktu, że była to
nieco inna partyzantka niż np. w Albanii, Grecji czy nawet w Polsce. Dość powiedzieć,
że w szczytowych okresach NOVJ liczyły nawet 800 tys. Ludzi (i liczba ta
oznacza czynnych żołnierzy, nie obejmuje konspiratorów politycznych,
wywiadowców, agitatorów itp.) na około 11mln. Mieszkańców Jugosławii w 1945r.
Ale nawet nie w liczebności tkwi zasadnicza różnica. W ramach NOVJ
funkcjonowały bowiem w róznych okresach jednostki zmotoryzowane, artyleryjskie,
pancerne, a nawet marynarka wojenna (ta ostatnia od grudnia 1942r., choć nie
była zbyt liczna, to jednak prowadziła skuteczne działania przeciwko włoskiej
marynarce na Adriatyku, wsławiła się również podczas obrony Korczuli w grudniu
1943r.). Niektóre jednostki posiadały nawet własne orkiestry. Dodać do tego
należy także lotnictwo – NOVJ od 1944r. utrzymywało kilka stałych lotnisk i dysponowało
niewielką liczbą samolotów udostępnionych przez ZSRR, choć należy zaznaczyć, że
załogi i większość personelu technicznego stanowili żołnierze Radzieckich WWS.
Specyfiką NOVJ pozostaje też jej wieloetniczność. Oprócz narodów Jugosławii, w
szeregach partyzantki walczyli Bułgarzy, Włosi, Francuzi, Czesi, Polacy,
Rosjanie, Niemcy i inni. Często jednostki organizowano z przedstawicieli danej
narodowości (włoska Brygada „Garibaldi”, bułgarska „Christo Botew”, Polski
Batalion w Bośni i Kompania im. „Starego” w ramach polsko-francuskiej brygady
„Liberte” w Słowenii itp.). Ciekawa jest tutaj historia Polaków w NOVJ –
pierwszymi byli uciekinierzy z obozów jenieckich i obozów pracy przymusowej
oraz dezerterzy z Wehrmachtu, których kierowano do różnych jednostek. Ale już
np. Polski Batalion tworzyli głównie Bośniaccy Polacy, przesiedleni na te
tereny (głównie w okolice miasta Prnjavor) przez monarchię Austro-Węgierską na
przełomie XIX i XXw., zaś kadrę Kompani im. „Starego” (nazwa od pseudonimu
Nowotki) stanowili członkowie PPR i AL z Łodzi, aresztowani, a następnie
wysłani do obozu koncentracyjnego, skąd części z nich udało się zbiec wraz z
dużą grupą komunistów francuskich.
Choć , jak w każdej partyzantce,
tak i w NOPOJ w pierwszym okresie działalności trudno mówić o jakimś jednolitym
umundurowaniu, to jednak da się zauważyć pewne trendy, które z czasem zaczną
się nasilać, a już pod koniec wojny na dostępnym materiale fotograficznym
widzimy dość jednakowo ubrane oddziały NOVJ. Dlatego też warto zatrzymać się na
chwilę nad tematem umundurowania partyzantów.
Pierwszym elementem wyróżniającym
partyzantów NOPOJ/NOVJ były czerwone gwiazdy, które oficjalnie przedstawiano
jako międzynarodowy symbol oporu przeciwko faszyzmowi. Początkowo gwiazdy te
były wyłącznie wycinane z czerwonych tkanin lub wyszywane nicią, jednak bardzo
szybko zaczęły pojawiać się gwiazdy metalowe – wytwarzane z blachy malowanej
lub emaliowanej na czerwono. Wraz z utworzeniem 1 Brygady Proletariackiej, dla
wszystkich jednostek otrzymujących status dywizji lub brygady proletariackiej
wprowadzono czerwoną gwiazdę z sierpem i młotem – wykonywaną z blachy.
Zachowana gwiazda tego typu na czapce kpt. Jana Drąga (w zbiorach MWP, wygląd
znany mi wyłącznie na podstawie zdjęć z książki „Emblematy, godła i symbole GL
i AL” K. Satory) wygląda na pomalowaną gwiazdkę używaną przez Armię Czerwoną na
„pilotkach” (furażerkach), możliwe więc, ze część gwiazd była produkcji
radzieckiej (nie jest to nieprawdopodobne – w ZSRR wykonywano pierwsze
jugosłowiańskie odznaczenia partyzanckie). Gwiazdy początkowo montowano na
dowolnych nakryciach głowy – w początkowym okresie w tej roli wykorzystywano
wszelkie czapki cywilne, zdobyczne nakrycia głowy wojsk okupacyjnych oraz
stosowane w przedwojennej armii, popularne jako element stroju ludowego
Szajkacze, te ostatnie jednak dość szybko zniknęły jako kojarzone z czetnikami
i monarchią. W drugiej połowie 1941r. w NOPOJ zaczęły pojawiać się Triglavki,
zwane też Partizankami. Te sukienne „trojgłowe czapki” (często z odwijaną
osłoną na kark i uszy), wzorowane na czapkach używanych przez wojska
republikańskie w czasie hiszpańskiej wojny domowej, wymyślili chorwaccy
komuniści z Zagrzebia jako symbol „ciągłości walki z faszyzmem”. Choć ich
potoczna nazwa pochodzi od kształtu, a nie od najwyższego szczytu Słowenii, nie
sposób nie zauważyć, ze ta nazwa funkcjonowała głównie w tam. Problem z triglavkami
polegał na tym, że ich produkcja była dosyć skomplikowana, toteż już w 1943r.
zaczęły być sopniowo wypierane przez titovki. Od samego początku popularnością
cieszyły się wszelkie furażerki – początkowo zbobyczne niemieckie i bardzo cenione
za nausznik włoskie – później również w niewielkich ilosciach dostarczone przez
sojuszników brytyjskie i radzieckie. Jednak najbardziej znaną wersja są właśnie
titovki, pod względem kroju wzorowane na radzieckich „pilotkach”, wykonywane
zwykle z sukna. Choć źródła mówią o szarych titowkach, wspomniana już wyżej
czapka kpt. Drąga wykonana została z sukna koloru zielonego – być może
brytyjskiego pochodzenia. Jak łatwo się domyślić, nazwa pochodzi od marszałka
Tito, który w takiej czapce występował conajmniej od 1942r. W kwietniu 1944r.
Titowkę dowództwo uznało za obowiązujący element umundurowania NOVJ.
Triglavka (Wikimedia Commons)
Początkowo nie funkcjonowały żadne kurtki mundurowe,
powszechnie noszono odzież cywilną lub zdobyczne mundury, choć warto zauważyć,
że większą popularnościa od kurtek, cieszyły się niemieckie i włoskie koszule
mundurowe – wykonane z lżejszych materiałów i posiadające praktyczne kieszenie.
Część partyzantów dysponowała także kurtkami mundurowymi przedwojennej armii
jugosławiańskiej, nie były one jednak zbyt praktyczne, co więcej były kolejnym
elementem kojarzonym z czetnikami. Już w 1941r. zaczynają się pojawiać sukienne
kurtki mundurowe nie przypominające żadnych stosowanych przez okupantów,
najwyraźniej będące produktami miejscowych krawców. Większość z nich
zaopatrzona była w 4 kieszenie i miała zamknięty kołnierz. Posłużyły one
później za wzór dla mundurów JNA. Sporą popularnościa cieszyły się również
brytyjskie battledressy i koszule mundurowe. Poza doradcami, zbiegłymi jeńcami
radzieckimi i personelem lotniczym, nie są znane przypadki wykorzystywania
przez partyzantów radzieckich gimnastiorek czy kurtek mundurowych. ZSRR zresztą
niechętnie udostepniał radzieckie mundury sojuszniczym oddziałom partyzanckim.
Poza spodniami cywilnymi, bardzo popularne były wszelkiego
rodzaju bryczesy – początkowo wykorzystywano przedwojenne bryczesy wojskowe (chyba
jako jedyny element przedwojennego mundury utrzymały się do końca wojny),
zdobyczne niemieckie oraz te, stanowiące elementy stroju ludowego – np. w
środkowej Serbii nierzadko miały one zwyczajowo kolor zielony lub szary. Pewną
popularnościa cieszyły się również spodnie niemieckie, brytyjskie i włoskie.
Stroje ludowe ze środkowej Serbii. Warto zwrócić uwagę na zielone bryczesy, szajkacze i kierpce. (Wikimedia Commons)
Trudno dociec jak wyglądała sprawa okryć wierzchnich, gdyż
widać je na stosunkowo nielicznych zdjęciach. Choć późniejszy generał Radoljub
Čolaković wspomina, że podczas marszu na Igman miał płaszcz skórzany, spotkałem
się z informacją, że jakiekolwiek długie płaszcze były niepopularne – do tego
stopnia, że zdobyte płaszcze niemieckie często skracano do pół uda. Na
zdjęciach, również tych z okresu późnowojennego widać też często kurtki cywilne
różnego typu.
Jeśli wierzyć Čolakoviciowi, jeszcze na początku 1941r.
czestym widokiem był partyzant noszący na nogach skórzane łapcie (kierpce), co
zapewne spowodowane było popularnościa tego obuwia wśród ludności wiejskiej,
jednak stopniowo coraz więcej partyzantów miało solidniejsze obuwie.
Szczególnie popularne były praktyczne w terenie górskim trzymające w kostce
trzewiki – bądź to zdobyczne włoskie lub niemieckie, bądź zrzutowe brytyjskie i
amerykańskie, bądź też cywilne turystyczne. Do trzewików raczej nie stosowano
owijaczy, natomiast sporą popularnością cieszyły się włoskie wywijki. Często
też, przy braku tych ostatnich, dla ochrony przed otarciami wywijano na wierzch
grube wełniane skarpety, które skądinnad były własciwie elementem obowiązkowym.
Poza najwyzszym dowództwem NOVJ, nie są znane zdjęcia partyzantów w oficerkach,
choć podobno zdarzały się przypadki wykorzystywania niemieckich saperek.
W czasie wojny kilkukrotnie wprowadzano rozmaite oznaki
stopni. Choć już w lipcu 1941 r. wprowadzono system oznak stopni dość luźno
wzorowany na radzieckich oznakach z lat 20, to rzadko były one stosowane.
System stopni i towarzyszące mu oznaki zmieniono już w styczniu 1942r., ich
stosowanie stało się wówczas powszechniejsze. Oznaki stopni tego wzoru noszono
na rękawach, lub, rzadziej, na lewej stronie piersi nad kieszenią. Ostatnią,
gruntowną reformę systemu stopni i odpowiadających im oznak przeprowadzono w
maju 1943 i obowiązywała ona do końca wojny. Te oznaczenia przewidziane były do
noszenia na mankietach kurtek mundurowych. Obowiązujące oznaczenia stopni
zobaczyć można tu: https://sr.wikipedia.org/wiki/Официрски_чинови_НОВЈ
Dodać jeszcze należy, że zdarzały się sporadyczne przypadki
noszenia przez oficerów NOVJ pagonów typu radzieckiego, z tym że prawdopodobnie
były to przedwojenne pagony jugosłowiańskie, w których zamiast „gwoździ” rolę
oznaczeń stopnia pełniły gwiazdy.
Przedstawiona na zdjęciach sylwetka to szeregowy (Vojnik)
NOVJ ubrany i wyposażony dość typowo dla połowy 1944r. Nakrycie głowy stanowi
furażerka niemiecka z naszytą gwiazdą z czerwonego sukna, która, podobnie jak
niemiecka koszula „tropikalna” i „zdenazyfikowany” pas stanowi efekt przejęcia
niemieckiego magazynu mundurowego. Spodnie to popularne w środkowej serbii
cywilne bryczesy w kolorze zielonym. Jako szeregowiec nie nosi żadnych oznak
stopnia, choć i tak zwykle nie naszywano ich na koszulę. Całości dopełniają
trzewiki noszone z grubymi, wełnianymi skarpetami, wywiniętmi dla większej
wygody noszenia butów, oraz noszona w plecaku kurtka mundurowa partyzanckiej
produkcji wykonana z szarozielonego sukna. Jako dokument identyfikacyjny
żołnierz nosi legitymację służbową. Ponieważ legitymacja nie posiadała miejsca
na zdjęcie, czestą praktyką było noszenie luzem zdjęcia legitymacyjnego. Prócz
tego w kieszeniach prznosi także kilka zdjęć pamiątkowych z ćwiczeń oddziału
partyzanckiego oraz zapasową łódkę z amunicją do karabinu – z niezbyt jasnych
przyczyn, partyzanci jugosłowiańscy niechętnie nosili jakiekolwiek ładownice.
Wodę przechowuje w pochodzacej z radzieckich dostaw manierce, którą z kolei
przenosi w cywilnym plecaku turystycznym, wraz z zapasem pożywienia, kocem,
menażką i kurtką mundurową.
Autorem zdjęć, o ile w opisie zdjęcia nie zaznaczono inaczej,
jest Sebastian Sroka
Wykorzystane dla potrzeb sylwetki legitymacja i zdjęcie
należały do kapitana Jana Janečka z Brygady Czechosłowackiej NOVJ im. Žižki.
Bibliografia:
Publikacje papierowe:
Druga Wojna Światowa. Ruch Oporu na Bałkanach, p. red. M.
Juchniewicza, Warszawa 1986.
Čolaković R., Notatki żołnierza wojny narodowowyzwoleńczej,
Warszawa 1963.
Satora, K. „Emblematy, Godła i Symbole AL i GL, Warszawa
1973.
Żołnierz Polski. Ubiór, uzbrojenie i oporządzenie, T.V,
Warszawa 1965.
Jeszcze jako uzupełnienie powyższego – formacje zagraniczne nosiły mniej więcej to samo co ogół partyzantów (może poza Włochami i Bułgarami – ci wywodzili się głównie z dezerterów i jako tacy byli zwykle nie najgorzej umundurowani). W kwestii odznak wyróżniających wiem tylko tyle, że w Polskim Batalionie poniżej gwiazdy noszono mała flagę biało-czerwoną w formie prostokąta. Podkreślić należy, że był to znak wyróżniający tej jednostki, Polacy służący w “nie-polskich” jednostkach NOVJ takowych nie nosili.
Autor: Kamil Szustak
SUMMARY
The article presents the history of the Yugoslav partisan units led by Josip Broz-Tito and discusses their usual look. The photographs give an example of how an average partisan could have looked like in 1944 – the cap is still not unified “titovka”, but a german side cap. The ankle boots and breeches are civilian and the belt and shirt are captured German.
Nikołaj Jakowlewicz Maksimczuk, pierwszy mąż Nadieżdy Bewzy
(autorki wspomnień zamieszczonych w poprzedniej części), urodził się w 1918
roku, był więc rówieśnikiem Grigorija Kusznirczuka (autora wspomnień
zamieszczonych w części pierwszej) , prawdopodobnie zatem to z nim Kusznirczuk
w 1934 roku wstąpił do szkoły łączności i o nim pisał, że „Specjalność
łącznościowca nie przypadła mu do gustu”, co dość ciekawie brzmi w przypadku
człowieka, który większą część służby spędził w wojskach łączności.
Wspomnienia majora Maksimczuka to kolejna porcja wspomnień z
oblężonego Leningradu i pierwszych dni wojny. Choć niewiele miejsca (mówiąc
oględnie) poświęca swojemu życiu osobistemu, jego wspomnienia potraktować
należy jako uzupełnienie wspomnień Nadii Bewzy.
Major Maksimczuk. Sposób noszenia odznaczeń i granatowy kolor munduru wskazuje na wykonanie zdjęcia w latach 1969-1980, jednak obecność medalu 250-ciolecia Leningradu wskazuje na rok nie wcześniejszy niż 1982.
„MAKSIMCZUK NIKOŁAJ JAKOWLEWICZ
Rocznik 1918, Ukrainiec, wykształcenie wyższe, członek KPSS
Stopień wojskowy – Major
Urodziłem się 6-go maja 1918 roku we wsi Zińkow w rodzinie
ubogich chłopów. W Zińkowie minęły moje lata dziecięce i młodzieńcze. Uczyć się
w szkole przyszło z przerwami. A w sierpniu 1938 roku z 10-tej klasy na
ochotnika wstąpiłem do Woroneskiej Wojskowej Szkoły Łączności. Szkołę
ukończyłem przed terminem w grudniu 1939 roku z awansem na stopień – lejtnanta.
Tu też, w szkole, zostałem wyposażony we wszystko co niezbędne według norm
czasu wojny i 24 grudnia razem z innymi takimi lejtnantami – kolegami z koszar
zostałem wysłany na front do 7 armii, która działała na Przesmyku Karelskim.
W
sztabie 7-ej armii dostałem przydział do 10 Korpusu Strzeleckiego, a z korpusu
do 70 Dywizji Strzeleckiej. Nowy, 1940 rok powitałem już na froncie w sztabie
dywizji. Nas, młodych lejtnantów, rozmieścili w fińskim rigu (coś w rodzaju
ukraińskiej stodoły), a rankiem 1-go stycznia 1940 roku przyjął nas komisarz
dywizji – pułkowy komisarz Galstian i udzielił nam ojcowskich rad jak
zachowywać się bezpośrednio na pierwszej linii. Nas, dziesięciu młodych lejtnantów z
Woroneskiej Szkoły Wojskowej Łączności poprzydzielano o jednostek dywizji. Ja i
jeszcze jeden lejtnant (nazwiska już nie pamiętam) zostaliśmy skierowani d 227
Pułku Artylerii Haubic. W sztabie pułku dostałem przydział na stanowisko
dowódcy plutonu łączności w dowództwie 2 dywizjonu, a mój towarzysz, na takie
samo stanowisko w 1 dywizjonie.
W składzie 227 PAH brałem udział w działaniach bojowych przy
przerywaniu Linii Mannerheima, w bojach o półwysep Koivisto i przejściu po
lodzie przez Zatokę Wyborską na tyły Finów broniących miasta Wyborg. 10 marca
przecięliśmy drogę Wyborg-Helsinki i zaczęliśmy działać na tyłach Armii
Fińskiej.
A 13 maca wojna się zakończyła i podpisano traktat pokojowy.
Po zakończeniu działań bojowych, zgodnie z traktatem
pokojowym nasza dywizja przemieściła się na 40 km po Szosie Helsińskiej, gdzie
ustanowiono nową granicę państwową. Przez dwa tygodnie ochranialiśmy granicę, a
potem przekazaliśmy ją pogranicznikom.
Za działania bojowe dywizja odznaczona została Orderem
Lenina, a 227 PAH – Orderem Czerwonego Sztandaru.
Po przekazaniu granicy pod ochronę pograniczników, nasz pułk
przeszedł na miejsce stacjonowania, które zajmował przed rozpoczęciem działań
wojennych. Kwatery zimowe znajdowały się w mieście Leningrad na Prospekcie
Izmaiłowskim w koszarach dawnego Pułku Izmaiłowskiego, a latem w obozach
Osinowaja Roszcza.
Wielka Wojna Ojczyźniana zastała mnie w obozach letnich w
tejże Osinowoj Roszczy. W nocy z 21 na 22 czerwca byłem dyżurnym operacyjnym
pułku. Cała kadra oficerska pułku wyjechała do miasta na dzień wolny. W
pododdziałach pułku zostali tylko dyżurni. Czuło się, że wojna się zbliża, gdyż
nasz pułk co tydzień wyjeżdżał na swoje pozycje na granicy za Wyborgiem.
Dowódca pułku rozkazał aby przy najmniejszej zmianie sytuacji bezzwłocznie go
wezwać. Ale nie wytrzymał i o 23:00 wrócił do sztabu i poszedł odpoczywać w
swoim gabinecie. W ślad za nim wrócił komisarz pułku i także poszedł odpoczywać
w swoim gabinecie. Około 1:30 22 czerwca dowódca dywizji wezwał do siebie
dowódcę i komisarza. Z dywizji wrócili po 30 minutach i zamknęli się w pokoju
operacyjnym aby popracować. O 4:00 ponownie wezwał ich dowódca dywizji. Po
kilku minutach dowódca zadzwonił do mnie z dywizji i rozkazał wydać rozkaz
dywizjonom zatankować wszystkie ciągniki. A kilka minut później dowódca pułku i
komisarz wrócili do miejsca stacjonowania pułku i kazali mi ogłosić alarm
bojowy, złożyć namioty i przygotować się do marszu. Gdy przez radio nadali
komunikat o niemieckiej inwazji, pułk był już gotów do przeprowadzenia marszu.
Tego samego dnia, niemiecki samolot, który przedarł się od strony Finlandii bombardował lotnisko w
Lewaszowie. A wieczorem nasz pułk forsownym marszem przemieścił się na
wcześniej przygotowane pozycje.
Na fińskiej granicy
pozostawaliśmy do 3 lipca 1941 roku. Do tego czasu Niemcy zajęli Litwę i
wtargnęli na Łotwę i nasza dywizja została czasowo przerzucona w rejon miasta
Ługa. Gdy Niemcy zdobyli miasto Ostrow i ruszyli w kierunku Nowogrodu 70 DS i
nasz 227 PAH zostały czasowo przerzucone w rejon miasta Solcy i z marszu
przeszły do ataku. Wszystkie jednostki dywizji miały pełne etaty, ponieważ
jednostki stacjonujące w Leningradzkiej Obłasti i mieście Leningrad zostały
zaopatrzone w komplet broni i sprzętu według norm wojennych i w związku z tym w
ciągu kilku dni udanego natarcia przemieściliśmy się naprzód na 20 km i
wyzwoliliśmy miasto Solcy. Jednakże Niemcom udało się znacząco przemieścić na
naszych flankach i znaleźliśmy się de facto w okrążeniu.
Nadszedł rozkaz do odwrotu i wyszliśmy w rejon osady
Miedwied’ i zajęliśmy obronę nad rzeką Szełoń. Tu pozostawaliśmy w obronie do
11 sierpnia. 10 i 11 sierpnia nasz rejon był celem zmasowanych bombardowań
lotnictwa przeciwnika. Front się wygiął i nasza dywizja ponownie znalazła się w
okrążeniu. Do tego czasu Niemcy podjęli już walkę nad rzeką Ługa, tzw. „Łuzka
Rubież”. Zaczął się odwrót. Dowódca dywizji wysłał wszystkie samochody na
północ, w stronę Leningradu. Na przedzie kolumny jechał samochód dowódcy, a sam
dowódca znajdował się w jednostkach dywizji i przemieszczał się razem z
żołnierzami. Osobistym szoferem dowódcy dywizji był nasz ziomek Gudłowski
Stepan Iwanowicz, który prowadził kolumnę. Ale do tego czasu Niemcy wysadzili
desant z powietrza we wsi Miniuszy, który niespodziewanym atakiem na kolumnę
samochodów zniszczył ją całkowicie. W tym boju jako pierwszy poległ Gudłowski
S. I.
O ile pułkom strzeleckim dywizji udało się w większości
wyjść z okrążenia, o tyle nasz 227 PAH, który na wyposażeniu miał haubice 152mm
przyszło to z wielką trudnością. Przeprawy przez rzeką Ługa były już zajęte
przez Niemców i artylerzyści wraz z dowódcą pułku ruszyli do zuchwałego ataku i
udało im się wyrwać w składzie dwóch dywizjonów. Trzeci dywizjon, który dotarł do
przeprawy trochę później, pozostał w okrążeniu i prowadził ostrzał zajętej
przez Niemców przeprawy, aż nie zużył całej amunicji. Ja dotarłem do przeprawy
już w drugiej połowie dnia, gdyż trzeba było zdjąć łączność. W tym czasie byłem
dowódcą plutonu łączności baterii sztabowej pułku.
Przyszło mi wychodzić z okrążenia na własną rękę z
niewielkim oddziałem żołnierzy (34 ludzi). Lasem przemieściliśmy się w kierunku
miasta Nowogród celem wyjścia na linię kolejową Nowogród-Leningrad i orientując
się według linii kolejowej przemieścić się na północ w kierunku miasta
Leningrad. Wyszliśmy na 10-15km na północ od Nowogrodu i lasem, w odległości
5-8 km od linii kolejowej ruszyliśmy w stronę Leningradu. Linia kolejowa
służyła nam za punkt orientacyjny, gdyż mapy topograficznej niemieliśmy. Po 7
dniach, głodni i zmęczeni, wyszliśmy przy stacji kolejowej Radofinikowo, mając
ze sobą broń strzelecką. Środki łączności radioaparaturę zniszczyliśmy razem z samochodem
w lesie. Tu nas nakarmili i odpoczęliśmy kilka godzin. Stacja Radofinikowo
znajdowała się na głębokich tyłach Niemców, ponieważ przemieszczali się oni
szosami i już byli niedaleko Leningradu (około 30-40km). Wieczorem razem z
wojskowym komendantem stacji niewielkim składem (parowóz i trzy wagony
towarowe) postanowiliśmy przebijać się do Leningradu. To nam się udało. Bez postojów,
bez sygnałów nasz skład o 5 rano zatrzymał się na stacji Leningrad-Towarowa.
W ciągu kilku dni odnaleźliśmy nasz 227 PAH i wznowiliśmy powstrzymywanie
nacisku Niemców, którzy uparli się zdobyć miasto Leningrad.
Szczegółowo walk opisywać nie będę, ponieważ było ich bardzo
dużo. Cofając się w walce doszliśmy do Pawłowska i Puszkina. W parku Pałacu
Jekaterinińskego umocniliśmy pozycje artyleryjskie i prowadziliśmy ogień do
Niemców. Ale przyszło i Puszkino opuścić, a potem i Pulkowo. Nasz pułk w
składzie dywizji został przerzucony do rzeki Ust’-Iżora, gdzie uczestniczył w
walkach w rejonie Zakładów spirytusowych. Potem brał udział w walkach pod
Pulkowem, w Krasnym Borze, gdzie 8 grudnia 1941 roku zostałem ranny i
skierowany do szpitala. W tym czasie Leningrad znajdował się już w pełnej
blokadzie, której okropności są wszystkim znane.
Leżałem w szpitalu na Piotrogrodzkiej Stronie na ul.
Skorochodowa w pomieszczeniach szkoły. Nic do jedzenia, lekarstw brak,
nieprzerwane bombardowania i ostrzały. 8 stycznia wypisano mnie ze szpitala i
skierowano do batalionu ozdrowieńców, który stacjonował na Placu Issakiewskim w
Pałacu Marinskim (budynek Lensowietu). Wodę do przygotowywania posiłków
nosiliśmy z rzeki Newa. Ze szpitala do batalionu ozdrowieńców dotarłem pieszo
(transport nie funkcjonował) i zajęło to cały dzień. W pomieszczeniach nie było
ogrzewania, nie było wody, opatrunków nie zmieniano. Na początku lutego z
batalionu ozdrowieńców przeniesiono mnie do pułku zapasowego kadry oficerskiej,
który zajmował koszary w pobliżu Dworca Witebskiego. Za mną przyjechał mój były
dowódca łączności 227 PAH, ale już nie zostałem jego podkomendnym. Z niedożywienia i postępującej dystrofii
zachorowałem i położono mnie do szpitala na 7 Czerwonoarmijnej w budynku
Instytutu Transportu Kolejowego. Leżałem na 5 piętrze w izbie dla przypadków
beznadziejnych. Żeby nas uratować, karmiono nas
uparcie: dawali dziennie 300g świeżego białego chleba, 20 lub 30 g masła
i cukru. Zgromadziłem trochę pieniędzy i mnie jeszcze przynosili pieniądze z
naszego miasteczka wojskowego i
dodatkowo kupowałem jeszcze chleba i masła. Porcja chleba kosztowała 300 rubli.
I tak, w ciągu tygodnia wyniki moich badań się trochę poprawiły. Udało mi się
przekonać lekarza i dostać dokumenty wypisowe.
Ze szpitala skierowano mnie na punkt przejściowy, który
znajdował się na Fontance 90. Po drodze zaszedłem do znajomych i poprosiłem o
łyżkę, gdyż swoją gdzieś straciłem, a bez łyżki się nie da. Na punkcie
przejściowym przebywałem trzy dni, a potem ponownie skierowano mnie do pułku
zapasowego, z którego zostałem
skierowany do szpitala. Po tygodniu- dwu
udało mi się dostać przydział do pułku zapasowego 55 armii. To bliżej frontu,
pierwszej linii. A tam po dwóch dniach dostałem przydział na stanowisko dowódcy
kompanii łączności w pułku strzeleckim (numeru pułku nie pamiętam). Dowodziłem
kompanią zwiadu do połowy maja 1942 roku. Pułk stacjonował w rejonie osady
Aleksandrowskoje. Dowódcą pułku był mój znajomy z wojny fińskiej.
W drugiej połowie maja skierowano mnie do Leningradu na
kursy doskonalenia kadry oficerskiej łączności. Kursy prowadzono na terenie
pułku zapasowego przy dworcu Witebskim. Po ukończeniu kursów (2 miesiące)
pozostawiono mnie na kursach w charakterze wykładowcy spraw liniowych.
Latem 1942 roku Front Leningradzki podjął natarcie na Newską
Dubrowkę celem przerwania blokady i mnie odkomenderowano do oddziału
operacyjnego sztabu frontu w charakterze oficera łączności. Pełniłem tę funkcję
przez 3 miesiące. Zostałem skierowany do Nadmorskiej Grupy Operacyjnej, która
od Leningradu była odcięta przez Niemców w rejonie Ligowo-Strelnia.
Docieraliśmy tam tylko przez Kronsztad, kutrami po Zatoce Fińskiej.
W październiku 1942 roku wróciłem z dowództwa na kursy i
ponownie pracowałem jako wykładowca spraw liniowych i topografii na kursach
młodszych lejtnantów.
Na początku kwietnia 1943 roku zostałem naczelnikiem łączności
339 specjalnego batalionu Artylerii i CKM (OPAB)79 rejonu umocnionego. OPAB
zajmował pozycje od Zatoki Fińskiej do Wzgórz Pulkowskich. Zadanie OPAB – nie
przepuścić przeciwnika po wycofaniu się naszych wojsk z przedniego skraju.
Niemcy naszych opabowców nazywali „Stalinowskim SS”. Mieliśmy absolutny zakaz w
jakiejkolwiek sytuacji przemieszczać się wprzód lub w tył – bronić się do ostatniego
żołnierza.
14 stycznia 1944 roku rozpoczęła się operacja mająca na celu przerwanie blokady. Po
wycofaniu się Niemców ze wzgórz Pulkowskich, nasz OPAB zachęcony ogólnym
przejściem do natarcia także ruszył do natarcia
i jako pierwszy wkroczył i zajął miasto Puszkin. W 1941 roku ja
opuszczałem miasto jako ostatni i w styczniu 1944 roku wkraczałem doń jako
pierwszy. Sztab rozlokował się w budynku dawnego liceum. Wszystkie pałace były
zburzone. Ale przez pomyłkę pisarzy sztabowych, naszemu OPAB nadano nazwę wyróżniającą
nie „Puszkiński” ale „Pawłowski”, ponieważ także Pawłowsk został tego samego
dnia wyzwolony, ale przez inne jednostki.
Po dwudniowym odpoczynku nasz 339 OPAB forsownym marszem
przemieścił się na stację Jelizawietino, a stąd lasami w rejon Krasnyje Strugi
celem przechwycenia wycofujących się Niemców.
Spod Krasnych Strug 339 OPAB został przerzucony w rejon
miasta Pskowa, gdzie znajdował się do połowy kwietnia 1944 roku. W końcu
kwietnia batalion został przemieszczony w rejon miasta Narwa, a ja zostałem
przekazany do dyspozycji oddziału kadr wojsk Frontu Leningradzkiego. Dostałem
przydział do 23 armii, która znajdowała się na Przesmyku Karelskim. Tutaj w
czerwcu zostałem ranny i wysłano mnie do szpitala do miasta Leningrad.
Po wyleczeniu przebywałem pułku zapasowym do czasu
otrzymania nowego przydziału. Pod koniec listopada lub na początku grudnia
dostałem przydział na stanowisko dowódcy kompanii telefoniczno-kablowej 74
samodzielnego batalionu łączności dywizji strzeleckiej. W styczniu 1945 roku
dywizja stacjonowała w mieście Tallin, a w kwietniu przeniosła się w rejon
miasta Elgawa aby wziąć udział w bojach mających na celu likwidację
Kurlandzkiego Zgrupowania Wojsk Niemieckich. Walki rozpoczęliśmy 5 maja, a 8
hitlerowska armia skapitulowała. Tak dla mnie skończyła się Wielka Wojna
Ojczyźniana.
Z Łotwy nasza dywizja została przemieszczona do miasta
Ostrogożsk w Obłasti Woroneskiej. We wrześniu 1945 roku zostałem skierowany na
kurs doskonalenia kadry oficerskiej łączności w mieście Kijów. Po ukończeniu
kursu zostałem skierowany na Daleki Wschód do miasta Ussurijsk do samodzielnej
kompanii Powietrznego kierowania i kontroli (WNOS) [jednostki odpowiedzialne za
kontrolę ruchu lotniczego]. W maju 1948 roku kompania została przeniesiona
rejon Port-Artur w Chinach.
W czerwcu 1949 roku dostałem przydział do 83 Mieszanego
Korpusu Lotniczego (SAK) na stanowisko starszego oficera służby WNOS do
oddziału PWO [Obrony przeciwlotniczej] przy oddziale operacyjnym korpusu. W
1952 roku zlikwidowano oddziały PWO w jednostkach lotniczych i dostałem
przydział na stanowisko naczelnika jednostki szkoleniowej w szkole strzelców
powietrznych 74 dywizji szturmowej.
W 1956 roku 74 Dywizja Szturmowa została przeformowana w
Mysliwską , przekazana wojskom PWO i przystąpiła do nauki latania na samolotach
MIG. Szkoła Strzelców Powietrznych została rozformowana a ja dostałem przydział
do tej samej dywizji na stanowisko zastępcy szefa sztabu do spraw prac
mobilizacyjnych.
W początkach 1957 roku nasza dywizja została rozformowana, a
cały personel – zdemobilizowany. Ja zostałem zdemobilizowany w maju 1957 roku w
stopniu majora z dożywotnim prawem noszenia munduru i przyznaniem wojskowej
renty. Pojechałem do stałego miejsca zamieszkania – miasta Kursk.
Po demobilizacji ukończyłem Moskiewski Instytut Historyczno-Archiwistyczny i przepracowałem w Państwowym Archiwum Kurskiej Obłasti ponad 25 lat na stanowisku naczelnika oddziału do spraw naukowo-technicznego opracowania dokumentów archiwalnych. W związku z pogorszeniem stanu zdrowia w 1986 roku zostałem zwolniony i obecnie jestem na emeryturze.”
Jako uzupełnienie prezentuję wniosek odznaczeniowy na Order
Wojny Ojczyźnianej II kl. dla starszego lejtnanta (porucznika) Maksimczuka z
maja 1945 roku:
„Tow. Maksimczuk uczestniczy w Wojnie Ojczyźnianej od
czerwca 1941r.
Od pierwszych dni natarcia tow. Maksimczuk uczestniczył na
Froncie Leningradzkim. Za okres operacji bojowych tow. Maksimczuk był
dwukrotnie ranny. W czasie działań 72 DS. 182 PS w rejonie Biełoostrowa tow.
MAksimczuk nieprzerwanie zapewniał łączność dowódcy batalionu z nacierającymi
wojskami.
Pod silnym ogniem artyleryjskim moździerzowym tow.
Maksimczuk sam osobiście naprawiał usterki na linii łączności. W czasie
rozwijania linii był ciężko ranny, ale nie zważając na rany tow. Maksimczuk
kontynuował dowodzenie podkomendnymi swojego plutonu nie opuszczając pola bitwy
i dopiero po otrzymaniu rozkazu dowódcy batalionu został odesłany do batalionu
medyczno-sanitarnego. Tow. Maksimczuk zasługuje na państwowe odznaczenie Orderem
Wojny Ojczyźnianej II kl.”
Udało się także odnaleźć informację o odznaczeniu jubileuszowym Orderem Wojny Ojczyźnianej I klasy w 1985r. oraz medalem „Za obronę Leningradu” 15.08.1943 rozkazem dowództwa 339 OPAB.
Wstęp i tłumaczenie: Kamil Szustak
SUMMARY
The fourth part of the series contains the memoires of mjr. N. Ya. Maksimchuk, who, apart from being Nadezhda Bevza’s first husband, was also a friend of G. Kushnirchuk, who “found no liking in communications worker specialty”. Surprisingly, he ended up as a communications specialist in the Red Army. His story covers the Winter War, Siege of Leningrad and post-war military service.
Tą częścią rozpoczynam mały pod-cykl, obejmujący wspomnienia
trojga spośród Zinkowian, których losy są w pewnym sensie połączone – Nadieżdy
Bewzy, Nikołaja Maksimczuka i Pawła Bewzy. Na początek wspomnienia Szeregowiec
Nadii Smoluchowskiej-Bewzy, zawierające, oprócz dość ogólnych wspomnień ze
służby w wojskach kolejowych, również krótką, przejmującą historię z Leningradu
czasu blokady.
Niestety, nie udało mi się znaleźć zbyt wiele materiałów
archiwalnych na temat N. Bewzy (próbowałem każdego nazwiska w różnych
wariantach), co jest o tyle dziwne, ze powinny się zachować przynajmniej akty
nadania medali za zwycięstwo nad Niemcami i Japonią. Udało się jedynie odnaleźć
informację o odznaczeniu Orderem Wojny Ojczyźnianej II kl. Dla “Nadieżdy
Jefimownej Bewzo” (Бевзо Надежда Ефимовна) w 1985r., toteż w tej części
całkowicie oddaję głos autorce.
Szeregowiec Bewza w szeregach Armii Czerwonej, ok. 1945r.
“BEWZA (panieńskie nazwisko SMALIUCHIWS’KA)
NADIA JUCHIMIWNA,
ROCZNIK 1923,
UKRAINKA, SZEREGOWIEC
Urodziłam
się w 1923 roku we wsi Adamiwka w rodzinie chłopa. Tu spędziłam lata dziecięce
i młodzieńcze. Ukończyłam Adamowską niepełnośrednią, a potem Zinkowską średnią
szkołę.
W
listopadzie 1940 roku wyszłam za mąż za oficera Armii Czerwonej, Zinkowianina
Maksimczuka Mykołę Jakowicza, który właśnie ukończył Woroneską Wyższą Szkołę
Łączności i w stopniu lejtnanta został skierowany do pełnienia słuzby do
Leningradu, i w grudniu ja również przyjechałam do Leningradu, gdzie zastała
nas wojna.
Od
pierwszych dni wojny Niemcy starali się otoczyć i zdobyć Leningrad. Toczyły się
nieprzerwane walki na ziemi, w powietrzu i na morzu. W wyniku bombardowań z
powietrza zniszczone zostały Badajewskie składy żywności, elektrownie i inne
obiekty, co postawiło mieszkańców miasta i jego obrońców w ciężkiej sytuacji.
Pierwsza strona wspomnień N. Bewzy
Ja,
jako małżonka żołnierza, poszłam pracować do Szpitala ewakuacyjnego nr 2015,
który znajdował się koło dworca Moskiewskiego. Pracowałam na oddziale przyjęć,
gdzie trafiali ranni. Brakowało siły roboczej, były bezsenne noce, było bardzo
ciężko, ale pomagałam frontowi tak długo jak mogłam. W tym ciężkim czasie
urodziła mi się córka, która przeżyła wszystkiego dwa miesiące i zmarła z
głodu, ale pochować jej od razu nie mogłam, gdyż bez ustanku trwał szalony
ostrzał z armat dalekiego zasięgu. Dziewczynka przeleżała w mieszkaniu w
trumience około 2 miesiące, ale ponieważ mieszkanie nie było ogrzewane i były
silne mrozy, ona przetrwała, nie rozkładała się. Gdy ostrzał był już lzejszy,
pochowałam ją.
W 1942
roku nasze wojska przerwały blokadę Leningradu i rodzinom żołnierzy pozwolono
na wyjazd z Leningradu w ramach ewakuacji. Korzystając z tego zezwolenia, 12
marca ewakuowałam się do Obłasti Kalinińskiej, Rajonu Owinszczeńskiego, wsi
Miedianki.
Ewakułowałam
się z jedną rodziną i poprostu na tej rodziny życzenie. Mieli małą dziewczynkę,
lat czterech, mamę-staruszkę i siostrę. Pomogłam im w przejeździe, ewakuacji i
uratowałam im zycie. Obecnie rodzina ta znów mieszka w Leningradzie, bardzo mi
wdzięczna, utrzymuję z nimi przyjaźń i pisujemy do siebie.
Życie
rodzinne się nam z Mykołą Maksimczukiem nie układało, nasze drogi się rozeszły
i zostałam sama.
6 listopada 1942 roku zostałam zmobilizowana w szeregi Armii Czerwonej i skierowana na służbę w 19 Samodzielnym Batalionie Mostowym 30. brygady kolejowej na stanowisko telefonistki.
Pod koniec 1943 roku, dostałam przeniesiona do służby w 3. brygadzie kolejowej do oddziału rozpoznania technicznego na posadę maszynistki, a w listopadzie 1944 roku do 22 batalionu tejże brygady do jednostki liniowej. Podstawowe zadania wojsk kolejowych sprowadzały się do następujących: podczas odwrotu naszych wojsk szliśmy za oddziałami pierwszoliniowymi i niszczyliśmy mosty kolejowe, tory kolejowe i inne środki komunikacji, nie dając możliwości szybkiego posuwania się Niemcom.
Podczas
natarcia naszych wojsk również szliśmy za nacierającymi jednostkami
pierwszoliniowymi dla jak najszybszego uporządkowania i odbudowy mostów
kolejowych i torów, aby dać mozliwość zaopatrzenia naszych wojsk na czas w
technikę wojskową, amunicję, żywność i ewakuacji rannych na tyły celem leczenia
w szpitalach.
Oczywiście,
warunki pracy wojsk kolejowych w sytuacji bojowej były szczególnie ciężkie,
dlatego że faszyści nieprzerwanym bombardowaniem i ostrzałem artyleryjskim nie
dawali możliwości wykonywania koniecznej pracy.
Po zakończeniu wojny z faszystowskimi Niemcami naszą
jednostkę skierowano na daleki wschód celem udziału w wojnie z Japonią. W tej
wojnie, choć krótkotrwałej, wojskom kolejowym praca szła jeszcze trudniej,
ponieważ w dowolnum momenie doby napadali japońscy samuraje i chińscy
Chunchuzi*, którzy, wykorzystując warunki górzysto-lesistego terenu, prowadzili
ogień z automatów, a nocą próbowali przekradać się do naszych jednostek i
zabijać przy użyciu noży.
W wojnie z Japonią nasza jednostka walczyła w składzie Pierwszego Frontu Dalekowschodniego.
Tak
oto, w czasie wojny zdarzyło mi się przebywać na Frontach: Północko-zachodnim,
1 i 2 Białoruskim, 1 i 2 Ukraińskim i 1 Dalekowschodnim. Brałam udział w
wyzwoleniu miast Homel, Żłobin, Bobrujsk, Kowel, Psków, Czernihów, Warszawa,
szeregu miast i wsi Niemiec, i na 1 Dalekowschodnim Froncie od stacji „Przygraniczna”
do miasta Harbin.
W 1944
roku podczas walk o miasto Żłobin na Białorusi zostałam ranna i tylko cudem
uszłam z życiem. Ogólnie być w zablokowanym Leningradzie, przeżyć wszystkie
niedole dni blokady, przejść całą wojnę na frontach i pozostać przy życiu – to
właśnie mi się udało na złość wszystkim śmierciom.
I na
zakończenie chcę życzyć naszej młodzieży, dzieciom, wnukom i prawnukom aby nie
przeżyli i ni doświadczali takich niedoli wojny, jakich doświadczyło nasze
pokolenie, aby żyli, cieszyli się, pracowali dla dobra naszej Ojczyzny i
otrzymywali państwowe odznaczenia nie wojenne, a za pokojową pracę w Kraju.
We
wrześniu 1945 roku zostałam zdemobilizowana z Armii Czerwonej, wróciłam do
domu, do wsi Adamowka i pracowałam w Zinkowskim oddziale komunikacji jako
sortowaczka korespondencji.
W 1947 roku wyszłam za mąż za uczestnika Wielkiej Wojny
Ojczyźnianej, Zinkowianina Bewzę Pawła Juchimowicza, który do 1960 roku służył
w Zabajkalskim i Syberyjskim Okręgach Wojskowych.
W 1960
roku został zdemobilizowany z Armii Czerwonej w stopniu majora i pojechaliśmy
do stałego miejsca zamieszkania w mieście Woroneż, gdzie mieszkamy do dziś.
W Woroneżu pracowałam w dyrekcji Kolei Południowo-Wschodniej na posadzie sekretarza-maszynistki. Obecnie nie pracuję, jestem na emeryturze, zajmuję się wychowaniem wnuka i wszystkim dzieciom świata życzę szczęśliwego dzieciństwa i pokojowego nieba nad głową.”
Tłumaczenie i wstęp: Kamil Szustak
*dosł. „Czerwonobrodzi” – popularna nazwa chińskich bandytów z pogranicza rosyjsko-chińskiego, tu raczej użyte w takim znaczeniu jak „samuraje” – jako popularne określenie wroga – może chodzić zarówno o prawdziwych bandytów, jak i o oddziały lokalnych watażków lub nawet chińskich komunistów.
SUMMARY
The memoires of private Nadezhda Bevza (Smalyukhivska) open a sub-series of the Zinkov veterans memoires, as the next parts present the memoires of Nadezhda’s two husbands. In her text, Bevza shortly describes her life in besidged Leningrad and in the Red Army, where she servedon 6 different fronts (!) in the railway units during the fights against the Germans and later the Japanese.
Zapraszam do lektury drugiej części. Tym razem wspomnienia st. sierżanta Mychajły Kabaczyńskiego, który brał udział w początkowym okresie wojny, następnie ranny trafił do niewoli z której, w okolicznościach, o których milczy, powrócił w ojczyste strony, by w 1944r. ponownie wziąć udział w walce z Niemcami w szeregach 726 pułku strzeleckiego 395 dywizji strzeleckiej 1 Frontu Ukraińskiego. Choć można powiedzieć, że miał w życiu szczęście (mało brakowało, a wziąłby udział w wojnie z Finlandią, przetrwał w miarę spokojny najazd na Litwę, w pierwszych dniach wojny wydostał się z zasadzki i ciężko ranny został przez kolegów odstawiony do wsi, potem niewola, KL i wreszcie końcówka wojny w Armii), ale choć jego zasługi w czasie wojny zostały docenione, warto zwrócić uwagę na to, czego podoficer Kabaczyński nam nie mówi. Bardzo lakonicznie pisze o swoim powrocie z obozu koncentracyjnego w Czechosłowacji na Ukrainę. Nie pisze też o trudnościach, które prawdopodobnie miał po wojnie – np. co działo się od października 1945 do stycznia 1946, dlaczego na studia trafił ponownie dopiero w 1951 roku, oraz dlaczego dopiero w 1958r. został członkiem partii. Abstrahując jednak od ewentualnych problemów związanych z pobytem w niewoli, warto zwrócić uwagę na krótkie uwagi n/t Armii Czerwonej w 1941r.
Podobnie jak większość Zinkowian, swoje wspomnienia spisał
po ukraińsku.
Wspomnienia uzupełnia wniosek odznaczeniowy na medal „Za
odwagę” z 1945r.
Mychajło Kabaczyński, zdjęcie powojenne, ok. lata 60.
„Kabaczinskyj Mychajło Wołodymyrowycz,
Rok urodzenia 1919, Ukrainiec, Wykształcenie wyższe, członek
KPSS, Stopień wojskowy: Starszy sierżant.
Urodziłem się 25 grudnia 1919 roku we wsi Stanisławowka
Rejonu Winkowieckiego, Obłast‘
Chmielnicki, w rodzinie chłopa-biedaka.
W 1939r. z wynikiem „celująco” zakończyłem Zinkowską szkołę
średnią i rozpocząłem studia w Charkowskim Ukraińskim Instytucie
Dziennikarstwa. Ale uczyć się nie
mogłem.
14 listopada1939r. zostałem powołany w szeregi Armii
Czerwonej, służąc początkowo Woroneżu, potem w Kursku w Wojskach Lądowych. Z
Kurska nasza dywizja wyjeżdżałana wojnę z Finami. Po dwutygodniowym przygotowaniu
w pobliżu miasta Kingisepp [dawniej Jamburg] nasza jednostka powinna była
przystąpić do walki. Ale 11 marca zostały zakończone rozmowy w sprawie rozejmu.
Dywizja ponownie wróciła do Kurska.
Pierwsza strona wspomnień M. Kabaczyńskiego. Duża ilość wykrzykników wynika z faktu, ze wspomnienia spisano po ukraińsku na maszynie z rosyjską czcionką,która nie przewidywała ukraińskiego “I”.
W czerwcu 1940r. dywizja brała udział w akcji wtargnięcia na Litwę. W sierpniu 1940 roku wyszliśmy z Litwy w mieście Słuck Białoruskiej SRR. Tam służyłem do samego początku wojny w 107 pułku strzeleckim 55 dywizji strzeleckiej w plutonie CKM, a potem jako pisarz w 4 kompanii strzeleckiej.
O zdradzieckim napadzie Niemiec na Związek Radziecki
dowiedzieliśmy się z przemówienia Mołotowa do ludu radzieckiego w radiu około
godziny 9 rano 22 czerwca 1941 roku powracając ze stołówki.
Od razu też ogłoszono alarm. Pułk zebrał się na placu przed
koszarami.
Po wystąpieniu dowódcy pułku Iudina nas cały dzień
dozbrajano i domundurowywano, wydano nam racje żywnościowe na kilka dni w
postaci suchego prowiantu i konserw.
Późno wieczorem wyruszyliśmy do pułku samochodowego, który
stacjonował 15-20 km od Słucka.
Następnego dnia – rankiem 23 czerwca na ciężarówkach
pojechaliśmy kierunku granicy. Cały czas prześladowało nas wrogie lotnictwo.
Podczas ostrzału maszynowego zabity został kierowca kolumny,
na której jechał nasz pluton. Na pytanie dowódcy, kto potrafi prowadzić
samochód, nikt się nie odezwał. Było to
wymowne świadectwo niskiego wyszkolenia technicznego naszej armii. Spieszyliśmy
się i do granicy dotarliśmy na piechotę. Tak wyszliśmy na granicę.
Zatrzymaliśmy się w lesie. Prowadziliśmy obserwację w dniach 23-25 czerwca. Nad
nami cały czas nisko krążyły wrogie samoloty, czasem ostrzeliwując nas z
karabinów maszynowych.
Podczas takiego ostrzału, wroga kula prześliznęła się po hełmie na mojej głowie, przedziurawiła połę mojego płaszcza, kiedy zapisywałem w rejestrze stanu osobowego nowo mianowanego lejtnanta Awerjanowa na stanowisko dowódcy pierwszego plutonu.
Po trzydniowej obserwacji dowództwo doszło do wniosku, że naprzeciw nas niema wrogich wojsk. I kiedy stało się jasnym, że niemieckie wojska na czołgach już daleko zaszły w głąb naszego terytorium, w południe 25 czerwca padł rozkaz odwrotu. Był bardzo upalny dzień. Wyszliśmy z lasu i wybuchła panika, nastąpił niezorganizowany odwrót. Wrogie lotnictwo na otwartym polu, z karabinów maszynowych zabiło wielu naszych żołnierzy.
Grupa wycofujących się, około 15-20 ludzi, w której składzie byłem i ja, za wsią trafiła raptem na niemiecką zasadzkę. Pod krzakami stał zakryty gałęziami czołg. Niemcy wybiegli z czołgu i zalegli w okopie. Ledwo zawróciliśmy, gdy tylko otworzyli do nas ogień z karabinów maszynowych.
Kilku ludzi zginęło a ja zostałem ciężko ranny kulą
rozrywającą w lewą nogę w staw kolanowy. Towarzysze odczołgali się z powrotem.
Ja też , ale krwawiąc, straciłem siły i zostałem pozostawiony na polu boju. Zastępca dowódcy plutonu, st. sierżant Wania
Kowalenko, z którym cały czas się przyjaźnię, pozostawiając mnie, zapewnił, że
z nastaniem ciemności przyjdzie po mnie. Swojego słowa dotrzymał. Gdy tylko się
ściemniło on z jeszcze jednym żołnierzem przyszli i na pałatce wynieśli mnie z
pola walki i zanieśli do pierwszej chaty wsi Bałabanowyczi [Bałabanowicze, wieś
w Obłasti Baranowicze], gdzie żyło dwoje staruszków.
Ot, co znaczy żołnierska przyjaźń. Ona i wzajemna pomoc
zapewniły także zwycięstwo naszego ludu, naszej armii w Wielkiej Wojnie
Ojczyźnianej.
Mnie położyli w stodole (bo w chacie było bardzo gorąco), a sami poszli szukać transportu, aby zawieźć mnie do jednostki sanitarnej. Ale już więcej nie wrócili.
Trwały ciężkie walki o Baranowicze.
Na drugi dzień opatrunek zmienił mi stary mieszkaniec wsi,
uczestnik pierwszej wojny światowej. A na trzeci dzień gospodarz zawiózł mnie
jednokonnym wozem do centrum Rajonu – miejscowości Nowa Mysz [Dawniej
miasteczko gminne w IIRP, obecnie wieś-stolica Rajonu Nowomyskiego na
Białorusi], gdzie zbierali rannych, opatrywali rany. Po tym nas, rannych
przewozili na podwodach do Baranowicz, już zajętych przez Niemców.
Rozmieszczono nas w starej, dwukondygnacyjnej szkole i na sposób prymitywny (bo nie było punktów medycznych) nasi lekarze starali się nas leczyć. Tam przeleżałem ze trzy miesiące. Rana się zagoiła – [wywieziono mnie] do obozu jenieckiego, a potem do obozu koncentracyjnego za Ostrawą w Czechosłowacji. Tam było nas 40 tysięcy ludzi – na otwartej przestrzeni za drutem kolczastym [Według ogólnodostępnych źródeł KL Hanke otwarto dopiero w 1945r – prawdopodobnie chodzi o inny obóz, który mógł działać w okolicy, może też chodzić o zupełnie inny obóz, a nazwa „Ostrawa” może być pomyłką].
Codziennie ginęły setki ludzi od dyzenterii, sztucznie
wywoływanej jakimś napojem o wyglądzie herbaty, którym nas poili.
Cudem wydostałem się z tego piekła w końcu listopada i 5 grudnia 1941r. dostałem się do domu, na terytorium okupowanym. Na tym też zakończył się pierwszy okres wojny w moim życiu. Podczas wojny pracowałem gospodarstwie rodziców.
30 kwietnia 1944 roku po wyzwoleniu rajonu od najeźdźców hitlerowskich zostałem powołany do Armii Radzieckiej, gdzie brałem udział w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej przeciw niemieckim najeźdźcom. Za bojowe zasługi odznaczony zostałem orderem Wojny Ojczyźnianej II klasy [W 1985r., na 40 rocznicę wojny], medalem „Za odwagę” [Za dokonania podczas walk o łużyckie miejscowości Stradow i Radewise w kwietniu 1945r., patrz niżej], „Za zdobycie Berlina”, „Za zwycięstwo nad Niemcami”.
Zostałem zdemobilizowany 19 października 1945 roku, od 10
stycznia 1946 roku pracowałem jako dyrektor początkowej, siedmioletniej,
średniej szkoły we wsiach Rajonu Winkowieckiego. W 1951 roku ukończyłem
Instytut Nauczycielski w Kamieńcu Podolskim, a w 1958 roku – Instytut Pedagogiczny
tamże.
Od 1 grudnia 1951 roku do 31 sierpnia 1952 roku pracowałem
jako inspektor szkół Inkowieckiego RWNO [mniej więcej odpowiednik naszego
kuratorium oświaty].
W 1970 roku zostałem odznaczony medalem „Za ofiarną pracę” z
okazji 100-lecia urodzin W. I. Lenina, jestem członkiem KPZR od maja 1958 roku,
od 1979 roku na emeryturze.
Obecnie Pracuję jako przewodniczący rady weteranów wojny i
pracy wsi Żeniszkiwci [dawniej Żeniszkowce].”
„1 Front Ukraiński
Tajne
Egzemplarz nr 2
Dla 726 pułku strzeleckim odznaczonym Orderem Aleksandra
Newskiego 395 Tamańskiej dywizji strzeleckiej odznaczonej orderem czerwonego
sztandaru i orderem Suworowa 1 Frontu Ukraińskiego
6 Maja 1945 roku
W imieniu Prezydium Rady Najwyższej Związku SRR – odznaczam:
Medalem „Za Odwagę”
(…)
6.Dowódcę drużyny strzeleckiej 4 kompanii strzeleckiej
sierżanta Kabaczyńskiego Michaiła Władimirowicza, za to, ze on w bojach o
miejscowości Radiwejze [Radeweise] i Sztradow [Stradow] 20-21.04.1945 roku i w
boju o likwidację okrążonego zgrupowania przeciwnika okazał wyjątkową
wytrwałość i heroizm, w rezultacie czego wzięto do niewoli 11 niemieckich
żołnierzy i zdobyto znaczne ilości łupów.
Urodzony w 1919, Ukrainiec, bezpartyjny, W Armii Czerwonej od 26.4.1944 roku[,] powołany przez Wońkowiecki RWK, na frontach Wojny Ojczyźnianej od 20-5-1944 roku(…)”
Wstęp i tłumaczenie: Kamil Szustak
SUMMARY
The text is a translation of themamoires of sr. sgt M. V. Kabachinskiy – a veteran of the GPW. He shortly describes his pre-war service, short service in 1941, then his time in concentration camp and later participation in the late war years. Addedisalso an award recommandation for a medal “For Bravery” to Kabachinskiy for actions in Lusitia.
Wieś Zińkow (ukr. Zińkiw, Pol. Zinków) leży na terenach
obecnej Ukrainy, w obwodzie Chmielnickim, w Rajonie Wińkowieckim i należy do
najstarszych znanych osad na Podolu – pierwsza wzmianka o wsi pochodzi z
1404r., kiedy to król Włądysław Jagiełło nadał ją Piotrowi z rodu Szafrańców.
Prawa miejskie otrzymał w 1458, już z inicjatywy nowych właścicieli – Odrowążów
za zgodą króla Kazimierza Jagiellończyka. Miasto spustoszone zostało podczas
powstania Chmielnickiego, było też jedną z twierdz konfederatów barskich. Po
drugim rozbiorze Polski znalazł się w granicach Imperium Rosyjskiego. Prawa
miejskie utracił prawdopodobnie pod koniec XIXw. W 1989r., tj. w czasie który
nas interesuje, wieś zamieszkiwało 3399 osób, czyli niespełna połowa liczby
ludności z początku XXw. – największe spustoszenie wywołała tu wojna
(wymordowano m. in. ok. 2000 Zinkowskich Żydów) i stalinowskie wywózki. Ocenia
się również, że „swój kamyczek” do wyludnienia miejscowości dorzuciła kampania kolektywizacyjna (powołano wówczas w
Zinkowie Kołchoz „Progres”).
Zbiór wspomnień Zinkowian-uczestników wojny – okładka
Dobrych kilka lat temu trafił w moje ręce wydany w
oszałamiającej liczbie trzech egzemplarzy zbiór wspomnień mieszkańców Zinkowa –
uczestników wojny, zebrany w latach 1987-1990 staraniami uczniów zinkowskich
szkół pod nadzorem „kolegium redakcyjnego” składającego się z trojga weteranów.
O ile większość zgromadzonych wspomnień nie wychodzi poza ramy szablonu
„Urodziłem się… Przed wojną pracowałem Kołchozie…, Zmobilizowany zostałem…
Służyłem w… Wyzwalałem miasta… Odznaczony zostałem… Na zakończenie chcę złożyć
podziękowania naszej Partii za…”, o tyle niektóre niosą w sobie garść
interesujących informacji, niektóre też zawierają pewną dozę krytycyzmu pod
adresem władz ZSRR, bądź ówczesnych, bądź tych z okresu przedwojennego. Może
sprawił to towarzyszący pierestrojce „powiew wolności”, a może po prostu
niektórzy weterani, mający wówczas po około 70 lat (a zatem zbliżający się do
ówczesnej statystycznej granicy długości życia), uznali, że mogą sobie pozwolić
na więcej szczerości. Wspomnienia w większości spisane były w języku
ukraińskim, w tym też języku napisano wstęp i posłowie, kilka relacji zostało
jednak przez autorów spisanych po rosyjsku – w większości dotyczy to weteranów
mieszkających w tym czasie poza Zińkowem – być może związane to jest z
nieznajomością języka Ukraińskiego przez tychże. Ciekawostką są także typowo
polskie nazwiska niektórych weteranów – jak Krakowski, Kabaczyński, czy Mazur.
Chociaż żaden z nich nie zadeklarował narodowości Polskiej, trudno oprzeć się
wrażeniu, że w tym przez wieki związanym z Polską regionie pozostały ślady
Polskości. Być może wielu mieszkańców czuło się Ukraińcami, innym wpisano
narodowość ukraińską, bo deklarowali się jako „miejscowi”, dla innych zaś była
to strategia pozwalająca uniknąć represji w poszczególnych okresach władzy
radzieckiej. Pamiętać też jednak należy, że sprawa przynależności narodowej
zawsze jest wieloznaczną na terenach pogranicza.
W miarę możliwości postaram się zamieścić kilka wybranych,
moim zdaniem interesujących dla polskiego czytelnika, wspomnień w tłumaczeniu
na język polski.
W tej części prezentuję wspomnienia ppłk. Grigorija
Trofimowicza Kusznirczuka urodzonego w kwietniu 1918r. Warto zwrócić uwagę na
informacje o łączności radiowej w Armii Czerwonej (a raczej jej niewielkiemu
rozpowszechnieniu) czy szerzej – o niedostatkach Armii Czerwonej (przypominam
–tekst pisany jeszcze w czasach istnienia Związku Radzieckiego) oraz o
postrzeganiu w ZSRR trwającej od 1939r.
Drugiej wojny światowej (kłóci się to trochę z – będącym efektem
nieporozumienia – mitem o tym, że w ZSRR uznaje się ową wojnę za konflikt
toczony w latach 1941-1945). Wrażenie wywierają też – choć krótkie – opisy
życia jednostki tyłowej w oblężonym Leningradzie. Wspomnienia swoje spisał po
Rosyjsku, są one także jednymi z dłuższych zamieszczonych w zbiorze.
Zdjęcie podpułkownika Kusznirczuka pochodzące ze zbioru wspomnień, prawdopodobnie wykonane w latach 80. Wśród odznaczeń widać 2 ordery Czerwonej Gwiazdy (jeden prawd. za wysługę 15 lat), medal Za zasługi bojowe (10 lat), za obronę Leningradu. Dziwi brak baretki medalu za 20lat służby oraz medali rocznicowych.
„Moją ojczystą krainą – wieś Zińkow. W tych odległych latach
dwudziestych wieś zlewała się w jedno miasteczkiem, przedłużając i uzupełniając
się wzajemnie. Siedmioletnia szkoła, którą ukończyłem w 1933r., znajdowała się
na umownej granicy między wsią a miasteczkiem, razem z pięknym ogrodem, wcześniej należącym do miejscowego, nie
szczególnie bogatego, ale znającego się na tych sprawach człowieka. Podczas
organizacji kołchozu „Progres” wszelkie tereny rolnicze, w tym również ogród
przeszły pod władanie nowych gospodarzy. Czasy nie były lekkie, ale ciekawe i u
nas, podrostków, wzbudzały nadzieje, różne radosne przeczucia przyszłych
sukcesów życiowych. Szkoła, Komsomoł, dobrzy nauczyciele, których wspominam do
dziś, zaszczepiali poczucie zaufania, odpowiedzialności i poważnego podejścia
do rozwiązywania szkolnych problemów. Szkoła, jak to dziś widzę, dawała <wówczas>
niezły poziom wiedzy. Chciało się kontynuować naukę. Świat stał otworem, a
drogi i ścieżki prowadziły we wszystkie strony. Tak przynajmniej się wtedy
zdawało. Iść dokądkolwiek, byle się nie lenić i być śmiałym. Od
najwcześniejszego dzieciństwa lubiłem rysować, ale spełnić swych marzeń o
zostaniu artystą z wielu powodów się nie udało.
Jesienią 1933r.zostałem przyjęty do Nowouszyckiego Przemysłowego
Technikum Mechanizacji Gospodarki Rolnej. Poczuć się studentem w burzliwym,
młodzieńczym życiu było przyjemnie i ciekawie. Ale douczyć się udało tylko do
połowy zimy: był czas głodu, studentów prawie przestano karmić. Skromne
stypendium na samo tylko jedzenie można było stracić w kilka dni. Pomocy z domu
również nie należało oczekiwać. Zabrawszy dokumenty, wróciłem do domu, gdzie
również nie było zbyt wesoło, ale ratował ogródek i ręce chętne do pracy w tej
materii. Ojciec, Trofim Iosifowicz, inwalida pierwszej wojny światowej i wojny
domowej, umarł w 1929r.
Do sierpnia 1934r. pracowałem w kołchozie, a potem, ze
szkolnymi przyjaciółmi Kolą
Maksimczukiem i Borią Gurnym <Górnym> wyjechałem do Kijowa. Gurny już
uczył się na FZU <Szkoła Fabryczno-Zakłądowego Uniwersytetu – w ZSRR od 1922
do 1940r. szkoła zawodowo-techniczna niższego poziomu> Łączności, a my z
Kolą złożyliśmy dokumenty w technikum artystycznym. Ale tu się nam nie
powiodło: technikum nie miało internatu, nie było gdzie mieszkać i my, nie
przystąpiwszy do egzaminów, zabraliśmy dokumenty i zapisaliśmy się do FZU
łączności. Tam był wielki internat i wysokie stypendia. Koli specjalność łącznościowca nie przypadła do gustu i
wkrótce wyjechał do Zińkowa, a ja, oczarowany wielkim miastem, jego kulturą i
historycznymi pomnikami, zostałem nie bacząc na nic. W Kijowie funkcjonował
system kartkowy i można było jako tako wyżyć. Ukończywszy FZU, zostałem
skierowany na stanowisko montera do kijewskiej ATS <Automatyczna Centrala
Telefoniczna>. Jesienią 1935r. zapisałem się na wieczorowy oddział
Przemysłowego Fakultetu Robotniczego przy Kijowskim Instytucie Przemysłowym. Pracowałem
i uczyłem się do 1938r. Na pół roku przed ukończeniem fakultetu, otrzymałem
wezwanie z RWK <WKU> i zabrawszy swój skromny dobytek, wyjechałem służyć
w Armii Czerwonej. Ze służbą mi się powiodło: zostałem skierowany do
samodzielnego szkolnego batalionu łączności, jedynego w Związku Radzieckim
przygotowującego specjalistów do remontu radioaparatury, majstrów
telefonicznych i elektromechaników. Batalion zajmował dawne Koszary Pawłowskie
na pięknym przedmieściu Leningradu – Gatczynie.
Po upływie roku, jako jeden z najlepszych kursantów zostałem
skierowany na kursy wojskowych techników łączności i w grudniu 1939r. nadano mi
pierwszy stopień techniczny „młodszy technik wojskowy” <młodszy wojen
technik, odpowiednik młodszego lejtnanta w jednostkach technicznych>. Do
dalszej służby zostałem pozostawiony w tymże batalionie jako instruktor prac
montażowych celem szkolenia specjalistów łączności nowych roczników. Zostawiłem
za sobą koszary i nawet o tym nie marząc stałem się zawodowym wojskowym.
W trakcie niedługiej kampanii fińskiej <wojny zimowej>
wielokrotnie zajmowałem się na bazie batalionu punktem remontu radioaparatury.
Wojna trwała krótko, ale była bardzo ciężka. Natarcie naszych wojsk następowało
na zawczasu przygotowane rubieże obronne przy bardzo niskich temperaturach: do
-40 stopni Celsjusza. Straty były znaczące, zarówno ludziach, jak i w technice.
Wielu moich kolegów z kursów przywoziło uszkodzone w ostrzale radiostacje i po
remoncie ponownie wykorzystywało je dla
zabezpieczenia wojsk.
Wojna pokazała znaczne niedostatki w przygotowaniu wojsk: dowodzenia, współdziałania i wyposażenia wojsk. Regulaminy i instrukcje nie odpowiadały wymogom prowadzenia wojny. W batalionie rozpoczęła się przebudowa programu szkolenia specjalistów. Sytuacja międzynarodowa była skomplikowane i, patrząc dzisiejszej perspektywy – nieprzewidywalna. Prawie cały 1940 rok i do wiosny 1941 przebywałem w dowództwach wojsk. Rozkazem naczelnika wojsk łączności Lenwo (Leningradzki Okręg Wojskowy) powołano niewielkie grupy specjalistów dla stałej kontroli i remontu radioaparatury w wojskach <okręgu>. Skalowanie i dostosowywanie parametrów do norm warunków technicznych tysięcy radiostacji od batalionu strzeleckiego <piechoty> aż po korpusy czy armie w tym czasie była zadaniem niełatwym i bardzo odpowiedzialnym: trwały przygotowania do wojny. Chociaż druga wojna światowa w Europie zaczęła się już inwazją Niemiec na Polskę 1 września 1939r., gdzie wiało grozą, ale będąc młodymi, bezpiecznymi i niedoinformowanymi nie czuliśmy tego. Pracowaliśmy ciężko, ale nie patrząc na to jako na przygotowania do czegokolwiek, a w celu wykonania rozkazu w wyznaczonym czasie.
Starszy Brat Fiodor służył na Zachodniej Ukrainie po
przekroczeniu przez nasze wojska granicy z Polską i przyłączenia przez ZSRR
terenów Zachodniej Białorusi i Ukrainy. Pisał dobre, patriotyczne listy. Z
powodu licznych odczuć nie mogę powiedzieć, że wojna zaczęła się
niespodziewanie. W wojskach od pół roku już wyczuwało się jakieś ukryte
napięcie, stan wewnętrznego alarmu, ale zewnętrzna informacja polityczna była
krańcowo uspokajająca, wpajała bezpieczeństwo <poczucie bezpieczeństwa> i
jednocześnie niezrozumienie rozwijającej się sytuacji. Od pierwszych godzin
wojny Leningrad i wojska rozlokowane wokół miasta zostały ściągnięte z zimowych
kwater letnich obozów i zajęły silne pozycje obronne. W garnizonie Gatczyńskim pozostał tylko nasz batalion
szkolny pełniący służbę wartowniczą i patrolową. Bombardowania miasta i
szczególnie lotniska zaczęły się po kilku dniach: płonęły magazyny paliwa,
hangary, budynki techniczne. Zuchwałe Focke-Wulfy latały stale nisko i
próbowaliśmy prowadzić ogień z broni osobistej. Innej broni nie mieliśmy na
stanie. Na początku lipca batalion zajął pozycje obronne na północ od Gatczyny
zabezpieczył szosę leningradzką, ale okazało się, że przeciwnik wysadził w nocy
desant i zaczął obejście z prawej. Dostaliśmy rozkaz nocą skrycie przemieścić
się bliżej Leningradu i zająć pozycje obronne na południowych zboczach Wzgórz
Pulkowskich. Znane na cały świat obserwatorium znalazło się dosłownie za
naszymi plecami. Do października broniliśmy szosy, ale poza bombardowaniami i
ostrzałem artyleryjskim nie doświadczyliśmy niczego. Byliśmy w drugim rzucie.
Przed nami były pierwszoliniowe jednostki piechoty. Prócz karabinów starego
wzoru i odrobiny nabojów nie mieliśmy nic. W październiku, w dzień upadku
Kijowa, batalion został przemieszczony do Leningradu w rejon hipodromu,
otrzymawszy rozkaz jak najszybciej przystąpić do zajęć <szkoleniowych>. Obecność w pobliżu
Dworca Witebskiego i innych obiektów wojskowych ściągała na nas przeciwnika:
bombardowania i ostrzał artyleryjski nie ustawały ni w dzień ni w nocy. Choć
liczne naloty z powietrza były powstrzymywane przez działka przeciwlotnicze,
nie zawsze się to udawało i samoloty, które przedarły się przez obronę
przeciwlotniczą zrzucały ciężkie bomby fugasowe i liczne sotnie „zapalniczek”
<bomb zapalających>. I dniem i nocą wybuchały pożary. Oprócz
<prowadzenia> zajęć dosłownie pod ogniem, nocą patrolowaliśmy ulice,
wyłapywaliśmy rakietczików <ludzi dających sygnały rakietnicami?> i
ochranialiśmy szczególnie ważne obiekty. Zajęcia prowadziliśmy po 12 godzin
dziennie, bez dni wolnych. Roczny program „ściskaliśmy” do trzech miesięcy.
Zaczęło się ostre zmniejszanie norm żywieniowych. Wprowadzono system kartkowy z
dzienną racją 300 gram chleba /w połowie wymieszanego z celulozą i jakimiś
innymi śmieciami/, kilkudziesięciu gram kaszy i dziesięciu gram tłuszczów
niewiadomego pochodzenia. Zaczęła się dystrofia i masowa śmiertelność, nie
tylko pozostałych w mieście cywilów, ale i żołnierzy batalionu. Prosiliśmy o
przeniesienie na front, tam racje były nieco większe niż na tyłach, <a>
nikt nie chciał umierać głupią śmiercią głodową, ale rozkaz był bezwzględny:
uczyć! Szczególnie trudno było w grudniu: wody brak, energii elektrycznej brak,
ogrzewania brak, na ulicach leżą i siedzą trupy ludzi, których się nie usuwa.
Na opał, a zwłaszcza do żołnierskiej kuchni spalono wszystkie płoty, meble,
konstrukcje drewniane. Połowa batalionu nie wstaje, koszarach smród… Brakuje
sił, <ogarnia> zobojętnienie, nic już nie wzbudza zainteresowania.
Siedzący na zajęciach mają przyćmiony, martwy wzrok. Zachodziła swego rodzaju
selekcja: najsłabsi umierali jako pierwsi, szczególnie ci o słabej woli, nie
znający pracy fizycznej, nie zahartowani w dzieciństwie i młodości. W kwietniu
1942r. batalion został rozformowany, wielu otrzymało przydziały do rejonów
umocnionych, a ja do szkoły specjalistów łączności radiowej, utworzonej
specjalnie na rozkaz Stalina. Na frontach brakowało radiooperatorów, dowództwo
wojsk potrzebowało niezawodnej łączności radiowej. Życie w „kamiennym worku”
stało się nieco lżejsze: poprawiło się zaopatrzenia po „drodze życia” <linia zaopatrzenia przez jezioro
Ładoga>, każdą wolną przestrzeń zagospodarowano na grządki. Teraz głównym
przeciwnikiem był szkorbut. Ratowały napary ze szpilek drzew iglastych,
pokrzywy, pierwsze pędy szczawiu i cebula. A zajęcia trwały z poprzednią
intensywnością, nawet we śnie. W styczniu 1943r. zostałem skierowany do 46
dywizji strzeleckiej, ale z chwilą przerwania blokady i szerokiego natarcia
naszych wojsk, zostałem ponownie odwołany do szkoły radiospecjalistów. Ofensywne
działania naszych wojsk na wszystkich frontach wymagały wciąż więcej i więcej łącznościowców.
Po zakończeniu wojny ukończyłem Wyższą Szkołę Oficerską w
Leningradzie i zostałem skierowany do Leningradzkiej Szkoły Wojskowej
Łączności, a potem służyłem w Akademii Łączności jako zastępca dowódcy pułku do
spraw technicznych i w 1966r. zostałem zwolniony do rezerwy w stopniu
podpułkownika.
Po przejściu do rezerwy pracowałem w instytucie projektowym
i międzynarodowym węźle komunikacyjnym do 1986 r. W KPZR od 1942r. Byłem
odznaczony orderami i medalami.
Obecnie mieszkam w Leningradzie, jak prawie wszyscy
staruszkowie męczę się z różnymi chorobami, ale jak zawsze, z charakteru jestem
optymistą i mam nadzieję na lepsze. Nasi ludzie zasługują na lepsze życie,
zasłużyli na nie nie tylko dlatego, że pokonali najtrudniejszego i
najsilniejszego wroga, ale dlatego, że wbrew wszystkim nieszczęściom i
trudnościom, przy przeciwnościach losu, niedostatkach i poniesionym ofiarom
zachowali czystość duszy, wolę i zadziwiającą miłość do swego kraju.
Spoglądając na przeszłość i czas przeżyty, można powiedzieć,
że Wielka Wojna Ojczyźniana dla każdego układała się inaczej. Jednych mocno
dotknęła, innym przyszło złożyć głowę w ofiarnym boju, niektórzy swoją pracą
zabezpieczali sukces walki, swoją wiedzą pomogli tam, gdzie zostali wysłani
przez dowództwo. Do tej kategorii należą również łącznościowcy. Nie
uczestnicząc bezpośrednio w boju, łącznościowcy zabezpieczali dowodzenie
wojskami, co ostatecznie wpływało na przebieg operacji. Wojna to przede
wszystkim praca z niczym nie porównywalna i nie do powtórzenia nigdy więcej.
Dla mnie, prostego wiejskiego chłopaka z nikomu nieznanego Zinkowa, niemającego
ani „pleców” ani znajomości, losy potoczyły się szczęśliwie. Z trudem, ale
przeżyłem blokadę Leningradu, gdzie ludzkie życie mogło zakończyć się w mękach
głodowego półzapomnienia i pod ruinami budynków, przez prawie trzy lata
wystawionych na bombardowania i ostrzały artyleryjskie. Była bardzo ciężka
praca, było poczucie odpowiedzialności, dążenie, by jak najwięcej wiedzieć i
jak najwięcej uczynić własnymi rękami, w końcu pokochać tą sprawę, której
poświęciło się swoje życie, nawet jeśli nie odpowiadało twoim marzeniom, zawsze
pomagało wżyciu, pomagało w najtrudniejszym czasie, w ekstremalnych momentach
wojny.
Wyczerpani do granic możliwości pięć ostatnich dób
kończącego się roku 1941, pozostając bez jakichkolwiek produktów żywnościowych,
bez światła i ogrzewania, pod ostrzałem i bombami. Nie przerywaliśmy
wykonywania postawionych zadań. W aktywności, w pracy umysłu i serca tliło się
życie. Zaprzestanie pracy prowadziło do apatii, utraty nadziei, rozpaczy i
nieuniknionego końca.
Czterdzieści pięć lat upłynęło od czasu zakończenia Wielkiej
Wojny Ojczyźnianej. Trudno żyło się naszemu ludowi przed nią, trudno po niej,
niemniej trudno żyje się obecnie, pod koniec dwudziestego wieku. Obroniliśmy
nasz kraj przed wrogiem zewnętrznym, ale nie przeanalizowaliśmy, nie
zrozumieliśmy całej złożoności sytuacji wewnątrz kraju. Przez dziesięciolecia
piętrzyliśmy problemy. Struktury partyjno-administracyjne przejąwszy pełnię
władzy, lekko i władczo odnosiły się do ich rozwiązywania. Wczorajsi frontowcy,
inwalidzi, którzy utracili zdrowie i zdolność do pracy, wdowy i sieroty zostali
zapomniani, niekiedy żyją w skrajnej nędzy. System biurokratyczny, przyznawszy
sobie prawo do wszystkich zdobyczy cywilizacji, utworzywszy niebywały aparat
represji, w tym także Siły Zbrojne, wykorzystuje je do wskazywania narodowi
kierunku. To zjawisko nie jest niczym nowym dla państwa totalitarnego i nie
może nie wywoływać oburzenia wśród ludzi, którzy uwolnili się od bałamutnych
propagandowych fajerwerków. Teraz już są inne czasy i inni ludzie. Morale w
narodzie i w armii upada. Jest to nieszczęście, które wymaga podjęcia
radykalnych działań, jeżeli mamy żyć w cywilizowanym społeczeństwie i pozostać
wielkim państwem.”
Jako uzupełnienie, przytaczam poniżej jeszcze wniosek
odznaczeniowy z czerwca 1944r. (tj. z czasów służby w Szkole Łączności) na
Order Czerwonej Gwiazdy dla autora wspomnień, oraz zdjęcie pochodzące ze
zbioru, prawdopodobnie pochodzące z lat 80.:
„Starszy Lejtnant <porucznik> t.<owarzysz> Kusznirczuk G. T. pracuje na stanowisku dowódcy kompanii od września 1942r. W czasie swojej pracy dał się poznać jako oficer zdyscyplinowany, pracowity, zdolny i pełen inicjatywy. Dobrze kieruje procesem przygotowania bojowo-naukowego. Posługuje się dobrą metodyką podczas prowadzenia zajęć, swoją wiedzę przekazuje podkomendnym w sposób wzbudzający zaufanie i zrozumiały. Dobrze organizował praktyczne nauczanie kursantów w warsztatach frontowych i na bazie mie oraz w warsztatach szkoły, w rezultacie czego opuszczający kompanię pod jego kierownictwem majstrzy radiowi i elektromechanicy, kierowani do jednostek frontu, pracują niezawodnie i umiejętnie.”
Tłumaczenie, wstęp i uwagi: Kamil Szustak
SUMMARY
The above text is the first of the series of translations of the memoires of the veterans of the Great Patriotic War, who werenative to the village of Zinkov in Khmelnitsky Oblast, Ukraine. The texts, written in late 1980’s and early 1990’s are of differen quality, thus in this series only those found “more interesting” are translated and published. This part contains the text written by lt. col. Grigoriy Trofimovich Kushnirchuk – a radiotechnical specialist, during the war, instructor of the only radiospecialist school in the Red Army in Gatchina, and later – Leningrad. The memoires are valuable also because of original and critical opinions expressed by the author.
Ofiarnie i z ochotą odpowiedzieli mieszkańcy naszych umiłowanych gór na zarządzenie gaulateira Śląska – Hankego o utworzeniu niemieckiego Volkssturmu. Nie dość, że w ciągu niespełna dwóch tygodni powstały niezbędne struktury zbrojne, to jeszcze nie zabrakło chętnych do ćwiczenia się w wojennym rzemiośle! Jak słusznie mówi instrukcja Volkssturmu: „żadnych rozwlekłych gadek, same praktyczne ćwiczenia!” I oto ochotnicy z okręgu Hirschberg stanęli w miniony piątek na zbiórce przy stacji kolejowej w Jacobstahl. Plan działania – manewry terenowe w zimowych górach. Pierwszy głos zabrał wyśmienity mówca, stary towarzysz partyjny Kneipp. Nasze ukochane góry – mówił – staną się opoką, na której roztrzaskają się dzikie bolszewickie hordy. Niczym krew wsiąka w piach, tak i oni wsiąkną w nasze cudne doliny, by znaleźć w nich jedynie mękę i zgon. Niech każdy dzielny mieszkaniec gór – wezwał – nie ulęknie się nawet najcięższych ofiar i trudów, z wiarą w ostateczne zwycięstwo. Nie powstrzyma nas nawet srogi mróz i głęboki śnieg, będziemy nieugięci, twardzi i zahartowani jak stal ! – po wygłoszeniu tych podniosłych słów towarzysz partyjny Kneipp udał się saniami do gospody w Karlstahl, natomiast żołnierze Volkssturmu przystąpili do ćwiczeń.
Jako pierwszy czekał ich długi, nocny marsz narciarski na szczyt Tafelfichte. Wszyscy uczestnicy znieśli te trudy nad podziw dzielnie, nawet instruktorzy – podoficerowie strzelców alpejskich – z uznaniem wypowiadali się o umiejętnościach narciarskich naszych górali. Następnie cała grupa zjechała przez Gross Iser do Karlstahl, gdzie zaplanowano dalsze wojskowe ćwiczenia. Strzelanie, okopywanie się w głębokim śniegu, rzuty granatem i obsługa pięści pancernych – zajęło to czas do wczesnego popołudnia. Na koniec ogłoszono zawody w biegu narciarskim, do którego zgłosiło się kilkunastu najsprawniejszych narciarzy. Dzień zakończył się w gospodzie Schneidera w Karlstahl. Strudzeni lecz dumni volksturmiści, nad tradycyjną niemiecką kiełbasą i przy kuflu wyśmienitego lwóweckiego piwa do późna w noc śpiewali piękne wojenne i partyjne pieśni. Możemy być spokojni o losy naszej małej ojczyzny, gdy strzegą jej tacy obrońcy !
Rubezahl 12 grudnia 1944
Prezentowana sylwetka przedstawia żołnierza Volkssturmu z okręgu Hirshberg (Jelenia Góra) z okresu końca 1944 r. Volkssturm na Śląsku powołany został zarządzeniem gaulaitera Hankego z października 1944 r. Zgodnie z zarządzeniem, volkssturmiści mieli we własnym zakresie zapewnić sobie ubiór i wyposażenie (w tym buty, menażkę, koc i plecak). Prezentowany volksstrumista wyposażył się odpowiednio do spodziewanych walk w terenie górskim. Jako doświadczony turysta i narciarz ma na sobie bawełniane kalesony do kolan, bawełnianą grubą koszulę wkładaną przez głowę, wełniany sweter i wełniane spodnie górskie (tzw. pumpy), odpowiednie i do wędrówki i do jazdy na nartach. Do narciarskich butów o charakterystycznym kwadratowym nosie założył wysokie cienkie podkolanówki oraz grube wełniane skarpety. Brezentowa kurtka typu anorak to również górska klasyka.
Przynależność do formacji wojskowej podkreśla standardowa niemiecka czapka feldmutze (chociaż bez armijnych insygniów), zaś oznaką rozpoznawczą volkssturmu jest opaska na lewej ręce. Reszta dobytku mieści się w plecaku. Volkssturmista używa swoich prywatnych nart i kijków.
Objaśnienie nazw geograficznych: Jacobstahl – Jakuszyce Karlstahl – Orle Gross Iser – obecnie nieistniejąca wieś na Hali Izerskiej Tafelfichte – Smerek
Fotografie wykonano w rejonie Orla.
Tekst z gazety „Rubezahl” (Liczyrzepa) jest literacką fikcją.