
Nazwa grupy zobowiązuje, gdy więc pojawiła się informacja o organizowanym pod egidą Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu Pierwszym Marszu Zaślubin Mrzeżyno-Kołobrzeg, od początku wiedzieliśmy, że musimy tam pojechać . Początkowo mieliśmy wystawić pięcioosobową ekipę (tyle zresztą jako minimum przewidywały zasady imprezy), w miarę jednak jak zbliżał się termin, sprawy zaczęły się sypać – najpierw z przyczyn finansowych odpadły dwie osoby, postanowiliśmy więc skorzystać z gościny GRH „Oka” i wziąć udział w marszu w ramach wystawianej przez nich drużyny. Później było już tylko gorzej: na dwa tygodnie przed imprezą już tylko dwóch spośród nas mogło pojechać, a na pięć dni przed okazało się, że będę jechał sam.
Choć oficjalnie stanowiłem już część drużyny wystawionej przez „Okę”, dojechać musiałem sam – koledzy z Namysłowa pojechali wcześniejszym pociągiem, ja zaś docieram do Kołobrzegu dopiero po godzinie 15. Korzystam więc z okazji, by, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, zwiedzić ekspozycję Muzeum Oręża Polskiego oraz pomęczyć pracowników pytaniami. Nie ukrywam, ze była to owocna wizyta, która pozwoliła na wyjaśnienie kilku nurtujących mnie kwestii. Po zakończeniu zwiedzania udaję się do Mrzeżyna, gdzie na hali widowiskowo sportowej zorganizowano nocleg dla uczestników marszu. Tam też wieczorem, po przybyciu wszystkich uczestników, odbyło się spotkanie organizacyjne wraz z wyjaśnieniem idei marszu i prezentacją grup biorących udział w imprezie. Warto tu wspomnieć, ze oprócz grup rekonstrukcyjnych (SH Erika, GRH Poland, GRH Kurica, GRH OKA, GRH Osiemnasty Kołobrzeski, Wielkopolskie Towarzystwo Techniki Militarnej) w marszu brali także udział uczniowie szkół, grupa PTTK ze Szczecina (startujący na nieco innych zasadach) oraz reprezentacja Akademii Marynarki Wojennej ze Szczecina. Następnie uczestnikom pozostawiono czas na integrację bądź odpoczynek po podróży.
W sobotę rano wstaję o 6 i nie byłem pierwszy – większość uczestników nie miała kłopotów ze wstawaniem choć pierwszy punkt programu ustalony był dopiero na godzinę 10.
Po spożyciu tradycyjnego już śniadania składającego się z dwu kromek komiśniaka ze słoniną i cebulą, wzbogaconego o mniej tradycyjny miód i herbatę poświęcam chwilę czasu na przygotowanie sprzętu. Ogólnie, oprócz workoplecaka wypchanego do granic możliwości i przytroczonego doń hełmu wziąłem rozszerzone oporządzenie oficerskie – pas z koalicyjką i repliką broni krótkiej (pistolet TT), mapnik, manierkę z wodą i kaburę na rakietnicę przerobioną na torbę podręczną. Do tego wymagana przez organizatora (choć niepasująca do sylwetki oficera) replika broni długiej. Organizator wymagał obciążenia minimum 8kg, przy ważeniu okazało się, że sam mój plecak wraz z hełmem waży 9 kilo. Nie ma potrzeby ważenia reszty, więc nie nalegam. Po co się zawczasu denerwować?

Przed dziesiątą uczestnicy wyruszają szykiem zwartym pod pomnik upamiętniający zaślubiny z Morzem dokonane siedemnastego marca 1945r. przez żołnierzy 2PU 1WBK. Tam też odbywają się uroczystości z udziałem Wojska oraz asystą wystawioną przez GRH 2 Pułku Ułanów. Upamiętniając rocznicę, dwóch konnych członków grupy odtworzyło akt zaślubin sprzed blisko siedemdziesięciu lat. Po zakończeniu uroczystości na plażę wylegają również uczestnicy marszu chcąc choć przez chwilę poczuć ten sam entuzjazm, który po dotarciu nad brzeg morza towarzyszył żołnierzom 1 Armii Wojska Polskiego – sprawdzanie smaku wody i okrzyki na cześć powrotu Bałtyku do Polski trwają dłuższą chwilę. Potem uczestnicy marszu wracają na wydmy – kuchnia polowa zaczęła wydawać obiad (grochówkę z chlebem). Po posiłku następuje oficjalne otwarcie marszu. Komandor marszu prowadzi krótką odprawę i ruszamy.


Trasa początkowo wiedzie zaśnieżoną plażą, by po jakichś pięciu kilometrach zboczyć do lasu i dalej w kierunku Rogowa. Tam, w starym hangarze, obecnie mieszczącym ekspozycję muzealną, odnajdujemy pierwszy punkt kontrolny. Zapowiadane ważenie sprzętu odbywa się tylko „na oko”, za to do wykonania jest zadanie – opatrywanie rannego w szyję. Mnie akurat przypada w udziale rola rannego – przydał się jeden z przenoszonych opatrunków osobistych. Po zaliczeniu zadania i przybyciu reszty grupy, wypijamy po przydziałowej herbacie i ruszamy w dalszą drogę. Ta zaś, wiodąc ponownie przez las, wkrótce wyprowadza nas z powrotem na plażę. O ile wcześniej uczestnicy starali się mniej więcej trzymać w grupach, o tyle teraz już każdy idzie jak chce. Choć przeczy to trochę idei marszu grupowego, pozwala każdemu utrzymać wygodne tempo. Plażą idziemy aż do Dźwirzyna, gdzie trasa wiedzie wzdłuż głównej ulicy miasteczka. Tu też popełniam grzech lenistwa, który wkrótce mści się na mnie okrutnie – jeszcze w Mrzeżynie przemoczyłem nogi, toteż przynajmniej w chwili wejścia na asfalt powinienem był zmienić skarpety na suche. Niestety, niechęć do postoju i przepakowywania plecaka wzięły górę na rozsądkiem. Skutki dość własnego lenistwa będę odczuwać jeszcze dwa dni po zakończeniu imprezy.

Tymczasem za Dźwirzynem, w lesie, osiągamy drugi punkt kontrolny i dostajemy drugie zadanie do wykonania – czołganie pod ostrzałem. Nad ścieżką rozpięto sieć ze sznurka połączoną z dzwoneczkiem – każde zaczepienie o sznurek symbolizowało trafienie sygnalizowane dźwiękiem dzwonka. Choć można czołgać się na lekko, decyduję się na przeprawę z plecakiem na grzbiecie. W pewnym momencie przytroczony doń hełm zaczepia o linkę. Cóż – hełm dziurawy, na szczęście zawadzenie

ekwipunkiem nie powoduje dyskwalifikacji. Po przebyciu „ostrzeliwanego” odcinka czekam na resztę grupy i korzystam z okazji by chwilę odpocząć, posilić się kawałkiem kiełbasy i wreszcie zmienić skarpety – niestety o wiele za późno – podeszwy stóp mam całkiem obtarte. Podczas postoju okazji dochodzą mnie wieści, że kilka osób wycofało się z marszu. Na szczęście za chwilę wiem już, że to nie moja grupa
Doczekawszy się przybycia wszystkich członków grupy, ruszam w dalszą drogę, wiodącą ponownie przez las, by po pewnym czasie dogonić inną grupę uczestników. Czasu jeszcze dość, więc postanawiam zwolnić – w końcu w grupie raźniej, a nie o rywalizację tu przecież chodzi. Idący z nami członek grupy PTTK zwraca naszą uwagę na znajdujące się przy drodze groby – podobno nie ma żadnych wzmianek na ten temat w źródłach pisanych, a nikt już nie pamięta kto tam leży – uciekający niemieccy cywile, żołnierze czy może powojenni osadnicy. Tak czy inaczej miejscowi pamiętają o nich – na grobach leżą kwiaty, płoną też znicze. Pozwalamy sobie na chwilę zadumy, po czym ruszamy w dalszą drogę.
Wkrótce trasa wyprowadza nas z lasu na ścieżkę rowerową. Teren bardziej otwarty, toteż w oddali dają się wkrótce zauważyć bloki – to już Kołobrzeg. Ostatnie kilometry proponuję przebyć ze śpiewem na ustach. W tym miejscu chciałbym wyrazić swój podziw dla reszty uczestników za mężne znoszenie moich wątpliwej jakości popisów wokalnych. Tak czy inaczej – okazuje się, że niektórzy znają jeszcze odpowiednie piosenki.
Na metę marszu docieramy późno – około 16.30. Po wpisaniu się na listę udajemy się na miejsce zakwaterowania – salę gimnastyczną przy pobliskim zespole szkół. Wieczorem czeka nas jeszcze wspólna z uczestnikami rajdu pojazdów historycznych kolacja w Reducie Solnej. Ciasne, słabo oświetlone wnętrze oraz pasujący do realiów posiłek (kasza z warzywami i odrobiną mięsa) tworzą rzeczywiście klimat wojska stojącego na kwaterach po długim marszu. Niestety, odwołane zostaje zapowiedziane ognisko, a uczestnicy dość szybko rozchodzą się, w związku z czym zapowiedziane wykłady również się nie odbywają.
Następnego dnia rano większość grup rozjeżdża się do domów. Z drużyny moich gospodarzy zostaje tylko Wojtek, który decyduje się na udział w planowanej inscenizacji. O 10 udajemy się na mszę w intencji uczestników walk o Kołobrzeg, następnie wraz z przewodnikiem zwiedzamy ekspozycję muzealną na temat historii miasta i udajemy się pod latarnię morską, by zobaczyć miejsce gdzie 68 lat temu odbyły się Kołobrzeskie zaślubiny Polski z Morzem. O 13 pod Pomnikiem Zaślubin rozpoczyna się inscenizacja. Niewielu rekonstruktorów pozostało, tłum robią głównie uczestnicy III Rajdu Zaślubin. Mnie, Wojtkowi i Piotrkowi z dzierżoniowskiego koła ZWiRWP przypada w udziale zaszczytna funkcja pocztu sztandarowego. Inscenizacja, choć skromna, bardzo podoba się publiczności – po jej zakończeniu wiele osób chce zrobić zdjęcie z historycznymi pojazdami lub choćby tylko w towarzystwie rekonstruktorów.


Następny punkt programu to wspólny obiad z weteranami. Niestety, nie udaje nam się skorzystać z okazji by posłuchać relacji uczestników wydarzeń – spieszymy się na pociąg, a musimy jeszcze odebrać z muzeum nasze rzeczy i dyplomy uczestnictwa. Spod restauracji zabiera nas jeden z uczestników III Rajdu Zaślubin – trafia się więc nam okazja do krótkiej przejażdżki historycznym samochodem. W muzeum schodzi niestety więcej czasu niż się spodziewaliśmy – gdy wychodzimy jest już 15.15, a pociąg mamy 15.28. Ponownie prosimy o pomoc uczestnika rajdu, niestety zabytkowy GAZ psuje się po kilku metrach. W pośpiechu szukamy alternatywnego transportu – bez efektu. W końcu ktoś radzi nam, byśmy złapali taksówkę spod katedry. Czasu coraz mniej, więc spod muzeum, mimo protestu zmęczonych stóp, ruszamy biegiem z całym bagażem. Na szczęście tuż za katedrą dostrzegamy taksówkę na postoju – bez problemu udaje nam się dotrzeć na dworzec. To już koniec naszego udziału w marszu. Wrócimy tu za rok.
Podsumowując – impreza udana, blisko dwudziestokilometrowy marsz daje mozliwość wczucia się w sytuację żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego, którzy nieraz musieli pokonywać o wiele większe odległości na własnych nogach. Tego rodzaju inicjatywa to oryginalny sposób upamiętnienia wydarzeń historycznych. Choć kilka punktów programu się nie odbyło, a i kontrole na punktach nie były zbyt dokładne, trudno winić za to organizatora – wszak to pierwsza taka impreza a i program był bardzo napięty.
W tym miejscu chciałbym podziękować organizatorom i wszystkim uczestnikom marszu. W szczególności zaś GRH „Oka” za wzięcie mnie na czas marszu pod swoje sztandary. Szczególne podziękowania należą się też pracownikom Muzeum Oręża Polskiego za wyczerpujące odpowiedzi na moje pytania.
Więcej informacji i zdjęć z imprezy zobaczyć można tu:
http://www.muzeum.kolobrzeg.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=768:68-rocznica-zalubin-polski-z-morzem-fotorelacja&catid=1:aktualnoci&Itemid=5
oraz tu:
http://wwwv.miastokolobrzeg.pl/wiadomosci/5818-przyszlimy-do-ciebie-morze-68-lat-temu.html
W artykule wykorzystałem zdjęcia Karoliny Kot i Radosława Kopytyńskiego.

Autor: Kamil Szustak
