O kolekcjonowaniu odznaczeń i dokumentów inaczej – część piąta

W tej części odpuszczę trochę znanemu portalowi aukcyjnemu i jego użytkownikom, przypominając o tym, że istnieją inne możliwości nabycia odznaczeń czy dokumentów. Znajdzie się też miejsce na wypomnienie pewnego błędu samym kolekcjonerom: błędu zaniedbania.



Kilka słów o „niepotrzebnych świstkach papieru”

Kupiliśmy już komplet odznaczeń z dokumentami i co robimy dalej? Idziemy do domu i cieszymy się zakupem? A może lepiej odżałować jeszcze parę minut i trochę pieniędzy i zapytać sprzedawcę, czy nie ma jeszcze jakichś papierów po tej osobie? Oczywiście, już słyszę pytania typu: „a po co?” „Na co mi kawałek starej makulatury, jak już mam medal z dokumentem?” A tymczasem z tych kawałków makulatury można wyciągnąć ciekawe informacje. Czasem jest to tylko np. informacja o przebiegu służby, ale czasem można trafić na naprawdę ciekawą historię. Żeby się zanadto nie rozpisywać, pokażę o co mi chodzi poniżej na dwu przykładach. A żeby już nie nudzić PRL-em, w drugim przykładzie zahaczymy o Szare Szeregi i Powstanie Warszawskie Na początek jednak – artyleria i WP na Wschodzie.

To jedna z tych smutnych historii kiedy to sprzedawca nie chciał poczekać i wolał sprzedać co się da możliwie najszybciej. Nie wgłębiając się w szczegóły – ktoś postanowił kupić tylko odznaczenia i legitymacje od nich (nie wszystkie) pozostawiając sprzedawcy pozostałe, zbędne mu świstki papieru. Działanie to wydaje mi się nie tylko barbarzyńskie, ale również głupie, jako że nabywca zapłacił więcej niż sprzedawca chciał za całość. Ale nie należy oceniać ludzi, których nie znamy. Gdyby jednak nabywca przez chwilę się zastanowił, miałby nie tylko bardzo ciekawy zestaw odznaczeń (z krzyżem walecznych i czechosłowackim krzyżem wojennym), ale również sporo informacji o osobie do której odznaczenia te należały. Na przykład mógłby wiedzieć jak wyglądał on w czasie wojny (ze zdjęć), a jak już po wojnie (ze zdjęcia w książeczce Wojskowej). Aby jednak pełniej ocenić czego można się dowiedzieć, przyjrzyjmy się bliżej pozostałym dokumentom.

Wśród dokumentów znajdujemy najpierw Dyplom nadania medalu Zwycięstwa i Wolności (widać nabywcy wystarczyła późniejsza legitymacja) i legitymacja medalu „Za udział w Walkach o Berlin” (trudno dociec dlaczego nabywca nią wzgardził). Następnie możemy zobaczyć dyplom uznania za udział w akcji siewnej w 1946r. – poza informacją, że nasz oficer brał udział w akcji siewnej w Województwie Dolnośląskim niewiele dowiadujemy się z tego dokumentu, choć jest on ciekawy ze względu na odręczny podpis ówczesnego dowódcy OW nr.4 – generała Stanisława Popławskiego (zapewne nabywca odznaczeń nie był miłośnikiem rolniczej tematyki, albo był zwolennikiem teorii że Popławski nazywał się Gorochow i w związku z tym uznał dokument za falsyfikat). Kolejnym, ciekawszym już papierkiem jest dyplom pochwalny z 1947r. Możemy z niego uzyskać tą mianowicie ciekawą informację, że pan porucznik brał udział w akcjach przeciwpartyzanckich przeciwko UPA w składzie I Operacyjnej Dywizji Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego (Może nabywca uznaje walkę z UPA za prześladowanie ukraińskich patriotów i papier nie pasował mu do ogólnego obrazu?). Kolejne dwa „kawałki makulatury” z teczki porucznika Lisieckiego to dwie gazety „Nasz Głos” – prawdopodobnie organ 10 Dywizji Piechoty. W jednej z nich znaleźć możemy nazwisko pana porucznika na liście odznaczonych Krzyżem Walecznych (rozumiem – nabywca zbiera odznaczenia, a nie stare gazety). Kolejna koszulka zawiera dwa zdjęcia (prawdopodobnie jeszcze z okresu wojny) i coś, co na pierwszy rzut oka faktycznie jest bezwartościowym świstkiem papieru. Po bliższym przyjrzeniu się możemy stwierdzić, że ów świstek to karta poborowego z 1944r. Wynika z niej, że nasz bohater, rocznik 1911, już wcześniej (tj. zapewne przed 1939r.) posiadał stopień podporucznika rezerwy, oraz data rejestracji – 4 grudnia 1944 (no tak, na jednym zdjęciu pan porucznik chowa się za plecami kolegi, na drugim trudno go rozpoznać, a na co wielkiemu kolekcjonerowi odznaczeń kawałek starej kartki popisany ołówkiem?). A teraz – prawdziwa kopalnia informacji – Legirymacja oficera rezerwy. Możemy się z takiego dokumentu dowiedzieć mnóstwa przydatnych informacji – np. jak wyglądał posiadacz (wiadomo – legitymacja zawiera zdjęcie), gdzie i kiedy się urodził, jaki był jego stopień w chwili przejścia do rezerwy a także znaleźć takie ciekawostki jak skrócony przebieg służby a czasem nawet lista odznaczeń. W tym przypadku, możemy dowiedzieć się na przykład, że nasz bohater urodził się w Niemczech, w 1947r. został awansowany do stopnia kapitana. Przed 1939r. przez rok i 2 miesiące uczęszczał do Szkoły Podchorążych Rezerwy, W okresie późniejszym zaś był przez rok dowódcą plutonu, przez rok i 3 miesiące dowódcą Baterii, później przez rok i 10 miesięcy dowódcą dywizjonu. Następnie w latach 50. Stawił się na trzech zebraniach kontrolnych. Mało ciekawe? Dla niektórych na pewno. Następnie znajdujemy dwa pochodzące z 1947r. odpisy potwierdzenia awansów – na porucznika z 1945 i na kapitana z 1946r. Oba noszą pieczęcie 10 Dywizji Piechoty i oba podają przydział – artyleria. Dokumenty te są również ciekawe, gdyż podają krótkie uzasadnienie awansów (No tak, nie mają nic wspólnego z odznaczeniami, więc prawdziwy kolekcjoner nawet nie zaszczyci ich spojrzeniem). Kolejnym dokumentem w teczce jest list dziękczynny za udział w kampanii siewnej 1946r. – tym razem od Wojewody Wrocławskiego. Tu akurat nie ma żadnych dodatkowych informacji. Ciekawszym dokumentem jest ulotka do żołnierzy 1AWP zachęcająca do osiedlania się na „Ziemiach Odzyskanych” – wiele wskazuje, że przekonała ona pana kapitana (No tak, dwa „rolnicze” papierki…). Następny dokument to notarialny odpis nadania Krzyża Walecznych – niestety, bez uzasadnienia (po co jeszcze odpis, skoro już mamy sam dokument?). A teraz kolejny świstek pozornie bez znaczenia – kartka z życzeniami świątecznymi i noworocznymi z 1947r. od żołnierzy oficerów 29pp. Niby nic ciekawego, ale… z tego niepozornego kawałka kartoniku możemy się dowiedzieć, że nasz oficer był wówczas dowódcą 13 Samodzielnego Dywizjonu Artylerii P-panc w stopniu kapitana. Oprócz identyfikacji dywizjonu którym dowodził przez prawie dwa lata, dzięki tej informacji możemy przypuszczać, że to właśnie w szeregach tej jednostki (przy 10dp) nasz bohater walczył w czasie wojny (ale co wielkiego kolekcjonera odznaczeń może obchodzić jakaś kartka świąteczna). W teczce znajdujemy jeszcze dwa oficjalne listy – życzenia od organizacji młodzieżowych z okazji 25-ciolecia zwycięstwa oraz podziękowanie od dowództwa Pomorskiego Okręgu Wojskowego.

Reasumując – osoba, która kupiła odznaczenia nie tylko rozbiła ciekawe archiwum weterana wojny, ale również odcięła się od chyba wszystkich darmowych źródeł dowiedzenia się czegoś o osobie odznaczonej, a poprzez pozostawienie dokumentów pozwalających zidentyfikować jednostkę, znacząco utrudniła sobie możliwość płatną, tj. zgłoszenie się do CAW. Zapewne jednak osoba ta ma to głęboko w du…żym niedomówieniu. Pozostaje życzyć zdrowia. My tymczasem przejdźmy do kolejnego przykładu.

***

Gablotka przyciągała uwagę. Zawierała trzy wizytówki i zestaw odznaczeń (w tym krzyż partyzancki i krzyż powstania warszawskiego. Widząc zainteresowanie, sprzedawca rzucił: „Są jeszcze dokumenty po nim” i wyciągnął zestaw legitymacji. Stan niektórych trochę przerażał – ewidentnie były długo wystawione na działanie wilgoci, w dodatku na prawie każdej pod podpisem organu odpowiedzialnego, było dopisane długopisem nazwisko – np. pod faksymile podpisu Przewodniczącego Rady Państwa widniał podpis „gen. Prof. Henryk Jabłoński”, na niektórych legitymacjach było więcej adnotacji. Nazwisko człowieka było interesujące: Długoszowski Jerzy syn Jana. Nad nazwiskiem, dopisane długopisem było „Wieniawa”. Nie wyglądało to zbyt ładnie, a i sprzedawca od razu zastrzegł, że właściciel tych odznaczeń nie miał z „tym” Długoszowskim nic wspólnego. Pogadałem trochę, sprzedawca niewiele mógł o nim powiedzieć, poza tym, że człowiek był trochę stuknięty (i to nie tylko to, że był mitomanem dorabiającym sobie legendę), był w SB, potem w ORMO, poza tym działał w harcerstwie, że były po nim jeszcze mundury, ale kupili je filmowcy i została tylko harcerska rogatywka. Pieniędzy brakowało, ale się umówiliśmy, że za miesiąc zapłacę i odbiorę, a do tego czasu, żeby wszystko co jest związane z tą osobą odłożył dla mnie.

Zgodnie z umową za miesiąc przyszedłem z gotówką. Jak to zwykle bywa z takimi umowami, sprzedawca nie do końca się wywiązał, oddał gablotkę z odznaczeniami i dokumenty od odznaczeń (jak się potem okazało – nie wszystkie), ale od zeszłego miesiąca sprzedana została książeczka ZUWZoNiD, patki z munduru milicyjnego i kilka innych rzeczy. Sprzedawca wywiązał się jednak również o tyle, że pozwolił mi pobuszować w rzeczach i dokupić jeszcze kilka rzeczy. Niestety, znalezionych w jednym z pudeł teczek, w tym teczki osobowej z koła ZBoWiD sprzedać nie chciał, tłumacząc, że musi spytać rodzinę i za miesiąc się dogadamy. Ale mimo to, wyszedłem stamtąd bogatszy o kolekcję kilku zdjęć z ostatnich lat, różne nie-odznaczeniowe legitymacje, elementy munduru (resztkę patki, baretki, elementy czapki milicyjnej) i sporo kserokopii róznych zdjęć, dokumentów i dzieł malarskich. Miesiąc później sytuacja powtórzyła się – sprzedawca z rodziną nie pogadał, ale obiecał, że „ za miesiąc na pewno będzie już wiadomo”. Oczywiście za miesiąc sytuacja była identyczna, za dwa miesiące również… W końcu teczki zniknęły. Z ciekawostek udało mi się w tym czasie wygrzebać tylko życiorys z 1959r. z późniejszymi uzupełnieniami (prawdziwa kopalnia informacji!). Następnym razem już nie poszedłem pytać sprzedawcy. Nie lubię być nabijany w butelkę, a pewne odkrycie na znanym portalu aukcyjnym pozwoliło mi się przekonać, ze to właśnie się dzieje. Ale najpierw przyjrzyjmy się temu, czego mogłem się dowiedzieć z posiadanych przedmiotów.

Z posiadanych dokumentów i zdjęć, można było wywnioskować, że Jerzy Długoszowski faktycznie był milicjantem (dzięki fotokopii legitymacji udało mi się wykluczyć wersję o jego służbie w SB), byłym partyzantem Szarych Szeregów (początkowo podejrzewałem, że mógł to również być wytwór fantazji, ale życiorys utwierdził mnie w przekonaniu, że faktycznie w organizacji tej działał), długie lata był członkiem PZPR, a później SLD (m.in. był zaproszony jako gość honorowy na uroczystość zaprzysiężenie Aleksandra Kwaśniewkiego na prezydenta RP), faktycznie na emeryturze (odszedł z MO ze względu na problemy zdrowotne) działał w ORMO, był też aktywny w ZHP, posiadał stopień harcmistrza (z życiorysu wynikało, że z harcerstwem związał się jeszcze przed wojną). Przed milicyjnym epizodem (który rozpoczął się w 1959r.) pracował w spółdzielni mleczarskiej, potem w PSS, studiował prawo, a hobbystycznie był dziennikarzem, pisarzem i malarzem. Poza tym działał w ZBoWiD (był m.in. przewodniczącym koła miejskiego w Bielawie), był radnym, kandydował też do sejmu, choć bez powodzenia. Sporo dokumentów potwierdzało wrażenie, że był on trochę mitomanem, może też trochę megalomanem, no i stale twierdził, że był spokrewniony z Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim. Nic tego nie potwierdzało. Nic też nie wskazywało na to, że miał cokolwiek wspólnego z Powstaniem Warszawskim. Do czasu…

Przeglądając aukcje internetowe trafiłem przypadkiem na ciekawą legitymację – była to wystawiona w 1984r. legitymacja od Warszawskiego Krzyża Powstańczego, wystawiona pośmiertnie dla Andrzeja Długoszowskiego, syna Jerzego (Andrzej Długoszowski, Ps. „Klanecki”, „Długi” był podharcmistrzem, porucznikiem Szarych Szeregów, dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, wraz z bratem – Markiem – poległ w Powstaniu Warszawskim; Prócz tego był synem Jerzego Długoszowskiego, lotnika, który zginął w katastrofie w latach 20., prywatnie kuzyna Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego). Byłaby to tylko interesująca i koszmarnie droga legitymacja, którą bym się może za bardzo nie zainteresował, gdyby nie to, że na zdjęciu pod faksymile podpisu widniała adnotacja: „gen. Prof. Henryk Jabłoński”. Nie miałem wątpliwości czyja ręka zostawiła tą adnotację, toteż nie wahałem się kupić legitymacji. Kontakt ze sprzedającym potwierdził moje przypuszczenia – kupił on tą legitymację od rzekomych spadkobierców właściciela, którzy oferowali mu również legitymację od WKP jego brata oraz od Krzyża Partyzanckiego na Jerzego Długoszowskiego. Nie miał już jednak z nimi kontaktu, a pozostałych legitymacji nie kupił. Dodać należy, na odwrocie legitymacji znalazła się adnotacja urzędowa: „14588 Bielawa Wałbrzych” – wskazująca, gdzie należy legitymację wysłać. Całkiem przypadkowo w Bielawie mieszkał Jerzy Długoszowski. Niewątpliwie w 1984r. przez ówczesne władze PRL został uznany za najbliższego żyjącego krewnego braci Długoszowskich. Tym samym potwierdza to fakt, który wydawał mi się wcześniej wątpliwy – że pan kapitan MO Długoszowski był rzeczywiście „stryjecznym bratankiem” (jak sam to ujmował) generała dyw. dr. Bolesława Wieniawy-Długoszewskiego. Ostatecznie też przekonało mnie to o tym, że próbując po dobroci dogadać się ze sprzedawcą, od którego kupiłem odznaczenia tracę tylko czas. 

Nie udało mi się w żaden sposób wyjaśnić obecności w gablotce medalu „Za Odrę, Nysę, Bałtyk” ani Krzyża Oświęcimskiego (Jerzy Długoszowski przebywał tylko w obozie karnym). To akurat prawdopodobnie tylko efekt fantazji kapitana Długoszowskiego. Chociaż kto wie…?

Grób braci Długoszowskich w Warszawie (wikimedia commons)

Historia – historią, ale żeby jakaś nauka z tych moich wypocin płynęła, to czytelnikom do wglądu daję dokumenty, a żeby sami mogli się przekonać ile ciekawych informacji można wyciągnąć z niezwiązanych z odznaczeniami „zbędnych świstków papieru”. Prawda, że to dużo wygodniejsze niż szperanie po archiwach?

Autor tekstu: Kamil Szustak

Leave a comment