
Gdy wyjechało się na szczyt niewielkiego wzgórza i stanęło na zakręcie pod starym, poskręcanym dębem, otwierał się widok niczym z ilustracji do bajki Braci Grimm – śliczne, cukierkowej urody miasteczko rozłożone na obu brzegach wijącej się stalowoszarą wstążką rzeki. Spiczaste dachy kamienic, wykusze i mansardy w ścianach z pruskiego muru, strzeliste wieże kościołów i przysadziste baszty bramne, kamienny most spinający brzegi – po prostu wsadzić do szklanej kuli i posypać sztucznym śniegiem. Sielankowe wrażenie psuło jednak ołowiane, dramatyczne niebo, po którym przewalały się o ton ciemniejsze chmury. Pomiędzy tym niebem a miastem ciemniała masywna, kanciasta bryła Twierdzy – z jednej wspartej stromym wałem o brzegi rzeki, z drugiej opadającej kaskadami bastionów, rawelinów i fos.
Ubłocone czołgi T-34 z czerwonymi gwiazdami na wieżach wjechały do miasta ostro, z fasonem i po mołojecku, poprzedzone przez rój kilkunastu motocykli. Krzesząc iskry na średniowiecznym bruku przeleciały przez kamienny most i ustawiły się na rozległym rynku, pomiędzy figurą Świętego Nepomucena, patrona od powodzi, a pręgierzem. Gdy – jak ucięte – zgasły silniki, wokół zapanowała martwa cisza. Gdzieś zatrzepotał gołąb, zafurkotały na porywie zimnego wiatru wywieszone w oknach białe flagi. Fizylierzy desantu zeskoczyli z pancerzy czołgów, przez chwilę jeszcze czujni, ale już coraz bardziej ciekawi atrakcji nie zniszczonego wojną miasta. Właz w jednym z czołgów otworzył się, wyszedł z niego kapitan w okrągłych, drucianych okularach, który poprawił czapkę i usiadłszy na krawędzi wieży rozejrzał się wokoło. W końcu spojrzał w górę, gdzie na obłej, grubej sylwetce najwyższego punktu twierdzy, nazywanego donżonem, stał maszt a na nim łopotała flaga ze swastyką.
– Wot, swołocz… – zaklął pod nosem, zeskoczył z pancerza i skrzyknął kilku motocyklistów.
Po chwili trzy motocykle gnały krętymi uliczkami, pnąc się do bram fortu. Zajechały na dziedziniec, kapitan w towarzystwie czterech żołnierzy zaczął biec stromymi schodami w górę.
Oficer pokonał ostatnie stopnie i wybiegł na płaski, porośnięty trawą szczyt donżonu. Wyjął z torby płachtę czerwonej tkaniny. Towarzyszący mu żołnierze w mig zrozumieli w czym rzecz, szybko ściągnęli z masztu chorągiew ze swastyką i przypięli do linki radziecką flagę. Prostokąt czerwieni poszybował w górę i załopotał na listopadowym wietrze. Kapitan podszedł do barierki, spojrzał w dół, na pudełka czołgów stojące w rynku i na małe figurki w mundurach khaki wędrujące przyległymi uliczkami. Zaczerpnął głęboko powietrza i krzyknął.
– Krasnoj Armii sława! Ura!
Nim stojący nieco z tyłu żołnierze zdążyli odpowiedzieć, huknął pojedynczy strzał, pocisk trafił kapitana w pierś i odrzucił do tyłu. Rosjanie na szczycie donżonu zaszamotali się bezładnie, szukając osłony na płaskiej jak stół, trawiastej połaci. Kolejne strzały, które wyłapywały ich w biegu, utonęły w nagłej kanonadzie – w mieście rozpętało się piekło. Trzy pierwsze czołgi zapłonęły niemal równocześnie, trafione głowicami panzerfaustów. Na zaszokowanych i zdezorientowanych fizylierów desantu oraz czołgistów – którzy wyszli spod dusznych pancerzy i obsiedli murek pod smutnym Nepomucenem – spadły serie broni maszynowej i granaty. Dwa kolejne czołgi płonęły jasnym płomieniem, obrzucone zapalającymi butelkami, jeden z mechaników wskoczył na swoją maszynę z gaśnicą i niemal w tej samej chwili zgiął się w pół, upadając w ogień. Rozproszeni po uliczkach żołnierze ginęli jeden po drugim, aż w końcu na uliczkach pozostały tylko bezładnie rozrzucone, podobne do szmacianych lalek zwłoki.
Nad miastem zapadła znowu cisza, przerywana trzaskiem płomieni i zasnuta duszącym, czarnym dymem płonących ‘cztrzydziestekczwórek’. Czerwona flaga poszybowała z wiatrem w dół kamiennej ściany donżonu niczym kropla krwi po martwej twarzy. Na wysokim maszcie znowu załopotał czarny hackenkreuz…
***
Pułkownik podszedł do okna, w zamyśleniu ssąc cybuch fajki. Ot ci raz – pomyślał ze złością – Sowieci przyszli, zabitych pogrzebali, parę domów spalili i rozstrzelali paru jakichś starych dziadów z okolicznych wiosek. A potem szast-prast i odcinek przekazali sojusznikom, dobrze, że dziękować nie kazali, jaki to wspaniały odcinek dają, z miasteczkiem jak malowane. A teraz dziesięć kilometrów z przodu ciężkie walki, od północy Niemcy podgryzają, a jeszcze tutaj miasto z twierdzą jak cierń w dupie. Ledwo co stację kolejową i bocznicę jako tako trzymamy, dobrze, że nieco pod miastem położoną, a i tak nie ma nocy, żeby ktoś nie oberwał. Najgorzej, że żołnierze zaczynają się bać, twierdza dla nich już niczym jakaś szklana góra z babcinej gadki-skazki. Saperzy z pułku do twierdzy wysłani poszli, weszli, pobłądzili i ledwo wrócili, a potem zameldowali, że nie da rady, wszystko zaminowane. Jeszcze dwa wejścia trotylem zawalili i powiedzieli, że chwatit. Oczywiście następnej nocy Niemcy przyszli znowu i trzech naszych ranili. Dobrze, że chociaż ten cholerny maszt zrąbaliśmy, przynajmniej szwabska flaga w oczy nie kole…
Niewesołe rozmyślania przerwało pukanie.
– Wejść – powiedział pułkownik.
Drzwi otwarły się i do pokoju wszedł porucznik z drugiej kompanii.
– Chodźcie, chodźcie – pułkownik machnął ręką przerywając próbę zameldowania się przybysza – siadajcie, napijemy się.
Porucznik usiadł, przyjął niemiecką literatkę z rżniętego szkła, wypił i zagryzł wąskim paseczkiem słoniny.
– Słuchajcie, studiowaliście przed wojną historię?
– Tak jest. To znaczy, dokładnie mówiąc, nie ukończyłem.
– Znacie się na tym? – pułkownik wskazał ręką w stronę okna, w którym widać było szarą bryłę twierdzy. Ciekawe, że gdzie by nie stanąć, zawsze pojawiała się na widoku, dominując swoją masywną sylwetką – Jak to jest zbudowane, ma jakiś sens, jakiś plan?
– Ogólnie mówiąc tak. Zasadą było budowanie bastionów, które wzajemnie kryły się ogniem. Stąd bierze się taki dziwny, rozetowy kształt, zresztą nawet mówi się na to „dzieło koronowe”. Do tego w obrębie fortyfikacji umieszczano koszary, magazyny, prochownie i warsztaty.
– A podziemia? Lochy, korytarze?
– Oczywiście. Po pierwsze były kazamaty magazynowe. Do tego dochodziła siatka chodników minerskich wychodzących poza twierdzę. W razie oblężenia minowano te chodniki i wysadzano oblegających.
– Cholera, jeszcze i to. Myślicie, że nas tu mogą?
– Raczej nie, jesteśmy po drugiej stronie rzeki.
– Słuchajcie, weźmiecie trzech-czterech ludzi, możecie sobie sami wybrać. Zajmiecie jeden z fortów na skraju twierdzy i powoli posprawdzacie co tam się dzieje. Jakby co, wezwiecie pomocy przez radio, dam wam swojego radzika. Najważniejsze, zobaczyć gdzie Niemcy siedzą i którędy wyłażą. Jak to będziemy wiedzieć, wtedy jakoś zaradzimy…
***


Korzystając z bezśnieżnej grudniowej pogody GRH „Osiemnasty Kołobrzeski” przygotowała weekendowe ćwiczenie na terenie Twierdzy Kłodzkiej. Ćwiczenie to było częścią zajęć szkoleniowych naszego macierzystego stowarzyszenia – Ranger Survival Club. Udało się je zorganizować dzięki życzliwej współpracy zaprzyjaźnionej „Akademii Przygody”, która właśnie w Twierdzy Kłodzkiej ma swoją siedzibę. Do udziału w zajęciach zaprosiliśmy kolegów z GRH „Pierwszy Batalion” z Wrocławia.
Zajęcia rozpoczęły się w piątkowy wieczór, kiedy na miejsce dotarła większość uczestników. Wszyscy przeszli do fortu „Żuraw” – zajmowanego przez Akademię Przygody – który od tej pory stał się naszą bazą. Jest to niewielki fort flankujący położony na skraju kompleksu twierdzy, oddzielony fosą i mostem zwodzonym, dający schronienie w wysoko sklepionej izbie o ceglanych ścianach i półokrągłym stropie, nazywanej podwalnią.

Wczesnonocne godziny zajęły patrole po przyległym terenie, a około godziny drugiej wszyscy zaczęli przygotowywać sobie miejsca do spania. Rekonstruktorzy zaścielili kamienną posadzkę pałatkami, ubrali płaszcze i położyli się obok siebie, przykrywając kocami. Reszta kolegów z naszego stowarzyszenia – działająca na współczesnym sprzęcie – miała lepiej, rozkładając karimaty, śpiwory i goretexowe bivy-bagi.
Noc była nieco uciążliwa, z wejściowego korytarza wiało mroźnym powietrzem, a temperatura w podwalni wynosiła około 3-5 stopni powyżej zera. O świcie wyszliśmy na górę i rozpaliliśmy niewielkie ognisko, na którym zagotowaliśmy wodę na poranną herbatę. Plując fusami popijaliśmy śniadanie złożone z chleba, wędzonki i cebuli.

Niedługo potem na miejsce dotarli koledzy z „Pierwszego Batalionu” i rozpoczęliśmy zajęcia taktyczne na powierzchni. Patrol, sprawdzanie napotkanych po drodze obiektów, szyki, wzajemne ubezpieczanie – wszystko to zajęło kilka godzin. Do tego doszły ciekawe zagadnienia z pokonywaniem przeszkód terenowych, jak strome skarpy, mury czy zabudowania. Wreszcie przyszedł czas na przećwiczenie natarcia drużyny – tyralierą w terenie otwartym oraz w specyficznym terenie wewnętrznych dziedzińców twierdzy. Napotkany na jednej z „ulic” czołg T-34 pozwolił na spróbowanie sposobów załadunku i spieszania desantu.


W tym czasie grupa „współczesna” prowadziła ćwiczenia w podziemiach. Po jej wyjściu nastąpiła zamiana obszaru zajęć i rekonstruktorzy weszli do podziemi. Aby zachować zgodność z realiami za oświetlenie służyła niewielka, metalowo-szklana latarnia na łańcuchu (oryginalna i zabytkowa, choć nieco cmentarna), w której umieszczono świeczkę. Do tego mieliśmy jeszcze klasyczną, kanciastą latarkę elektryczną – sygnałówkę, która służyła jedynie awaryjnie do doświetlania trudniejszych fragmentów. Wejście do podziemnych chodników minerskich (tzw. reminów) znajdowało się w jednej z fos i było dosyć niepozorne. Po wejściu do wnętrza trzeba było zorientować się w ogólnym zarysie przebiegu korytarzy, połączeniach pomiędzy nimi i istniejących wyjściach na powierzchnię. Wymagało to żmudnego przejścia każdego z odcinków i próby zinwentaryzowania obiektu. W końcu grupa dotarła do stromych, pokrytych błotem schodów, które prowadziły w dół do częściowo zalanego chodnika. Wody – a w zasadzie nadpleśniałej błotnistej cieczy – było mniej więcej do kolana, przy czym marsz utrudniały zatopione kamienie, belki i druty. Po pokonaniu tego odcinka okazało się jednak, że znajdują się tam trzy wyjścia na wewnętrzny obwód twierdzy, przy czym jedno może zostać udrożnione. Po wyjściu na powierzchnię grupa odetchnęła chwilę świeżym powietrzem, a następnie sprawdziła jeszcze jedną prostą ale schodzącą skosem w dół dosyć głęboko sztolnię odwodnieniową.

Po tych zajęciach koledzy z „Pierwszego Batalionu” i jeden z naszych rekonstruktorów musieli niestety wracać. Pozostała trójka rozpaliła na dnie fosy ognisko przy którym zawisły przemoczone w podziemiach skarpety i onuce. Przygotowaliśmy skromną kolację – upieczony na patyku „dziki kurak”, ugotowana w menażce kasza, trochę chleba i cebuli. Rarytasem było kilka butelek trofiejnego piwa i oranżady w oryginalnych, przedwojennych butelkach z niemieckich browarów. Po kolacji okazało się, że gospodarze przywieźli kilkanaście 60-litrowych beczek z wodą i trzeba je przenieść przez most, a następnie stromymi schodami i korytarzami na najniższe kondygnacje fortu. Po tej pracy chwila odpoczynku i następne zajęcia w podziemiach – tym razem, ze względu na niewielką już liczbę, rekonstruktorów włączono do grupy „współczesnej”. Było dobrze po północy, kiedy zajęliśmy się ponownie przygotowywaniem noclegu – tym razem udało się uszczelnić wejście z korytarza i wewnętrzne okno, dzięki czemu uniknęliśmy przynajmniej lodowatych podmuchów.

Niedzielny poranek przeznaczono na krótką sesję fotograficzną, posprzątanie obiektu i przygotowanie do wyjazdu. Około południa samochody uczestników zajęć rozjechały się do domów…


Autor: Marcin Morawski
SUMMARY
The text describes the two-day training carried by our reenactment group in the Stronghold of Kłodzko in early december 2012. The training included exploration of underground tunnels with minimum light, fights in urban area and other aspects.
