Zimowe ćwiczenie narciarskie GRH

W dniach 3 – 5 lutego 2012 roku członkowie GRH ‘Osiemnasty Kołobrzeski’ postanowili zrealizować ćwiczenie polowe z wykorzystaniem sprzętu narciarskiego. Niestety, trudności ze skompletowaniem odpowiednich zestawów nart i kijków sprawiły, że ostatecznie w zamarznięte Góry Izerskie wyruszyło tylko dwóch z nas.
Ćwiczenie okazało się bardzo udane – pokrywa śniegu przekraczała 2 metry, temperatura wahała się od -18 w najcieplejszym momencie dnia do nawet -28 po zachodzie słońca (w nocy z 2 na 3 lutego zanotowano na Hali Izerskiej -42 stopnie nad ranem). Wykonaliśmy trzy długie, całodzienne marsze na nartach, z których najdłuższy miał około 25 kilometrów.
Sprzęt narciarski sprawił się znakomicie, umundurowanie ochroniło przed odmrożeniami, choć o komforcie trudno mówić. Zebrane doświadczenia zaowocują z pewnością jeszcze bardziej wymagającymi zajęciami w przyszłym roku.
Przed obejrzeniem zdjęć zapraszam – jak zwykle – na krótkie beletrystyczne wprowadzenie.


Sztab ulokował się w dużym domu, który prawdopodobnie służył kiedyś jako pensjonat. Obszerna izba na wysokim parterze ozdobiona była myśliwskimi trofeami, fotografiami o tematyce narciarskiej i śląską ceramiką. Na honorowym miejscu najdłuższej ściany jaśniał spory prostokąt – jeszcze nie tak dawno wisiał tam zapewne portret Hitlera, spoglądającego dumnie w przyszłość. Wielki kaflowy piec roztaczał miłe ciepło, nic więc dziwnego, że to właśnie koło niego zasiadło dwóch oficerów.
– Słuchajcie – pułkownik zapytał siedzącego na skraju krzesła porucznika – wyście byli przed wojną ułan?
– Dokładnie mówiąc to byłem strzelcem konnym.
– Ale szkolenie narciarskie przeszliście?
– W planie szkolenia było. Pokazali jak się narty przypina, kilka zjazdów, jeden marsz… W sumie czasu nie było, bardziej na wyszkoleniu jeździeckim się koncentrowano.
– Trudno, nikogo więcej do tej roboty z oficerów nie mam. Weźmiecie sobie do pomocy kogoś bardziej doświadczonego. Macie tam podobno jakiegoś żołnierza wprawionego w nartach?
– Jest, w drugiej kompanii. Opowiadał, że przed wojną w Sokole na nartach jeździł…
– Wiem, który – wtrącił szczupły kapitan o oschłym głosie, który do tej pory siedział w kącie, przeglądając teczki z dokumentami – sanacyjny urzędnik, politycznie niepewny…
– W boju od ponad roku, zastrzeżeń nie było. Nawet do odznaczenia przedstawiony, ale jakoś nie dostał – odpowiedział ostrożnie porucznik.
– Mniejsza z tym, dawajcie go tutaj – zdecydował pułkownik – my narciarza szukamy, a nie kandydata do partii.
Nie minął nawet kwadrans, gdy w izbie zameldował się niemłody już żołnierz z pepeszą przewieszoną przez plecy.
– Na nartach umiecie jeździć ? – zapytał pułkownik
– Tak jest obywatelu pułkowniku – odpowiedział, wyprężony jak struna – potrafię.
– A gdzie się nauczyliście?
– Przed wojną, obywatelu pułkowniku. W Sokole, to było takie stowarzyszenie sportowe. Każdą zimę jak tylko było możliwe, narty przypinałem. Piękne narty miałem, norweskie, jesionowe…
– Chłopi i robotnicy zapałki na czworo dzielili, ale niektórzy narty z Norwegii sprowadzali – mruknął z kąta kapitan.
Pułkownik spojrzał przeciągle, żołnierz zdawał się nie dosłyszeć ostatniej uwagi
– Marsz długi przez góry na nartach potraficie wykonać? – zapytał dowódca.
– Tak jest obywatelu pułkowniku. Cztery razy brałem udział w rajdzie szlakiem karpackich walk brygad legionowych. Tam ponad tydzień na nartach się wędrowało. 
– A innych potraficie nauczyć?
– Tak jest. Zależy jak kto ma talent, ale podstaw w parę dni da radę.
– Tak i dobrze. Odmaszerować. Wezwiemy was, gdy będziecie potrzebni.
– Słuchajcie – zwrócił się pułkownik do porucznika, gdy żołnierz już wyszedł – potrzebuję sprawdzić, co Niemcy szykują w górach. Czy tam po chatach i schroniskach przypadkiem nie siedzą jakieś alepenjegry, żeby nam na plecy wyleźć albo boki podgryzać. Zwiadu nie poślę, bo potrzebny na głównym kierunku. Was przed wojną narciarstwa uczyli, czyli raczej nóg nie połamiecie. Weźmiecie też tego fizyliera. Czasu mało, wyruszyć trzeba najpóźniej pojutrze.

***

Porucznik stał przed domem jak wyjęty z regulaminu mundurowego, zapięty pod szyję, ogolony, ściśnięty pasem z koalicyjką, na którym wisiała kabura tetetki, ze zrolowanym płaszczem przewieszonym przez ramię, w błyszczących chromowych butach. Na sztachecie płotu, o który oparte były narty, wisiał workoplecak.
– Ta joj, obywatelu poruczniku, tak to my daleko nie zajdziemy – powiedział fizylier, który wybiegł właśnie z sieni, w samej tylko koszuli z podwiniętymi rękawami – zapraszam do środka, zaraz coś zaradzimy.
Wyszli przez ciemny korytarz do położonej na parterze izby. Przy malowanej w kwiaty trzydrzwiowej szafie leżał stos różnorodnego wojskowego i turystycznego wyposażenia.
– Obywatel porucznik spocznie – żołnierz wskazał drewniane, również malowane w róże krzesło z poręczami – a ja tymczasem wybiorę coś z tej sterty.
– Z przeproszeniem, ale nasze graty nijak się nie nadadzą na taką wyprawę – kontynuował – po pierwsze buty, w tych oficerkach za dwa dni będzie pan miał nogi nie przymierzając jak siostra od Kopciuszka, bez pięty i bez palców, pięta się zedrze do kości, a palce odpadną od mrozu. Poszukałem po domach i znalazłem takie cudo – zatańczył, przytupując na deskach i pokazał trzewiki o szerokich, kwadratowych nosach – oto niemieckie buty narciarskie, nos szeroki, stopa się nie odmrozi, a i wiązanie lepiej trzyma. Dla pana porucznika też mam, tylko rozmiar trzeba wybrać. Do tego owijki zrobiłem, ze starego szynela. Dalej patrząc, to mieszok za mały, nam w górach nie na kwaterze spać, ale wiele dni w lesie, gdzie tylko śnieg, mróz i wilki. Jedzenia trzeba wziąć, amunicji więcej, koce jakieś zapakować. Do tego lepszy rukzak alpejski, o taki jak ten, płaszcz można przytroczyć i dwa mieszoki się we środku zmieszczą.
Siekierkę pożyczyłem od saperów, od szoferaków wycyganiłem dwie pary watowanych spodni i walonki, do spania będą jak znalazł – wyliczał, odginając palce – skarpety leżą o tam, na kupce, wybrać trzeba ile wlezie wełnianych. Jeszcze kombinezony ochronne zdało by się zabrać, ale to już albo przez sztab, albo razwiedczików prosić. Co do nart, to te ruskie nadadzą się od biedy, ale ja dla siebie wyszperałem niemieckie, cudeńko, Berlin mają napisane, znaczy się z samego faszystowskiego matecznika pochodzą. Zaraz będziemy je smarować, tylko żelazko się zagrzeje, jakby pan porucznik mógłby swoje z dworu przynieść, to też posmaruję. 

Autor tekstu: Marcin Morawski

SUMMARY

The article shortly metions the two-day training patrol carried by two of the members of Our reenactment group in February 2012 in Iserengebirge.

Leave a comment