
Siedzę sobie wygodnie w ciepłym autokarze i spoglądam na ciemny świat za oknem. Gra muzyka, obok Iwan już pochrapuje, mi też powoli zamykają się oczy. Niestety, autobus parkuje na wielkim opustoszałym parkingu pod lasem i trzeba się zbierać. Prawdziwy wygwizdów, po brukowanym placu hula zimny wiatr, szczelniej owijam szyję szalikiem i podnoszę kołnierz płaszcza. Organizacja i ustawianie kolumny marszowej trwają i trwają, zastanawiam się, czy aby nie opuścić nausznika rogatywki. Dobrze, że chociaż nikt nie widzi i można ukradkiem schować dłonie do kieszeni.
Wreszcie długa kolumna rusza w noc. Jakoś tak samorzutnie decyduję, że nasza piątka będzie szła w ariergardzie, pilnując tego interesu z tyłu. Wchodzimy w las, wiatr cichnie i robi się nawet całkiem ciepło – niestety leśny dukt jest mocno oblodzony. Wielkie połacie lodu sprawiają spory kłopot, co chwila ktoś z przodu przewraca się, błogosławiąc warunki drogowe ciepłymi słowami. Tempo nie jest w związku z tym zbyt szybkie i można nacieszyć się nocną wędrówką.

Mijają kolejne kwadranse, trakt jest prosty jak strzelił i nic się nie dzieje. Z nudów liczę kolejne odchodzące na boki przecinki, później zaczynam liczyć parokroki. Wreszcie spotykamy grupę niemiecką, jej dowódca deklaruje, że od tej pory to oni będą szli na końcu. No i fajnie, można trochę przyspieszyć. Idziemy i idziemy, płyną kwadranse i godziny, wyprzedzamy grupy i pojedynczych żołnierzy… Po drodze są dwa postoje, na których wychodzimy mocno przed odpoczywającą kolumnę i zalegamy w przydrożnym rowie. Wreszcie docieramy do pierwszych zabudowań wioski, przez którą prowadzi ulica oświetlona latarniami. Nie obchodzimy jej, tylko wbijamy prosto przez środek. W pewnym momencie łapiemy się na tym, że parami przebiegamy mocniej oświetlone odcinki, przeskakując od cienia do cienia. Wreszcie wieś się kończy i zaczyna asfaltowa szosa. Podkute buty nieprzyjemnie zgrzytają, robiąc hałas na pół pommernstellungu, ale za to jest z górki i można troszkę podgonić. Chłopaki zgadzają się ze mną – nie ma na co czekać, każda zmitrężona w drodze minuta, to minuta mniej spania.
Wreszcie docieramy do budynku szkoły w Dębołęce. Ładujemy się do pierwszej z brzegu klasy i zajmujemy miejsce pod ścianą. Jest trochę po trzeciej nad ranem – rzucam na podłogę płaszcz i kładę się na nim, podsuwając pod głowę mieszok. Trzeba zasnąć jak najszybciej, póki twarde deski nie zaczną uwierać – osłaniam twarz czapką i zamykam oczy.
Budzę się po godzinie, wstrząsany dreszczami. Mokra od potu koszula zrobiła się lodowata a płaszcz to nie śpiwór – albo leżę na nim albo się nim przykrywam. Trzeba coś zrobić, albo od razu wstać i czekać świtu. Trzęsącymi się rękami rozwiązuję mieszok, wyciągam wełniany trofiejny pulower i złożony płaszcz-namiot. Naciągam sweterek, kładę się na pałatce i tak ciasno zwijam w kłębek, że cały mieszczę się pod płaszczem. Niemal natychmiast zasypiam. Około szóstej rano otwieram oczy i ze zdziwieniem stwierdzam, że jest wcale ciepło. Chłopaki nie tylko się zbudzili, ale nawet zdążyli pozwiedzać – Mały znalazł kuchnię i stołówkę. Zbieramy się raz-dwa i zasiadamy do śniadania. Humory znakomite, apetyt dopisuje. Zajadamy nasz specjalnie zamówiony rekonstrukcyjny chleb oszczędnościowy, obficie obkładając go małpą z żelaznej porcji. Właśnie popijamy śniadanie herbatą, kiedy Arnold przekazuje nam zadanie – mamy jechać z kuchnią polową i przygotować ją do wydawania śniadania na leśnym stanowisku w okolicy Dobrzycy.

Fucha jak złoto! Zapinamy kuchnię na Gaza, nabieramy wody i ładujemy się na willysa. Jak wiadomo, siedzących z tyłu nie osłania szyba i pod koniec krótkiej drogi jesteśmy dokumentnie przewiani. Ale nic to, po chwili ogień trzaska już pod kotłami, a po kilku chwilach dalszych – częstujemy się gorącą zbożówką.

W ciągu kolejnych kilku godzin dociera całość stanu, gorące zupy i kawa poprawiają morale. Wkrótce zostaje wydana broń i amunicja – nauczeni zeszłorocznym doświadczeniem zamówiliśmy tyle, żeby na pewno nie zabrakło. Kilkukrotnie sprawdzamy działanie mechanizmów, ładujemy magazynki, pozostawiając puste komory. Nie zdecydowaliśmy się przestrzelać naszych Mosinów, co zemści się już niedługo.

Wreszcie zaczynają się działania. Nasza drużyna rusza w szpicy, spodziewamy się kontaktu z przeciwnikiem przy każdym potencjalnie niebezpiecznym miejscu. W pewnym momencie wychodzimy szerokim łukiem, docierając na skraj jeziora, po czym odbijamy na północ. Po chwili okazuje się, że siły główne ścięły ten zakręt, wyszły przed nas i tam spostrzegły przeciwnika. Dowódca wysyła mnie i Bygila na rozpoznanie, przemykamy po grzbiecie połogiego pagórka. Jest nieciekawie, praktycznie brak podszycia, proste jak zapałki sosny sterczą z gładkiego mchu. Do tego niskie, zachodzące słońce podświetla nasze sylwetki. Trochę pełzamy na czworaka, trochę czołgamy się i wreszcie zauważamy charakterystyczne niemieckie hełmy. Niemcy wycofują się i nie za bardzo wiadomo, co robić – ścigać ich we dwóch? Wrócić do sił głównych? Na szczęście szybko pojawia się kilku żołnierzy wzmocnienia. Ścigamy przeciwnika i wreszcie dochodzimy go – spora grupa zaległa na podłużnym wale biegnącym równolegle do drogi. Zasadzka? Kolumna maszerująca drogą bez ubezpieczeń bocznych nie miałaby szans. Na szczęście my wchodzimy w linie niemieckie po skosie. Gdzieś z lewej padają pierwsze strzały, na niemieckiej linii zaczyna się nieco nerwowy ruch. Nie ma na co czekać, przecież na bagnety nie pójdziemy – spokojnie celuję w garnkowaty hełm i delikatnie ściągam spust. Zamek Mosina rzyga mi prosto w prawe oko ciepłym smarem. Szlag, trzeba było przestrzelać! Lewym okiem widzę, że Mały także przeciera oczy dłonią. Dobra, nie ma co się użalać – kolejna postać w szarej dwustronnej kurtce truchta gdzieś pochylona. Zgrać przyrządy, wyprzedzenie, wystrzał. Akurat jak raz „szarak” zanurkował do rowu. Przeciwnik cofa się na całego, wskakujemy mu na plecy i dusimy w ciągłym kontakcie. Ładuję magazynek z łódki i kiedy kończę muszą nieźle wyciągać nogi, żeby dogonić tyralierę. Wreszcie pada komenda do zatrzymania, niedobitki „Niemców” znikają w gęstym młodniku.

Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej. Kolumna dostaje silny ostrzał z lewej, grupa przeciwnika skryła się w bocznej przecince. Ruszamy szybkim truchtem, starając się ich oskrzydlić. Niestety, kiedy wychodzimy na tyły przeciwnika, okazuje się, że potyczka została już w zasadzie zakończona frontalnym atakiem sił głównych.

Przed kolejnym spotkaniem z przeciwnikiem postanawiam wyjść od razu na skrzydło, działając jako ubezpieczenie boczne. Maszerujemy forsownie, ale uważnie, obchodząc młodniki i uprawy, przebiegając polanki i przeskakując przecinki. Wreszcie idący na szpicy Bygil zatrzymuje drużynę i wskazuje cel. Są! Przyjemny widok, wszystkie hełmy zwrócone do nas tyłem, nikt się na razie nie obejrzał. Rozwijamy się po cichu w tyralierę. Teraz najważniejsze to wskazać siłom głównym lokalizację przeciwnika. Zaczynamy ostrożne natarcie skokami, w parach, pod osłoną ognia. Z lewej słychać wystrzały i komendy – to siły główne włączyły się do walki. Nad niemieckimi pozycjami pojawia się dym – myślimy, że „Niemcy” osłaniają w ten sposób swój odwrót (później okaże się, że to tło dla fotografa) i ruszamy biegiem naprzód. Gdy docieramy do drogi, wszystko jest już pozamiatane – siły główne poradziły sobie bez nas. To już koniec działań – szarówka zmierzchu nieubłaganie zmienia się w ciemność nocy. Zdajemy broń i ruszamy do miejsca zakwaterowania – to jeszcze ładnych parę kilometrów. Teraz i szyk i krok jest swobodny, można porozmawiać, pożartować i się pośmiać. Po niemal dwóch godzinach docieramy do szkoły w Nadarzycach. Tak kończy się część „taktyczna”.
W części oficjalnej na cmentarzu wojennym nie możemy niestety wziąć udziału. Wczesnym rankiem wyruszamy w drogę powrotną, aby chłopaki z Rybnika mieli szansę złapać we Wrocławiu jakiś pociąg o sensownej godzinie.

Projekt „Przełamanie Pommernstellung” jest od lat jednym z najciekawszych przedsięwzięć rekonstrukcyjnych w Polsce. Dzięki wprowadzeniu elementów gry wojennej stał się prawdziwym ewenementem i – mam nadzieję – drogowskazem wyznaczającym nowe standardy rekonstrukcji. Nie możemy się doczekać przyszłorocznej edycji. Mam nadzieję, że będzie jeszcze więcej, jeszcze trudniej i jeszcze ciekawiej!
Zdjęcia: Sebastian Jan Świętek, Dariusz Zagrodzki
Autor: Marcin Morawski
