Bieg GF Point rekonstrukcyjnie 2014

20 kilometrów marszobiegu. W pełni rekonstrukcyjny standard umundurowania i wyposażenia. Ponad 10 kg w workoplecaku, 3 kg oporządzenia i PPSz na ramieniu. Busola Adrianowa do nawigacji, cukier w kostkach zagryzany brudnym śniegiem. Ból przy każdym kroku. Podziemia Gór Sowich, ciekawe zadania, świetna organizacja. Satysfakcja na mecie. Oto moje wrażenia z „GF Point 2014”, który w tym roku przeszedłem rekonstrukcyjnie.

Impreza o nazwie GF POINT określana jest przez samych organizatorów jako „airsoftowy bieg na orientację”, ale tak naprawdę – zgodnie z tradycyjną polską nomenklaturą wojskową – jest to po prostu bieg patrolowy.

Uczestnicy muszą pokonać określoną trasę, odnajdując po drodze punkty kontrolne i wykonując w tych punktach różnego rodzaju zadania. Zwycięża ten, kto dotrze do wszystkich punktów i osiągnie najlepszy czas – wliczając w to także karne minuty za ewentualne niewykonanie zadań dodatkowych.

Do tego regulamin określa wymagane minimalne wyposażenie uczestników, w niektórych kategoriach wskazując również jego wagę.

Od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem spróbowania swoich sił w tej rywalizacji w formule rekonstrukcyjnej. Przecież biegi patrolowe były znane od bardzo dawna, w takiej formie rozgrywano także różne zawody jednostek wojskowych. Korciło mnie, aby sprawdzić, jaki będzie wynik rywalizacji z zawodnikami korzystającymi ze sprzętu współczesnego, czy w ogóle będzie to możliwe, czy zawody uda się ukończyć w przewidzianym limicie czasowym ?

Wybrałem kategorię „Nawigator” – tutaj każdy z uczestników otrzymuje rejestrator GPS zapisujący przebieg jego marszu. Wygrywa ten zawodnik, który zaliczy wszystkie punkty kontrolne po najkrótszej trasie (inaczej mówiąc pójdzie jak po sznurku). Oczywiście do tego doliczone zostaną wszelkie karne metry za nie zaliczenie zadań dodatkowych. Od startujących w tej kategorii wymaga się także posiadania plecaka o masie przekraczającej 10 kg, oporządzenia o masie większej niż 2 kg (oba te elementy bez wliczania wagi wody i pożywienia) oraz repliki broni palnej o masie ponad 2,5 kg. Do tego każdy musi być umundurowany w mundur wojskowy (dowolny), z nakryciem głowy i butami wojskowymi. Bieg odbywa się ze startu wspólnego, a warunkiem klasyfikowania jest dotarcie na metę przed upływem wyznaczonego limitu czasu.

Całość mojego ekwipunku była zgodna ze standardami rekonstrukcyjnymi. Współczesny był tylko telefon komórkowy (wymagany regulaminem), karta zawodnika na smyczy oraz tracker GPS, który rejestrował moją trasę. Workoplecak został dociążony woreczkami z solą, oporządzenie składało się z pasa głównego, ładownicy na bębnowy magazynek PPSz oraz trzykomorowej ładownicy na granaty, z dwoma granatami w środku. Do tego na pasie zamocowana była także łopatka piechoty w pokrowcu. W torbie maski przeciwgazowej przenosiłem mapę, drewnianą linijkę i stolarski ołówek oraz elektryczną latarkę Daimon. Tam też była radziecka manierka (aby nie odpinać jej za każdym razem z pasa) i racja żywnościowa. W tym zakresie oparłem się na instrukcji „Rozpoznanie w górach” z 1950 r. (opartej na jeszcze wojennej instrukcji radzieckiej) – w manierce była mocna, lekko osłodzona herbata, a w niewielkim woreczku cukier w kostkach. Do tego miałem kilka kawałków zdobycznej „Scho-ka-koli” w blaszanym pudełeczku. Jako mundur – letnie radzieckie kalesony i koszula, komplet z szarozielonego drelichu, szewiotowa rogatywka, watowana radziecka kurtka i wełniana szalokomiarka. Na nogach ukraińskie skarpety z czystej wełny, podkute polskie trzewiki i sukienne owijki. Po kieszeniach drobiazgi, jak to zwykle – zegarek Mołnia, nożyk sierpak, zapalniczka benzynowa… Wziąłem także przedwojenne, bambusowe kije narciarskie. Element wyposażenia w pełni koszerny – wspomniana wyżej instrukcja zaleca stosowanie podczas marszu w górach „czekana, kija alpejskiego lub kijów narciarskich”.

Przyjechałem do Walimia już w piątek wieczorem, chcąc zarejestrować się bez kolejek i uniknąć nerwowego pośpiechu przed startem. Organizatorzy zapewnili nocleg na sali sportowej, tymczasem załatwiam wszystkie formalności – odbieram pakiet startowy, mój ekwipunek jest ważony, podpisuję oświadczenie o stanie zdrowia. Spotykam wielu znajomych, wieczór szybko mija na rozmowach. Spanie mam rekonstrukcyjne – nakryty płaszczem i z mieszokiem pod głową. Już po piątej rano na sali zaczyna się ruch, wstają ludzie z obsługi biegu. Wkrótce zbierają się także uczestnicy, wszyscy szykują się do startu. Standardowe rekonstrukcyjne śniadanko – żytni komiśniak, wędzonka i cebula, potem kubeczek zimnej herbaty i zaczynam obwieszać się ekwipunkiem.

Na kilka minut przed startem otrzymujemy mapy w skali 1:25000 z zaznaczonymi punktami kontrolnymi. Szybko podejmuję decyzję co do kolejności ich zaliczania i przebiegu trasy. Decyduję się zacząć od punktu położonego przy kompleksie podziemnym „Włodarz”. Marsz idzie sprawnie, na przełaj łąkami i zagajnikami, ze wszystkich stron widzę innych startujących. Okazuje się, że punkt obejmuje kilka podpunktów położonych w najbliższej okolicy. Zaczynam od podziemi, wrażenia są znakomite – samotny bieg po korytarzach Riese z latarką, co chwila spotykam postacie w niemieckich mundurach. W korytarzach Włodarza czekał nas test wiedzy historycznej o projekcie Riese (wcale nie taki łatwy) i dynamiczna strzelnica. Strzelało się do podświetlonych celów w ciemnych korytarzach. Niestety, ochronne okulary które dostałem od obsługi zaparowały natychmiast i beznadziejnie, dlatego nie udało się osiągnąć wyniku. Po wyjściu na powierzchnię przechodzę do kolejnego punktu – tu można zjechać na linie desantowej. Kolejka chętnych spora, zanim ubiorą uprzęże, wyjdą na górę i zjadą minie wiele minut. Decyduję, że nie opłaca się czekać, podbijam kartę i idę dalej, rezygnując z możliwego do zdobycia bonusu. Następny punkt polega na wyciąganiu 15-kilogramowego betonowego bloczka zawieszonego na linie w głębokim szybie. Tutaj też kolejka, ale idzie to szybko i sprawnie. Jeszcze jeden punkt kontrolny – tym razem bez zadania – i można wracać do punktu głównego, gdzie obsługa zalicza mi punkt numer 1.

Do następnego punktu idę na azymut, przedzierając się stromym stokiem pod górę. Niestety, zaczynają boleć stopy – z przodu, z tyłu i od spodu. Przekraczam jakieś podmokłe źródlisko, nogi zapadają się ponad kostkę, w trzewikach czuję zimną wilgoć. Chwila ulgi, ale wiem, że niedługa – teraz do otarć dojdą odparzenia. Wreszcie wychodzę na leśną drogę trawersującą zbocze, którą spodziewam się dotrzeć do punktu. Mam poważny kryzys, przede wszystkim psychiczny – skoro każdy krok sprawia ból już teraz, co będzie na następnych 15 kilometrach? Kuśtykam z takimi niewesołymi myślami, w końcu docieram do kolejnego punktu, gdzie czeka mnie test sprawnościowy – kilka prostych ćwiczeń fizycznych, niezbyt trudnych, służących raczej dodatkowemu zmęczeniu zawodników. Po zaliczeniu zadania siadam na chwilę, zdejmuję trzewiki, wytrzepuję błoto i dokładnie układam stopy w butach. Poprawiam też owijki. Boli mniej, ale nadal czuję każdy krok, o biegu z prawdziwego zdarzenia mogę zapomnieć. Ruszam dalej, trasa prowadzi teraz od szczytu wzniesienia do kolejnego szczytu, na odcinkach płaskich i z górki udaje mi się nawet jakoś koślawo truchtać. Po drodze nażarłem się cukru, chce się pić ale herbaty w manierce zostało kilka łyków. Znajduję jakiś płat brudnego śniegu i zagryzam kilka garści chrzęszczących zimnych kryształków. Po drodze kolejne dwa punkty kontrolne – na jednym ważenie plecaków, na drugim tylko podbicie karty. Teraz trasa wiedzie stromo w dół a potem kawałek asfaltem do podziemnego kompleksu „Rzeczka”. Tam też tylko podbijają kartę, ruszam dalej w kierunku boiska sportowego w Walimiu, gdzie znajduje się kolejny punkt – strzelnica. Po strzelaniu zaczynam mozolnie wdrapywać się do następnego punktu. Podejście jest naprawdę ciężkie, stok jest stromy, miejscami oblodzony. Bolą stopy i ramiona, w które wrzynają się pasy workoplecaka. Przed oczami zaczynają latać ciemne plamki – od śniadania o szóstej rano zjadłem ledwie garść cukru i wypiłem około pół litra herbaty, nie licząc tych kilku garści śniegu. Kiedy docieram do kolejnego punktu mam już szczerze dość – muszę chwilę odpocząć. Niestety, jak na złość, w punkcie nie ma kolejki i przystępuję do zadania z marszu. Tym razem rozpoznaje się tablice ze zdjęciami różnych elementów broni oraz replik asg. To, co ma odpowiednik w broni ostrej rozpoznaję, o części przedmiotów nie mam zielonego pojęcia. Zjadam kawałek Scho-ka-koli i wypijam ostatnie krople herbaty z manierki, poprawiam owijki i idę dalej. Droga jest płaska, a nawet nieco z górki, próbuję biec, ale wychodzi mi tylko koślawy świński trucht. Udaje mi się tak dotruchtać tak do dwóch kolejnych punktów, na jednym z nim jest test wiedzy ogólnowojskowej. To już prawie koniec, wystarczy tylko dotrzeć do mety ! Schodzę ostro w dół i docieram do szosy wyłożonej drobną granitową kostką. Tędy najkrócej, ale trucht po twardym to katorga – czuję chyba każdy z ćwieków podeszwy buta. Wiem jednak, że zdążę w limicie czasu, choćbym miał ściągnąć buty i zasuwać ten ostatni kilometr boso. Wreszcie Walim, jeszcze chwila i docieram na metę. Tutaj ważą mój ekwipunek i odbierają trackera GPS. Koniec…

Zaliczyłem wszystkie punkty kontrolne i zmieściłem się w limicie czasu. Na wyniku zaważyły w głównej mierze buty, które spowalniały mnie najbardziej – od połowy trasy starałem się raczej zdążyć przed zamknięciem trasy, a nie walczyć o jak najkrótszy dystans. Tym niemniej zadanie jest możliwe do wykonania.

Polecam przyszłoroczny GF Point rekonstruktorom, którzy chcieliby sprawdzić siebie i swój ekwipunek w naprawdę ciężkiej próbie terenowej, w rywalizacji ze sprawnymi zawodnikami używającymi wyposażenia współczesnego. Naprawdę warto !

Kilka zdjęć dzięki uprzejmości Dawida Śledzińskiego z obsługi punktu kontrolnego w Rzeczce.

Autor: Marcin Morawski


Leave a comment