Przygodę w Łabiszynie zaczęliśmy od nocnej gry terenowej dla rekonstruktorów. Po dwóch z nas przydzielono do każdej ze startujących drużyn (oczywiście po stronie aliantów). Noc była wyjątkowo gorąca i parna. Gra opierała się na ciekawym scenariuszu, polegała na odnajdywaniu kolejnych przedmiotów w terenie i unikaniu pododdziałów niemieckich, szukających tych samych artefaktów. Na zakończenie grupy alianckie połączyły siły i zaatakowały tajny ośrodek niemiecki, w celu przejęcia konstruktora Wunderwaffe. Kiedy zziajani i zadowoleni stanęliśmy na końcowej zbiórce było już zupełnie jasno, różowe niebo zwiastowało pogodny dzień.
Przespaliśmy kilka godzin w przytulnej szkolnej klasie, troszkę posnuliśmy się po okolicy i zaczęliśmy przygotowania do wieczornej inscenizacji. Już sam przemarsz kolumny rekonstruktorów ulicami Łabiszyna, ze śpiewem na ustach był niezłym przeżyciem. Sceną pokazu była szeroka leśna droga, a właściwie dwie równoległe, piaszczyste drogi przedzielone pasem trawy. Ilość broni palnej wydanej rekonstruktorom była imponująca, udało nam się też załapać jako desant na jednym z czołgów T-34. Inscenizacja była dynamiczna, kolejne sceny zazębiały się płynnie, różnoraki sprzęt jeżdżący i strzelający został wykorzystany najlepiej, jak tylko można. Gwoździem programu był atak dwóch samolotów ucharakteryzowanych na szturmowe Iły, który powstrzymał niemiecki kontratak. Zakurzeni i spoceni poszliśmy na kwaterę, gdzie czekała nas smaczna kolacja. Dwóch kolegów oczyściło mundury i wyruszyło na wieczorną zabawę taneczną, pozostali wybrali odpoczynek po nieprzespanej poprzedniej nocy.
Sobota również zapowiadała się pogodna i gorąca. Po śniadaniu przeszliśmy na łabiszyński rynek. Sceneria robiła niezłe wrażenie – pozakrywano współczesne elementy, wywieszono stylizowane szyldy na sklepach, współczesną kostkę betonową zakryto wysypaną ziemią i śmieciami. Na rynku odbyły się trzy małe inscenizacje – dwie z maja 1945 i jedna związana z podziemiem zbrojnym okresu tuż powojennego. Trzeba przyznać, że inscenizacje nazywane „małymi” mogłyby być spokojnie głównym punktem programu niejednej pomniejszej imprezy historycznej. Kolejną atrakcją była defilada, do której stanęli wszyscy uczestnicy spotkań z historią. Przy dźwiękach szkockich dud i bębnów przeszliśmy wokół rynku, przy aplauzie zgromadzonych widzów.
Zespół dudziarzy i doboszów zrobił na nas wielkie wrażenie. Z przyjemnością obejrzeliśmy koncert na wyspie, a po jego zakończeniu zajęliśmy najlepsze możliwe miejsca przed zbliżającą się inscenizacją z frontu zachodniego. Rekonstrukcja „Varsity” wbiła nas w ziemię i spowodowała opadnięcie szczęki. Wrażenia widza były chyba nawet lepsze niż wrażenia uczestników… Dla mnie niezapomniany będzie moment, w którym Szkoci płynęli kanałem, z dudziarzem na dziobie pierwszej łodzi. Podwodne wybuchy obrzucały widzów wodą i błotem, zrywając liście z nadbrzeżnych drzew. Długo w wieczór omawialiśmy wrażenia przy grillu, a później pobawiliśmy się na kolejnej zabawie tanecznej.
W niedzielny poranek pomagaliśmy przy załadunku łodzi desantowych przy młynie – wczoraj służyły Szkotom, dzisiaj miały przewieźć nas przez Kanał Hohenzollernów. Po trudzie i znoju załapałem się na pancerz T-34, wrażenia z długiej przejażdżki ulicami Łabiszyna i podmiejskimi drogami były niezapomniane. Wreszcie nadszedł czas ostatniej inscenizacji. Przygotowania były długie, konkretne i szczegółowe. Kilkukrotnie ćwiczyliśmy na sucho załadunek do łodzi i desant na przeciwległym brzegu. Kiedy wszystko wydawało się już jasne, pozostało tylko czekać na sygnał do rozpoczęcia ataku. Na początku przebiliśmy się przez liściasty młodnik w ślad za dwoma czołgami. Na rozległej polanie natarcie utknęło, z prawej strony zaatakowała niemiecka Pantera. Udało się jednak ją unieszkodliwić i ruszyliśmy do przodu, dopadliśmy naszej łodzi. Teraz pozostało tylko przenieść ją kilkadziesiąt metrów, opuścić na wodę i przepłynąć kanał. Na drugim brzegu ruszyliśmy w ślad za drużynami, które przepłynęły przed nami i wkrótce osiągnęliśmy drugą linie niemieckich pozycji.
Prezentacja rekonstruktorów biorących udział w inscenizacji zakończyła tę część spotkań z historią. Dla nas również udział w imprezie zbliżał się do końca. Pożegnaliśmy się z organizatorami, zjedliśmy smaczny obiad i wyruszyliśmy w bardzo długą drogę powrotną.
Łabiszyńskie spotkania z historią można z całą pewnością zaliczyć do ekstraklasy polskiej rekonstrukcji. Impreza niewątpliwie wyznacza kierunki i jest wzorem do którego powinni dążyć wszyscy organizatorzy podobnych wydarzeń.
Oficjalny film z imprezy:
Oficjalny reportaż z imprezy:
Autor: Marcin Morawski
