
Już rok temu nosiłem się z zamiarem powtórzenia wyczynu Marcina z roku 2014 ,
ale z trochę innymi założeniami. Planowałem wystartować w niższej kategorii (BASIC, kategorię NAVIGATOR w 2015 już zlikwidowano, w kategorii PRO wymagana była sprawna replika ASG, a takowej nie miałem), w oficerkach zamiast trzewików i z płaszczem zamiast kurtki watowanej. Los jednak chciał inaczej i ostatecznie wylądowałem wówczas jako uzupełnienie reprezentacji grupy PARASIM startującej w kategorii TEAM. Odmienne wymagania tej kategorii oraz nieco inne priorytety sprawiły, że w ubiegłym roku wziąłem udział wykorzystując dalece nowocześniejszy mundur i ekwipunek. Ale idea nie umarła i jako że w tym roku innych planów nie było, zgłosiłem się na początku zapisów.
Jak na złość, na początku stycznia skręciłem kostkę, co skutecznie wybiło mi z głowy start w oficerkach, a pogoda (temperatura dochodząca do 8 stopni) sprawiła że płaszcz okazał się zbędny. Wystąpiłem w związku z tym w umundurowaniu letnim (kurtka i spodnie drelichowe, letnia koszula i kalesony) podporucznika 1AWP wzbogaconym o zdobyczny sweter niemiecki, z minimalnym oporządzeniem (pas z koalicyjką i pistoletem, manierka z wodą, torba zawierająca dodatkową manierkę i zapas pożywienia – kiełbasę, czekoladę i
landrynki). Jako obuwie wykorzystałem trzewiki juchtowe z owijaczami, a całości dopełniała pałatka – złożona i przewieszona prze ramię tak, że osłaniała trochę szyję przed wiatrem, jednocześnie tworząc z przodu coś na kształt dużej kieszeni, w której idealnie mieściła się mapa i inne potrzebne przedmioty. Plan miałem niezbyt ambitny – zaliczyć wszystkie punkty kontrolne i zmieścić się w czasie (tj. dotrzeć do mety przed zamknięciem)
W tym roku GF POINT odbywał się na obszarze Rudaw Janowickich i Gór Lisich. Trasa dla kategorii BASIC ustalona byłą na 25km przy czym była to odległość najkrótsza – mierzona po liniach prostych, tymczasem w rzeczywistości nie było tak łatwo.

Mapa dostarczona przez organizatora, na której zaznaczyłem swoją trasę.
Bieg rozpoczął się 30 stycznia o godzinie 9:25 w parku w Kamiennej Górze. Na hasło „Start!” wszyscy uczestnicy ruszyli biegiem.
Najkrótsza trasa do pierwszego punktu kontrolnego wiodła przez most nad stawem,
tam też początkowo pobiegłem. Widząc jednak jak wiele osób pobiegło w tę stronę
i obawiając się zatoru na moście, zdecydowałem się obiec staw z prawe strony. Nie wiem czy słusznie, ale do pierwszego punktu, mieszczącego się a szczycie wzgórza, dotarłem mniej
więcej w połowie stawki. Chwila w kolejce i stałem się posiadaczem „przepustki do kompleksu Arado”. Dalej biegiem w dół, przez park, mijając po drodze ustawione tam działa i inny sprzęt wojskowy zbiegłem do miasta. I tu pierwszy mój błąd – zobaczywszy, że większa grupa przede mną obejrzała mapę i pobiegła w prawo, postanowiłem podążyć za nimi, nie sprawdzając, czy to dobra droga. Duży błąd. Na tyle duży, że po przebiegnięciu ładnej pętli po centrum miasta, do drugiego punktu – kompleksu Arado – dotarłem jako ostatni. Przeklinając własną głupotę i obiecując sobie, że od tej pory będę sam sprawdzał trasę odczekawszy swoje w kolejce, okazałem przepustkę i wziąłem się za wypełnianie testu wiedzy o kompleksie – na szczęście dzień wcześniej powtórzyłem sobie informacje na ten
temat i na większość pytań byłem w stanie odpowiedzieć prawidłowo. Szybkie wypełnienie testu pozwoliło mi wyprzedzić kilka osób, ścięcie kilku zakrętów w dalszej drodze przez miasto – jeszcze kilka. Najprostszą drogą dotarłem do punktu trzeciego – strzelnicy ASG. Biegłem bez okularów, do tego silny wiatr, spora kolejka chętnych … Usłyszawszy, że za niestrzelanie nie ma karnych minut, podbiłem kartę i ruszyłem dalej w kierunku punktu nr 6. Decyzja była słuszna – udało mi się wyprzedzić kilka kolejnych osób, dalej jednak nie było już tak różowo – z punktu szóstego planowałem dostać się do „czwórki” – niby według mapy sprawa prosta – dwie drogi przez las, nawet jak wybiorę złą, to i tak powinienem dotrzeć w krótkim czasie. Niestety rzeczywistość okazała się nieco inna. Krótko mówiąc – w lesie było więcej dróg, a ja wybrałem tę niewłaściwą. Nie chcąc iść na azymut (teren dawnej fabryki amunicji, duża szansa na połamanie nóg) dotarłem ostatecznie do punktu drogą bardzo okrężną. Na szczęście do kolejnego punktu na mojej trasie – nr.5 droga była znacznie
prostsza. Jedyny problem po drodze – pęknięty pasek w spodniach. Szybkie przeszukanie kieszeni ujawniło kawałek sznurka – chwila postoju i metodą adekwatną do warunków odtwarzanej epoki udało mi się zapobiec opadnięciu dolnej części garderoby.
Na „piątce” – kolejka. Kara za niewykonanie zadania – 90 karnych minut. Nawet nie było co się zastanawiać, karnie stanąłem w kolejce.
Zadanie polegało na wejściu po drabince speleo na linę rozwieszoną między drzewami, dotarciu do drugiego jej końca, gdzie zawieszony był „dziurkacz”, podbiciu karty i zjeździe na linie w ciągu 3 minut. Wszystko oczywiście z asekuracją. Zaraz po wykonaniu zadania chwyciłem znowu sprzęt i czapkę i zbiegłem na dół, kierując się na punkt siódmy. Już w połowie drogi pięty bolą – nie ma wątpliwości – pierwsze obtarcia zaliczone. Od tej pory starałem się już nie biegać i wybierać łagodne podejścia.
W punkcie siódmym kolejny test – tym razem z zakresu pierwszej pomocy. Większość pytań łatwa, ale w trzech musiałem strzelać, test wypełniony w dwie minuty, zrezygnowałem z możliwości napicia się herbaty, złapałem tylko przydziałowego wafelka ruszyłem dalej i pogryzając go w marszu.
Na drodze spotkałem uczestnika, który z powodów zdrowotnych zmuszony był wrócić do punktu 7. Podobno przede mną bardzo ostre podejście. Postanowiłem wziąć sobie to ostrzeżenie do serca i chcąc oszczędzać stopy zdecydowałem się na łagodniejszą drogę okrężną, by najpierw trafić do punktu nr 9 na szczycie Wielkiej Kopy. Pomysł może nie był zły, ale dwie rzeczy uświadomiły mi, że lepiej było iść krótszą drogą – oznaczenie skrętu na szczyt było od tej strony niewidoczne, na szczęście szybko zorientowałem się, że jestem za daleko. Do punktu 10 zbiegłem z góry i… niestety poznałem drugi powód dla którego wybór
dłuższej trasy był błędem. Czeka tu kolejny test – z bronioznawstwa, tym razem na czas, obciążony dużą karą za niewykonanie, a kolejka dłuuuga. Ponad 20 minut stania, minuta na test i można ruszać dalej. Pięty zaczynały coraz bardziej dokuczać, ale świadomość, że większość trasy już za mną dodała sił. W krótkim czasie dotarłem do położonego nad Błękitnym Jeziorkiem punktu czternastego – tu dwa zadania przygotowane przez Akademię Marynarki Wojennej – wystukać w alfabecie morse’a swój numer zawodnika (miałem łatwo – 448) a następnie bieg (2 okrążenia) z obciążeniem – norma: 1,5 minuty. Niestety – przekroczyłem o 3 sekundy, a to oznacza karne minuty. Kolejny punkt, nad Purpurowym Jeziorkiem przynosi miłe zaskoczenie: można się napić herbaty i odpocząć na hamaku, a czas odpoczynku zostanie odjęty od końcowego wyniku. Mając jednak na uwadze, że
przede mną jeszcze cztery punkty a do zamknięcia mety mało czasu, nie zdecydowałem się na postój. Do punktu nr 11 (brak zadań, tylko podbicie karty) dotarłem bez przeszkód, stamtąd jednak trzeba się było cofnąć do „ósemki” (tu także tylko podbijali karty).
Po doświadczeniach z czwórki miałem pewne obawy przed pójściem „prostą drogą przez las” do ostatniego punktu, ale tu spotkało mnie pozytywne zaskoczenie – droga była rzeczywiście prosta, a większość bocznych dróg zaznaczonych na mapie – całkowicie zarośnięta. Dwunasty punkt kontrolny… test wiedzy ASG. Na stole 10 części replik (w tym tak małe jak zawór gazowy – wielkości zaworu w zapalniczce!), a do każdej z nich 3 możliwe odpowiedzi na karcie. Nie wiedziałem – śmiać się, czy płakać?
Ostatecznie wybrałem trzecią opcję – strzelać na chybił-trafił. Szybkie podbicie karty i w drogę! Ostatnie półtora kilometra udało mi się przebyć w miarę dobrym tempem, na mecie zostałem powitany słowami: „Za mundur to powinny być dodatkowe punkty.”
Podsumowując – plan udało się zrealizować, w klasyfikacji zająłem 34 miejsce w swojej kategorii (na 130 startujących i 108 sklasyfikowanych), co biorąc pod uwagę skromne założenia, kiepską kondycję i sprzęt w standardzie lat 40. było wynikiem całkiem dobrym. Przebyta trasa wyszła mi około 28km. Nowa lokalizacja oferuje teren znacznie bardziej zróżnicowany niż ubiegłoroczna (Góry Sowie i masyw Włodarza), w moim odczuciu jednak była nieco mniej wymagająca – góry jednak niższe, podejścia mniej strome, i choć miejscami
zalegał śnieg i lód, nie było – w przeciwieństwie do trasy ubiegłorocznej – takich miejsc gdzie konieczne byłoby użycie raków. Trudniejsze jednak było wyszukiwanie skrótów – mało szlaków, punktów orientacyjnych, tereny „niebezpieczne” jak ten na Antonówce…

Nowość w tym roku – pamiątkowy dyplom dla każdego uczestnika, który ukończył bieg
Co ciekawe – jak do tej pory nie załapałem się na ani jedno zdjęcie z samego biegu. O tym, żeby wziąć własny aparat człowiek oczywiście nie pomyślał.
Autor: Kamil Szustak
