Wspomnienia Zinkowian-uczestników wojny, cz.I Podpułkownik Kusznirczuk

Wieś Zińkow (ukr. Zińkiw, Pol. Zinków) leży na terenach obecnej Ukrainy, w obwodzie Chmielnickim, w Rajonie Wińkowieckim i należy do najstarszych znanych osad na Podolu – pierwsza wzmianka o wsi pochodzi z 1404r., kiedy to król Włądysław Jagiełło nadał ją Piotrowi z rodu Szafrańców. Prawa miejskie otrzymał w 1458, już z inicjatywy nowych właścicieli – Odrowążów za zgodą króla Kazimierza Jagiellończyka. Miasto spustoszone zostało podczas powstania Chmielnickiego, było też jedną z twierdz konfederatów barskich. Po drugim rozbiorze Polski znalazł się w granicach Imperium Rosyjskiego. Prawa miejskie utracił prawdopodobnie pod koniec XIXw. W 1989r., tj. w czasie który nas interesuje, wieś zamieszkiwało 3399 osób, czyli niespełna połowa liczby ludności z początku XXw. – największe spustoszenie wywołała tu wojna (wymordowano m. in. ok. 2000 Zinkowskich Żydów) i stalinowskie wywózki. Ocenia się również, że „swój kamyczek” do wyludnienia miejscowości dorzuciła  kampania kolektywizacyjna (powołano wówczas w Zinkowie Kołchoz „Progres”).


Zbiór wspomnień Zinkowian-uczestników wojny – okładka 

Dobrych kilka lat temu trafił w moje ręce wydany w oszałamiającej liczbie trzech egzemplarzy zbiór wspomnień mieszkańców Zinkowa – uczestników wojny, zebrany w latach 1987-1990 staraniami uczniów zinkowskich szkół pod nadzorem „kolegium redakcyjnego” składającego się z trojga weteranów. O ile większość zgromadzonych wspomnień nie wychodzi poza ramy szablonu „Urodziłem się… Przed wojną pracowałem Kołchozie…, Zmobilizowany zostałem… Służyłem w… Wyzwalałem miasta… Odznaczony zostałem… Na zakończenie chcę złożyć podziękowania naszej Partii za…”, o tyle niektóre niosą w sobie garść interesujących informacji, niektóre też zawierają pewną dozę krytycyzmu pod adresem władz ZSRR, bądź ówczesnych, bądź tych z okresu przedwojennego. Może sprawił to towarzyszący pierestrojce „powiew wolności”, a może po prostu niektórzy weterani, mający wówczas po około 70 lat (a zatem zbliżający się do ówczesnej statystycznej granicy długości życia), uznali, że mogą sobie pozwolić na więcej szczerości. Wspomnienia w większości spisane były w języku ukraińskim, w tym też języku napisano wstęp i posłowie, kilka relacji zostało jednak przez autorów spisanych po rosyjsku – w większości dotyczy to weteranów mieszkających w tym czasie poza Zińkowem – być może związane to jest z nieznajomością języka Ukraińskiego przez tychże. Ciekawostką są także typowo polskie nazwiska niektórych weteranów – jak Krakowski, Kabaczyński, czy Mazur. Chociaż żaden z nich nie zadeklarował narodowości Polskiej, trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym przez wieki związanym z Polską regionie pozostały ślady Polskości. Być może wielu mieszkańców czuło się Ukraińcami, innym wpisano narodowość ukraińską, bo deklarowali się jako „miejscowi”, dla innych zaś była to strategia pozwalająca uniknąć represji w poszczególnych okresach władzy radzieckiej. Pamiętać też jednak należy, że sprawa przynależności narodowej zawsze jest wieloznaczną na terenach pogranicza.

W miarę możliwości postaram się zamieścić kilka wybranych, moim zdaniem interesujących dla polskiego czytelnika, wspomnień w tłumaczeniu na język polski.

W tej części prezentuję wspomnienia ppłk. Grigorija Trofimowicza Kusznirczuka urodzonego w kwietniu 1918r. Warto zwrócić uwagę na informacje o łączności radiowej w Armii Czerwonej (a raczej jej niewielkiemu rozpowszechnieniu) czy szerzej – o niedostatkach Armii Czerwonej (przypominam –tekst pisany jeszcze w czasach istnienia Związku Radzieckiego) oraz o postrzeganiu w ZSRR trwającej od  1939r. Drugiej wojny światowej (kłóci się to trochę z – będącym efektem nieporozumienia – mitem o tym, że w ZSRR uznaje się ową wojnę za konflikt toczony w latach 1941-1945). Wrażenie wywierają też – choć krótkie – opisy życia jednostki tyłowej w oblężonym Leningradzie. Wspomnienia swoje spisał po Rosyjsku, są one także jednymi z dłuższych zamieszczonych w zbiorze.


Zdjęcie podpułkownika Kusznirczuka pochodzące ze zbioru wspomnień, prawdopodobnie wykonane w latach 80. Wśród odznaczeń widać 2 ordery Czerwonej Gwiazdy (jeden prawd. za wysługę 15 lat), medal Za zasługi bojowe (10 lat), za obronę Leningradu. Dziwi brak baretki medalu za 20lat służby oraz medali rocznicowych. 

„Moją ojczystą krainą – wieś Zińkow. W tych odległych latach dwudziestych wieś zlewała się w jedno miasteczkiem, przedłużając i uzupełniając się wzajemnie. Siedmioletnia szkoła, którą ukończyłem w 1933r., znajdowała się na umownej granicy między wsią a miasteczkiem, razem z pięknym ogrodem,  wcześniej należącym do miejscowego, nie szczególnie bogatego, ale znającego się na tych sprawach człowieka. Podczas organizacji kołchozu „Progres” wszelkie tereny rolnicze, w tym również ogród przeszły pod władanie nowych gospodarzy. Czasy nie były lekkie, ale ciekawe i u nas, podrostków, wzbudzały nadzieje, różne radosne przeczucia przyszłych sukcesów życiowych. Szkoła, Komsomoł, dobrzy nauczyciele, których wspominam do dziś, zaszczepiali poczucie zaufania, odpowiedzialności i poważnego podejścia do rozwiązywania szkolnych problemów. Szkoła, jak to dziś widzę, dawała <wówczas> niezły poziom wiedzy. Chciało się kontynuować naukę. Świat stał otworem, a drogi i ścieżki prowadziły we wszystkie strony. Tak przynajmniej się wtedy zdawało. Iść dokądkolwiek, byle się nie lenić i być śmiałym. Od najwcześniejszego dzieciństwa lubiłem rysować, ale spełnić swych marzeń o zostaniu artystą z wielu powodów się nie udało.  Jesienią 1933r.zostałem przyjęty do Nowouszyckiego Przemysłowego Technikum Mechanizacji Gospodarki Rolnej. Poczuć się studentem w burzliwym, młodzieńczym życiu było przyjemnie i ciekawie. Ale douczyć się udało tylko do połowy zimy: był czas głodu, studentów prawie przestano karmić. Skromne stypendium na samo tylko jedzenie można było stracić w kilka dni. Pomocy z domu również nie należało oczekiwać. Zabrawszy dokumenty, wróciłem do domu, gdzie również nie było zbyt wesoło, ale ratował ogródek i ręce chętne do pracy w tej materii. Ojciec, Trofim Iosifowicz, inwalida pierwszej wojny światowej i wojny domowej, umarł w 1929r.

Do sierpnia 1934r. pracowałem w kołchozie, a potem, ze szkolnymi  przyjaciółmi Kolą Maksimczukiem i Borią Gurnym <Górnym> wyjechałem do Kijowa. Gurny już uczył się na FZU <Szkoła Fabryczno-Zakłądowego Uniwersytetu – w ZSRR od 1922 do 1940r. szkoła zawodowo-techniczna niższego poziomu> Łączności, a my z Kolą złożyliśmy dokumenty w technikum artystycznym. Ale tu się nam nie powiodło: technikum nie miało internatu, nie było gdzie mieszkać i my, nie przystąpiwszy do egzaminów, zabraliśmy dokumenty i zapisaliśmy się do FZU łączności. Tam był wielki internat i wysokie stypendia. Koli specjalność  łącznościowca nie przypadła do gustu i wkrótce wyjechał do Zińkowa, a ja, oczarowany wielkim miastem, jego kulturą i historycznymi pomnikami, zostałem nie bacząc na nic. W Kijowie funkcjonował system kartkowy i można było jako tako wyżyć. Ukończywszy FZU, zostałem skierowany na stanowisko montera do kijewskiej ATS <Automatyczna Centrala Telefoniczna>. Jesienią 1935r. zapisałem się na wieczorowy oddział Przemysłowego Fakultetu Robotniczego przy Kijowskim Instytucie Przemysłowym. Pracowałem i uczyłem się do 1938r. Na pół roku przed ukończeniem fakultetu, otrzymałem wezwanie z RWK <WKU> i zabrawszy swój skromny dobytek, wyjechałem służyć w Armii Czerwonej. Ze służbą mi się powiodło: zostałem skierowany do samodzielnego szkolnego batalionu łączności, jedynego w Związku Radzieckim przygotowującego specjalistów do remontu radioaparatury, majstrów telefonicznych i elektromechaników. Batalion zajmował dawne Koszary Pawłowskie na pięknym przedmieściu Leningradu – Gatczynie.

Po upływie roku, jako jeden z najlepszych kursantów zostałem skierowany na kursy wojskowych techników łączności i w grudniu 1939r. nadano mi pierwszy stopień techniczny „młodszy technik wojskowy” <młodszy wojen technik, odpowiednik młodszego lejtnanta w jednostkach technicznych>. Do dalszej służby zostałem pozostawiony w tymże batalionie jako instruktor prac montażowych celem szkolenia specjalistów łączności nowych roczników. Zostawiłem za sobą koszary i nawet o tym nie marząc stałem się zawodowym wojskowym.

W trakcie niedługiej kampanii fińskiej <wojny zimowej> wielokrotnie zajmowałem się na bazie batalionu punktem remontu radioaparatury. Wojna trwała krótko, ale była bardzo ciężka. Natarcie naszych wojsk następowało na zawczasu przygotowane rubieże obronne przy bardzo niskich temperaturach: do -40 stopni Celsjusza. Straty były znaczące, zarówno ludziach, jak i w technice. Wielu moich kolegów z kursów przywoziło uszkodzone w ostrzale radiostacje i po remoncie ponownie wykorzystywało je  dla zabezpieczenia wojsk.

Wojna pokazała znaczne niedostatki w przygotowaniu wojsk: dowodzenia, współdziałania i wyposażenia wojsk. Regulaminy i instrukcje nie odpowiadały wymogom prowadzenia wojny. W batalionie rozpoczęła się przebudowa programu szkolenia  specjalistów. Sytuacja międzynarodowa była skomplikowane i, patrząc dzisiejszej perspektywy – nieprzewidywalna. Prawie cały 1940 rok i do wiosny 1941 przebywałem w dowództwach wojsk.  Rozkazem naczelnika wojsk łączności Lenwo (Leningradzki Okręg Wojskowy) powołano niewielkie grupy specjalistów dla stałej kontroli i remontu radioaparatury w wojskach <okręgu>. Skalowanie i dostosowywanie parametrów do norm warunków technicznych tysięcy radiostacji od batalionu strzeleckiego <piechoty> aż po korpusy czy armie w tym czasie była zadaniem niełatwym i bardzo odpowiedzialnym: trwały przygotowania do wojny. Chociaż druga wojna światowa w Europie zaczęła się już inwazją Niemiec  na Polskę 1 września 1939r., gdzie wiało grozą, ale będąc młodymi, bezpiecznymi i niedoinformowanymi nie czuliśmy tego. Pracowaliśmy ciężko, ale nie patrząc na to jako na przygotowania do czegokolwiek, a w celu wykonania rozkazu w wyznaczonym czasie.

Starszy Brat Fiodor służył na Zachodniej Ukrainie po przekroczeniu przez nasze wojska granicy z Polską i przyłączenia przez ZSRR terenów Zachodniej Białorusi i Ukrainy. Pisał dobre, patriotyczne listy. Z powodu licznych odczuć nie mogę powiedzieć, że wojna zaczęła się niespodziewanie. W wojskach od pół roku już wyczuwało się jakieś ukryte napięcie, stan wewnętrznego alarmu, ale zewnętrzna informacja polityczna była krańcowo uspokajająca, wpajała bezpieczeństwo <poczucie bezpieczeństwa> i jednocześnie niezrozumienie rozwijającej się sytuacji. Od pierwszych godzin wojny Leningrad i wojska rozlokowane wokół miasta zostały ściągnięte z zimowych kwater letnich obozów i zajęły silne pozycje obronne. W garnizonie  Gatczyńskim pozostał tylko nasz batalion szkolny pełniący służbę wartowniczą i patrolową. Bombardowania miasta i szczególnie lotniska zaczęły się po kilku dniach: płonęły magazyny paliwa, hangary, budynki techniczne. Zuchwałe Focke-Wulfy latały stale nisko i próbowaliśmy prowadzić ogień z broni osobistej. Innej broni nie mieliśmy na stanie. Na początku lipca batalion zajął pozycje obronne na północ od Gatczyny zabezpieczył szosę leningradzką, ale okazało się, że przeciwnik wysadził w nocy desant i zaczął obejście z prawej. Dostaliśmy rozkaz nocą skrycie przemieścić się bliżej Leningradu i zająć pozycje obronne na południowych zboczach Wzgórz Pulkowskich. Znane na cały świat obserwatorium znalazło się dosłownie za naszymi plecami. Do października broniliśmy szosy, ale poza bombardowaniami i ostrzałem artyleryjskim nie doświadczyliśmy niczego. Byliśmy w drugim rzucie. Przed nami były pierwszoliniowe jednostki piechoty. Prócz karabinów starego wzoru i odrobiny nabojów nie mieliśmy nic. W październiku, w dzień upadku Kijowa, batalion został przemieszczony do Leningradu w rejon hipodromu, otrzymawszy rozkaz jak najszybciej przystąpić do zajęć  <szkoleniowych>. Obecność w pobliżu Dworca Witebskiego i innych obiektów wojskowych ściągała na nas przeciwnika: bombardowania i ostrzał artyleryjski nie ustawały ni w dzień ni w nocy. Choć liczne naloty z powietrza były powstrzymywane przez działka przeciwlotnicze, nie zawsze się to udawało i samoloty, które przedarły się przez obronę przeciwlotniczą zrzucały ciężkie bomby fugasowe i liczne sotnie „zapalniczek” <bomb zapalających>. I dniem i nocą wybuchały pożary. Oprócz <prowadzenia> zajęć dosłownie pod ogniem, nocą patrolowaliśmy ulice, wyłapywaliśmy rakietczików <ludzi dających sygnały rakietnicami?> i ochranialiśmy szczególnie ważne obiekty. Zajęcia prowadziliśmy po 12 godzin dziennie, bez dni wolnych. Roczny program „ściskaliśmy” do trzech miesięcy. Zaczęło się ostre zmniejszanie norm żywieniowych. Wprowadzono system kartkowy z dzienną racją 300 gram chleba /w połowie wymieszanego z celulozą i jakimiś innymi śmieciami/, kilkudziesięciu gram kaszy i dziesięciu gram tłuszczów niewiadomego pochodzenia. Zaczęła się dystrofia i masowa śmiertelność, nie tylko pozostałych w mieście cywilów, ale i żołnierzy batalionu. Prosiliśmy o przeniesienie na front, tam racje były nieco większe niż na tyłach, <a> nikt nie chciał umierać głupią śmiercią głodową, ale rozkaz był bezwzględny: uczyć! Szczególnie trudno było w grudniu: wody brak, energii elektrycznej brak, ogrzewania brak, na ulicach leżą i siedzą trupy ludzi, których się nie usuwa. Na opał, a zwłaszcza do żołnierskiej kuchni spalono wszystkie płoty, meble, konstrukcje drewniane. Połowa batalionu nie wstaje, koszarach smród… Brakuje sił, <ogarnia> zobojętnienie, nic już nie wzbudza zainteresowania. Siedzący na zajęciach mają przyćmiony, martwy wzrok. Zachodziła swego rodzaju selekcja: najsłabsi umierali jako pierwsi, szczególnie ci o słabej woli, nie znający pracy fizycznej, nie zahartowani w dzieciństwie i młodości. W kwietniu 1942r. batalion został rozformowany, wielu otrzymało przydziały do rejonów umocnionych, a ja do szkoły specjalistów łączności radiowej, utworzonej specjalnie na rozkaz Stalina. Na frontach brakowało radiooperatorów, dowództwo wojsk potrzebowało niezawodnej łączności radiowej. Życie w „kamiennym worku” stało się nieco lżejsze: poprawiło się zaopatrzenia po „drodze życia”  <linia zaopatrzenia przez jezioro Ładoga>, każdą wolną przestrzeń zagospodarowano na grządki. Teraz głównym przeciwnikiem był szkorbut. Ratowały napary ze szpilek drzew iglastych, pokrzywy, pierwsze pędy szczawiu i cebula. A zajęcia trwały z poprzednią intensywnością, nawet we śnie. W styczniu 1943r. zostałem skierowany do 46 dywizji strzeleckiej, ale z chwilą przerwania blokady i szerokiego natarcia naszych wojsk, zostałem ponownie odwołany do szkoły radiospecjalistów. Ofensywne działania naszych wojsk na wszystkich frontach wymagały wciąż więcej i więcej łącznościowców.

Po zakończeniu wojny ukończyłem Wyższą Szkołę Oficerską w Leningradzie i zostałem skierowany do Leningradzkiej Szkoły Wojskowej Łączności, a potem służyłem w Akademii Łączności jako zastępca dowódcy pułku do spraw technicznych i w 1966r. zostałem zwolniony do rezerwy w stopniu podpułkownika.

Po przejściu do rezerwy pracowałem w instytucie projektowym i międzynarodowym węźle komunikacyjnym do 1986 r. W KPZR od 1942r. Byłem odznaczony orderami i medalami.

Obecnie mieszkam w Leningradzie, jak prawie wszyscy staruszkowie męczę się z różnymi chorobami, ale jak zawsze, z charakteru jestem optymistą i mam nadzieję na lepsze. Nasi ludzie zasługują na lepsze życie, zasłużyli na nie nie tylko dlatego, że pokonali najtrudniejszego i najsilniejszego wroga, ale dlatego, że wbrew wszystkim nieszczęściom i trudnościom, przy przeciwnościach losu, niedostatkach i poniesionym ofiarom zachowali czystość duszy, wolę i zadziwiającą miłość do swego kraju.

Spoglądając na przeszłość i czas przeżyty, można powiedzieć, że Wielka Wojna Ojczyźniana dla każdego układała się inaczej. Jednych mocno dotknęła, innym przyszło złożyć głowę w ofiarnym boju, niektórzy swoją pracą zabezpieczali sukces walki, swoją wiedzą pomogli tam, gdzie zostali wysłani przez dowództwo. Do tej kategorii należą również łącznościowcy. Nie uczestnicząc bezpośrednio w boju, łącznościowcy zabezpieczali dowodzenie wojskami, co ostatecznie wpływało na przebieg operacji. Wojna to przede wszystkim praca z niczym nie porównywalna i nie do powtórzenia nigdy więcej. Dla mnie, prostego wiejskiego chłopaka z nikomu nieznanego Zinkowa, niemającego ani „pleców” ani znajomości, losy potoczyły się szczęśliwie. Z trudem, ale przeżyłem blokadę Leningradu, gdzie ludzkie życie mogło zakończyć się w mękach głodowego półzapomnienia i pod ruinami budynków, przez prawie trzy lata wystawionych na bombardowania i ostrzały artyleryjskie. Była bardzo ciężka praca, było poczucie odpowiedzialności, dążenie, by jak najwięcej wiedzieć i jak najwięcej uczynić własnymi rękami, w końcu pokochać tą sprawę, której poświęciło się swoje życie, nawet jeśli nie odpowiadało twoim marzeniom, zawsze pomagało wżyciu, pomagało w najtrudniejszym czasie, w ekstremalnych momentach wojny.

Wyczerpani do granic możliwości pięć ostatnich dób kończącego się roku 1941, pozostając bez jakichkolwiek produktów żywnościowych, bez światła i ogrzewania, pod ostrzałem i bombami. Nie przerywaliśmy wykonywania postawionych zadań. W aktywności, w pracy umysłu i serca tliło się życie. Zaprzestanie pracy prowadziło do apatii, utraty nadziei, rozpaczy i nieuniknionego końca.

Czterdzieści pięć lat upłynęło od czasu zakończenia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Trudno żyło się naszemu ludowi przed nią, trudno po niej, niemniej trudno żyje się obecnie, pod koniec dwudziestego wieku. Obroniliśmy nasz kraj przed wrogiem zewnętrznym, ale nie przeanalizowaliśmy, nie zrozumieliśmy całej złożoności sytuacji wewnątrz kraju. Przez dziesięciolecia piętrzyliśmy problemy. Struktury partyjno-administracyjne przejąwszy pełnię władzy, lekko i władczo odnosiły się do ich rozwiązywania. Wczorajsi frontowcy, inwalidzi, którzy utracili zdrowie i zdolność do pracy, wdowy i sieroty zostali zapomniani, niekiedy żyją w skrajnej nędzy. System biurokratyczny, przyznawszy sobie prawo do wszystkich zdobyczy cywilizacji, utworzywszy niebywały aparat represji, w tym także Siły Zbrojne, wykorzystuje je do wskazywania narodowi kierunku. To zjawisko nie jest niczym nowym dla państwa totalitarnego i nie może nie wywoływać oburzenia wśród ludzi, którzy uwolnili się od bałamutnych propagandowych fajerwerków. Teraz już są inne czasy i inni ludzie. Morale w narodzie i w armii upada. Jest to nieszczęście, które wymaga podjęcia radykalnych działań, jeżeli mamy żyć w cywilizowanym społeczeństwie i pozostać wielkim państwem.”

Jako uzupełnienie, przytaczam poniżej jeszcze wniosek odznaczeniowy z czerwca 1944r. (tj. z czasów służby w Szkole Łączności) na Order Czerwonej Gwiazdy dla autora wspomnień, oraz zdjęcie pochodzące ze zbioru, prawdopodobnie pochodzące z lat 80.:

„Starszy Lejtnant <porucznik> t.<owarzysz> Kusznirczuk G. T. pracuje na stanowisku dowódcy kompanii od września 1942r. W czasie swojej pracy dał się poznać jako oficer zdyscyplinowany, pracowity, zdolny i pełen inicjatywy. Dobrze kieruje procesem przygotowania bojowo-naukowego. Posługuje się dobrą metodyką podczas prowadzenia zajęć, swoją wiedzę przekazuje podkomendnym w sposób wzbudzający zaufanie i zrozumiały. Dobrze organizował praktyczne nauczanie kursantów w warsztatach frontowych i na bazie mie oraz w warsztatach szkoły, w rezultacie czego opuszczający kompanię pod jego kierownictwem majstrzy radiowi i elektromechanicy, kierowani do jednostek frontu, pracują niezawodnie i umiejętnie.”

Tłumaczenie, wstęp i uwagi: Kamil Szustak

SUMMARY

The above text is the first of the series of translations of the memoires of the veterans of the Great Patriotic War, who werenative to the village of Zinkov in Khmelnitsky Oblast, Ukraine. The texts, written in late 1980’s and early 1990’s are of differen quality, thus in this series only those found “more interesting” are translated and published. This part contains the text written by lt. col. Grigoriy Trofimovich Kushnirchuk – a radiotechnical specialist, during the war, instructor of the only radiospecialist school in the Red Army in Gatchina, and later – Leningrad. The memoires are valuable also because of original and critical opinions expressed by the author.

Leave a comment