
W początkach tego roku zrodził się pomysł, by zorganizować coś podobnego jak jedenaście lat temu – wówczas to, w pierwszych latach działalności GRH „Osiemnasty Kołobrzeski”, wobec braku chętnych na manewry, zorganizowaliśmy ad hoc marsz na Biskupią Kopę z ówczesnego Ośrodka Szkoleniowego Ranger Survival Club „Prochownia” pod Prudnikiem (relacja tu: https://grh18pp.business.blog/2019/03/05/marsz-na-biskupia-kope-2013/ ).
Choć początkowo rozważaliśmy różne lokalizacje, to ostatecznie zdecydowaliśmy się ponownie na Góry Opawskie. Zadecydowała o tym mniej więcej równa odległość dla wszystkich – wziąć udział mogła tylko niewielka liczba członków GRH – konkretnie trzy osoby, każda zaczynająca w innym punkcie. Ponieważ „Prochownia” w międzyczasie przestała istnieć, nie byliśmy szczególnie uwiązani punktem startowym. Aby się nie powtarzać, zdecydowaliśmy się na nieco inne założenia fabularne. Ostatecznie wyruszyliśmy jako grupa weteranów 18pp w rok po wojnie, która wybrała się na wspólną wycieczkę w terenie, który dość pobieżnie poznała podczas powrotu z Niemiec w 1945r. (18pp zatrzymał się wówczas między innymi w Prudniku). Pozwoliło to na dość swobodne łączenie elementów mundurów wojskowych z odzieżą cywilną (a przede wszystkim usprawiedliwienie wykorzystania radzieckich workoplecaków i wojskowych „zestawów biwakowych” pałatka+płaszcz).

Po spotkaniu w Kędzierzynie-Koźlu dotarliśmy razem do Pokrzywnej, skąd zaczęliśmy marsz na Najwyższy szczyt Gór Opawskich – żółtym szlakiem przez Gwarkową Perć i dalej czerwonym. Po krótkim postoju przy schronisku osiągnęliśmy szczyt Biskupiej Kopy i ruszyliśmy czerwonym szlakiem w kierunku Prudnika. Przez Przełęcz Mokrą, Srebrną Kopę, Zamkową Górę, Pokrzywną, Dębowiec dotarliśmy do dawnego kamieniołomu pod Kobylicą, gdzie zorganizowaliśmy nocowanie. Po krótkim posiłku poszliśmy spać zawinięci w płaszcze i pałatki.







Po śniadaniu i obowiązkowej herbacie ruszyliśmy do Prudnika, korzystając z okazji by po drodze zobaczyć ruiny ośrodka „Prochownia”. Nasza trasa zakończyła się na dworcu kolejowym w Prudniku. Cała trasa miała około 27km.

Oprócz pretekstu do wycieczki górskiej, mieliśmy okazję sprawdzić jak chodziło się po górach 80 lat temu – tym razem mając do dyspozycji ubiór i sprzęt „prywatny”, a nie „przydziałowy” wojskowy.
Pamiętając „uroki” chodzenia w oficerkach (butach zdecydowanie nie trzymających w kostce), tym razem wszyscy zdecydowali się na trzewiki.
Trochę przypadkowo wyszły nam trzy sylwetki o różnym stopniu „ucywilnienia”:
1.”Wojskowa” – mundur 1. AWP, noszony ze standardową koszulą typu radzieckiego. Oprócz dość dowolnego traktowania obowiązku noszenia kurtki mundurowej, odstępstwo stanowiło też noszenie trzewików z wywiniętymi skarpetami zamiast owijaczy. Sylwetka taka nie byłaby w 1946r. niczym dziwnym – odchodzący do cywila żołnierze zachowywali zwykle mundury, gdyż często nie mieli innego odzienia. Specjalny rozkaz NDWP pozwalał zaś na noszenie mundurów jako odzieży cywilnej (wymagał on wprawdzie usunięcia naramienników, ale nie każdy się tym przejmował).
2.”Półcywilna” Oprócz wojskowych bryczesów – poniemiecka koszula, krawat i kapelusz tyrolski. Trzewiki noszone z dwoma parami skarpet – pierwsza, noszona wysoko, pod kolna, druga wywinięta na buty dla zapobiegania otarciom przez kołnierz trzewika.
3.”Cywilna” – długie skarpety, pumpy sukienne na szelkach, koszula cywilna, cywilna marynarka (zdecydowanie za gruba na tę pogodę!), krawat.
W charakterze plecaków wystąpiły radzieckie workoplecaki. Choć nie były pakowane zgodnie z instrukcjami, to ogólna logika została zachowana – pałatki od pleców, twarde rzeczy bliżej tyłu plecaka. Płaszcze przytroczone do plecaka za pomocą dodatkowych troków – na różne sposoby.

Obuwie, choć znacznie twardsze od współczesnego, w połączeniu z wełnianymi skarpetami sprawdziło się dobrze. Problem był ze skarpetami – przy wysokiej temperaturze skarpety noszone bezpośrednio na skórze zostawiły ślady i podrażnienia, zdecydowanie lepiej więc sprawdziły się bryczesy – zwłaszcza, że były też lżejsze.
Koszule z długim rękawem były dobrym wyborem – lekkie, a jednocześnie dające choć trochę ochrony przed wiatrem. Nawet krawaty okazały się nie najgorszym pomysłem – dawały nieco więcej ochrony gardła niż sama tylko zapięta pod szyją koszula. Oczywiście lepiej sprawdziłby się zapewne szalik.

Natomiast przy plecakach, których otwarcie było dość czasochłonne zdecydowanie złym pomysłem była – przynajmniej w tych warunkach pogodowych – marynarka. Nie bardzo dało się ją zdjąć w marszu, gdy robiło się za gorąco, co prowadziło do przegrzania i odwodnienia. Na przyszłość raczej zostanie zastąpiona swetrem – łatwiejszym do wsadzenia choćby pod kalpę chlebaka – lub brezentową wiatrówką. Mniej problemów sprawiała kurtka mundurowa – lżejsza i bardziej przewiewna.
Zarówno kapelusz jak i sukienna rogatywka spełniły swoje zadanie, choć było w nich gorąco. Warunki pogodowe były jednak takie, że brak czapki nie spowodował ani szczególnej utraty ciepła ani też oparzeń słonecznych. Natomiast czapka naprawdę przydatna okazała się podczas noclegu.
Standardowo też dobrze sprawdził się sprzęt biwakowy. Ponieważ nocowały tylko dwie osoby, a deszczu nie przewidywano, nie widzieliśmy potrzeby rozbijania namiotu. Pałatki rozłożyliśmy na ziemi by później, po nakryciu się płaszczami, przykryć się drugą częścią. Nogi zawinęliśmy w zapasowe onuce lub po prostu skarpety i wsadziliśmy do plecków (autentyczny sposób frontowy znany jeszcze w Armii Czerwonej) – oczywiście po wyjęciu z nich pozostałej zawartości. Wygoda spania nie była może jakaś szczególna, ale udało się przespać prawie 8 godzin – w moim przypadku z czterema krótkimi przerwami na zmianę pozycji i okrycie części ciała, których płaszcz zdążył się zsunąć.
Być może jesienią tego roku uda się zorganizować kolejny wypad tego typu – tym razem w wyższe góry?
Autor: Kamil Szustak
