
Jesienny wiatr szarpał koronami drzew. Chmury szczelnie zasłaniały niebo. Choć był dopiero listopad, powietrze niosło już zapowiedź zimowych mrozów. Spóźniona sarna wracająca z porannego wypadu zatrzymała się na chwilę na piaszczystej drodze. Zastrzygła uszami i zwróciła głowę na południe.
Nos niewątpliwie potwierdził to, czego uszy nie były pewne – zbliżali się ludzie. Zwierzę kilkoma susami pokonało piaszczysta przestrzeń i zniknęło w lesie. Tylko ślady na piasku zdradzały, że przed chwilą tu było.
Koślawy kirzowy trzewik zadeptał ślad sarny. Właściciel buta nawet go pewnie nie zauważył. Szedł w milczeniu ściskając automat. Za nim we mgle majaczyły kolejne sylwetki w płaszczach i rogatych czapkach.
Gdyby nie pobrzękujące elementy wyposażenia i broni, można by pomyśleć, że to idą duchy poległych, a ich obecność już za chwilę mogłaby wydać się mirażem, nie zauważonym przez nikogo poza zbłąkanym mieszkańcem lasu.
Ale w jednej chwili wszystko się zmieniło.
– Drużyna, w osi drogi, na prawo w tyralierę! – okrzyk rozdarł ciszę lasu, a idący dotąd wolno żołnierze błyskawicznie rozbiegli się zajmując pozycje na ziemi.
– Drużyna, kierunkowy – strzelec Reguła, na wysokość wykrotu po lewej, pojedynczo, krótkimi skokami – naprzód!
Pierwszy z żołnierzy poderwał się, przebiegł kilka kroków, rzucił się na ziemię i od razu odczołgał się w bok. Po chwili, od krzaków przy drodze oderwała się kolejna sylwetka…
Na weekend 15-16. listopada mieliśmy zaplanowany udział w imprezie, która ostatecznie się nie odbyła. Ponieważ jednak termin już mieliśmy zarezerwowany, postanowiliśmy zorganizować ćwiczenia wewnętrzne w terenie, które i tak trzeba było przeprowadzić przed końcem roku.
Zajęcia w tej formule były tym bardziej potrzebne, że podczas wydarzeń, w których braliśmy udział wcześniej w tym roku, dały się zauważyć pewne błędy w naszych działaniach w charakterze sanitariuszy. Przede wszystkim więc omówienia i przećwiczenia wymagały techniki zabezpieczania rannych oraz praca noszowych.
Dodatkowo, w tym roku do naszej grupy dołączyły nowe osoby, które w zajęciach tego typu nie miały jeszcze okazji uczestniczyć. „Starym” zaś członkom też potrzebne było odświeżenie wiadomości, a także nieco nowej wiedzy.

Zajęcia zaczęliśmy od zbiórki w sobotni poranek w lesie pod Rybnikiem. Teren bardzo ciekawy, gęsto poprzecinany śladami linii obronnych z 1945r., będących pozostałością po walkach między Armią Czerwoną a Wehrmachtem. Dużym plusem było także piaszczyste podłoże, znacząco ułatwiające okopywanie. Temperatura rano ledwie przekraczała zero stopni, by koło południa podnieść się do oszałamiających 4 stopni powyżej zera. Nie były to może zabójcze mrozy, ale specyfika zajęć wymogła wykorzystanie płaszczy i – w jednym przypadku – tiełogriejki.
Po zbiórce przeszliśmy do omówienia tegorocznych doświadczeń oraz niezbędnych korekt – takich jak konieczność ustalenia przed walką za którą nacierającą drużyną idzie który sanitariusz i która para noszowych, czy np. jakie są warunki podejścia noszowych do danego rannego.
Po omówieniu tych zagadnień przeszliśmy do przeglądu umundurowania i wyposażenia. Przy tej okazji wyszły braki – zarówno te spodziewane (np. u nowych członków) jak i te bardziej zaskakujące (przykładowo część pasów „się skurczyła” – nie pytajcie jak mógł się skurczyć parciany pas). Na czas ćwiczeń część braków uzupełniliśmy z zasobów grupy, zalecając konkretne zakupy. Niestety, część ludzi musiała ćwiczyć w mundurach znacząco odstających od standardów dzisiejszej rekonstrukcji. W mundurach, które w niektórych przypadkach całkowicie wykluczyłyby noszące je osoby z większości imprez. Natomiast pozwalały one odbyć całość szkolenia we względnym komforcie termicznym z zachowaniem warunków zbliżonych do oryginalnych.
Omówiwszy kwestie organizacyjne, przeszliśmy do działań praktycznych.

Pierwszy temat – drużyna piechoty w natarciu. Po przedstawieniu zasad działania drużyny, właściwych komend i ich znaczenia oraz działań pojedynczego żołnierza w oparciu o regulamin walki piechoty z 1945r. oraz możliwych modyfikacji przy działaniach rekonstrukcyjnych (na przykład podczas inscenizacji rzadko jest dość miejsca, by zachować regulaminowe „6-8” kroków odstępu w tyralierze), poświęciliśmy czas na ćwiczenia. Podstawowy scenariusz był podobny – bój spotkaniowy z rozwinięciem w tyralierę (w różnych wariantach) z szyków marszowych, natarcie krótkimi skokami i szturm na pozycję wroga.

Gdy natarcie zaczęło wyglądać przyzwoicie, zaczęliśmy wprowadzać nowe elementy – zatrzymanie natarcia z okopaniem się do pozycji leżącej, natarcie w terenie leśnym, przy ograniczonej widoczności czy wyeliminowanie dowódcy drużyny z walki. Zwłaszcza ten ostatni element wywołał trochę zamieszania, ale na szczęście w drużynie znalazł się żołnierz z dostateczną inicjatywą by dowodzenie przejąć – zastępców celowo nie wyznaczaliśmy.










Gdy już wszyscy byli spoceni od ciągłego biegania, wstawania, padania i odczołgiwania się oraz brudni od czołgania się po ziemi. Przyszedł czas na odpoczynek…
…A w ramach odpoczynku omówiona została obsługa rusznicy PTRD i CKM SG-43 oraz zasady wykorzystywania powyższych jako broni wsparcia piechoty. Przećwiczyliśmy podstawy obsługi, a potem w praktyce działania w natarciu na styku działania dwóch drużyn piechoty. Bardzo szybko CKM, który wzbudził początkowo duży entuzjazm, stał się chyba najbardziej znienawidzonym rekwizytem podczas tych dwóch dni.






Po kolejnej porcji biegania przyszła pora na posiłek. Ponieważ kuchnia polowa nie dotarła, podzieliliśmy się indywidualnymi zapasami – królowała klasyka: chleb żytni foremkowy, słonina i cebula. Oczywiście nie mogło zabraknąć tradycyjnych zdjęć z serii „Osiemnasty Kołobrzeski żre”.


Po przerwie przedłużyliśmy jeszcze odpoczynek omawiając sposoby wykorzystania broni wsparcia do zwalczania wrogiego lotnictwa oraz zadania piechoty w obronie. Pobliskie okopy, choć przez osiemdziesiąt lat zdążyły się częściowo osypać i zarosnąć, wciąż dały możliwość rozplanowania obrony siłami drużyny.




Po bardziej statycznych zajęciach powróciliśmy do ruchu – przećwiczyliśmy wybrane elementy działań pododdziałów sanitarnych – okopywanie rannego, skryte przemieszczenie rannego za osłonę z pomocą pasów noszowych i bez, oznaczanie rannych i sygnały dla noszowych. Po tym przyszedł czas na sposoby ewakuacji rannych na tyły – różne techniki na pasach, ale też całą praktykę pracy noszowych – sposoby przenoszenia rannego na nosze, obroty itd. Dla części uczestników zaskoczeniem było jak pomocny bywa dość zwyczajny pas materiału jakim niewątpliwie jest pas noszowy.

Na zakończenie dnia urządziliśmy „spacer” – marsz na dystansie około 6km. Staraliśmy się przy okazji zobaczyć jak najwięcej z zachowanych okopów, więc pierwsza część marszu prowadziła przez teren trudny i nierówny. Mimo niewielkich odległości, praktycznie wszyscy czuli na koniec fizyczne zmęczenie.

Gdy zaczęło się ściemniać, udaliśmy się na nocleg na terenie zaprzyjaźnionego ośrodka, gdzie w końcu dogoniła nas kuchnia polowa, w związku z czym mogliśmy się raczyć kaszą z warzywami prosto z kotła.
Niedzielny poranek powitał nas mgłą i… pianiem koguta, bowiem część budynku, w którym nocowaliśmy zajmują zwierzęta gospodarskie. Trzeba przyznać, ze taki budzik znacznie bardziej pasował do realiów 1945r. niż jakiekolwiek trąbki z telefonu.
Po szybkim śniadaniu i spakowaniu rzeczy osobistych udaliśmy się na drugą część zajęć na teren strzelnicy LOK Rybnik, gdzie czekał nas dalszy ciąg atrakcji.

Zaczęliśmy od omówienia rodzajów min i granatów stosowanych przez żołnierzy 1AWP. Po instruktarzu zakładania min, przećwiczyliśmy w praktyce rozpoznanie pola minowego. W ruch poszły improwizowane „macki saperskie” – noże, bagnety i wyciory, a na krótkim odcinku pojawiło się kilka równie improwizowanych chorągiewek – patyków z kawałkiem tkaniny – wskazujących wykryte miny.









Przećwiczyliśmy także rzuty granatem – zaczepnym, obronnym i przeciwpancernym. Zwłaszcza ten ostatni, ze względu na zupełnie odmienną technikę rzutu, sprawił sporo trudności.






Zabraknąć nie mogło także innego ważnego punktu programu – ćwiczeń z walki bagnetem. Kolejny worek jutowy nie przeżył niestety wielokrotnego dźgania i okładania „przykładem”.


Po krótkiej przerwie śniadaniowej (czyli pożarciu reszty zapasów), omówiliśmy i przećwiczyliśmy zgodne z regulaminem pakowanie workoplecaków. Jak się okazało, nawet prawidłowe złożenie pałatki stanowiło dla niektórych pewien kłopot.




Ledwie zamknęliśmy ten punkt programu gdy dołączyli do nas goście z GRH Gwardia i przeszliśmy do ostatniego punktu programu – strzelania z z karabinka Mosina i RKM DP. Broń udostępnił miejscowy oddział LOK, a trening strzelecki poprowadził instruktor strzelectwa z naszego macierzystego stowarzyszenia Ranger Survival Club. Szczególny klimat nadało całości wydanie amunicji w powiązanych sznurkiem papierowych paczkach.








Po zakończeniu strzelania przyszedł czas na podsumowanie zajęć i powrót do domów.
Zajęcia dały możliwość przećwiczenia najważniejszych umiejętności, poprawienia błędów oraz poznania podstaw przez nowych członków grupy, ale także zidentyfikowania braków i wyznaczenia nowych tematów do przećwiczenia na kolejnych zajęciach.
Jedynym tematem, którego nie udało się omówić było przygotowanie noclegu i innych konstrukcji w oparciu o płaszcze i pałatki.
Dziękujemy Mała Armia Grupa Śląsk za wypożyczenie SG-43 oraz LOK Rybnik za udostępnienie terenu i broni.
Autor: Kamil Szustak
