
„Niedawne jeszcze, podsycane przez wrogie elementy, napięcia na granicy RP i Czechosłowacji należą już do przeszłości. Dzięki osobistej mediacji Wielkiego Nauczyciela Ludu Pracującego, Towarzysza Stalina dziś Lud Pracujący braterskich narodów Polski i Czechosłowacji daje świadectwo internacjonalizmu i jedności Klasy Robotniczej.
Aby pokazać, dać odpór podżegaczom wojennym, po wspólnym uzgodnieniu na poziomie państwowym, oddolnie zorganizowane wycieczki z Polski wyruszyły na czechosłowackie szlaki i vice versa. Jedną z takich grup stworzył miejscowy aktyw ZUWZoNiDu na Ziemiach Odzyskanych. Nasi weterani zdecydowali się na wycieczkę górską w miejsce szczególne – tereny, które własną krwią obficie zlał żołnierz 2. Armii Wojska Polskiego biorąc udział w wyzwalaniu bratniej Czechosłowacji od najeźdźców faszystowskich. […]
Nasi weterani, wędrując po ziemi sojusznika szerzą przyjaźń między narodami i tak ważne dziś hasło: Nigdy więcej wojny!”
Polska Niepodległa, czerwiec 1946r.
Od dość dawna planowaliśmy, że w tym roku również zrobimy reko-wycieczkę w klimacie pierwszych lat powojennych. Ponieważ w lutym tego roku dość niespodziewanie udało nam się wkręcić na inscenizacje upamiętniające wyzwolenie Rumburku przez 2AWP, po pewnych dyskusjach postanowiliśmy wykorzystać piękną okolicę i wybrać się na wycieczkę do pobliskiej Szwajcarii Czeskiej. Ze względu na fakt, że prawie cały obszar stanowi park narodowy, w tym roku zrezygnowaliśmy z noclegów w terenie na rzecz spania w wieloosobowej sali na poddaszu jednego z lokalnych ośrodków noclegowych w Janovie koło Hrzeńska.
Dobór miejsca okazał się problematyczny, ze względu na problem z historycznym umocowaniem takiej wycieczki przy dość utrudnionym ruchu granicznym w pierwszych latach po wojnie. Od czego jednak odrobina wyobraźni? Po zakończeniu, przy radzieckiej „mediacji”, polsko-czechosłowackiego konfliktu granicznego (m.in. o Kotlinę Kłodzką) władze potrzebowały akcji propagandowej, która ociepliłaby nieco wśród mieszkańców Czechosłowacji wizerunek północnego sąsiada i jednocześnie pokazało Polakom, że Czechosłowacja to nie przeciwnik, ale sojusznik i najbliższy sąsiad. Jedną z takich akcji było właśnie wysłanie turystów na czechosłowackie szlaki, na „wycieczki przyjaźni”. Oczywiście „turyści” musieli być sprawdzeni, a gdzie łatwiej znaleźć „sprawdzonych” ludzi niż wśród osadników wojskowych, rezerwistów WP?
Historia już jest, to teraz tylko spakować się i w drogę!

Niestety, ruch na drogach 1. maja skutecznie podciął nam skrzydła – na miejsce dotarliśmy dopiero pod wieczór. Poszliśmy więc na mały spacer połączony z wejściem na wieżę widokową i po krótkiej kolacji udaliśmy się na spoczynek w warunkach względnie komfortowych, za to przy pięknym widoku z okna.
Następnego dnia planowaliśmy zejść do pobliskiego Hrzeńska, wejść na Pravczicką Branę, jeden z najbardziej znanych punktów Szwajcarii Czeskiej i pójść dalej czerwonym szlakiem, okazało się jednak, że ten ostatni od czasu wielkiego pożaru sprzed dwóch lat pozostaje zamknięty. Zamiast tego więc na szybko zaplanowaliśmy alternatywną trasę długości ok. 17-20km: Z miejscowości Mezni Louka czerwonym szlakiem do tzw. Male Pravczicke Brany (niewielka formacja skalna z punktem widokowym, mająca jednak, poza faktem, że też ma postać skalnego łuku, niewiele wspólnego ze swoją większą imienniczką), ruin (bardziej pozostałości, sam zamek był drewniany i pozostało po nim tylko kilka przestrzeni wykutych w skałach) zamku Szaunsztejn, Rudolfovego Kamena (jeden z wyższych szczytów w okolicy; choć jego wysokość zupełnie nie imponuje, ostre podejście i niewielka przestrzeń na szczycie skały dostarczają niemal tatrzańskich doświadczeń), przez Vileminou Stene i Mariinou Skale (kolejne dwa szczyty skalne wymagające ostrego podejścia, za to dostarczające pięknych widoków; na ten ostatni nie weszliśmy ze względu na długą kolejkę – choć wstęp jest darmowy, drewniana altanka na szczycie skały oraz bliskość parkingów sprawiają, że szczyt ten jest wręcz oblegany przez turystów) do Jetrzichovic, gdzie zatrzymaliśmy się na obiad. Następnie zaś żółtym szlakiem poszliśmy do innej znanej atrakcji tych okolic – ruin młyna znanego jako Dolsky Mlyn i stamtąd niebieskim szlakiem do Mezni Louky.

















Choć cała trasa nie była trudna, to jednak wysoka temperatura i strome podejścia dość solidnie dały się we znaki większości uczestników. Nie obyło się też bez drobnych otarć stóp – historyczne obuwie to nie to samo co dzisiejsze buty trekingowe, a przy temperaturze przekraczającej 26 stopni wełniane wywijki mające chronić kostkę od otarć okazały się przeciwskuteczne. Problemem okazał się też niedostateczny zapas wody zabrany przez część uczestników. Mimo tych drobnych niedogodności część turystyczną wypadu uznać można za udaną.
Wieczorem zajechaliśmy do szkoły w Rumburku, która stanowiła bazę noclegową dla uczestników sobotnich inscenizacji. Na powitanie każdy z uczestników dostał także książkę o działaniach 2AWP na terytorium Czechosłowacji, napisaną przez głównego pomysłodawcę wydarzenia a współfinansowaną przez władze miasta Rumburk. Miło też było zobaczyć trochę znajomych twarzy wśród braci rekonstruktorskiej.


Pierwsza z sobotnich inscenizacji miała miejsce w samym mieście i przedstawiała gorączkowe działania niemieckich żołnierzy, volkssturmistów i pracowników administracji do obrony oraz wejście do miasta i walki żołnierzy 1AWP. Choć teren pod inscenizację był niewielki i wąski, został wykorzystany do maximum, a mury budynków ucharakteryzowane poprzez zawieszenie tablic, flag (na koniec zdjętych, podartych i rzuconych na ulicę) oraz obklejenie plakatami propagandowymi z końcowego okresu wojny. Także na bruk ulicy poleciały ulotki i pogubione oficjalne dokumenty. Warto podkreślić, że w toku inscenizacji wykorzystano także wnętrza budynków – nie tylko cześć obrońców z nich wychodziła, ale także zerwanie niemieckiej flagi wymagało wejścia na piętro budynku. Z jednego z okien w finale inscenizacji padły także strzały.






Inscenizacja była bardzo klimatyczna, nam zaś pozwoliła na przećwiczenia działania drużyny sanitarnej w warunkach miejskich (choć wyszły przy okazji braki wymagające skorygowania na wewnętrznym szkoleniu).
Po zakończeniu walki nastąpiła część oficjalna wraz z przemówieniami organizatora i przedstawiciela polskich rekonstruktorów (pozdrawiamy Dostojnika ;)). Nastepnie zaś rekonstruktorzy w szyku zwartym i częściowo ze śpiewem na ustach udali się za miasto na teren drugiej inscenizacji.
Druga z rekonstrukcji odbywała się na stoku niewielkiego wzgórza pod lasem i przedstawiała potyczkę do jakiej faktycznie miało dojść w okolicach. Polski samochód zaskoczony został ogniem z niemieckich pozycji pod lasem, w wyniku czego Polacy wezwali wsparcie i wytoczyli działko.
Ze względu na dość sporą odległość do niemieckich okopów oraz przemieszczanie się polskiej piechoty krótkimi skokami w dwóch drużynach, całość nie skończyła się zbyt wcześnie, a jednocześnie nie było wrażenia sztucznego przeciągania natarcia. Specyficznego klimatu tej części dodał deszcz, który zaczął padać na początku i bardzo szybko zamoczył trawę, w której czołgać się musieli rekonstruktorzy.












Przyznać trzeba, że niesprzyjająca aura nie odstraszyła widzów, którzy licznie przybyli oglądać inscenizację.
Dla nas osobiście sprawnie poprowadzone natarcie z rzadko obserwowanym w Polsce działaniem w osobnych drużynach było dobrą szansą do przećwiczenia podążania sanitariuszy za wyznaczonym odcinkiem natarcia i sprawnego przemieszczania się skokami. Także tu nie obyło się bez pewnych niedociągnięć, ale całość poszła bardzo sprawnie.
Po zakończeniu inscenizacji udaliśmy się na powrót do bazy noclegowej, skąd po wstępnym podsuszeniu ubrań udaliśmy się na wieczorną imprezę integracyjną, która przeciągnęła się do późnych godzin nocnych.
W niedzielę rano poszliśmy jeszcze zobaczyć tablicę upamiętniającą żołnierzy 2AWP na rumburskim ratuszu i ruszyliśmy w drogę powrotną z krótkim postojem na Polanie Jakuszyckiej.

Imprezę w obu częściach można uznać za udaną. Oprócz poznania nowych szlaków w regionie mało w Polsce znanym, udało się nawiązać kontakty, które, miejmy nadzieję, zaowocują także współpracą w przyszłości.
Wielkie podziękowania należą się organizatorom, zwłaszcza VHS Lużice i Radkowi Andonovovi za przemyślaną i bardzo udaną imprezę.
Wykorzystany jako wstęp fragment artykułu prasowego jest całkowicie fikcyjny i został napisany przez autora. Próżno szukać go w pierwszym numerze organu ZUWZoNiDu.
Kamil Szustak
